kobieta Anniel

Kobieta Anniel: Małgorzata Sarbak

Życie jest zbyt fajne, żeby tylko grać

Kobieta Anniel: Małgorzata Sarbak
Edyta Leszczak

Klawesynistka, pedagog z 14-letnim stażem oraz mama 3-letnich bliźniaków: Lwa i Zygmunta. Małgorzata Sarbak powiada, że jest zbyt wiele fajnych rzeczy na świecie, żeby mogła tylko grać.

O szkolnej marszrucie i muzycznych autorytetach, o dziecięcym przemęczeniu, nieokiełznanym liderowaniu i ostatecznym wyborze siebie. Ale także o działce, której nie ma, i talerzach z zagadkami opowiada Małgorzata, kolejna bohaterka cyklu Kobieta Anniel, podczas gdy na jej stopach skrzą się szpilki – zabawki, łase na głaski i stroszenie, zmieniające kolor z miedzianych na czarne, i odwrotnie. Częstuje nas chlebem domowej roboty i masłem z lokalnej kooperatywy, a do domu wypuszcza z ćwiartką żytniego bochenka i słoikiem zakwasu. Jutro upiekę chleb, a to spotkanie, na dzień przed urodzinami jej synów, ciepło sobie zapamiętam.

Twój pierwszy bliski kontakt z muzyką. I myśl o tym, że to nie tylko przelotna znajomość, ale coś na zawsze. Pamiętasz?

Wszystko wydarzyło dość wcześnie, a osobą, która to wychwyciła, była moja mama. Mama często w domu śpiewała i grywała na mandolinie. Gdy miałam 3 lub 4 lata ona zauważyła, że potrafię powtarzać melodie, które słyszę, więc kupiła mi mały keybord – prosty, bez żadnych dodatków, sama klawiatura – i zaczęłam na nim grać ze słuchu.

I co potem?

Rodzice posłali mnie do szkoły muzycznej, gdzie przeszłam wiele kryzysów, ale ten najpoważniejszy miał miejsce w drugiej klasie podstawowej szkoły muzycznej. Zbuntowałam się wtedy przeciwko nauczycielce i jej metodom nauczania. Znałam ją od lat – pamiętam, że jeszcze w przedszkolu chodziłam do niej dwa razy w tygodniu na prywatne lekcje fortepianu. Wciąż mam przed oczami obrazek, na którym jestem u niej w domu, gram i płaczę jednocześnie, a ona na mnie krzyczy. No i mama, która jest tam ze mną i próbuje jakoś załagodzić sytuację.

Mocne.

Bo to są bardzo silne doznania, szczególnie dla małego dziecka. Najbardziej jednak z punktu widzenia osoby, którą jestem teraz, ciekawi mnie fakt, dlaczego moi rodzice nie odpuścili, nie zmienili nauczyciela. Skąd mieli tak silną intuicję, że należy wytrwać? Wydaje mi się, że dziś jest zupełnie inaczej.

Co zrobiłabyś na ich miejscu?

Pewnie szukałabym rozwiązania. Dzisiejsi rodzice myślą, że drugoklasista to człowiek, który już wie, czego chce, i skoro wpada w histerię z powodu lekcji muzyki, to widocznie to nie dla niego. Moi rodzice tak nie zrobili. Podjęli próbę, by pojechać ze mną na kolejne – po moim wybuchu – zajęcia. Pamiętam, że moja nauczycielka była zaskoczona, że wywołała we mnie taki stan i zaproponowała coś nowego – utwór na cztery ręce. Zostałam.

Masz żal do rodziców?

Przeciwnie, jestem im wdzięczna, że mnie zmotywowali, by iść dalej tą drogą. Mogłam tyle stracić… Ta historia jest dla mnie bardzo pouczająca i gdy tylko znajomi zgłaszają się do mnie po radę w sprawie swoich uczących się gry na instrumentach dzieci, nie polecam im natychmiastowej rezygnacji. Jestem pedagogiem od 14 lat i wiem, że nie wszystko musi grać pomiędzy uczniem i nauczycielem.

Co masz na myśli?

To, że jest to bardzo trudna relacja, polegająca na oddawaniu siebie cały czas. Nie mogę nauczyć kogoś muzyki, nie dając mu także tego, co mnie zbudowało. A że jestem z natury empatyczna, to moi uczniowie czują, że mogą się zwierzać. Więc przy okazji staję się ich powierniczką i opiekunką, a mogłabym być tylko panią od klawesynu.

Jak długo chodziłaś na zajęcia do swojej pani od fortepianu?

Sześć lat szkoły I stopnia.

Jak to przetrwałaś?

Ona była sobą zawsze, ale po moim wybuchu zrozumiała, wiedziała, że nie może przesadzić. Może to, koniec końców, było dobre i potrzebne, bo dzięki temu lepiej mnie poznała.

Całe twoje dzieciństwo było tak intensywne?

