psycholog rozwój dziecka

Jak wspierać naturalną potrzebę samodzielności dzieci

Rozmowa z pedagożką Małgorzatą Musiał

Jak wspierać naturalną potrzebę samodzielności dzieci
Iwona Sokulska

Młodzi rodzice z utęsknieniem wypatrują kolejnych etapów rozwoju. Pierwsze kroki, pierwsze słowa, pierwsza noc we własnym łóżeczku i samodzielnie zjedzony posiłek. W międzyczasie niemowlak niepostrzeżenie przeistacza się w rozbieganego i rozgadanego malucha, coraz wyraźniej zaznaczającego swoją odrębność i chęć samodzielności. Na to zwykle jednak nie jesteśmy gotowi!

Kiedy słodkie i rozczulające „mama” coraz częściej zastępuje stanowcze, rozżalone, pełne złości „ja sam”, zdarza nam się wpadać w popłoch. Jak to odbierać, jak reagować, jak sobie radzić w sytuacjach kryzysowych? W takich momentach działamy odruchowo, nie zawsze mając czas i zasoby na głębszą refleksję, nie zawsze zgodnie z tym, jakimi rodzicami rzeczywiście chcemy być dla naszych dzieci. Kolejne kroki milowe w rozwoju psychologicznym malucha to dobry moment na przyjrzenie się swoim reakcjom i… naszym relacjom z dziećmi. O tym, jak i dlaczego rodzice odnoszą się do prób samodzielności dzieci, jak wygląda to na poszczególnych etapach rozwoju, i jakie strategie są najbardziej wspierające dla wszystkich członków rodziny, rozmawiamy z Małgorzatą Musiał, pedagożką, autorką bloga i podcastu Dobra Relacja.

Wchodzeniu w samodzielność dzieci przyglądamy się w domu Kamili Bluj, mamy roczniaka i czterolatki. Julek i Nina, na różnych etapach rozwojowych i z różnymi potrzebami, po swojemu zaznaczają autonomię. Przyjazne i bezpieczne domowe środowisko zapewniają meble i akcesoria od Stokke, wzmacniające poczucie sprawczości i ułatwiające samodzielność od najmłodszych lat.

Mam poczucie, i od tej myśli chciałabym zacząć, że mamy jako rodzice bardzo ambiwalentny stosunek do samodzielności dzieci. Z jednej strony wyczekujemy tych pierwszych kroków, samodzielnej zabawy, kolejnych umiejętności dających dziecku sprawczość. Z drugiej – ich autonomia nas nieco przeraża, przytłacza i niechętnie oddajemy im „władzę” w pewnych obszarach.

Myślę, że mamy kult samodzielności funkcjonalnej. Chcemy, żeby dziecko samo spało w jak najmłodszym wieku, najlepiej samo zasypiało, samo jadło, bez problemu się rozstawało. Żeby funkcjonowało bez dorosłego, ale w pewnych, dość jasno zaznaczonych, ramach. Jeśli jednak wchodzimy już na szerzej pojętą autonomię – gdy dziecko chce samo podejmować decyzje, wybierać, uczyć się, to to są rzeczy, które nie ułatwiają rodzicowi życia na co dzień, i z takiego czysto praktycznego punktu widzenia to nie jest dla nas łatwe. Oczekujemy, by dziecko zasypiało, gdy je kładziemy, gdy chcemy wyjść – robiło „papa”, a gdy chcemy coś zrealizować – podążało za nami.

Nie chcemy sobie utrudniać życia tą samodzielnością.

Tak, niech ona sobie będzie tam, gdzie jest nam wygodnie. Nie mówię tego jako zarzut, bo sama jestem matką trojga dzieci i to rozumiem. Myślę, że nie wspierają nas nasze własne doświadczenia oraz pewne wzorce kulturowe i presja wyczuwalna w powietrzu: „Jak to? Jeszcze samo nie śpi?”, „Jeszcze karmisz łyżeczką?”. Tak też funkcjonują placówki – są bardzo nakierowane na wysoki poziom samodzielności dziecka w zakresie samoobsługi. Nie twierdzę, że to jest złe, natomiast myślę, że to jest samodzielność, która ma służyć dorosłym, a nie dzieciom.

