edukacja książki dla dzieci

Jak rozmawiać z dzieckiem o savoir-vivre?

Podpowiada Łukasz Walewski, autor książki „Mali dyplomaci”

Jak rozmawiać z dzieckiem o savoir-vivre?
Kinga Hołub

Dobre maniery – temat rzeka, który nie kończy się bynajmniej na mówieniu „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam”. To też inność, stereotypy, walka z hejtem i nowe zasady życia w czasie pandemii. To codzienne sprawy budujące ład społeczny. Łukasz Walewski opowiada nam, jak sprytnie i łagodnie zaangażować w nie dzieci.

Punktem wyjścia do naszej rozmowy jest świeżo wydana, ilustrowana książka „Mali dyplomaci, czyli jak zasady pomagają zrozumieć świat”, która ukazała się nakładem wydawnictwa SQN. Jej autor Łukasz Walewski – wieloletni dziennikarz, tata dwóch dziewczynek i znawca savoir-vivre’u, z pomocą swojej córeczki Marysi udowadnia, że zasad i etykiety nie trzeba się bać, bo to one pomagają nam, dorosłym i dzieciom, zrozumieć świat. Jak mówi sam twórca: To nie poradnik czy sucha lista „rób”-„nie rób”, to raczej dialog i próba wczucia się w „tego drugiego”. Dla wyjaśnienia – książka ma formułę rozmowy taty z córką, wzbogaconą ćwiczeniami dla dzieci. A dziś na Ładne Bebe autor opowiada nam, jak to jest z tą współczesną kindersztubą. Posłuchajcie.

Na dzień dobry proszę powiedzieć, jak to jest obecnie z witaniem się przez podanie ręki – podajemy ją czy nie? Rozmawiamy wirtualnie i nie jest mi dane sprawdzić w praktyce.

Wirtualnie można przecież sobie pomachać (śmiech). Jasne, że w związku z pandemią raczej trzeba sobie tę przyjemność, jaką jest zwyczajowy uścisk dłoni, darować. Co gorsza – maseczka zasłania uśmiech. Pozostaje więc dobrze dobrać słowa. Witam Panią ciepło i serdecznie! Bardzo się cieszę, że rozmawiamy.

Książka, którą napisał Pan z córką, Marysią, ładnie nam przypomina, że savoir-vivre to nie tylko zasady zachowania w teatrze czy na bankiecie – w końcu ten termin z francuskiego to „wiedzieć, jak żyć”. Czy my, Polacy, mamy jakiś słaby punkt w temacie dyplomacji codziennej? A może mamy też mocne strony?

Nie lubię generalizować. Tego też staramy się trzymać w domu. Tak samo jak nie można powiedzieć niczego „generalnie” o „wszystkich” dzieciach. Jeśli miałbym się do czegoś doczepić – jest to oczywiście moje subiektywne wrażenie – to przy stole czasem osłabia mnie nasze wieczne rozpolitykowanie albo „narzekactwo” (choć czasem i sam narzekam czy „politykuję”). Naprawdę jest wiele ciekawych tematów do rozmów, a życie jest piękne.

Faktycznie – z marszu znalazłabym ze trzy powody do „narzekactwa” na dziś! Wspomina Pan, że nakazy i zakazy nie są drogą do wychowania „małego dyplomaty”, a znacznie lepiej sprawdza się dialog. To działa?

Jestem jak każdy rodzic zatroskany o to, jak łączyć wychowywanie z partnerstwem. Co więcej – sam często popełniam gafy. Pomysł napisania książki wziął się właśnie z tego, że często jako dziennikarz miałem okazję obserwować spotkania na szczycie, dyplomatów, prezydentów, koronowane głowy. A jak wracałem do dzieci do domu, to był to zupełnie inny świat. Ale jednak chcemy tego wszyscy – my, rodzice – aby nasze dzieciaki potrafiły się dobrze i swobodnie w przyszłości czuć, nawet przy królowej czy cesarzu.

Jednocześnie nie możemy zapominać, że są dziećmi i że nie możemy zbyt wiele od nich oczekiwać. Z trzeciej strony – to na nas spoczywa to zadanie. Czasem się gubimy. Stąd powstał pomysł na dialog. To dokładnie tak, jak napisaliśmy w książce. To nie poradnik czy sucha lista „rób”-„nie rób”, to raczej dialog i próba wczucia się w „tego drugiego”. „Duży” uczy i musi się postawić w roli tego „małego”. A „mały” dowiadując się o zasadach i współżyciu społecznym, musi się postawić w roli „dorosłego”. To bardzo wzbogaca. Temu służą też propozycje wspólnych zadań na końcu każdego rozdziału. A równocześnie, gdy rozmawiamy o niechcianych prezentach, na koniec rozmowy dostaję od Marysi skarpetką w nos (śmiech).

