psycholog rodzeństwo rodzice mówią

Mając dwoje dzieci, tak naprawdę ma się ich troje. Relacje rodzeństwa okiem rodziców

Historie rodziców i rozmowa z psycholożką

Mając dwoje dzieci, tak naprawdę ma się ich troje. Relacje rodzeństwa okiem rodziców
Archiwum prywatne

Relacje rodzeństwa są tak różne, jak różne są konstelacje rodzinne. Nie zawsze jest różowo jak na Instagramie. Przyczyny sporów mogą być tak banalne, jak dzielenie pokoju, duża różnica wieku, nie wspominając o potrzebie skupienia na sobie uwagi rodzica. I to właśnie rodziców pytamy, jak wspierają układy dzieciaków i jak radzą sobie w kryzysowych sytuacjach.

Więź między rodzeństwem wydaje się być czymś całkowicie naturalnym, niewymagającym większego zaangażowania rodziców. A jednak! Jedną z przyczyn trudności jest fakt, że rodzeństwo to relacja… narzucona. „Partnera sobie wybieramy. Jak chcemy mieć dziecko, to to jest nasza decyzja, a później, kiedy chcemy kolejne, to też my o tym stanowimy, nie nasze pierwsze dziecko. Więc ono będzie w relacji, która nie była jego wyborem” – mówiła nam psycholog Agnieszka Stein.

Odnalezienie się w tej narzuconej relacji bywa kłopotliwe. A gdyby spojrzeć na nią jak na… trzecią osobę? Stąd właśnie pomysł na ten tekst – zaczęło się od komentarza jednej z czytelniczek. „Mając dwoje dzieci tak naprawdę ma się ich troje. Trzecim, najtrudniejszym dzieckiem jest relacja między tą dwójką” – napisała Marta Konarzewska. Co to oznacza? Jeśli dzieci jest więcej, tym więcej min do rozbrojenia? Jak się w tym wszystkim odnaleźć?

Moi rozmówcy – Monika Mrozowska, Ola Wołkowska (jaklubimy), mama szóstki(!), Żaneta Bogdziewicz (mamalife_pl), Damian Michałowski (Ojciec Redaktor), Marzena Pacek (be a mom) i Marta Konarzewska roztaczają szeroki wachlarz perspektyw. A Małgosia Stańczyk w podsumowaniu z perspektywy psycholożki, daje nadzieję, że to nie musi być trudne. Trzymajcie się rodzice rodzeństwa!

Marta Konarzewska, mama Niny (11 lat) i Kostka (8,5 lat), graficzka, ilustratorka. Dzieli się ciekawym spostrzeżeniem:

Mając dwoje dzieci tak naprawdę ma się ich troje. Trzecim, najtrudniejszym dzieckiem jest relacja między tą dwójką. Każda moja prośba organizacyjna natychmiastowo wywołuje przepychanki. To wydłuża realizację wszystkiego w nieskończoność. Mycie zębów, wychodzenie do szkoły, jedzenie posiłków, sprzątanie… Proste czynności stają się nagle polem bitwy. Kto idzie pierwszy, a kto tak naprawdę nabałaganił? Kto sprzątał wczoraj i dzisiaj nie musi? Zanim uda się cokolwiek zrobić, trzeba rozbroić pole minowe między tą dwójką. Tę nieprzyjemną energię między nimi widzę od dłuższego czasu jako takie trzecie, niewspółpracujące nigdy dziecko. Szczególnie uciążliwe, kiedy chodzi o proste zadania, za które będąc ich mamą jestem odpowiedzialna i nie mogę odpuścić.

To też nieustanna rywalizacja o uwagę dorosłych. Kiedy jedno robi lub mówi coś, co mnie zajmuje, drugie próbuje zdyskredytować pierwsze kąśliwymi uwagami. Albo zagadać je, przekierowując moją uwagę na siebie. Jestem jedynaczką i zawsze miałam całą mamę dla siebie. Widzę jak musi im być bardzo ciężko tak cały czas walczyć. To przekłada się na jakość spędzanego razem czasu. W zamierzeniu fajnego, jednak każde wspólne zajęcie bardzo szybko zamienia się w kłótnię. Planszówka, spacer, wyjście na pizzę – wystarczy malutka iskierka nieporozumienia i rozpętuje się awantura. Do tego każde dziecko jest zupełnie inne. Jedno woli spacer po mieście, drugie po lesie. Jeśli wszyscy idziemy do lasu, to „miejskie” dziecko ma pretensje, że akurat do lasu.

