historie porodowe

Historie porodowe: Urszula Narloch

opowiedz, jak rodziłaś

Historie porodowe: Urszula Narloch
archiwum domowe

Dwa porody na Tajwanie. Bez bólu, za to w pełnym komforcie i poczuciu, że każda potrzeba i każde „ale” rodzącej są w pełni respektowane. Niniejsza opowieść sama nas znalazła – Ula napisała do nas o rodzeniu bez lęku, rodzeniu asertywnym i świadomym, pozbawionym poczucia winy. Z radością dzielimy się jej historią z wami.

Jeśli w trakcie porodu poproszę o sernik, to ten sernik dostanę. I jeśli powiem, że teraz właśnie chcę epidural, to przyjdzie anestezjolog i mi go poda – mówi o obyczajach panujących w tajwańskich szpitalach Ula Narloch, mama 4-letniej Stefy i rocznej Jaśminy, która wyjechała z Polski ponad 10 lat temu. Nikt nie będzie głośno komentował, że przesadzam, że zachowuję się jak księżniczka, albo że „to dopiero 5 cm, jeszcze nie powinno boleć” – dodaje. Jej opowieść jest dowodem na to, że można przejść przez poród, nie czując bólu i nie tracąc nic z wagi tego doświadczenia.

Opowieść Uli to kolejna relacja z cyklu Historie porodowe, który przygotowujemy we współpracy z Pink No More – polską marką tworzącą produkty wyprawkowe i takie, które odpowiadają na potrzeby mam. Oddaję głos Uli.

DOJRZEWANIE DO BYCIA MAMĄ

Życie na emigracji pozwala człowiekowi doświadczyć nie tylko innej kultury, poznać nowych ludzi czy języki, ale przede wszystkim stwarza możliwość dokładnego wsłuchania się w siebie samego. Kiedy razem z mężem zdecydowaliśmy, że lepszego miejsca i czasu na dzieci nie będzie, na Tajwanie mieszkałam już 6 lat. To był czas zbierania doświadczeń, wzlotów, upadków, poznawania siebie, swoich potrzeb i pragnień, które uformowały kobietę, jaką teraz jestem. Myślę, że w chwili gdy opuściłam rodzinny dom i kraj, zaczęłam dojrzewać do roli mamy.

CHCĘ URODZIĆ WE WRZEŚNIU

Z natury lubię planować, więc zanim jeszcze cokolwiek się wydarzyło, zapowiedziałam mężowi, że co jak co, ale dziecko ma się urodzić we wrześniu. Wybór miesiąca był czysto strategiczny – jesienią nie ma żadnych imprez rodzinnych, w razie świętowania w Polsce pogoda jest jeszcze dobra, a jeśli świętowalibyśmy urodziny na Tajwanie, nie umieralibyśmy już od najgorszych upałów. Mąż, który zna mnie doskonale, tylko przytaknął i upewnił się, że w takim razie ma się zabrać do pracy w grudniu. Jak zadecydowałam, tak było! Wiedziałam, że jestem w ciąży, jeszcze zanim zrobiłam pierwszy (w dodatku negatywny!) test ciążowy. Dałam sobie 2 tygodnie na ponowienie testu. To nie był stresujący czas, a raczej okres radosnego oczekiwania. Wiedziałam, że ten pierwszy test musiałam po prostu zrobić zbyt wcześnie. Dokładnie czułam zachodzące w sobie procesy i wcale nie chodzi o poranne nudności, których na szczęście nie miałam, ale raczej o jakąś wewnętrzną przemianę, o falę optymizmu i spokoju. Myślę, że duży wpływ na to miał też mój partner, który był i jest moim filarem, moim wsparciem. Drugi test, już pozytywny (i okraszony głośnym okrzykiem „I told you!” w stronę męża), zrobiłam z premedytacją w dniu urodzin mojej mamy.

