rozmowa

Jak oni żyją: u Julii i Marka na warszawskiej Ochocie

Zwykły (niezwykły) dzień

Jak oni żyją: u Julii i Marka na warszawskiej Ochocie
Kinga Hołub

Lubimy podglądać innych, to żaden powód do wstydu. Podejrzeć, jak żyją, jak radzą sobie (lub nie) z codziennością, grafikiem tygodnia, żonglowaniem między pracą, domem, próbą wyłuskania czasu tylko dla siebie. Zaglądacie z nami?

Jeśli uważacie, że Instagram to zbyt cukierkowa wizja rodzicielstwa, a sesje robione w leniwe weekendy nie oddają prawdy, oto specjalnie dla was wpadamy (no, prawie bez zapowiedzi) do domu jednych z was – zwykła środa czy wtorek, dziecko z glutem juz nie w placówce, drugie jeszcze się trzyma, rodzic na home office. Dzień dobry! Podglądamy, jak żyjecie w waszych ukochanych przestrzeniach, jak planujecie sobie tydzień, co czytacie, a nawet co macie w lodówce. Ba, nawet zajrzymy do szafy, z ciekawości, rzecz jasna. Bez lukrów i make upów, wpraszamy się w ciągu tygodnia na kawę.

Dziś ugoszczą nas Julia, Marek oraz maluchy: Rysiek i Zbyszek. Poznajcie ich! Julia, socjolożka i psycholożka międzykulturowa, która dawniej współtworzyła platformę showroom.pl, obecnie rozwija własną markę NAGO, a jej mąż Marek, z wykształcenia filozof i filolog angielski, to didżej i producent, od półtorej dekady aktywny na scenie klubowej i festiwalowej – prowadzi również wydawnictwo Dom Trojga oraz zajmuje się dystrybucją muzyczną. Do tego dwa psiaki w komplecie, Frugo i Bruno, łypią na nas przyjaznym okiem!

Podobno każda impreza kończy się w kuchni, u nas rozmowa się tu zaczyna. Kto na co dzień gotuje? Dom czy wynos?

J: Nasze zwyczaje jedzeniowe mocno zmieniły się, od kiedy urodził się Rysiek, a przez Covid już zupełnie. Nigdy nie mieliśmy w zwyczaju zamawiać jedzenia. Marek zawsze gotował, lubiliśmy też wyjść zjeść do knajpy. Teraz zdarza się, że ja zamawiam sobie obiad do pracy albo weźmiemy coś na wynos, kiedy nie ma czasu lub pomysłu, ale Rysiek woli domowe jedzenie.

M: Gotowałem raczej proste rzeczy, bez większych eksperymentów, ale szukałem drobnych urozmaiceń. Teraz przy dzieciach bywa, że i na to nie ma czasu, ale Rysiek i tak chce jeść tylko swoje ulubione potrawy. Co jakiś czas robię większe zakupy, a warzywa, owoce czy pieczywo kupujemy na bieżąco, mamy tu na miejscu stragany. Czy od zawsze gotuję? Chyba tak…

Julia, ty szczęściaro…

M: Ale teraz staram się nie poświęcać na obiad więcej niż 10-15 minut. Najgorzej, jak się planuje, nagotuje, a potem dziecko nie chce tego jeść (śmiech). Musimy oszczędzać czas i siły.

No właśnie, oboje pracujecie z domu? Jak wygląda wasz przykładowy dzień?

J: Wstajemy około szóstej. Odkąd jest Rysiek, nie używamy budzika. Mały je przed przedszkolem owsiankę, ja trochę ogarniam dom i szykujemy go do wyjścia. Odprowadza go Marek, a ja w tym czasie zajmuję się Zbyszkiem. Potem przychodzi niania Paulina. Ja wtedy mam czas odciągnąć mleko, ubrać się, wyszykować i na dziesiątą staram się dojechać do biura. Przed powrotem do domu nierzadko zaglądam też do naszego butiku na Mokotowską.

Nie podzieliłaś losu wielu osób i home office… 

J: Specyfika naszej działalności naprawdę na to nie pozwala. Muszę się skupić w biurze, wiele rzeczy trzeba zobaczyć na własne oczy, dotknąć, omówić bezpośrednio. Kiedy zaczęła się epidemia, wprowadziliśmy reżim sanitarny i mocno przeorganizowaliśmy system pracy, ale nie jesteśmy w stanie pracować w pełni zdalnie.