Czasem udaje się nam rozdzielić na podgrupy i spędzać czas w konfiguracji 1 dorosły + 1 dziecko. Natychmiast wszystko się uspokaja. Zwykłe codzienne czynności znowu są najprostsze. Mycie zębów jest zwyczajnym, sprawnym myciem zębów. Wybór dania obiadowego łatwy. Spacer upływa przy świetnej rozmowie. Na pewno to bardzo potrzebne, dzieciom przede wszystkim. Ale i rodzicom, by mogli dowiedzieć się, kim jest ich dziecko kiedy jest po prostu sobą, a nie czyimś bratem/siostrą. Najlepsze, co można dać rodzeństwu, to czas, kiedy mogą od siebie odpocząć, mając pełną uwagę rodzica.

Szczerze mówiąc, nie wiem, jak to trzecie dziecko wychować. Intuicyjnie liczę, że opuści gniazdo jako pierwsze. Kiedy „moi” dorosną, ta relacja wejdzie na inny poziom. Nigdy nie narzucałam dzieciom niczego w sferze uczuć. Mówienie im, że muszą się bezwarunkowo kochać, bo są rodzeństwem wydaje mi się nadużyciem. Jest między nimi więź, ale bardzo pilnuję, żeby nigdy jej nie używać jako argumentu. Nie ma znaczenia, kto jest starszy, kto chłopakiem, kto dziewczyną i że są rodzeństwem. Nie przypisuję im nigdy żadnej roli wynikającej z tej niezależnej od nich sytuacji. Ale pewnego dnia starsza córka sama zaproponowała, że chciałaby odbierać brata ze szkoły. Czasem też zrobi mu kolację, a on pilnuje, żeby przywieźć jej coś słodkiego z wyprawy z babcią. Myślę, że im będą starsi, tym staną się pewniejsi, że nie są dla siebie konkurencją, a wsparciem. Ale muszą do tego dojść sami.

O relacjach w duuuuużej rodzinie mówi Ola Wołkowska (jaklubimy), mama szóstki dzieci: Tadzia (13 lat), Stasia (12 lat), Jurka (10 lat), Kazika (8 lat), Rysia (5 lat) i Mimi (2 lata).

Relacje między dziećmi w tak dużej rodzinie to wielka konstelacja. Tu siły zmieniają się w zależności od dnia. Jednego dnia wszyscy bawią się razem, innego starszaki same. Czasami Marianka (najmłodsza) bawi się cały dzień z Tadziem (najstarszy). Nie ma reguły. Jedno jest pewne. Nigdy żadne dziecko nie zostaje samo. Ja jedynie pilnuję, by się nie bili, odzywali miło i z szacunkiem. I przepraszali za szkody i winy. Jednak nie ingeruję w relacje rodzeństwa cały czas. Staram się, by rozwiązywali konflikty sami i tak się dzieje.

Czy przygotowywałam starszaki na pojawianie się kolejnych braci/siostry? U nas tak często pojawia się nowy bobas, że jest to naturalny proces (śmiech). Nigdy nie miałam z tym problemów. Rozmawiamy dużo o ciąży, dzieciach. Naszym znajomym też wciąż rodzą się dzieci. Gdy rodzili się pierwsi chłopcy (rok po roku) Tadziu był malutki. Chciałam, by przede wszystkim miał mnie wciąż dużo dla siebie. To chyba klucz: mimo narodzin kolejnych dzieci znajdować choć 5 minut dla starszaków, bez bobasa.

W naszej rodzinie starszaki bardzo lubią bawić się z maluchami. Szczególnie zamiast nauki (śmiech). Przychodzi im to naturalnie. Dzieci widzą, że rodzice aktywnie uczestniczą w tym rodzinnym życiu i sami chcą przy tym być, wchodzić w to. Chociaż nie namówiłam jeszcze żadnego ze starszych synów na zmienianie pampersów (śmiech). Myślę, że tu najważniejsze jest to, by rodzice naprawdę zaufali starszakom. W zależności od ich wieku i umiejętności pozwalali na to, by starsze dziecko pomagało w kąpieli etc. U nas przy kąpieli zawsze uczestniczyli wszyscy bracia. Były nawet dyżury, kto i kiedy myje bobasa. Im dzieci starsze, tym zaangażowanie rodziców zmienia się. Myślę, że z wiekiem trudniej jest być tym, kto wyznacza zasady w relacjach między rodzeństwem. Chłopcy wchodzą w swoje konstelacje. Mają swoje odzywki, które czasami mnie przerażają, a ich bawią. Wiele rzeczy, które dla mnie z boku wyglądają fatalnie, dla nich są kumpelską relacją. Ciężko mi na to patrzeć, ale przypominam sobie wtedy moje relacje z rodzeństwem. Wiem, że często zachowywaliśmy się tak samo! Ale najważniejsze, że potrafią stanąć za sobą murem!