W przedszkolach, w obecnym reżimie sanitarnym, często wymaga się, żeby dzieci były odstawiane pod szatnię przez rodziców. Wymagamy tego, żeby same się przebrały, ale rozumiem, że nie dla każdego dziecka 3 lata to czas gotowości do samodzielnego przebierania się.

Nie jest, a do tego dzieci nie funkcjonują w próżni, oderwane od kontekstu, więc jeszcze dochodzi ten czynnik związany z rozstaniem z rodzicem przed przedszkolem, może w jakimś pośpiechu, z wzięciem na siebie odpowiedzialności za przejście od bycia z rodzicem do bycia w przedszkolu… Dziecko jest trochę „porzucone” w tym, zdane na swoje siły i nawet jeśli funkcjonalnie ono potrafi się ubrać i rozebrać, to może w tym momencie nie mieć na to zasobów, i to nam chyba gdzieś umyka.

A co z wymuszaniem samodzielności wobec dziecka? Oczekujemy, że skoro ma tyle lat, powinno robić to i to. Kuzyn, sąsiad czy kolega w przedszkolu zawiązuje buty, więc oczekujemy, że nasze dziecko też powinno. Czy szkodzimy tym dzieciom? Co im to robi?

Moja pierwsza myśl jest taka, że to jest straszne. Lubię sobie przekładać to na dorosłe perspektywy. Gdyby mój mąż powiedział: „Nasza sąsiadka nie potrzebuje pani od sprzątania, świetnie sobie ogarnia dom, robi dwudaniowe obiady. Nie rozumiem, dlaczego ty, mając mniej dzieci niż ona, nie potrafisz tego zrobić” – to dla mnie byłby nóż w serce. To jest jakieś porównywanie wycinka człowieka, zestawianie go z wycinkiem innego i stwierdzanie: „O! wypadasz na niekorzyść”. Znowu nie widzimy kontekstu, nie widzimy całej osoby. Stawiamy oczekiwania i wymagania, które mogą być nieadekwatne, ale i raniące, bo my nie jesteśmy na świecie po to, żeby zaspokajać czyjekolwiek oczekiwania.

Zdaję sobie sprawę, że u rodziców często płynie to z troski. Myślimy sobie, że może dziecko coś powinno, a ja tego nie dopatrzyłam jako mama, może trzeba dopilnować. Ale z punktu widzenia dziecka to w niczym nie pomaga. To nie jest tak, że dziecko siedzi z założonymi rękami i mówi: „A, dopóki nie zobaczą, to będę niesamodzielny”. W naturze człowieka jest to, żeby współpracować z innymi, żeby odpowiadać jakoś w miarę możliwości na ich oczekiwania i żeby być samodzielnym, ale proszę tego nie mylić z byciem samowystarczalnym. Nie chcemy wcale być obsługiwani, ale to nie jest tak, że dążymy do tego od pierwszych dni. Jesteśmy bardzo społeczni, nastawieni na to, żeby być w grupie, żeby być wsparciem, przyjmować wsparcie, a odzieranie zachowań z tego kontekstu jest bardzo krzywdzące i uderza w naszą naturę.

To jest refren pracy z rodzicami w obszarze emocji dzieci. Rodzice kilkulatków chcieliby, żeby dzieci wyrażały swoje emocje w bardziej stonowany sposób. Szukają rad, jak to zrobić, bo wydaje im się, że kilkulatek, który potrzebuje wsparcia rodziców i który wyraża emocje gwałtownie, jest dowodem na ich niekompetencje rodzicielskie. A dzieci potrzebują bardzo wielu lat na to, żeby najpierw doświadczać koregulacji, żeby przyjmować wsparcie w radzeniu sobie z emocjami, aż dotrą do momentu, gdy będą w stanie robić to same. Ja, mimo że mam lat 40, potrzebuję innych ludzi do regulowania się. Potrafię to zrobić sama, ale potrzebuję ludzi. I wracając do mojej perspektywy – gdyby mój mąż, kiedy chcę mu się wypłakać, powiedziałby: „Daj spokój. Przecież umiesz sama sobie z tym poradzić”, to znowu – nóż w serce. OK, umiem, jasne, ale nie chcę.