TO NIE JEST KRAJ DLA ZESTRESOWANYCH LUDZI

W miarę jak rósł mój brzuch, nie pozwalałam, aby presja wizji porodu miała na mnie jakiś większy wpływ. Wiedziałam, że to boli, że będzie dużo krwi, że właściwie wszystko się może zdarzyć, ale wiedziałam też, że jestem na to gotowa, że to jedyna droga do macierzyństwa. Miałam też ten komfort psychiczny, że jestem w kraju, w którym – jeśli w trakcie porodu poproszę o sernik, to ten sernik dostanę. I jeśli powiem, że teraz właśnie chcę epidural, to przyjdzie anestezjolog i mi go poda. Nikt nie będzie głośno komentował, że przesadzam, że zachowuję się jak księżniczka, albo że „to dopiero 5 cm, jeszcze nie powinno pani boleć”. Dużo dały mi też długie rozmowy z innymi mamami emigrantkami, ich cenne uwagi i słowa wsparcia, że wystarczy jeden telefon i one tam będą. Wiadomo, nikt w trakcie porodu nie myśli o tym, by dzwonić do Jolki czy Anki, ale sama świadomość, że one tam dla mnie były gotowe rzucić wszystko i przyjechać, dawała niesamowitą dozę energii. Największym jednak wsparciem, poza partnerem, była moja mama. Wyobraźcie sobie kobietę po sześćdziesiątce, która rzuca wszystko i leci 10000 km od domu, na prawie pół roku, żeby powitać na świecie swoją pierwszą wnuczkę. Wzrusz do potęgi.

TAJFUNIĄTKO

W nocy z 16 na 17 września 2016 r. zaczęłam mieć nieregularne skurcze i plamienie. Idealny czas, bo ciąża przenoszona była już 2 dni, a na Tajwanie raczej nie są zwolennikami porodów po 40 tygodniu. Pamiętam, że padało, nadchodził tajfun. Akurat kończyła się celebracja Święta Księżyca, zwanego także Świętem Środka Jesieni, więc wielu lekarzy miało wolne. Tej nocy w naszym lokalnym szpitalu w Nowym Tajpej był tylko jeden anestezjolog. Trochę byłam zmartwiona, bo nie lubię bólu, uważam, że jeśli mogę urodzić dziecko bez niego, to jest to dla mnie najlepsza opcja. Do tego brałam pod uwagę, że to pierwszy poród, który może trwać nawet dwa dni, nie chciałam tak długo cierpieć. Z drugiej strony pocieszałam się, że rodzących nie będzie dużo – akurat trwał Rok Małpy, a to nie jest jakiś bardzo popularny znak wśród Tajwańczyków (co innego Smok, wtedy był prawdziwy baby boom!). Niestety, przy pierwszej wizycie w szpitalu okazało się, że moje skurcze są jeszcze zbyt nieregularne, żeby nas przyjęto. Wróciłam więc do domu, wzięłam długą kąpiel i rano ruszyliśmy z powrotem na oddział położniczy. Skurcze były już regularne, rozwarcie 2 cm, ból przybierał na sile, a razem z nim deszcz i zbliżający się tajfun. Na Tajwanie opieka nad rodzącą kobietą jest bardzo przemyślana – do szpitala właściwie bierze się tylko ubranko na wyjście dla dziecka i środki higieniczne dla mamy. Wszystkie inne potrzebne rzeczy, takie jak koszula porodowa, piżama z opcją karmienia, majtki poporodowe, pieluszki dla noworodka, zapewnia szpital, dlatego nie musiałam zaprzątać sobie głowy myślą, czy na pewno wszystko spakowałam, czy przeoczyłam coś, co mogłoby okazać się potrzebne.

Nie ma też teczek z badaniami i przebiegiem ciąży – wystarczy karta ubezpieczenia zdrowotnego, dzięki której łatwo odnaleźć wszystkie ważne informacje w komputerze, wkładając kartę do czytnika. Po podłączeniu pod KTG i kroplówkę zostałam przewieziona do sali przedporodowej, która w niczym chyba nie przypomina sal w Polsce – w małym pokoju jest tylko jedno łóżko, rozkładany fotel dla osoby towarzyszącej, szafka, a także prywatna łazienka. Dało mi to poczucie komfortu, prywatności, pozwoliło się zrelaksować. Cały czas byli ze mną mąż i mama, na zmianę ściskając moją rękę podczas skurczów, masując mi plecy, czy podając wodę. Raz na jakiś czas pojawiała się też pielęgniarka lub lekarz, żeby ocenić postępy. Przy 5 cm rozwarcia i po 12 godzinach wiedziałam, ze potrzebuję znieczulenia. Ból w krzyżu był nie do zniesienia, nie wyobrażałam sobie w ten sposób czekać na poród, a tym bardziej witać moje pierwsze dziecko. Mąż był dosyć nerwowy, bo okazało się, że jedyny anestezjolog asystował akurat przy operacji kręgosłupa, a drugi nie dojechał ze względu na mocno rozbujany już tajfun. W końcu udało się zawołać lekarza.