Właśnie, świetny, bo bardzo życiowy i przystępny, jest zamysł formuły „Małych dyplomatów” opierający się na dialogu Pana i Marysi. Jest w nim przestrzeń na reakcję dziecka, na jego refleksje. 

To szczerze mówiąc przyszło naturalnie. Gdy zacząłem spisywać nasze rozmowy, Marysia miała 6 lat, a ja jeszcze pracowałem w Trójce jako reporter. Nie mogłem przejść nad tym obojętnie i chciałem zatrzymać ten moment naszego życia, a potem dotarło do mnie, że przecież warto się tym podzielić z innymi. To była też kontynuacja pasji, jaką było dotąd dla mnie pisanie książek o dyplomacji. Marysia je czytała i czasem o czymś dyskutowaliśmy. To było fascynujące słuchać, co sześciolatka myśli na przykład o kolejności witania czy rozsadzania przy stole gości (precedencja w języku dyplomacji) albo czy wie, że zaproszenia na urodziny nie różnią się za bardzo od tych dyplomatycznych na bal u królowej. W ogóle sama konwencja tych rozmów przypomniała mi dawny program w TVP „Tata a Marcin powiedział…” z Piotrem Fronczewskim. Momentalnie przeniosłem się w tamte wspomnienia. Wtedy oglądałem to jako syn, dzisiaj stałem się tym od odpowiadania na „Tata, a Zosia powiedziała…” i tak zwany – SZOK I NIEDOWIERZANIE. A potem był uśmiech. No i powstała książka.

Maniery, jak cała masa zjawisk kulturowych, ewoluują – co pod tym kątem trapi pana, także jako rodzica, we współczesnym świecie? Gdzie mamy najwięcej lekcji do odrobienia?

Uważam, że problemem jest to, jak we współczesnym świecie zachować balans między tym, „co uchodzi” a co nie. Czasem przeraża mnie to, czym nasiąkają dzieciaki pod wpływem niektórych influencerów. Martwi mnie ostry język debaty publicznej. Nieumiejętność spokojnego dyskutowania. Brak szacunku dla nauczycieli ze strony uczniów. Jest też coś, co mnie bardzo dziwi i wręcz boli. Jak byłem dzieckiem w wieku szkolnym, to starsi zwracali nam uwagę, np. w autobusie czy tramwaju, sklepie czy na ulicy. Dziś ludzie jakby stali się obojętni. A może się boją? Kto, w długiej perspektywie, to za nas wszystkich ma zrobić? Kto ma wychować ludzi z klasą? Czasem mówimy o „szyku” i „stylu” ludzi z pokolenia przedwojennego, prawda? Mamy to przecież w sobie. Wystarczy nieco sięgnąć głębiej, a potem przez zabawę czy dialog pomówić o tym z dzieciakami. Tak… brzmi to idealnie i wcale nie jest łatwe. Cierpliwości i mnie czasem brakuje. I ja również nie byłem dzieckiem dyplomaty, które wychowywało się na salonach czy w ambasadach.

To teraz skala mikro. Co jest największą próbą sił w tym temacie dla Pana jako taty dwóch dziewczynek? O słabości Marysi do coca-coli i chipsach już co nieco wiem z książki.

Za każdym razem, gdy się powtarzam po raz dziesiąty i muszę zagryźć zęby. Jak szukam resztek cierpliwości, bo nie zawsze moje „nie” jest odbierane jako „nie”. Jak bywam ignorowany choć to, co mówię jest „ważne” – tak, mówię o tym wprost. Jak każdy rodzic mam z tym kłopot. A jaki to temat powoduje, to już bez różnicy. Czasem to kwestia sprzątania po sobie, czasem przerywania. Oj tak, komunikacja w domu, gdy wszyscy wracają – z pracy, ze szkoły, z przedszkola – i jeszcze pies szczeka, a każdy ma coś superważnego do powiedzenia i nie może czekać, musi „teraz, teraz”, to jest to wyzwanie… A tak serio – największym wyzwaniem jest kwestia ciągłego przebodźcowania. W obecnych czasach to nawet my, dorośli jesteśmy przebodźcowani, a co dopiero nasze dzieci. Stąd często trudność w skupieniu się na tym, co mówi rodzic i właściwym zrozumieniu. Ale i u rodziców zabieganie i brak czasu sprawiają, że nie potrafimy spojrzeć na siebie oczami dziecka. I to wystarczy. Od razu komunikacyjny „klops”. No i naturalnie wyzwaniem dla każdego rodzica, który ma więcej niż jedno dziecko, jest to, jak nauczyć rodzeństwo cywilizowanego rozwiązywania konfliktów. O, może to będzie temat do następnej książki.