O relacjach między rodzeństwem w rodzinie patchworkowej opowiada Monika Mrozowska, mama Karoliny (19 lat), Jadzi (12 lat), Józka (8 lat) i Lucka (2 lata), aktorka.

Do napięć między moimi dziećmi nie dochodzi ze względu na fakt, że jesteśmy rodziną patchworkową. To wynika raczej z dużej różnicy wieku między dziećmi czy ze względu na to, że 12-latka i 8-latek muszą się podzielić pokojem. Trudnością w przypadku patchworkowej rodziny jest to, że w każdym domu panują trochę inne zasady, a raczej „inny układ sił”, inne zwyczaje. Mój 8-letni syn, będąc u mnie, ma trójkę rodzeństwa, więc dużo się dzieje. Kiedy jest z tatą, może poczuć się jak jedynak. Poleżeć, poczytać książki. Iść spać o 20, bo jest spokój i cisza. U mnie o tej porze wiele się dzieje! Odrabianie lekcji, kolacja, rozmowy.

Między rodzeństwem naturalnie dochodzi do całej masy spięć, ale nigdy nie dotyczą one tego, że jedno ma innego tatę, a któryś z ojców jest lepszy. Dzieci w ogóle o tym nie rozmawiają! Dla nich to naturalne, tym bardziej, że znają nawzajem swoich ojców. Przyczyną rywalizacji bywa np. różnica ocen w szkole, zdolności plastycznych, umiejętności na basenie, etc. Ale to normalne, przecież dzieci z taką różnicą wieku nie będą na takim samym poziomie rozwojowym. Problematyczne jest też wspomniane dzielenie pokoju przez starszego syna i młodszą córkę. Sama miałam dużo młodszego brata, z którym dzieliłam pokój, i dobrze wiem, jakie konflikty może to generować (śmiech). Nie mogę się doczekać, kiedy dzieciaki będą miały odrębną przestrzeń.

Poza pokojem najstarszej córki, który jest jej „twierdzą” (gdzie młodsze rodzeństwo nie wchodzi), reszta domu jest wspólna. W pokoju Jadzi i Józka bawi się Lucek. W moim domu nie ma pozamykanych drzwi. Może do przesady, bo czasem brakuje mi prywatności. Żyjemy w małym mieszkaniu, ale każdy znajdzie tu kąt dla siebie. Rodzice często rezygnują, kosztem swojej wygody, z prywatności. Przeniosłam moją sypialnię do salonu, który jest wspólną przestrzenią. Tu w dzień przesiadują dzieciaki, bawią się. I tu wieczorami leżymy, oglądamy filmy, czytamy książki, rozmawiamy. Im więcej dzieciaków, tym więcej wspólnej domowej przestrzeni. Funkcjonujemy tak, by każdemu było dobrze. Doceniłam to zwłaszcza podczas pandemii. Wiele osób chciało uciec z domu, od siebie, odetchnąć. U nas nic się nie zmieniło, przesiadywaliśmy razem tak samo, jak wcześniej. Nie było powodu do frustracji, że nie ma jak się zdystansować. Owszem, marzy mi sypialnia tylko dla mnie, ale póki to nie jest możliwe, cieszę się, że udało nam się stworzyć wspólne gniazdo, w którym wszyscy dobrze czują.

Czy o relacje między bliźniętami trzeba specjalnie dbać? – odpowiada Marzena Pacek (be a mom), mama bliźniaków Ruperta i Remigiusza (2 lata), położna.