BEZ BÓLU

Wiem, że w wielu krajach epidural podaje się raz, na około godzinę. Na szczęście na naszej wyspie jest podłączany aż do końca porodu, a rodząca ma tę opcję, że gdy zaczyna znów czuć ból czy dyskomfort, może sama sobie go dozować. To było niesamowite uczucie po prostu leżeć, odpoczywać, nie czuć skurczów i tego całego, przeszywającego do szpiku kości bólu, jednocześnie wiedząc, że każda minuta zbliża mnie do zostania rodzicem. Było już dobrze po północy 18 września, kiedy odeszły mi wody. Na początku nie byłam pewna, czy to aby na pewno to, ale zadowolona mina lekarza potwierdziła, ze wszystko idzie zgodnie z planem, że już prawie jestem w pełnym rozwarciu, że wkrótce spotkam się z córką. Pamiętam, że mój mąż aż cały się trząsł, a moja mama pospiesznie zapinała mu fartuch, zakładała rękawiczki, żeby jak najszybciej był gotowy wspierać mnie i brać czynny udział w tym prawie nierealnym wydarzeniu. Na sali porodowej czułam się trochę jak na innej planecie – jasne światła, dużo zamieszania, białe fartuchy. Ale mimo to byłam w tym wszystkim spokojna. Wiedziałam, że moje ciało jest gotowe, że na pewno dam sobie radę. Byłam wypoczęta, a nie wymęczona bólem. Miałam duże zaufanie do opieki, którą mnie otoczono: do lekarza, do pielęgniarek, do męża. Wystarczyło 15 minut, i Stefania była z nami. Nigdy nie zapomnę uczucia ciała mojej córki opuszczającego moje własne, jakby część mnie wyszła razem z nią. W tym momencie byłam w chmurach, nie czułam, że jestem zszywana, nie słyszałam, że mówię bez ładu. Najważniejsze było małe ciało spokojnie oddychające na mojej piersi. I choć nie jestem typem matki, która zakochuje się w swoich dzieciach, w momencie kiedy je pierwszy raz zobaczy, to spokój, który towarzyszył mi na początku ciąży, powrócił wtedy ze zdwojoną siłą. Rozpierała mnie duma, chciałam krzyczeć, że to ja, ja to stworzyłam, moje ciało dało radę urodzić tego idealnego człowieka.

BUDUJEMY OD NOWA

Po porodzie zostałam przewieziona do pokoju, w którym byłam wcześniej. I tam też moja mama zobaczyła po raz pierwszy swoją wnuczkę. Sam fakt, że nie tylko jej tata, ale także babcia, mogli brać udział w jej pierwszych minutach życia, wywołuje u mnie lawinę wzruszenia. Oczywiście mała Stefania była cały czas przy mnie. Po upewnieniu się, że wszystko ze mną w porządku, nasza pierworodna została przewieziona na oddział noworodkowy, a mnie samą, w towarzystwie lekarza, kilku pielęgniarek i rezydentów, zaprowadzono do pokoju, gdzie miałam odpocząć. Zaraz po wyjściu personelu medycznego, czyli jakieś 2 godziny po porodzie, podano mi specjalną, tłustą zupę z kurczaka i nasionami lotosu na bazie lokalnego przepisu. Może nie była to najpyszniejsza zupa, jaką w życiu jadłam (i na bank najgorzej doprawiona), ale na pewno dała mi dużo energii, uspokoiła żołądek i pozwoliła się zrelaksować. Niesamowite, co zupa potrafi dać zmęczonemu człowiekowi!

Chciałabym też, żeby każda kobieta w połogu dostała tyle cennych wskazówek, co kobiety rodzące na Tajwanie. Nie będę wspominać o bardzo szczegółowym opisie, jak dbać o swoje poporodowe rany, o ilości kremów, które dostałam, albo dobre rady, których wysłuchałam (i które były w 100% trafione!). Moją uwagę zwróciło częste sprawdzanie rozmiaru macicy oraz masaże, które były dość bolesne, ale pozwoliły mi wyjść ze szpitala z pewnością, ze jej obkurczanie się, a także rekonwalescencja, przebiega tak jak powinna.