Kiedy w dziecku pojawia się to poczucie odrębności? Kiedy możemy zauważyć w jego zachowaniu to pojawienie się autonomii jako jednostki?

Jest takie słynne badanie z kropką na czole. Pokazuje, w którym momencie dzieci oglądające siebie w lustrze zdają sobie sprawę, że to właśnie oni. Już dzieci 18-miesięczne, widząc w lustrze kropkę na swoim czole, próbują ją zetrzeć. Młodsze dzieci nie. Badacze uznali, że to ten moment graniczny, kiedy człowiek zaczyna sobie uświadamiać, że ja to ja. W powszechnej opinii to jest tak zwany bunt dwulatka, którego, dodam na marginesie, nie ma, ale tak się przyjęło ten czas nazywać. Przyjmujemy, że to jest właśnie ten etap, w którym dziecko zaczyna dostrzegać, że ono ma swoje zdanie, które może być inne od zdania mamy czy taty, że ma inny pomysł na różne rzeczy, że chce czegoś innego. I tu właśnie pojawia się wątek, od którego zaczęłyśmy – ta niewygodna dla dorosłych autonomia. Doskonale rozumiem, że z perspektywy codzienności to utrudnienie, że dla nas proste i szybkie w wykonaniu czynności trwają i trwają, bo musi być „ja sam” i pojawiają się emocje, płacz, awantury. Ale z punktu widzenia rozwoju dziecka to jest to niezmiernie ważny etap. Dziecko doświadcza tego, że jest autonomiczne i że jest dostrzegane w tej autonomii, że może być kimś odrębnym i że to jest w porządku być kimś odrębnym. W porządku jest samemu coś zrobić, mieć swoje zdanie i mówić: „nie”. Najogólniej mówiąc, 2 lata to jest ten moment, kiedy to się dzieje. Wielu rodziców, którzy mieli „łatwe w obsłudze”, spokojne i współpracujące niemowlę, mówi na tym etapie „skończyło się moje dziecko”, a tak naprawdę wtedy ono się zaczyna.

Zaczyna się jako człowiek. To wspomniane hasło „bunt” to jest coś, co mnie bardzo boli i nie do końca rozumiem intencję używania takiej nazwy. Nastawia to nas, rodziców, w określony sposób do dziecka. Kojarzymy, że bunt należy stłumić, zakończyć – wydaje mi się, że przybranie innej perspektywy może być bardzo pomocne dla rodziców. Gdyby mogła pani doradzić, jak można spojrzeć na to inaczej? Jaką perspektywę przyjąć? Jak wspierać dziecko zamiast tłumić te potrzeby autonomii?

Rodzicom bardzo często pomaga odwrócenie perspektywy i uznanie, że dziecko nie buntuje się przeciwko mnie. To nie jest tak, że ono chce mi wejść na głowę i pokazać, kto tu rządzi. Ono ma wówczas bardzo ważny etap swojego rozwoju. Obiektywnie to nie zmienia codzienności, bo nadal będzie nam trudno, ale my sobie nie dokładamy tych myśli, niepokojów, obaw, że jest coś nie tak z naszym rodzicielstwem, nie tak z naszym dzieckiem, że to jest jakiś zamach stanu, i jak teraz tego nie ukrócimy – to dopiero będzie! To może być coś, pierwszy krok, który będzie rozładowywał napięcie. Drugim krokiem może być przyjrzenie się, gdzie są obszary, w których możemy odpuścić i oddać dziecku pole. Nie na zasadzie: „Jak już musisz się buntować, to masz i sobie wybierz, czy chcesz czerwone spodnie czy niebieskie”. Ważne, żeby to było prawdziwe, refleksyjne przyjrzenie się, w których obszarach codzienności, nawet jeśli będzie to niespecjalnie wygodne, będzie to dla mnie do przyjęcia i będę w pełni uznawać autonomię dziecka w tej sferze. Moje osobiste doświadczenia pokazują, że im więcej tej przestrzeni moje dzieci miały, tym paradoksalnie chętniej wchodziły we współpracę ze mną. Z takiego prostego powodu, że widziały, że nie musiały walczyć o swoją autonomię na każdym kroku, nie musiały jej podkreślać. I to się działo na poziomie 2,5-3 lat. Nie było oczywiście tak, że zawsze wszystko działo się zgodnie z moim planem, po mojej myśli. Ale skłonność do współpracy z ich strony rosła, bo miały poczucie równowagi wynikające z tego, że były uwzględniane ze swoim zdaniem, ze swoim „nie”.