Relacja Ruperta i Remigiusza jest cudowna. Nie mówią, ale się ze sobą dogadają. Trochę pogaworzą, postękają, ale to wygląda jak zażarta dyskusja (śmiech!). Jeśli jeden jest w wózku lub krzesełku do karmienia, pokazuje palcem na miejsce obok, by zajął je brat. Bawią się razem: biegają, chowają za firanami. Nie potrzeba zabawek, brat w zupełności wystarcza! Jasne, że potrafią się ugryźć, popchnąć, ale zaraz widać, że żałują wybuchu emocji. Głaszczą się wzajemnie głowie, oddają zabawkę, o którą była kłótnia albo przynoszą inną, żeby pocieszyć.

Z początku chłopcy nie zauważali siebie. Każdy był osobnym bytem. Było im obojętne, czy brat jest obok, bawi się, je. Dziś są wciąż razem. Ten, który wcześniej skończy drzemkę, nie wyjdzie z pokoju, dopóki nie obudzi brata (śmiech). Jeden zawsze bierze dla drugiego przekąskę. Kiedy inne dziecko zabierze bratu zabawkę, drugi od razu staje w obronie. Remek jest młodszy o minutę, śmiejemy się, że Rupert to prawdziwy starszy brat. Wystarczy, że Remuś zapłacze, przynosi mu zabawkę.

Były momenty (ok. 1 roku), że chłopcy ze sobą walczyli. Jak tylko coś poszło nie tak, od razu się… gryźli. Wiele razy udało nam się zareagować na czas, ale czasem nie zdążyliśmy się obejrzeć, a już był płacz. Tłumaczyliśmy, rozmawialiśmy. Może to nie nasza zasługa, ale po prostu ten etap sam minął. Wciąż dużo rozmawiamy. To właściwie monolog, bo chłopcy znają po kilka słów. Ale widać, że rozumieją. Zawsze staramy się traktować ich tak samo. Nie wtrącamy się w zabawy typu zapasy czy kłótnie, dopóki nikomu nie dzieje się krzywda. Chłopcy sami się orientują, że drugiemu coś nie pasuje. Wydaje mi się, że gdybyśmy się wtrącali, jeden czułby się faworyzowany, drugi pokrzywdzony. Upomnę Ruperta, że leży na Remku, a może Remkowi wcale nie jest źle? Może mu się podoba taka zabawa? Dopóki nie ma płaczu, nie wkraczam.

Sądzę, że między rodzeństwem z różnicą wieku może się pojawić zazdrość. Bo przecież dziecko miało rodziców na wyłączność. W przypadku bliźniąt tej zazdrości nie ma. Od zawsze są razem. Nie znają sytuacji, że trzeba dzielić się rodzicem. Staramy się, żeby Remek i Rupert nie mieli okazji do zazdrości. Traktujemy ich tak samo. Jak przytulam, to obu na raz. Angażuję: „Przynieś buty dla siebie i brata”. Bardzo stawiamy na samodzielność, chłopcy dużo robią sami. Wchodzą po schodach, zakładają buty, spodnie, kurtki. Uczestniczą w przygotowaniu posiłków. Mało wtrącamy się, nie tylko w ich relację, ale i rozwój. I to działa.

Ile pracy w relację między rodzeństwem wkłada samodzielny rodzic? Opowiada Żaneta Bogdziewicz (mamalife_pl) – mama Wiktorii (10 lat) i Mai (7 lat), kosmetolog.

Samodzielne macierzyństwo nie jest łatwym zadaniem. Ale mam wrażenie, że w tym wszystkim my, samodzielni rodzice, jesteśmy bardzo zorganizowani. Znajdujemy czas na pracę i bycie z dziećmi. Dobre relacje pomiędzy córkami są dla mnie niesamowicie ważne. Mam rodzeństwo i wiem, że choć nie wszystko zależy od rodziców (aktualne i późniejsze więzi), to jednak odgrywają oni ważną rolę w kształtowaniu tych kontaktów.

Kiedy byłam mała, rodzice bardzo dbali byśmy we czwórkę wzajemnie się kochali. Ale przede wszystkim poświęcali nam czas osobno. To kluczowe – zaangażowanie rodzica w osobistą relację z dzieckiem. Tym samym pokazujemy im, jak powinny wyglądać relacje między nimi. Myślę, że to właśnie łagodność, szacunek, oddanie moich rodziców dla każdego z nas z osobna, przyczyniła się do tego, że dziś mamy dobre relacje z rodzeństwem. Choć mieszkamy w różnych częściach Polski, a nawet Europy.