Podpytam jeszcze o dress code przedszkolaka – brzmi jak oksymoron, ale coś jest na rzeczy, skoro poruszaliście ten temat w książce. Co rodzice powinni o tym wiedzieć? Co z sukienką księżniczki wkładaną do przedszkola?

Oj tak, dress code do przedszkola… W końcu każda kobieta czasem chce się poczuć jak księżniczka. Nie widzę nic zdrożnego w tych sukienkach księżniczek od czasu do czasu. Nie jestem też specjalistą od strojów, za to jestem zwolennikiem „demokratycznego” (excusez le mot) stylu ubierania się. Przykładowo pytanie: wybierasz dziś białą czy zieloną koszulkę? pozwala dziecku na wybór jednej z dwóch opcji, które będą adekwatne do sytuacji czy pogody. W końcu nam nikt nie mówi, jak mamy się ubierać, prawda? Reszta chyba przychodzi z czasem. Na szczęście wiara w nauczycieli też pomaga – przecież dzieci chodzą (przed pandemią chodziły) do teatru, filharmonii albo kina. Z nami udają się na różne uroczystości i same dostrzegają, kiedy i jaki strój do czego jest właściwy. Nie kradnijmy im też dzieciństwa.

Wzruszały i imponowały mi niektóre reakcje Pańskiej córki opisane w książce, szczególnie te dotyczące stereotypów. Jak kształtować te postawy u dzieci? Dom to istotna strefa, ale przecież jest jeszcze szkoła, plac zabaw i nieograniczone podwórko, czyli internet…

No właśnie – ze stereotypami walczyć można tylko poprzez rozmowy i praktykę. Moim zdaniem im mniej tematów tabu w domu, tym lepiej. Im częściej i im bardziej otwieramy się na doświadczenia takie jak wizyta w synagodze czy restauracji żydowskiej, albo wyjście do wegańskiej czy wegetariańskiej restauracji, albo rozmowa o homoseksualizmie po wydaniu serwisu informacyjnego w telewizji, tym lepiej. Im więcej obcokrajowców, przedstawicieli różnych wyznań czy ras dziecko spotka od małego, tym lepiej dla niego. Dowie się więcej o nich i o sobie, sięgnie głęboko do swojego „ja” i nie da sobie wmówić w przyszłości głupot. O tym pisał już Kapuściński, wskazując że „inny” często jest przez nieznajomość rzeczywistego „innego”, pejoratywnie rozumianym przymiotnikiem, i niestety użytecznym, gdy ktoś celowo chce skierować ludzi przeciwko sobie. Chciałbym, aby moje córki nigdy nie dawały się w to „wpuścić”. Jak ktoś będzie im próbował wmówić jakiś nonsens, np. że skośnoocy Azjaci porywają dzieci (wymyśliłem to teraz, na poczekaniu, wyłącznie dla zilustrowania tematu), to będą w stanie odpowiedzieć, że uczyły się w przedszkolu czy szkole z takimi osobami i to ich koledzy, czy też że dobrze bawiły się na weselu z panią, która pochodzi z Hongkong, a to o „porywaniu dzieci” to jakaś bujda na resorach.

Jak się pisze książkę z dzieckiem?

To było najciekawsze w całym tym projekcie. Spisywanie rozmów z dzieckiem czy pisanie z nim książki to podróż po wyspach dziecięcej wyobraźni. Można sobie założyć – tak się powinno przy wydawaniu książki – jakiś jej plan. Ale gdy zaczynaliśmy rozmawiać, na przykład o tym, jakie są zasady przy stole, okazywało się, że nagle widelec – zamiast sztućca o określonym przeznaczeniu – może być łukiem czy maczugą, za pomocą których w dżungli poluje się na dzikie zwierzęta. A stąd już niedaleko do rozmowy o tym, kim są pigmeje i gdzie żyją, oraz jakie mają zwyczaje. Niesamowita przygoda!

„Mali dyplomaci” są wypełnieni zabawnymi ilustracjami Pana i Pańskiej rodziny. Proszę opowiedzieć pokrótce, jak wyglądała współpraca z ilustratorką i wydawnictwem. Czy Marysia akceptowała treści?