Są jednak sytuacje, że rodzice tych zasobów i możliwości na „oddanie pola” nie mają. Przykład z życia. Szatnia w żłobku. Dziecko chce koniecznie rozebrać się samo. Jest mu niewygodnie, bo jest w kombinezonie. Nie ma jak dostać się do swoich butów, które musi zdjąć samo. Jest mu coraz bardziej ciepło, przez co denerwuje się jeszcze mocniej. Ja czuję na plecach oddech innych rodziców, którzy się łapią za głowę z myślą: „Kobieto, nie możesz go po prostu rozebrać? Niech idzie do sali”. Wiem, że moje zabieranie buta i zrobienie tego za syna jeszcze pogorszy sytuację, więc rezygnuję, staram się być spokojna. Ale to są takie momenty, że nasza cierpliwość już jest na granicy. Nie mamy czasu i zasobów, żeby zastanawiać się, co w takiej nerwowej, podbramkowej sytuacji zrobić, żeby zachować szacunek dla okoliczności, dla siebie i dla dziecka.

Nie mam tu gotowych rozwiązań. Dla mnie to, co było ratunkiem w tamtym czasie, gdy dzieci miały 2, 3 lata, to ważenie ciężaru każdej decyzji i wybieranie, czy w danej sytuacji mam siłę na to rozwiązanie, czy na inne. Wiem, że jak zdejmę mu tego buta, to rozpęta się trzecia wojna światowa, i chyba nie mam na to siły, więc wolę się poukładać z tym, że rodzice na mnie patrzą i odbieram to jako jakąś ocenę swojej roli i działań. Ale może być też tak, że nie mam siły na to, żeby tam siedzieć i czekać, i może spróbuję poszukać jakiegoś rozwiązania, żeby nam się to udało. To wszystko zależy od dziecka. Miałam taką myśl, słuchając o sytuacji w szatni, że rodzicielstwo to jest głównie ogarnianie siebie. W tym sensie, że ja jestem już ukształtowana, nie ostatecznie, ale na tyle, że mogę sobie poradzić z różnymi sytuacjami i mogę towarzyszyć mojemu dziecku, a nie na odwrót. Co mogę zrobić, żeby towarzyszyć mu w czymś, co jest dla niego ważne, kiedy ono nie jest w stanie uwzględnić mojej perspektywy. Chociaż kocha mnie bardzo i jestem dla niego najważniejsza na świecie, to ono nie jest w stanie uwzględnić tego, że mi się spieszy, że mi pot po plecach leci. Co mogę zrobić, żeby to ułatwić sobie i dziecku? Niekoniecznie, co mogę zrobić tu i teraz, ale może jutro będę mogła zrobić to inaczej. Na przykład przyjść do tego żłobka wcześniej i będę miała więcej czasu. Ale na ten moment, jak mam za mało zasobów jako rodzic i jest mi trudno, mam lekarską zasadę: po pierwsze nie szkodzić, nie dokładać więcej niż trzeba. Jeśli wychodzę z dzieckiem na umówioną wizytę na konkretną godzinę, nie mogę negocjować i czekać, aż ono się zdecyduje, że to będzie teraz. Nie mam innego pomysłu, jak wziąć je na ręce i zanieść do samochodu. W takiej sytuacji powinnam chociaż zadbać o swój spokój na tyle, na ile to możliwe, żeby nieść dziecko delikatnie, łagodnie, z nastawieniem, że nie miałam innego pomysłu i to nie jest moja najlepsza strategia, ale w tej chwili nie umiem wymyślić nic innego. Żeby nie mruczeć ze złością do ucha dziecka. To jest ogarnianie samego siebie. To nie jest literacko piękne określenie, ale wydaje mi się, że bardzo trafne.

Za tym stoi dużo pracy poza tymi sytuacjami, prawda? Żeby to nastawienie w sobie budować ze spokojem, w codzienności, a nie tylko w podbramkowych sytuacjach.