Staram się działać podobnie. Moje relacje z dziewczynkami opierają się na ciepłych matczynych uczuciach, zaufaniu, bliskości, budowaniu z osobna ich poczucia własnej wartości, pokazywaniu, że każde emocje są ważne i jakimi sposobami można je wyrażać. Pomimo napiętego grafiku samodzielnej matki, znajduję czas na spędzanie czasu z córkami osobno. To procentuje w ich wzajemnej relacji. One czasami chcą spędzać czas same, beze mnie. Zamknięte w pokoju na swoich „babskich” sprawach. Bardzo to szanuję i kibicuję im. Nigdy nie nakłaniam ich do rywalizacji. Nawet takiej pozornie nieszkodliwej. Kto ładniej namaluje, zaśpiewa, zatańczy. To niezwykle istotne, by dzieci między sobą nie konkurowały. Ani o „pozycję” w rodzinie, ani o względy rodzica, jego zachwyt. By nie były porównywane, bo przecież każda jest inna. By nie ingerować w każdą ich kłótnię. By nie stawać regularnie za którymś z dzieci. Często nie znamy motywów napiętej atmosfery między rodzeństwem. Zwłaszcza kiedy coś wydarzyło się poza nami i wiemy tylko tyle, ile dzieci nam powiedziały.

A te spięcia zdarzają się, naturalnie. Szczęśliwie nie dochodzi do agresji fizycznej, słownej – rzadko… Dziewczynki dzieli trzy lata. Starsza Wiktoria wchodzi w wiek nastoletni. Pojawiają się nowe wyzwania, które też wpływają na wzajemne stosunki sióstr. Ale ostatnio powiedziały mi, że są wdzięczne, że mają siebie. Dlatego myślę, że idziemy w dobrym kierunku. Ich relacje z czasem ewoluują. Kiedyś dziewczynki były nierozłączne, miały te same koleżanki i wszędzie chciały chodzić razem. Teraz coraz częściej zauważają, że mają swoje pasje, inne znajomości. Chcą z tego korzystać samodzielnie, bez siostry u boku. Ja byłam najmłodsza z rodzeństwa. Pamiętam, że zawsze chciałam chodzić ze starszymi siostrami. Rodzice jednak stawiali granicę. Tłumaczyli nam, że każdy z nas ma prawo spędzać czas sam ze sobą, ze swoimi znajomymi, nie tylko z rodzeństwem. Uczyli nas poszanowania autonomii i indywidualności każdego człowieka.

To samo przekazuję córkom. Nie chodzi o to, by spędzały ze sobą 24 godziny na dobę. To na pewno nie jest gwarancją ich zdrowych relacji teraz i w przyszłości. Chociaż nie ukrywam, że dla mnie, jako samotnej mamy, jest to trudne. Kiedy pójdą razem do koleżanki, mam czas na pracę. Kiedy idzie jedna, a druga zostaje w domu, ten czas się kurczy. Codziennie pracuję sama ze sobą, by dostrzegać w tym możliwości i szanse, a nie utrudnienie.

Wiem, że nie mam wpływu na wszystko, co wydarzy się w przyszłości córek. Jak będą wyglądały ich relacje za 20-30 lat? Dlatego stawanie na głowie, by ich więź była idealna, mija się z celem. Ważniejsze jest dla mnie to, by córki nauczyły się, czym są zdrowe relacje. Przykład idzie z góry, a w kontekście relacji między rodzeństwem – od rodziców. Tego staram się trzymać.

Ojcowskim okiem na relacje między rodzeństwem spogląda Damian Michałowski (Ojciec Redaktor), tata Henia (6 lat) i Heli (3 lata), dziennikarz, prezenter radiowo-telewizyjny.

Henio nie miał jeszcze trzech lat, gdy Helenka przyszła na świat. Od początku ciąży dawaliśmy mu odczuć, że jest tak samo ważny, jak młodsza siostra. Mówiliśmy, że bardzo ich kochamy. Że Hela go kocha i nie może się doczekać spotkania z nim. Że go słyszy! Henio mówił do brzucha „Hela, choć jus do mje”. Dał jej prezent na powitanie, a ona dała jemu. Gdy dziecko jest jeszcze w brzuchu u mamy, wszystko jest dużo prostsze. Tylko jednemu dziecku trzeba poświęcić uwagę. Kiedy bobas pojawia się na świecie, obowiązki potrafią mocno przytłoczyć. Dla nas bardzo ważne było, by Henio nie czuł się odrzucony. By miał mnóstwo miłości i uwagi. W pierwszych tygodniach, niemal przy każdym karmieniu, Henio siedział przy mamie. Też chciał być na rękach, przytulony, gdy jego siostra była przy piersi. Żona konsekwentnie trzymała jedno i drugie dziecko przy sobie. Henio chyba poczuł się bezpiecznie i sam przestał uczestniczyć w karmieniu. Myślę, że całkiem nieźle nam to poszło, bo to był naprawdę super czas, a oni bardzo się kochają i lubią.