Zawsze byłam bardzo zapracowanym dzieckiem. Ciekawiło mnie wszystko. Oprócz szkoły muzycznej, do której chodziłam popołudniami, tańczyłam taniec ludowy w Lubuskim Zespole Pieśni i Tańca. Jeździłam z nim po świecie. Pamiętam szczególnie wyjazd do Kanady w 1992 roku, ledwo po komunie. Miałam wtedy dużo świata wokół siebie, bo tancerze z innych krajów przyjeżdżali też do Polski. W tym samym czasie trenowałam też lekkoatletykę.

Dużo.

Ale ja tego wtedy nie widziałam. Przez to, że byłam przemęczonym dzieckiem, nie mogłam się też właściwie przygotowywać na zajęcia muzyczne, więc szłam zestresowana. Modliłam się tylko, żeby przejść dalej.

A kiedy poczułaś, że trzeba podjąć decyzję, czym rzeczywiście chcesz się zajmować i zrezygnować z reszty?

To był bolesny znak. Podczas wspomnianego wyjazdu do Kanady dostałam potwornego bólu pleców, tak silnego, że pod koniec pobytu nie mogłam tańczyć. Ale dopiero wtedy, gdy sytuacja się powtórzyła, zrezygnowałam z tańca i sportu. Wiem, że miałam wtedy dużo, ale i tak bym tego nie zmieniła. Nie wyobrażam sobie – nawet uprawiając muzykę, jakkolwiek hermetyczna by nie była – skupiać się wyłącznie na niej. Mam ćwiczyć 7 godzin dziennie? Bez szans. Moja mama dawała mi za przykład różne osoby, które – w przeciwieństwie do mnie – ćwiczą sumiennie i z nikim się nie spotykają. A co wtedy ze zdobywaniem doświadczeń? To, co chłoniemy, nas tworzy. Jak ja mam przekazać coś muzyką, skoro niczego nie przeżyłam? Poza tym, jest zbyt wiele fajnych rzeczy na świecie, żebym mogła tylko grać.

Czy sport był wtedy dla ciebie odskocznią od stresujących ćwiczeń muzycznych?

Nigdy tego w ten sposób nie postrzegałam. Przez to, że jestem perfekcjonistką, to wszystko, co robię, jest dla mnie tak samo ważne i zbyt ważne, by było tylko relaksem. I w muzyce, i w  sporcie chciałam zwyciężać. Do wszystkiego podchodziłam bardzo ambicjonalnie.

To jak zachowałaś równowagę, skoro wszystko wokół chce cię z niej wyprowadzić?

Cena za równowagę jest niemała, tym bardziej, że w życiu zawodowym nie uznaję kompromisów. Pytasz o to, co mi dawało powietrze? Nic, to byłam cała ja, osoba, która lubi to przeciążenie, choć to zmieniało się z czasem. Po wielu latach bycia liderką w szkole, występującą w interesie innych osób i obrywającą za to po głowie, musiałam nauczyć się to kontrolować. I się udało, ale nagle pojawiła się w moim życiu możliwość, przez którą znów mogłabym wejść w tamtą skórę.

Opowiedz.

Na niegdysiejszym Wydziale Muzyki Dawnej pani profesor, która go zakładała, rezygnowała ze stanowiska. A ja miałam je objąć po niej. I od razu odmówiłam.

Tak po prostu?

Tak po prostu. Nie miałam wątpliwości, bo wiem, że chcę głównie grać i uczyć. Byłam tylko trochę zła na siebie, że muszę deprecjonować swoją osobę, żeby wytłumaczyć się z tej odmowy. Mój zawód jest wystarczająco stresujący, więc dążę do tego, by wieść spokojne życie.

Jak to się stało, że przyłączyłaś się do bandy Lado ABC? Wykształcona klawesynistka, po uszy w muzyce dawnej, i ci huncwoci, romansujący z rozmaitymi stylami i gatunkami, w pełnej wolności?

Podczas moich studiów w Bostonie na New England Conservatory poznałam Marcina Maseckiego, który studiował w Berkeley. Po raz drugi wpadliśmy na siebie już w Warszawie, kiedy to Marcin grywał na Chłodnej, i zaproponował mi, bym spróbowała wejść do klubu ze swoim klawesynem. To był mój pierwszy koncert poza filharmonią. Potem były jeszcze inne miejsca, jak Nowy wspaniały świat czy Pardon, to tu. Wtedy zaczęła się przyjaźń, która trwa już 10 lat. Zrobiłam projekty z zespołem Baaba i wkrótce też coś nowego się wydarzy, ale nie mogę powiedzieć co. Niespodzianka nie-klasyczna.

Dobrze ci tam?