To jest właśnie ta pułapka, w którą wpadamy. Zastanawiamy się dopiero na gorąco, co możemy zrobić, a dokładnie się to rozgrywa w pewnym całokształcie, w tym, co robimy dla siebie i ze sobą, co robimy z dzieckiem i dla dziecka. Bardzo bym chciała, żeby rodzice mieli w sobie przekonanie, że jeżeli dzisiaj tych zasobów mi nie wystarczyło i rozpętałam trzecią wojnę światową, nie zrobiłam tak, jakbym chciała i może nie w zgodzie ze swoimi wartościami, to to nie jest koniec naszej wspólnej przygody. Mamy kolejne chwile, kolejne dni i liczy się całokształt, a nie pojedyncze sytuacje. Miejmy wyrozumiałość dla siebie, że my też się uczymy obsługiwać siebie.

Rodzice słysząc często „nie” ze strony dziecka, mają poczucie, że dziecko je testuje. Wiem, że psychologiczna wiedza mówi, że to nie tak, ale co za tym stoi tak naprawdę, jeśli nie chęć testowania i sprawdzania granic rodzica? Czemu dziecko to robi i co chce tym osiągnąć?

Lubię założenie wynikające z Porozumienia bez Przemocy, że jeśli ktoś mówi „nie” w moją stronę, to tak naprawdę mówi „tak” sobie. To jest coś, co mi bardzo zdejmuje napięcie, kiedy zdążę sobie o tym przypomnieć. Automatycznie odbieramy „nie” jako coś przeciw sobie, a tak naprawdę dziecko, ta druga osoba, chce zadbać o to, co jest dla niej ważne. To jest pierwsza rzecz, o której trzeba pamiętać. Druga sprawa – to nie jest do końca to, że dzieci nas testują. Ja, na marginesie mówiąc, nie cierpię słowa „testują”, źle mi się kojarzy. Ale wracając do psychologii i do tego, co się dzieje dziecku w momencie, kiedy widzi naszą silną reakcję emocjonalną, to bardzo fajnie opisuje spojrzenie na działanie dziecka jako testowanie naukowe. Stawianie hipotezy i sprawdzanie jej. Przykładowo – jestem dwulatkiem, który sypie piaskiem w oczy siostrze w piaskownicy i mama zaczyna się denerwować. Chcę zrobić to ponownie, drugi, trzeci, czwarty raz – nie po to, żeby testować granice mamy, tylko żeby sprawdzić, o co chodzi w tej sytuacji. Dla mamy jest to oczywiste, ale dla mnie z poziomu dwulatka – zupełnie nie. Dlaczego mama nagle się tak denerwuje? Dlaczego siostra płacze? Czy to chodzi o to, że piasek jest stąd? Czy ten spoza piaskownicy też tak zadziała? Czy to dlatego, że rzuciłem nim w taki sposób? Stawiam hipotezy i żeby je potwierdzić, muszę uczestniczyć ciągle i ciągle w tym eksperymencie. Więc to jest tak, że im bardziej będzie emocjonalna ta nasza reakcja, w tym sensie, że podszyta takimi bardzo silnymi emocjami, tym prawdopodobnie będzie większe pragnienie dziecka, żeby sprawdzić, co tam się wydarzyło.

Chciałam jeszcze porozmawiać o starszych dzieciach. Takim punktem wyjścia z tego buntu 2-3 latka jest dla mnie temat: poczucie autonomii a potrzeba przynależności. Zastanawiam się, jak te dwa dążenia mają się do siebie na kolejnych etapach, kiedy dziecko ma 2, 5, 7 lat. Czy one są stale w równowadze, czy to się jakoś zmienia w procesie rozwoju dziecka?