M: Ja zawsze pracowałem z domu, ale to nie jest łatwe przy dziecku. Nawet jeśli się ma domowe biuro, fizycznie osobną przestrzeń, tak jak moje studio, to i tak trudno o utrzymanie granic. Jeśli Rysiek nie jest w przedszkolu, to nie umie zrozumieć, że ja muszę siedzieć zamknięty i nie mam dla niego czasu. A jeśli ktoś nie ma osobnego pokoju, do tego dzieci w szkole zdalnej czy drugą osobę na home office – to jest to już naprawdę bardzo trudne.

J: Ja jestem w biurze do 16. Potem odbieram Ryśka, to nasz rytuał. On ma teraz kryzys – jest zazdrosny o brata. To działa na wielu płaszczyznach – choćby takiej, że widzi, jak Zbyszek zostaje w domu z nianią, więc czemu nie on? Odkąd jest Zbyszek, Rysio ma dużą potrzebę zwrócenia na siebie uwagi i bycia ze mną. Po przedszkolu staram się z nim spędzić trochę czasu tylko we dwoje. Idziemy na plac zabaw czy lody, rozmawiamy sobie. Kiedy wracamy, potrzebuję jeszcze chwili dla siebie – karmię Zbyszka piersią, ale ponieważ chodzę do pracy, nie mogę się obyć bez laktatora. Przy Ryśku korzystałam z pojedynczego, który okazał się bardziej uciążliwy niż mogłam się spodziewać. Teraz zamieniłam go na podwójny i jest to zupełnie coś innego. Popołudniu zazwyczaj idziemy na wspólny spacer z psami, na rower, spotykamy się z moją albo Marka siostrą, jedziemy na tramwajową wycieczkę na lody. Rysiek uwielbia szynowe środki transportu.

Temat spania. Jak z tym u was?

J: Zbyszek jest bardziej przewidywalny w tej kwestii, ma trzy drzemki…

M: Pamiętaj, że to wiek, w którym wszystko może się zmienić z dnia na dzień.

J: No tak, ale póki co nie mamy kłopotów z jego spaniem. O 20-21:00 staramy się położyć Ryśka na noc. Kąpiel, mycie zębów, czytanie, a potem zasypiamy razem (śmiech). Ktoś musi z nim leżeć i są to różne konfiguracje łóżkowe.

M: Dokładnie. Jak byłaś w ciąży, to spał głównie ze mną. Jak się go uśpi, to zazwyczaj po paru godzinach trzeba się znów z nim położyć, bo inaczej się budzi i płacze. Ostatnio też często zdarza się, że śpimy w czwórkę w naszej sypialni.

Pytałam o sen, bo zastanawiam się, jak tam wasze wspólne wieczory, tak zwany relaks rodzica. Jest w waszym słowniku?

J: Przy jednym dziecku były takie wieczory. Były (śmiech). Wspólna kolacja, rozmowy, filmy, goście. Przy Zbyszku logistyka weszła już na inny poziom, często wieczorem opracowujemy plany na kolejny dzień. Zdarza się, że jedno z nas zaśnie już o 21:00 przy usypianiu któregoś chłopca. Gdy ostatnio chcieli spać naprawdę tylko razem z nami, to zdarzało się, że ja pomiędzy nimi starałam się coś obejrzeć lub przeczytać, nie mówiąc o ostatnich mailach czy excelach.

Co ostatnio obejrzałaś?

J: Sprzątaczkę na Netflix. Marek nie lubi seriali.

Julia, twoja siostra i szwagier prowadzą wydawnictwo Cyranka. Pogadajmy więc o książkach. 

J: Trudno teraz znaleźć dużo czasu na wielkie czytanie, ale staram się być na bieżąco, przynajmniej jeśli chodzi o listę do przeczytania. Szwagier rzeczywiście poleca mi ciekawe książki, nie tylko z Cyranki (śmiech). Rysiek z kolei jest fanem Brzechwy, Tuwima, książek przyrodniczych, serii o Puciu. Wiele książek odziedziczył po swoim kuzynie Władku – my również staramy się odwdzięczyć i przekazywać im różne fajne pozycje. Zresztą, w rodzinie krążą nie tylko książki, ale i ubrania, zabawki, nawet meble. Bardzo dużo rzeczy dostaliśmy od mojej siostry Oli, wiele z nich po Zbyszku zamierzamy też przekazać dalej.

Już widzę, co miałaś na myśli, mówiąc, że Rysiek uwielbia transport szynowy. Zabawa z tatą – ewidentnie rządzą pociągi. To ja może przy okazji zapytam o wasze marzenie podróżnicze?

J: Ten temat to zdecydowanie bardziej ja. Marek nie jest fanem turystyki – był przyzwyczajony do regularnych wyjazdów, ale w swoich sprawach, na występy, itp. Z bliższych podróży – w listopadzie chcielibyśmy pojechać do Berlina, a moim marzeniem jest powrót do Tajlandii, tym razem rodzinnie. Może kiedyś się uda?