Bardzo, Lado otworzyło nowy rozdział w moim życiu. W moim klasycznym światku, który mi do końca nie odpowiadał, doskwierało mi to, że funkcjonuję wyłącznie w tej swojej bańce. Tutaj natomiast poznaję zupełnie nowe podejście do muzyki, pasjonatów bez wykształcenia muzycznego, od których mogę czerpać, ale też którym mogę dawać.

Opowiedz o dawaniu.

Osiem lat temu wpadłam na pomysł nagrania partit Bacha, których w całości nikt wcześniej w Polsce nie nagrał. Być może powinnam to zrobić w wytwórni klasycznej, żeby zaistnieć w ich katalogu, ale bałam się ograniczenia mojej wolności. Tam moja rola ograniczyłaby się pewnie wyłącznie do zagrania, a w Lado zrobiłam wszystko po swojemu.

To znaczy?

Zorganizowałam miejsce nagrań oraz reżysera dźwięku, z którym wspólnie montowaliśmy materiał. Wybrałam artystę, który projektował okładkę, i napisałam tekst do bookletu. W przypadku albumu „Dissociative Counterpoint Disorder” wydanego w Bôłt Records (tytułowy utwór skomponowany specjalnie dla mnie przez Pawła Szymańskiego) udało mi się pozyskać grafiki Wojciecha Zamecznika. Artysty, który zdradzał odbiorcy każdy etap powstawania dzieła finalnego. Pomyślałam, że na etapie tworzenia to przeciwieństwo Szymańskiego, który nigdy niczego nie wyjaśnia. Jednak kształt ostateczny, podobnie u obu artystów, ukazuje znany i rozpoznawalny motyw, lecz w zupełnie nowym kontekście. „Dissociative Counterpoint Disorder” został też wydany w Lado na pięknym czerwonym winylu, także z grafiką Zamecznika. Szymańskiego uwielbiam na równi z Bachem, ma ten sam rodzaj daru. Jest geniuszem, który nie spowiada się ze swoich inspiracji czy decyzji i każe wykonawcy odkrywać.

Wraz z narodzinami bliźniaków zrobiłaś sobie 2-letnią przerwę.

Tak, dopiero rok temu wróciłam, choć ostatnie pół roku z powodu pandemii było bardzo luźne. Świetnie mi było na macierzyńskim, zafundowałam sobie całkowite odcięcie od pracy, co mi się bardzo spodobało. Na karierę przyjdzie czas, albo i nie, ale moje dzieci już nigdy nie będą takie małe.

Co zbierasz?

Wiele różnych rzeczy. To wynika z tego, że wiele dziwnych przyborów potrzeba do zreperowania instrumentu. Często sobie myślę: gdzie ja mam tę małą skórkę? Ona by mi się teraz przydała.

Powinnaś zbudować sobie skrzynkę na te gubiące się przyrządy, podobną do tej, w której trzyma się narzędzia.

Skrzynkę? Chyba piwnicę (śmiech). To jest zbieractwo na dużo większą skalę.

Czym jeszcze się objawia?

Na przykład tym, że mimo iż nie mam działki nad jeziorem, to jednak od lat o niej marzę, więc czasem kupuję coś z myślą o tej działce, że tam mi się przyda.

Na działce, której nie ma.

Dokładnie (śmiech). A poza tym uwielbiam kolekcjonować sztukę. Bardzo lubię kolaże i talerze Justyny Góreckiej, które są proste, ale ona zawsze przemyca w nich soczystą sentencję albo humorystyczną zagadkę. Stworzyła też specjalnie dla mnie talerz z motywem moich dzieci. Mam też sporo plakatów Tymka Jezierskiego i Hani Cieślak oraz dwie grafiki Andrzeja Strumiłło. No i pierwsze prace moich dzieci, niektóre już oprawione.

A co z ciuchami? Masz oko, to widać od razu.

Lubię modę, ale nie lubię się nią zajmować. Nie sprawia mi przyjemności chodzenie po sklepach, lubię na ciekawe ciuchy trafiać przy okazji. Zapisałam się do grupy Vintage Unit na Facebooku, kiedyś często zaglądałam do Safripsti. Miałam też koleżankę kostiumografkę, która zawsze miała masę świetnych, unikalnych rzeczy.

Dziękuję.

KWESTIONARIUSZ ANNIEL

Twoja największa pasja? 

Muzyka 

Guilty pleasure? 

Nie wiem

Ukochane comfort food?

Kuchnia japońska 

Ulubiona książka?

„Czarodziejska góra” Tomasza Manna

Ulubiona płyta? 

Nie mam 

Ulubiony kompozytor?

Jan Sebastian Bach i Paweł Szymański

Ulubiony zapach?

Zapach brzozowych liści i pocącego się drewna w rozgrzanej rosyjskiej bani 

Ulubiony film?

Nie mam

Ulubiony reżyser?

Nie mam

Ulubiona dyscyplina sportu?

Jazda na rowerze

Ulubiony model Anniel?

Anniel Heel Natacha

Dodaj komentarz