Ja to widzę tak, że to jest bardzo zależne od tego, z jakim dzieckiem mamy do czynienia. Są takie dzieci, bardzo upraszczając, które przynoszą na świat już bardzo silną potrzebę autonomii, i są też takie, które mają nieco silniejsze poczucie przynależności. W przypadku dokonania wyboru będą celować w jedną lub w drugą. Tak naprawdę nigdy nie jesteśmy w stanie równowagi. To jest zawsze krążenie, oscylowanie wokół tego punktu równowagi między potrzebą autonomii a potrzebą przynależności. Natomiast moim zdaniem istotne jest nie to, żebyśmy byli w równowadze, tylko żebyśmy potrafili rozpoznawać, czego w danym momencie potrzebujemy, i żebyśmy mogli zdecydować w zgodzie ze sobą, a nie przez presję otoczenia. Dla mnie takimi punktami presji otoczenia są dwa momenty w życiu dziecka. Jeden to wiek 2 lat – odkrywania swojej autonomii, kiedy często dzieci doświadczają niewspierającego otoczenia, które uważa, że to trzeba stłumić. Kolejnym punktem bardzo znaczącym w życiu dziecka jest okres dojrzewania, gdzie nastolatki mocno widzą, że żeby przynależeć, trzeba rezygnować ze swojej autonomii. I, co istotne, to nie jest coś rozwojowego, to jest coś kulturowego. To jest czas na kształtowanie swojej tożsamość, odnajdywanie siebie samego, a dużo naszej energii idzie na to, żeby sprzedać się dobrze innym i dopasować się. I te uwarunkowania kulturowe sprawiają, że na długi czas tracimy ten swój głos, niektórzy odzyskują go w wieku 30, 40 lat. I tutaj chciałabym zaznaczyć rozróżnienie między przynależeniem a dopasowaniem się. Przynależę wtedy, kiedy mogę być sobą. Jestem przyjęta taka, jaka jestem. A dopasowanie się polega na tym, że muszę siebie ociosać, żeby się wpasować w jakieś schematy.

Jak myślę o wieku nastoletnim, to w temacie samodzielności dzieci wydaje się bardzo ważny temat zaufania rodziców. Zastanawiam się, czy to bardziej chodzi o zaufanie do dziecka, czy zaufanie do siebie – czy udało nam się przekazać te wartości na tyle, że możemy być spokojni o dziecko? 

Spójrzmy na to w ten sposób: przez pierwszą dekadę życia podstawialiśmy dzieciom półmisek ze słodkościami, smakołykami, w takim metaforycznym ujęciu. One dużo rzeczy próbowały, miały okazję poznać nasze półmiski, wiedzą, co będziemy na nie wkładać, a teraz chcą zobaczyć, co świat ma do zaoferowania na tych swoich półmiskach – i one chcą zdecydować, które półmiski i smakołyki to jest to, co im odpowiada. Kiedy rodzice martwią się, że nie przekazali jakichś wartości, bo ich dziecko w ogóle nie żyje zgodnie z nimi, to moim zdaniem to jest na wyrost. Żeby móc żyć w zgodzie z jakimiś wartościami, musimy podnieść głowę i zobaczyć, że są również inne. I samodzielnie uznać, że te jednak są moje i to mi pasuje. To nie tylko jest kwestia tego, czy my się dobrze wywiązaliśmy z naszego zadania. Mamy tu do czynienia z samodzielną, autonomiczną istotą, która chce decydować sama o sobie.

Pozwalamy dziecku na samodzielność, ale im jest starsze, tym bardziej na pierwszy plan wysuwa się kwestia bezpieczeństwa. Myślę o dzieciach w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Dziecko chce się wdrapywać coraz wyżej, iść samodzielnie do szkoły. Jak umiejętnie wyważyć te kwestię samodzielności i zagrożenia i jak zapewnić bezpieczeństwo dziecku, bez naruszania jego pewności siebie i bez przedstawienia świata jako złego, pełnego zagrożeń miejsca? Myślę o siedmiolatku, który chce iść sam do szkoły, a my mamy przed oczami czarny scenariusz i widzimy zagrożenie w każdej mijanej bramie.