Tak. W tym miejscu chciałbym bardzo serdecznie podziękować wydawnictwu SQN, które jest ze mną od początku mojej przygody „pisarskiej”. Po trzech wspólnych projektach (książkach „Przywitaj się z królową”, „Ambasadorowie”, „Polski most szpiegów”) wiedzieliśmy już, jakie mamy możliwości, a że ilustracje stały się przy „Małych dyplomatach” ważną częścią komunikacji – wręcz osobnym kanałem w tej książce – z którego Marysia chciała i mogła skorzystać – to wydawnictwo zasugerowało, aby mocniej nad tym popracować. Graficy i wydawnictwo poprosili nawet o nasze zdjęcia, aby dobrze oddać to, co jest rzeczywistością. I na każdym etapie wszystko wspólnie konsultowaliśmy. Pojawił się tam nawet nasz pies – czarny labrador Nelson (który jest z nami dopiero od niedawna – ma rok i można powiedzieć, że załapał się do książki „rzutem na taśmę”). Dodam, w ramach ciekawostki, że w książce w jednym miejscu zaszyty jest kod QR do wywiadu audio z profesorem Bralczykiem o pochodzeniu słów „dziękuję”, „przepraszam” i „proszę”, więc warto i do tego kanału komunikacji sięgnąć.

Uwielbiam prof. Bralczyka! A czy jest wątek o zasadach, który nie zmieścił się w książce, a o którym chciałby Pan wspomnieć, gdyby była druga część publikacji dla dzieci?

Myślałem o tym, bo przecież jedną książkę mamy napisaną z jedną córką, a druga – młodsza, Ola – może być kiedyś zazdrosna. Choć i tak w kilku miejscach się pojawiła. Owszem, myślałem o tym. Wraz z dorastaniem Marysi, która staje się nastolatką, pojawiają się nowe wyzwania w kontekście dobrych manier i zasad „kindersztuby”. To już zupełnie inny „level”. Może o tym napiszemy kiedyś z Olą.

Na końcu książki przyznaje się Pan do popełniania gaf – wobec tego muszę zapytać o chociaż jedną z nich. To będzie dobre zwieńczenie naszej rozmowy (śmiech).

Nigdy nie zapomnę, gdy zostałem zaproszony na bal przyjaciół protokołu dyplomatycznego MSZ, który odbywał się w Pałacyku przy Foksal. Marysia i Ola były jeszcze naprawdę małe (Ola w zasadzie miała chyba roczek), więc trudno było o wolny wieczór i „wychodne”. Wszystko zapisałem w kalendarzu na kilka tygodni wcześniej. W wyczekany wieczór wbiłem się w garnitur, żona mnie pożegnała, życząc dobrej zabawy. I utknąłem w korku. W obawie przed spóźnieniem gorączkowo poszukiwałem potem miejsca do zaparkowania auta, a w końcu jak już dobiegłem zdyszany z zaproszeniem w rękach, podniosłem wzrok i zdziwiłem się, bo nie widziałem żadnych zapalonych świateł. Podszedłem do ochroniarza, prezentując zaproszenie, a on zapytał: a Pan tutaj w jakim celu? Gdy wyjaśniłem, powiedział, że dzisiaj żadnego balu nie ma. Spojrzałem więc na bilecik i zrozumiałem, że… impreza będzie za tydzień. Naturalnie tydzień później przybyłem na uroczystość. I się nie spóźniłem.

*

Sami widzicie, że wychowanie małych dyplomatów to całkiem przyjemna sprawa – to życiowa edukacja, która zaprocentuje, i która rozgrywa się w codzienności. A jak u was w domu wyglądają rozmowy o manierach? Może macie jakieś anegdoty z cyklu „dziecięcy savoir-vivre”? Dzielcie się w komentarzach.

*

Łukasz Walewski: PR-owiec, założyciel WalewskiPR, dziennikarz, autor książek „Przywitaj się z królową” i „Władza w sieci. Jak nami rządzą social media”. Absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Łódzkim, wykładowca dziennikarstwa. Szczęśliwy mąż i ojciec dwóch dziewczynek, miłośnik Hiszpanii, żeglarstwa, narciarstwa i dobrego poczucia humoru.

„Mali dyplomaci, czyli jak zasady pomagają zrozumieć świat”, tekst: Łukasz Walewski, ilustracje: Sylwia Doli Doliszna, wydawnictwo SQN

 

 

Dodaj komentarz