PIERWSZE KARMIENIE STEFKI

Po dobrej dozie odpoczynku przywieziono mi Stefkę, aby podjąć pierwsze próby karmienia. W tutejszych szpitalach noworodki nie są ubierane w ubranka czy piżamki, tylko zawijane w kilka warstw kocyków i ręczniczków ze względu na nieustannie chodzącą klimatyzację. Daje to wrażenie, ze zamiast dziecka dostaje się świeże, pachnące burrito prosto z pieca. Jednak dla mnie najważniejsze było to, że ją widziałam, że była „tu i teraz”, cała i zdrowa. Chyba właśnie wtedy zaczęłam odczuwać ogrom sytuacji, że jestem mamą, osobą odpowiedzialną za czyjeś życie. Te myśli z początku były dość przytłaczające, jednak tłumaczyłam sobie, że znam siebie, że jestem osobą, na której można polegać i na pewno będę to dziecko wspierać i kochać, choćby nie wiem co. W szpitalu spędziłyśmy w sumie 3 dni, czyli standardowo jak na Tajwan. W tym czasie nasz noworodek przeszedł wszystkie badania i testy, o których wynikach regularnie mnie informowano.

W DOMU

Powrót do domu z noworodkiem to było kolejne surrealistyczne doświadczenie. W szpitalu dzień miał swój rytm, wiedziałam, czego się spodziewać, wszystko było przewidywalne. Dziecko było myte, przebierane, przewijane przez pielęgniarki, podczas gdy ja mogłam odpoczywać i dochodzić do siebie. Natomiast teraz musiałam zbudować nasze nowe życie od podstaw – zaczynając od planu dnia, godzin karmień, jednocześnie znajdując trochę czasu dla siebie, na odpoczynek. Nieocenione okazało się doświadczenie mojej mamy, jej dobre rady, słowa wsparcia oraz sama jej obecność. Mój mąż wszedł w rolę taty niesamowicie płynnie – wszystko było takie naturalne, spokojne, jakby się do tego przygotowywał cale życie. Codziennie słyszałam od niego komplementy, powtarzał, że jestem silna, że jest dumny. Kiedy płakałam w środku nocy podczas kolejnej bolesnej próby karmienia piersią, był przy mnie, trzymał za rękę, głaskał po głowie i podawał chusteczki. Myślę, że to wszystko razem dało nam podstawy do zbudowania naszej rodziny na solidnych filarach, osadzenia nas we wzajemnym szacunku, wsparciu i miłości.

ZNÓW CHCĘ URODZIĆ WE WRZEŚNIU 

Po prawie 2,5 roku od pierwszego porodu znowu zaszłam w ciążę. Termin 19 września 2019 roku, dokładnie dzień po urodzinach pierworodnej. Idealnie! Lepiej sobie tego zaplanować nie mogłam. Ale ta ciąża z początku dała mi masę nowych, zupełnie niespodziewanych uczuć i emocji, którym chyba najbliżej było do żałoby. I cieszę się, że przez to przeszłam. Przez pierwsze tygodnie dojrzewałam do tego, że po raz drugi będę dla kogoś mamą, że wszystko będzie musiało być ponownie ułożone od nowa. Opłakiwałam to znane nam dotąd życie, ten komfort, rytm, który mieliśmy, a który wkrótce miał się ponownie zmienić. Nie miało to nic wspólnego z faktem, że nie cieszyłam się z ciąży – wręcz przeciwnie, uważałam, że danie rodzeństwa naszej córce to najlepszy prezent, jaki mogliśmy jej kiedykolwiek podarować. Ale coś się miało skończyć. Strata znanego musiała być opłakana, oczywiście po to, żeby coś nowego, lepszego się zaczęło.