Są rozwiązania, po które możemy sięgać, a najmocniej wybrzmiewa mi myśl Korczaka: „W obawie, by śmierć nie wydarła dziecka, wydzieramy dziecko życiu”. Nie pozwalamy dziecku doświadczać, żyć w pełni, bo wszędzie są niebezpieczeństwa, zagrożenia, to jest to Korczakowskie prawo do śmierci. To zdanie też jest teraz inaczej odbierane niż za jego czasów, kiedy ludzie inaczej obcowali z tym, że dzieci mogą nie dotrwać dorosłości, gdy o wiele wyższy był odsetek umieralności dzieci i niemowląt. Dziś śmierć dziecka to jest wydarzenie absolutnie niepojęte. Myślę, że to pociąga za sobą nasze dążenie i troski o to, żeby włos dziecku z głowy nie spadł. Kiedy są sytuacje, jak sprawa sprzed kilku lat, że 10-11-latka sama wracała ze szkoły i została porwana, to podnoszą się głosy „Gdzie byli rodzice? Jak można do tego dopuścić?” – i to nakłada na nas ogromną presję. Celem rodziców jest to, żeby dziecku nic się nie stało. Ale nie można tak żyć, żeby nic się nigdy nie stało. I dlatego kiedy słucham tego pytania, czuję ciężar, bo nie mam rozwiązania, i to jest trudny i nieprzyjemny fragment. W rodzicielstwo wpisane jest to, że naszemu dziecku może się coś stać. Mam skojarzenie z książką „Ronja. Córka zbójnika”, w której jest taki moment, kiedy Ronja ma ruszyć sama w las, jej ojciec przestrzega ją przed różnymi niebezpieczeństwami w rzetelny sposób, mówiąc, jak ma sobie z nimi radzić. Co ma zrobić, kiedy wydarzy się to i tamto, po czym udziela jej ostatniej informacji – kiedy spotka się z jakimś zagrożeniem, to jest już koniec, nie ma ratunku. I wydaje z siebie taki ryk. To, co jest piękne w tym momencie, to to, że on wie, że to się może wydarzyć, ale to nie znaczy, że mówi „Nie idź do lasu, bo tam stanie się coś strasznego”.

Wracając na bardziej przyziemny grunt, jak to jest z tymi dziećmi wczesnoszkolnymi. To jest wpisane w bycie rodzicem, że każdego dnia, kiedy dziecko wyfruwa spod moich skrzydeł, może mu się coś stać, i to jest coś, na co ja nie mam wpływu. Jeśli będę chciała zadbać o to, żeby jemu się nic nie stało, to może sprawię, że żaden włos mu z głowy nie spadnie fizycznie, ale ono będzie psychicznie przeoranym człowiekiem, bo nie będzie mogło odkryć, że radzi sobie z wyzwaniami, że świat może być przyjaznym miejscem. Będzie miało wszędzie radar na zagrożenia, będzie miało poczucie, że coś może się stać i to będzie koszmar, tragedia. Czyli nie zbuduje się w nim siła do tego, że OK, zdarzają się różne trudne rzeczy, ale możemy sobie z tym poradzić. Kiedy byłam nastolatką, moi rodzice kupili konie, i zaczęła się moja przygoda z jeździectwem. Teraz, z perspektywy matki, mam dla moich rodziców ogromny podziw – miałam różne sytuacje, lądowałam na pogotowiu, nieraz koń wracał beze mnie, bo ja spadłam, a on się spłoszył. I mimo że rodzice byli przerażeni, kiedy widzieli wracającego samotnego konia, mimo że za każdym razem, jak znikałam na horyzoncie, wiedzieli, że coś może mi się stać – pozwalali mi raz za razem wsiadać na te konie. Myślę, że to mi dało bardzo dużo siły i wiedzy, że sobie poradzę, że mam siłę stawić czoła wielkim wyzwaniom.

Czyli naszą rolą jest nie tyle chronić dziecko, co je przygotować. A najlepiej przygotujemy, dając jak najwięcej autonomii, bo dziecko się nie rozwinie, jeśli będziemy je trzymać za rękę, prowadząc je przez poszczególne etapy.

Tak, tylko chciałabym, żeby ta autonomia była zawsze w parze ze wsparciem. Czyli właśnie, że kiedy jechałam na pogotowie, kiedy płakałam, że już nigdy nie wsiądę na konia – rodzice byli przy mnie, przychodził tata i mówił, że dam radę, a on będzie blisko, jeśli chcę. To nie była autonomia na zasadzie: „Radź sobie i się nie pieść”, tylko takie poczucie, że oni tam są i mam od nich wsparcie. To mi mocno towarzyszy. Dziecko w tej samodzielności potrzebuje takich mocnych pleców – żeby czuło, że jest ktoś, kto je wesprze i przy nim stoi, kto się zatroszczy, kto pozwoli się wyregulować.