Mamy małe dzieci, które wszystko chcą robić wspólnie. To rodzi spory, bo wiadomo, twoja zabawka jest lepsza niż moja. Obecnie uczestniczymy w ich rozwiązywaniu, ale mam nadzieję, że za parę lat sami będą rozwiązywać spory, a ja z żoną będziemy mogli powiedzieć: dobra, daliśmy radę. Jak to zrobić? Nie chcę, by któreś z dzieci czuło się w jakikolwiek sposób poszkodowane. Dbam, by zawsze wszystkiego było po równo. Nie chodzi tu tylko o rzeczy materialne, ale o atencję, uczucie i zaangażowanie w ich problemy. Pomagam rozwiązywać konflikty i staram się je wyjaśniać jak tylko potrafię najlepiej. Dużo się przytulamy i mówimy sobie, że się kochamy. Przed każdym pójściem spać mamy swój mały rytuał. Pytam dzieci: „Jacy jesteście?”, a oni rzucają się na mnie odpowiadając: „Najlepsi na świecie”. Chcemy, by nasze dzieci nie wstydziły się wyrażać uczucia.

Wychowanie dzieci polega na wskazywaniu im drogi. Zależy nam, by dzieci nie czuły różnic między sobą, by zawsze się wspierały i kochały, by potrafiły ze sobą rozmawiać. Znam wiele historii, w których dorosłe już rodzeństwo nie ma ze sobą kontaktu. Powodem są niedomówienia, głęboko ukryta zazdrość. Bardzo chcę, by nasze dzieci były przyjaciółmi. Do tego potrzeba rozmowy, przyjaźni, wyrażania uczuć, bliskości. Oczywiście nie jest łatwo to wszystko posklejać w całość. Sami często czujemy się w tym zagubieni, popełniamy błędy. Ale rozmawiamy z żoną, obserwujemy zmiany, jakie zachodzą w dzieciach i dostosowujemy metody do ich rozwoju. Sporo czytamy na ten temat. Zdajemy sobie sprawę, że dzieci nie tylko zmieniają się fizycznie, ale też emocjonalnie. Gdy Helenka (3-latka) wpada w złość, staramy się zachować spokój. Wiemy, że ona sama jeszcze nie wie, co się z nią dzieje. Nie rozumie dlaczego wpada w nagłą złość, krzyczy, kopie i tupie nóżkami. Staramy się brać ją spokojem (śmiech). Pytamy, czy chce się przytulić. Zawsze chce i zawsze się uspokaja. A gdy dzieci po kłótni nie chcą się przeprosić i przytulić, mamy taktykę na wspólnego przytulaska z rodzicami. To zawsze działa i rozładowuje napięcie. Przytulaski mają moc!

 

Z psychologicznej perspektywy temat relacji w rodzeństwie podsumowuje Gosia Stańczyk – psycholog, propagatorka rodzicielstwa bliskości, mama trójki dzieci.

Zacznijmy od tego, że każda relacja jest inna. Trudno powiedzieć, że jedno dziecko kocham mniej, drugie bardziej, bo jaka miałaby być miara tego uczucia? Naturalnym jest, że relacja z jednym człowiekiem może być łatwiejsza/trudniejsza, niż z innym. Nie jest to miarą miłości, ale wynikiem różnych czynników, np. tego, jak oddziałują na siebie nasze temperamenty, jakie mamy wspólne doświadczenia. Z każdym dzieckiem możemy inaczej współodczuwać, przeżywać.

