kobieta Anniel

Kobieta Anniel: Magdalena Ponagajbo

Rozmowa ze współzałożycielką Mamastudio i Warszawa Warsaw

Kobieta Anniel: Magdalena Ponagajbo
Edyta Leszczak

Projektantka, współzałożycielka Mamastudio, portalu Warszawa Warsaw i konceptu Autor Rooms. Mama 7-letniego Leona i 15-letniego Filipa. Megakobieta.

Przez całe swoje macierzyństwo Magdalena mieszka w żoliborskim Szklaniaku, a od 4 lat w tym właśnie mieszkaniu, do którego nas zaprosiła. W którym zaparzyła nam kawę i opowiedziała o najważniejszym rodzinnym meblu. Drobna i eteryczna, płynie przez kuchnię, duży pokój i sypialnię, jakby miała zamknięte oczy i otwarte serce. Pokazuje książki, głaszcze je po grzbietach i autentycznie raduje się tą chwilą. Kobieta Anniel.

*

Jak ci się żyje na Żoliborzu?

Żyje mi się świetnie. Nie można wyjść z mieszkania, żeby kogoś znajomego nie spotkać. Lubię ten klimat małego miasteczka – odwiedzanie ludzi w domach, spontanicznie, tak jak się to robiło kiedyś, „za komuny”. Latem wychodzę po prostu połazić po okolicy, na działki lub do znajomych z ogrodem. Na jedzenie idę do Ósmej Kolonii, Jaskółki, a ostatnio do Havany. Zakupy najczęściej robię w Merkurym – polecam dział gospodarstwa domowego, bo można tam znaleźć ciekawe rzeczy. Uwielbiam panie ekspedientki i klimat, który jest dokładnie taki, jak w latach 80., kiedy chodziłam tam z babcią. Tylko towaru jest dużo więcej. Bardzo cenię sobie bliskość Targu Rolniczego w Fortecy Kręglickich. Kiedy tylko mam czas, jeżdżę tam po ulubione pieczywo, grzyby i warzywa.

Dodajmy, że mieszkasz w zaprojektowanym przez Juliusza Żórawskiego Szklanym Domu.

Do Szklaniaka wprowadziłam się w 2005 roku. Ten budynek zawsze mnie interesował, bo mam pociąg do modernizmu. W tamtym czasie był bardzo zdewastowany i mieszkanie kupiliśmy wyjątkowo tanio. Cały hype na Szklany Dom przyszedł znacznie później. A z samym Żoliborzem jestem związana od zawsze. Urodziłam się w Szpitalu Bielańskim i przez swoje pierwsze lata mieszkałam z rodzicami przy ul. Suzina, potem przenieśliśmy się do bloku na dalekich Bielanach, ale centrum świata zawsze stanowił dla mnie Plac Wilsona.

W twoim mieszkaniu jest mnóstwo pięknych mebli. Opowiedz o najważniejszym.

Tak naprawdę to mamy w domu tylko meble niezbędne. Najważniejszy jest stół, chyba największa inwestycja w mebel, jaką w życiu powzięłam. Zaprojektowali i wykonali go na zamówienie Olek Oniszh i Tomek Segiet, z którymi poznaliśmy się przy pracy nad wnętrzami Autor Rooms. Nasze życie rodzinne toczy się wokół stołu – dużo gotujemy, celebrujemy wspólne posiłki.

Fajnie, że nie ma na nim obrusu i mogę go sobie dokładnie obejrzeć.

Nie toleruję obrusów. Dla mnie stół musi być nagi, w związku z tym są na nim różne ślady. Naturalne lite drewno pięknie się patynuje. Na krańcach stołu są dwie szuflady – jedna dla mnie, a druga dla mojego męża Kuby. Kiedy przychodzą goście, wysuwamy szuflady, kładziemy na nich specjalnie dopasowane blaty i stół się wydłuża o metr. Wierzę, że przekażę go dzieciom, a jego wartość stale rośnie. Zanim zamówiłam stół, wyszperałam na Allegro bukowe krzesła, chyba z lat 70. Lubię pobuszować na aukcjach internetowych, ale raczej nie kupuję niczego dla siebie.

Oszczędzasz?

Odkładam pieniądze na budowę domku w lesie. Inspirują mnie wnętrza z dawnych lat, szczególnie prywatne domy ciekawych osób, np. Hansenów, Eamsów, Brukalskich czy Eileen Green.

Do jakich przedmiotów masz szczególną słabość? Kolekcjonujesz coś?