Dziękuję za rozmowę

*

Małgorzata Musiał – pedagożka z wykształcenia, żona i mama trójki dzieci z powołania. Na co dzień zajmuje się wspieraniem dorosłych w lepszym rozumieniu dzieci. Prowadzi kursy online, warsztaty dotyczące relacji i udziela indywidualnych konsultacji rodzicielskich. Mediatorka NVC (Porozumienia bez Przemocy), mentorka grup SAFE, profesjonalnie wspierająca świeżo upieczonych rodziców. Autorka książki „Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny”.

*

… A W PRAKTYCE

Wspieranie samodzielności maluchów to jedno z najważniejszych, a jednocześnie najtrudniejszych zdań rodziców. Czujemy się w tym o wiele pewniej, gdy towarzyszące nam na co dzień meble i akcesoria gwarantują bezpieczeństwo dzieci i w naturalny sposób sprzyjają usamodzielnianiu się. Przykład? Kultowe krzesełko Stokke Tripp Trapp! Dzięki przemyślanej od A do Z konstrukcji i dodatkowemu wyposażeniu (jak Baby Set, idealny od 6. miesiąca) maluch może uczestniczyć w rodzinnych posiłkach od początku rozszerzania diety. Przebywanie na poziomie pozostałych członków rodziny, przyglądanie się ich zwyczajom i talerzom (w tym porównywanie ich ze swoim) włącza maluchy do wspólnego rytuału i sprzyja nauce samodzielnego jedzenia.

Poczucie sprawczości i autonomii na tym etapie rozwoju wzmacniają także akcesoria przygotowane z myślą o pierwszych posiłkach. Tacka wykonana z łatwego do czyszczenia plastiku pozwala nam, rodzicom, na większy luz przy eksperymentach z jedzeniem. Rozgniatanie, ściskanie, wyrzucanie – to sposoby na zapoznanie się z nowymi produktami, a przy tym świetna zabawa sensoryczna dla najmłodszych. Dajmy im na to przestrzeń i odpowiednie warunki! Z kolei pasująca do tacki podkładka EZPZ ułatwia samodzielne jedzenie i rozwija precyzyjne umiejętności motoryczne maluchów. Dzięki przyssawkom tacka pozostaje na miejscu, co pozwala rodzicom na panowanie nad bałaganem w trakcie posiłku.

Lubimy produkty, które zostają z dziećmi na dłużej, a jednocześnie zmieniają nieco funkcjonalność, dostosowując się do ich możliwości. Tak jak Tripp Trapp, które z mebla idealnego dla niemowlaków zmienia się w krzesełko dla starszaka. Gwarantując swobodę ruchów i niezależność, zachęca do samodzielnego wchodzenia i schodzenia – to bardzo ważna umiejętność! Przy tym unikalna regulacja siedziska i podnóżka zapewnia podparcie i ergonomiczną pozycję dzieciom w każdym wieku. A także dorosłym, bo krzesełko przemyślane jest tak, by służyć przez całe życie! Na etapie przedszkolaka i ucznia tworzy miejsce do działalności twórczej, odrabiania lekcji, jest podręcznym kitchen helperem i drabinką do sięgania do najwyższych półek z książkami.

Samodzielność to także przygotowywanie się do wyjść czy wycieczek na własną rękę. Spróbujmy, w miarę możliwości, nie ingerować w zawartość podręcznego bagażu dziecka, a rzeczy uznawane przez nas za niezbędne spakujmy niezależnie. Budujemy w ten sposób w dziecku poczucie odpowiedzialności za siebie i swoje rzeczy. Wrzucanie do swojego plecaka czy walizki ulubionych zabawek, okularów lub bidonu to też świetna zabawa!

Jak te przełomowe momenty rozwoju przebiegały w waszych rodzinach? Udało się przetrwać bez większych burz? A może słońce po burzy w postaci zadowolonego z siebie trzylatka, który sam ubrał się do wyjścia, rekompensowało wszystko? Podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach.

*

Artykuł powstał we współpracy z marką Stokke.

Dodaj komentarz