książki dla dzieci

Jak się tłumaczy książki dla dzieci?

Rozmowa z Joanną Wajs, tłumaczką „Ćmonów i Smeśków”

Jak się tłumaczy książki dla dzieci?
Lidka Dzwolak

Czy podczas czytania polskich wersji zagranicznych lektur przyszło wam do głowy, że to w dużej mierze zasługa autora przekładu? Tłumacz, choć często schowany w stopce redakcyjnej, jest ważnym łącznikiem między pisarzem a (małym) czytelnikiem. A to nie lada wyzwanie!

Zapraszamy na całkiem zaskakującą rozmowę z Joanną Wajs – tłumaczką polskiego wydania „Ćmonów i Smeśków”, nowej książki Julii Donaldson (tak, tej od Gruffalo) wydanej przez Naszą Księgarnię. To z niej dowiecie się, dlaczego autor przekładu musi być niepokorny, czemu niekiedy musi wysyłać do pisarzy rozpaczliwe listy i z jakiej przyczyny babcia nazywa jego pracę nieuczciwą.

*

fot. Daniel de Latour

 

*

Imiona bohaterów książek mocno nakreślają ich tożsamość, dlatego intrygujące jest ich tłumaczenie. Jak w oryginale nazywali się Żaneta i Arturek z „Ćmonów i Smeśków” i skąd pomysł, by przyjęli takie polskie wersje imion?

Żaneta – Ćmonka z zieloną grzywką zbuntowana przeciwko dyktaturze babć i dziadków – w wersji oryginalnej wiersza Donaldson nosi imię Janet. W języku polskim mogłaby więc zostać po prostu Janeczką, ale takie rozwiązanie zupełnie nie wchodziło w grę. Po pierwsze dlatego, że mamy już parę Janeczek w przekładach klasyki literatury dziecięcej. Chociażby tę, która wraz z rodzeństwem spotyka Piaskoludka u Edith Nesbit, czy też najstarszą spośród małych Banksów w książkach P.L. Travers o Mary Poppins. Co interesujące, obie te słynne Janeczki zawdzięczamy jednej tłumaczce – Irenie Tuwim. Po drugie – za Żanetą zdecydowanie przemawiał charakter postaci.

Całkiem dobrze znamy Żanetkę, ale poprosimy o wyjaśnienia.

Bohaterka Julii Donaldson – dziewczynka o długich rzęsach i łagodnym uśmiechu – jest silną osobowością, może nawet anarchistką, która nie chce się dłużej taplać w ćmońskim blejorku i ma dosyć dziadkokracji prowadzącej do głupich uprzedzeń i nietolerancyjnych zachowań. Na jednym z obrazków Axela Schefflera widzimy, że to ona wykrada rakietę Ćmonom i zabiera Arturka na nielegalną przejażdżkę po kosmosie. To również ona wspina się nieustraszenie na sam czubek galaretowca. Ona też w punkcie zwrotnym tej historii, już całkiem dorosła, oświadcza krewnym swoim i Arturka, skłóconym od niepamiętnych czasów, że oto się urodziło pierwsze ćmońsko-smeśkowe dziecko. Wyobraźmy sobie, jakiej to wymagało odwagi! Imię Żaneta – trochę zadziorne, a trochę przekorne – wydało mi się w sam raz dla wykradaczki statków kosmicznych (i chłopców). A że Żanetę można bez przeszkód zrymować i z planetą, i z rakietą, czyli z najważniejszymi elementami świata Donaldson, decyzja praktycznie podjęła się sama.

A jak było z Arturkiem?

W jego przypadku szukałam imienia, które nawiązałoby z imieniem Żaneta taką samą relację, jaką ma z bohaterką bohater – wyraźnie subtelniejszy od swoich sióstr i braci. Niebieski chłopiec jest delikatną i czułą jednostką, co zresztą bardziej widać na rysunkach Schefflera niż w tekście Donaldson. I ten wrażliwy młody człowiek ma w oryginale na imię Bill – a Bill to zdrobnienie od Williama, którego czasem tłumaczy się na język polski jako Wilhelma. Nasz kosmita nie jest jednak zdobywcą, tylko romantykiem, więc podobnie jak Janeczka, Wilhelm nie wchodził w grę. W niektórych starszych przekładach anglosaskiej literatury dziecięcej Bill zostawał Wilusiem, ale ja potrzebowałam czegoś współczesnego. Nie umiem powiedzieć, czemu tym czymś jednocześnie czułym i współczesnym okazał się Arturek, nie wszystko jest racjonalnym wyborem (na szczęście, bo inaczej tłumaczenie byłoby nie twórczością, lecz zwykłą działalnością usługową). Po prostu to właśnie on wydał mi się najodpowiedniejszym partnerem dla Żanety.

Gdyby miała Pani wyjaśnić nam, czytelnikom, proces działania tłumacza, to jak on przebiega? Dostaje Pani oryginalną wersję i…?