O, nie! Nic nie kolekcjonuję. W ogóle staram się jak najmniej gromadzić i kupować. Każdą rzecz, która mi się podoba, oglądam siedem razy i sumiennie rozważam, czy na pewno jest mi potrzebna. Z reguły dochodzę do wniosku, że nie. Chciałabym zredukować to, co już mam, ale przy czterech osobach w domu to trudny proces. Większość przedmiotów ma wartość sentymentalną. Rysunki i obrazy na ścianach to prezenty od rodziny i przyjaciół lub prace Kuby. Jestem przeciwna tzw. durnostojkom. Wyjątkiem są wazony, których mam kilka. Muszę przyznać, że mam słabość do Ikea – to jest taki mój comfort shop i guilty pleasure w jednym.

Zauważyłam, że często wpinasz w klapę marynarki broszki albo przypinki. Czy poza wymiarem estetycznym jest jeszcze jakiś? Przypisujesz przedmiotom szczególne znaczenie?

Nie wierzę w amulety i magiczne działanie przedmiotów. Wszystkie broszki i ozdoby dostałam od bliskich osób, m.in. Cosimy Borawskiej, która od niedawna tworzy ozdoby do butów. Takie mam szczęście, że często wiedzą lepiej ode mnie, co może mi się spodobać.

Za to masz świetne oko do projektów. Na czym najbardziej koncentrujesz się obecnie w swojej pracy? 

W tej chwili najważniejszy dla mnie jest Autor Rooms i jego rozwój. Od dwóch lat intensywnie poszukujemy właściwej nieruchomości, żeby rozwinąć skrzydła. Jest to bardzo trudny proces. Projekt deweloperski wymaga zaangażowania wielu osób i środków. Każdego dnia uczę się nowych rzeczy z dziedzin odległych od moich zainteresowań – najbardziej zmagam się z kwestiami finansowymi, często nie rozumiem profesjonalnej terminologii, muszę się douczać. W pracy często też koordynuję różne procesy, bardzo dużo mejluję, analizuję tabelki – zarządzam firmą i tego szczerze nie lubię.

A co jest najprzyjemniejsze?

Proces twórczy, wymyślanie nowych rozwiązań, projektowanie. Nakręca mnie moment, kiedy projekt nabiera realnego kształtu, zaczyna działać. Warto się przemęczyć, żeby poczuć tę satysfakcję. Dzięki mojej pracy poznaję też dużo ciekawych, inspirujących ludzi.

Masz, dziewczyno, wspaniałą rękę do roślin. Oleander stojący przy drzwiach balkonowych jest zachwycający.

Wszystko przez to mieszkanie. Jest tak jasne, a przez to idealne dla roślin. No i mam teraz dwa balkony, zresztą to był chyba najważniejszy impuls, by tu zamieszkać. Moja botaniczna zajawka jest stosunkowo nowa, bo zaczęłam ją trzy lata temu. Uczę się od moich przyjaciółek, które mają prawdziwą wiedzę. Gdy rośliny rozkwitają, czuję wielką satysfakcję, a gdy chorują lub umierają – zdarza mi się zapłakać. Zajmowanie się roślinami, patrzenie na nie, dotykanie ziemi bardzo mnie uspokaja.

Często jeździsz w odwiedziny do przyrody?

Do przyrody tęsknię coraz bardziej i załamuje mnie jej postępująca degradacja. Jeżdżę, kiedy tylko mogę. Najcudowniejsze są wyjazdy z przyczepą kempingową albo z namiotem i spanie „na dziko”. Obcowanie z naturą uważam za największy luksus, a redukcję naszego szkodliwego wpływu na nią – za obowiązek.

Co jeszcze robisz, kiedy chcesz spuścić powietrze i się zrelaksować? Jak o siebie dbasz?

Kiedy jest mi źle, ładuję baterie w domu. To jest mój azyl. Leżymy z rodziną na kanapie, lenimy się, jemy dobre rzeczy. Nie poświęcam za dużo czasu na dbanie o ciało – chodzę na jogę dwa razy w tygodniu. Lubię też chór sąsiedzki – śpiewanie w grupie ma niesamowitą moc terapeutyczną – polecam każdemu.

Dziękuję za spotkanie.

*

KWESTIONARIUSZ ANNIEL

Twoja największa pasja? Chrupanie i projektowanie.

Guilty pleasure? Wino.

Ukochane comfort food? Risotto.

Ulubiona książka? „Le Corbusier, Architect of Books” Catherine de Smet.

Ulubiony magazyn? „Duży Format” Gazety Wyborczej.

Ulubiona płyta? „Brown Sugar” D’Angelo.

Ulubiony projektant? Ray i Charles Eames.

Ulubiony kosmetyk? Matujący puder Shiseido Pureness. Używam go bez przerwy od 20 lat!

Ulubiony zapach? Zapach świeżego powietrza, wiatru i morza.

Ulubiony film? „Ice Storm” Anga Lee.

Ulubiony reżyser? Michael Haneke.

Ulubiona bieliźniana/biżuteryjna/modowa marka? Rilke/Sirene/American Apparel.

Ulubiona dyscyplina sportu? Biegówki.

Ulubiony model Anniel? Botki Castle.