REPLAY

Mając bardzo dobre doświadczenia przy pierwszym porodzie, przy drugim poszłam tą samą ścieżką. Ten sam szpital, ten sam lekarz, te same pielęgniarki i położne. Również epidural i 20 godzin od pojawienia się skurczów do zobaczenia naszego drugiego dziecka. Wiedziałam, czego się spodziewać i co potrafi moje ciało. Wiedziałam, że pewne uczucia są normalne, że wahania nastrojów są do przewidzenia i że będzie dobrze. Moje zaufanie do siebie i otaczających mnie ludzi było duże i, oczywiście, nie zawiodłam się. Cały czas upewniałam się, że słusznie słucham głosu własnej intuicji. Również, jak za pierwszym razem, moja mama pokonywała 10 000 km, by nas wspierać, za co jestem niesamowicie wdzięczna. Dało mi to możliwość doświadczenia drugiego porodu z tatą moich dzieci, jednocześnie nie martwiąc się, czy nasza pierworodna jest w dobrych rękach. A przecież do szpitala trafiłam w dniu jej 3 urodzin! Myślę, że każdy taki mały komfort psychiczny, każda taka pomoc, jest nieoceniona, w sytuacji gdy wydajemy nowe życie na świat.

Niezawodne też były, jak zwykle zresztą, inne mamy emigrantki, które przez cały proces porodu trzymały ręce na pulsie i wspierały mnie wiadomościami i SMS-ami. Każda jedna wywoływała uśmiech i pozwalała trochę się zrelaksować. Choć trudno w to uwierzyć, sam poród przebiegał niemalże identycznie jak pierwszy. Gdzieś bokiem szedł tajfun, a Festiwal Środka Jesieni dopiero co się zakończył. Jedyną różnicą, poza faktem, że tym razem rodziłam w Roku Świni, było samo „wyjście” Jaśminy – tylko jedno pchnięcie i była z nami, a ja znowu latałam gdzieś pod sufitem, nie wiedząc, czy śmiać się, płakać, czy może nic nie mówić i po prostu podziwiać naszą drugą córkę. Pamiętam, że tajwańska lekarka odbierająca poród studiowała kiedyś w Poznaniu i powitała mnie dobrym polskim „Dzień dobry!”. Będąc tak daleko od pierwszego domu, jaki kiedykolwiek znałam, będąc otoczona chińskim i angielskim, usłyszeć od nieznajomego polskie słowa – to dopiero była radość! Szczerze mówiąc, bardzo chciałabym ją znaleźć i zaprosić na kawę.

SIŁA KOBIET

Od ostatniego porodu minęło już ponad 9 miesięcy. Po raz drugi zbudowaliśmy nasze życie na nowo, zachowując jednak podstawy, które prowadzą nas od samego początku. Dziewczyny to dwa chodzące szczęścia, dwa niesamowite charaktery, które poznajemy każdego dnia. Siostry, a różne pod każdym względem – od wyglądu po usposobienie. Czasami stawiają nas do pionu, często mają odmienne zdanie, którego nie boją się wyrazić. I choć Stefka umie się już wysłowić, Jaśminka dezaprobatę okazuje głośnym krzykiem. Moją misją jest teraz uczenie ich ufania sobie samym, słuchania swojej intuicji. Chciałabym, żeby wyrosły na pewne siebie, silne kobiety, które nie boją się swoich słabości i które zawsze będą się wspierać.

TEGO WAM ŻYCZĘ

Uważam, że bardzo ważne jest, żeby w siebie wierzyć. Żeby ufać sobie, znać swoje potrzeby i, przede wszystkim, nie ignorować ich. Fajnie jest też mieć trochę szczęścia, którego osobiście doświadczyłam. Mieć dwa w miarę spokojne, bezbolesne porody bez traumy, bez zamartwiania się, jednocześnie czując otaczające nas wsparcie – to jest coś, czego życzę każdej kobiecie w ciąży.

METRYCZKI

Kto i gdzie przyszedł na świat: Stefania Róża 曉音, Mackay Memorial Hospital 馬偕紀
念醫院 w Tajpej na Tajwanie
Data narodzin: 18.09.2016 r.
Czas trwania porodu: 24 godziny
Waga: 3,102 kg
Wzrost: 49 cm

Kto i gdzie przyszedł na świat: Jaśmina Elżbieta 曉旻, Mackay Memorial Hospital 馬偕
紀念醫院 w Tajpej na Tajwanie
Data narodzin: 19.09.2019 r.
Czas trwania porodu: 20 godzin
Waga: 3,104 kg
Wzrost: 52 cm

Materiał został przygotowany we współpracy z marką Pink No More.

Zdjęcia pochodzą z domowego archiwum Uli.

Dodaj komentarz