…i ona zaczyna się tłumaczyć już podczas tego pierwszego czytania. Natomiast koniec pracy tłumacza nie przychodzi właściwie nigdy, bo niezupełnie wierzę, że istnieją przekłady skończone. Tak samo jak niezupełnie wierzę, że można być „absolutnie zadowolonym” ze swojego tekstu. Tłumacze zwykle są niezadowoleni. A już najbardziej ci, którzy przekładają poezję. Ale wracając do procesu: między samym początkiem początku, czyli pierwszą lekturą oryginału, a brakiem końca jest jeszcze bardzo długi, okropnie nudny dla osób postronnych środek. Wtedy tłumacza zastępuje aptekarz starannie ważący straty i zyski związane z konkretnymi przekładowymi wyborami. I w kółko zmieniający zdanie. Aż wreszcie ten aptekarz, który się waha, dochodzi do stadium względnego tylko niezadowolenia i oddaje przekład wydawnictwu. To wszystko oczywiście trwa. I polega nie tyle na pisaniu, ile na myśleniu, łudząco podobnym do dość apatycznej bezczynności. Pewnie dlatego moja nieżyjąca już babcia, widząc mnie kiedyś przy robocie, a jej zdaniem przy nicnierobieniu, oznajmiła lekko wstrząśnięta, że to chyba nie jest uczciwa praca. Pełna zgoda, babciu.

To kontrowersyjna ciekawostka na temat Pani zawodu! Co, poza słownikiem oczywiście, przydaje się tłumaczowi?

Słownik rzeczywiście się przydaje. Ale myślę, że najważniejszy jest – wypracowywany przy każdym tekście od nowa – odpowiedni stosunek pokory do arogancji. Nadmiar tego drugiego może nam dać zły przekład. Nadmiar tego pierwszego może nam dać brak przekładu.

 

Czy w „Ćmonach i Smeśkach” były takie wątki lub słowa (a wiemy, że sporo tu neologizmów), których nie sposób było przetłumaczyć?

O rety. Myślę (mam nadzieję), że nie było. To właśnie gry słowne dają najwięcej frajdy podczas pracy nad tekstem – dlatego, że trzeba stworzyć je od nowa, odwołać się do innej tradycji kulturowej, tkanki frazeologicznej, praktyki słowotwórczej, siatki skojarzeń. Tłumacz odchodzi niekiedy bardzo daleko od oryginału w poszukiwaniu jak największej bliskości.

No, tak – Pani mówi o odchodzeniu od oryginału, a ja właśnie chciałam dociec, czy podczas tłumaczenia ma Pani kontakt z autorami książek? 

Autor jest faktycznie osobą najlepiej poinformowaną, więc kilka razy, podczas pracy nad jakimś wyjątkowo introwertycznym tekstem, zdarzyło mi się napisać rozpaczliwy list z błaganiem o pomoc. Skorzystałam z takiej możliwości na przykład podczas tłumaczenia szwajcarskiej poezji współczesnej. Ale to, co jest szansą, jednocześnie stanowi też zagrożenie, dlatego na ogół staram się nie zadawać pytań autorowi. Pisarz mówiący o swoim tekście – mówiący poza nim i ponad nim – zaczyna go interpretować, objaśniać. Wówczas istnieje groźba, że tłumacz straci z oczu swoje najważniejsze porozumienie – z tekstem – na rzecz wiedzy zewnętrznej. Ja staram się ciągnąć za język przede wszystkim tekst. I raczej widzieć niż wiedzieć (choć pewnie z różnym skutkiem).

A jak to było z książką Julii Donaldson?

Podczas tłumaczenia „Ćmonów i Smeśków” nie zawracałam autorce głowy swoimi wątpliwościami. Natomiast razem z redaktor prowadzącą wydania polskiego poprosiłam ją, aby rozważyła możliwość dokonania zmiany w dedykacji. W oryginale miała ona kształt następujący: Wszystkim dzieciom Europy. Takie słowa wypowiedziane przez poetkę żyjącą w wielokulturowym (wciąż jeszcze) społeczeństwie, piszącą o tolerancji, o różnicach, które łączą, a nie dzielą, musiały wybrzmieć w Wielkiej Brytanii w szczególny sposób. Zwłaszcza w przeddzień brexitu, dramatycznego rozłamu, do którego pisarka w swojej książce nawiązywała. W Polsce jednak ograniczenie perspektywy do Europy, zważywszy na toczącą się u nas dyskusję o (nie)przyjmowaniu imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki, mogłoby mieć inną wymowę, wręcz wykluczającą, a to naturalnie nigdy nie było intencją Julii Donaldson. Autorka ze zrozumieniem przyjęła ten argument i przeredagowała dedykację z myślą o naszym wydaniu. W takich oto okolicznościach polskie „Ćmony i Smeśki” – zadedykowane przez poetkę Wszystkim dzieciom uchodźcom – zyskały dodatkowy wymiar i jeszcze jedno poruszające przesłanie.

To był piękny gest. Dziękuję za rozmowę!

*

Joanna Wajs – poetka, tłumaczka, redaktorka. Tłumaczy literaturę włosko- i anglojęzyczną – od Umberta Eco i Tiziana Terzaniego po Jeffa Kinneya i Julię Donaldson. Jest redaktor prowadzącą w Naszej Księgarni oraz współautorką książek dla dzieci „Opowiem ci, mamo, co robią koty” i „Zwierzęta, które zniknęły” (ta druga zdobyła tytuł Mądrej Książki Roku). Za swoje przekłady dwukrotnie otrzymała Nagrodę Literacką im. Leopolda Staffa, a także nagrodę blogerów Lokomotywa w konkursie Książka dla Niedorosłych. Ratuje koty, gołębie i ślimaki (od zawsze), zajmuje się krytyką literacką (coraz rzadziej), gra na skrzypcach (coraz gorzej) i wykreśla kolejne wersy z powstającego (od dziesięciu lat) nowego zbioru wierszy.

*

Więcej o dziele pracy Joanny Wajs, czyli polskiej wersji „Ćmonów i Smeśków” wydanej przez Naszą Księgarnię, przeczytacie tutaj.