Moda. Julia, musimy otworzyć twoją szafę, bo zastanawiam się, czy osoba pracująca w branży potrafi być minimalistką, jeśli chodzi o ilość…

Nie, trochę się wysypuje. Mam też szafę u chłopaków.

Czyi tak zwaną modową filię!

Muszę przyznać, że choć jestem przywiązana do filozofii garderoby kapsułowej, to ubrania pozostają moją słabością, a ponieważ od lat pracuję w branży, to trochę się ich uzbierało. Mam oczywiście sporo ubrań Nago – osobiście testuję większość nowych modeli. Mam oddzielną szafę tylko dla tych ubrań. Jeśli kupuję coś innych marek, to online, nie chodzę do centrów handlowych – czasem na wakacjach odwiedzam jakiś ciekawy butik, jeśli się trafi. Staram się nie kupować niczego bez sensu i potrzeby, dbam o ubrania i nigdy niczego nie wyrzucam – jeśli w czymś nie chodzę, to oddaję to siostrze albo przyjaciółkom.

OK, zostawmy twoje królestwo. Zaglądam do studio Marka. Nie dziwię się, że nie chce stąd wychodzić! Co teraz robisz?

M: Po Covidzie bardzo dużo się zmieniło na scenie muzycznej. Aktualnie mam przyjemną i pożyteczną pracę etatową, niemal biurową, w branży – w dystrybucji muzycznej. Dalej gram w klubach, ale kiedyś bardziej aktywnie zajmowałem się pracą studyjną. Chciałbym do tego wrócić, ale w tym momencie za dużo się dzieje. Staram się też rozwijać wytwórnię – w najbliższym czasie ukażą się u nas płyty Olivii oraz Poly Chain. Ale tu niestety również Covid skomplikował szereg spraw.

Próbujesz małemu kształtować muzyczny gust? Nie usłyszę tu Baby Shark?

J: Jest zakazany! (śmiech)

M: Ja niektórych rzeczy nie lubię, muzycznie czy wizualnie, na przykład animacji typu „Psi Patrol” – po prostu mu tego nie pokazuję. Wolę puścić mu spokojną bajkę, nie wiem, może jestem patologicznym rodzicem… To wszystko pewnie na jakimś etapie i tak do niego przyjdzie.

Ile masz tu płyt? Jak się w nich odnajdujesz?

M: Kilka tysięcy, trudno dokładnie powiedzieć. Nie mam pełnego katalogu, ani jakiegoś dokładnego klucza, co gdzie układam. Wiem mniej więcej, co gdzie może być, mam wzrokową pamięć.

Czy namawiasz Rysia do gry na instrumencie?

M: To się odbywa naturalnie, nie zmuszam go, ani nie namawiam. Czasem on sam chce, żeby mu jakiś instrument włączyć albo pokazać, ale nie mam żadnych aspiracji, żeby był muzykiem. Niech sobie to odkrywa we własnym tempie.

Wrócisz do muzyki?

M: Ja od niej nigdy nie odszedłem. Pracuję w globalnej firmie z branży muzycznej – po latach działania niezależnie to też daje nową perspektywę, doświadczenia i kontakty. Chciałbym jeszcze znów być bardziej obecny w studiu, jeszcze przyjdzie na to czas. Prowadzę wytwórnię, gram w klubach. Czasem ciężko pogodzić to wszystko, ale robię co mogę, również dzięki wsparciu Julii.

J: A ja czasem przychodzę tu do studia, żeby schować się przed światem. Siadam na kanapie, kładę sobie poduszkę pod plecy i mogę pisać swoje maile albo coś sobie poczytać.

Na koniec coś, co muszę pokazać innym. Od narodzin Ryśka robiliście mu foty co tydzień i oto na regale widzę dumny album „Syny”.

J: Tak, kiedyś faktycznie robiliśmy co tydzień, teraz jakoś rzadziej, ale nadal robimy. Niektóre zdjęcia robi sam Rysiek! Zbyszek podzielił los drugiego dziecka, ma mniej zdjęć, czuję, że musimy to nadrobić!

Powodzenia! My zmykamy i zostawiamy was w objęciach tej zwykłej środy. Dzięki za gościnę!

*

Zwykła codzienność nas kusi, przeglądamy się w niej z większym smakiem, niż scrollując perfekcyjne domowe kadry w sieci. Coś się nie dzieje, coś się dzieje, dzieci marudzą, chorują, bawią się, łapiemy instamomenty chwil dla siebie.

Jak jest u was?

Dodaj komentarz