Trudnością są natomiast oczekiwania, jakie mamy odnośnie do relacji naszych dzieci. Że będą zgodne, solidarne, będą się wzajemnie sobą opiekować. To obciążające, a zderzenie rzeczywistości z oczekiwaniami może być trudne. Nie wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że mamy pewną wizję relacji między dziećmi. Ta wizja wpływa na to, w jaki sposób wspieramy dzieci, jak reagujemy na ich konflikty. Jeśli ta wizja jest nieuświadomiona, to trudno dostrzec, że nasze działania nie wspierają dzieci. Jako rodzice mamy ograniczony wpływ na relacje w rodzeństwie. To relacja dwojga innych ludzi. Terytorium naszych dzieci, nie nasze, więc myślę, że warto poruszać się na nim ze szczególną delikatnością.

I naturalnie, na tym terytorium będzie dochodziło do konfliktów. Przyjęcie tego jest uwalniające. Ba, warto zrobić miejsce na te konflikty! Nie ma co ich gasić, blokować czy zamiatać pod dywan. Rodzice często robią to w dobrych intencjach – by dzieci się dogadały, nie zrobiły sobie krzywdy (ale też ze względu na samych siebie, by mieć czasem odrobinę spokoju). Tymczasem rolą rodzica jest towarzyszenie. Ale takie, które rzeczywiście odpowiada na potrzeby dzieci w danej chwili. Jeśli wchodzenie w konflikt, to malutkimi krokami. Sprawdzanie, czego dzieci potrzebują, bo często po prostu pomocy w poradzeniu sobie z napięciami. I najważniejsze: nie opowiadajmy się po którejś ze stron, ale towarzysząc im zwiększajmy poziom bezpieczeństwa dzieci. To im pomoże wrócić do równowagi w relacji.

Problematyczna może być nie tyle duża różnica wieku między dziećmi, co różne oczekiwania rodziców wobec nich. Kiedy pojawia się kolejne dziecko w rodzinie, różnica wieku nie ma tak wielkiego znaczenia. Dziecko musi się „podzielić” rodzicem i to zawsze wywołuje pewnego rodzaju kryzys. Wtedy łatwo zapomnieć, że 5-latek nadal jest małym chłopcem i mieć względem niego wygórowane wymagania. Tu na rodziców pułapkę zastawia po prostu biologia. Uruchamiają się wszelkie moce, by chronić noworodka i zaspokoić jego potrzeby. A kilkulatek wydaje nam się całkiem duży i samodzielny. Oczekujemy od niego by poczekał, posunął się trochę, odraczał swoje potrzeby, by zrozumiał, że nie jest nam łatwo. To zniekształcenie poznawcze prowadzi do zawyżonych oczekiwań, które nijak mają się do wieku rozwojowego dziecka. Mając świadomość tego, możemy to korygować.

Pojawienie się każdego kolejnego członka rodziny zawsze jest drastyczną zmianą, na którą – z mojego doświadczenia – nie da się przygotować. Kryzys wynika z tego, że w rodzinie wszystko się zmienia, wszystkie relacje potrzebują nowej kalibracji w rodzinnym systemie. Nie da się więc uniknąć tego kryzysu, ale warto traktować go jako stan przejściowy. I szukać nowej równowagi. Niedocenionym obszarem troski o relacje rodzeństwa jest zatroszczenie o relacje z każdym dzieckiem z osobna. Warto sprawdzić, jakie niezaspokojone potrzeby dziecka kryją się pod tym, co rodzice nazywają często „rywalizacją”. Zwykle to potrzeba potwierdzenia, że jestem kochany, ważny, bezpieczny. Blokowanie rywalizacji między dziećmi, „majstrowanie” w ich relacji jest nieskuteczne. Owocne jest zatroszczenie o relacje z każdym z osobna.

Dla mnie jest to w ogóle klucz do dobrych relacji w rodzinie. Koncentracja na każdym członku rodziny z osobna, nie na relacjach rodzeństwa, daje szansę na to, by nie dążyć do swojej wizji, z góry ustalonego celu, ale towarzyszyć dzieciom tu i teraz. Odpowiadać na potrzeby, które w danej chwili komunikują. Dzieci, które czują się bezpiecznie, które są brane po uwagę, szanowane, dostają cenne wyposażenie, które owocuje poczuciem własnej wartości, a także umiejętnościami komunikacyjnymi. A to z pewnością ułatwi wchodzenie we wszystkie relacje, zwłaszcza te z własnym rodzeństwem.

Więcej o relacjach w rodzeństwie możecie posłuchać w podcaście „Ładne Bebe ma głos” tu.

Dodaj komentarz