historie porodowe

Historie porodowe: Patrycja Czerwińska

Sześć porodów, które piszą historię

Historie porodowe: Patrycja Czerwińska

Porody jak pinezki na mapie albo ślady, które wytyczają kierunki życia i piszą historie. Sześć porodów Patrycji i siódmy, który wydarzy się za pół roku, układają się w podróż po zmieniających się czasach, budzącej się nowoczesności, także w medycznym wymiarze. Podróż pełną wyzwań, ale szczęśliwą, również za sprawą pozytywnego nastawienia mamy. Dowiedzcie się, dlaczego nie wolno go bagatelizować, tylko się o nie zatroszczyć.

W styczniu 2021 roku na świat przyjdzie ósme dziecko fotografki Patrycji Czerwińskiej, która kilka lat temu wyemigrowała do Wielkiej Brytanii. To będzie brat lub siostra dla Małgosi, Gabi, Idy, Leny, Jagody, Anieli i Bruna. Co się czuje na tę myśl, mając prawie 20-letnie doświadczenie porodowe? I jak zmieniał się świat, warunki szpitalne i samoświadomość bohaterki na przestrzeni tych lat?

Opowieść Patrycji to kolejna relacja z cyklu Historie porodowe, który przygotowujemy we współpracy z Pink No More – polską marką tworzącą produkty wyprawkowe i takie, które odpowiadają na potrzeby mam. Oddaję głos Patrycji.

RODZIŁAM W ŚWIECIE BEZ INSTAGRAMA

Jako bardzo młoda dziewczyna oczekiwałam swojego pierwszego dziecka. Był to rok 1999, bez Facebooka, forów dla mam. Dostępne były gazetki, które w ogólnikowy sposób opisywały poród, a książki w większości były zupełnie nie na czasie. To był inny inny świat, ale czy gorszy? Mam wrażenie, że brak tych wszystkich rzeczy spowodował, że podeszłam do porodu jak do czegoś zupełnie naturalnego. Wiedziałam, jak rodzi się dziecko, wiedziałam, że będzie towarzyszył temu ból, o którym ponoć szybko się zapomina. Poród to naturalne zakończenie ciąży, koniec kropka.

PIERWSZA CIĄŻA, TA NAJTRUDNIEJSZA

To była moja pierwsza ciąża, najtrudniejsza i od początku zagrożona. Na lekach, z mnóstwem zabiegów, testów i niepewności. Trzy ostatnie miesiące spędziłam w szpitalu, nie wiedząc, czy na pewno wyjdę z dzieckiem na rękach. Cieszę się, że nie przytłoczyły mnie wtedy internetowe historie – wiadomo, że uwagę przykuwają te złe. Poród był obarczony ryzykiem, więc nie było tu miejsca na porody rodzinne czy wyobrażanie sobie, jak to pięknie może być. Cel był jeden: sprowadzić na ten świat żywe, zdrowe dziecko. Tak skupiona nie byłam nigdy w życiu. Poród był szybki: od podania leków na wywołanie do powitania maleństwa minęły równo 4 godziny. Udało się – Gośka urodziła się zdrowa i piękna. Nie mogłam jej dotknąć, ani zobaczyć, bo najpierw musieli ją zbadać.

WIELKIE WOW

Minęło 8 długich lat i nadszedł czas drugiej ciąży. Czasy się zmieniły, pojawiły się społeczności internetowe, można było za jednym kliknięciem znaleźć informacje o tym co, jak i kiedy. To było wielkie wow! Ciąża z Gabi przebiegła nudno, bo książkowo. Przy porodzie był jej tata, trafiłam na cudowna położną, która chciała sprowadzić na świat moje duże dziecko bez nacinania krocza – teraz to normalne, ale w 2008 roku huczał o tym cały szpital. Dałyśmy radę! Gabi wylądowała u mnie na brzuchu, wszystko przebiegło spokojnie.

NIESPODZIANKA!

Rok 2010 rok przyniósł nam niespodziankę. Bliźnięta! Był to największy szok mojego życia. Wyprowadziliśmy się wtedy na wieś, 100 km od mojej rodzinnej Warszawy. Zachciało nam się spokoju. Wraz z informacją o bliźniętach – a był to 10. tydzień ciąży, wbrew wszystkim, także męża, uparłam się, że ciążę będę prowadzić w Warszawie. I dobrze, że się uparłam – dziewczynki okazały się bliźniętami jednojajowymi, co oznaczało, że miały wspólne łożysko, a co za tym idzie – groził im syndrom TTTS (Twin to Twin Transfusion Syndrom), który zagraża życiu dzieci.

W 14. tygodniu pojechałam na USG do kliniki, w której prowadziłam ciążę z Gabi. Tam ginekolog polecił mi szpital i lekarza, który specjalizował się w prowadzeniu ciąż jednojajowych. Trafiłam do nich w 16. tygodniu i odtąd byłam pod ich opieką. Wizyty połączone z badaniami USG odbywały się co 2 tygodnie. Ponieważ do szpitala miałam 100 km, a moje porody do długich nie należały, zdecydowano się przyjąć mnie do szpitala w 30. tygodniu. Tam spokojnie czekałam sobie na rozwój sytuacji. Dziewczynki były ułożone główkowo, w związku z tym zdecydowałem się na poród siłami natury. Cholernie boję się cesarskiego cięcia, więc za przyzwoleniem lekarzy postanowiłam spróbować.

TO NIE MUSI BOLEĆ

16 kwietnia o godzinie 6 rano przekroczyłam drzwi porodówki. Kończył się 37. tydzień ciąży, po krótkim zapisie KTG zostały mi podane leki na wywołanie porodu. Zaczęło się dość szybko, ale czułam, że coś jest nie tak. Ból był bardzo silny, wody były różowe, ale tętna prawidłowe. Przez cały okres porodu musiałam być podpięta pod KTG. Nie pamiętam, jak szybko doszło do 4-centymetrowego rozwarcia, ale pamiętam nieopisaną ulgę po podaniu znieczulenia (to był pierwszy i jedyny poród, w którym zdecydowałam się na zzo).

Podczas tego porodu była ze mną mama. Trochę znudzone (bo co tu robić, kiedy niewiele się dzieje i nic nie boli), oczekiwałyśmy na dość częste wizyty ekipy lekarzy. Poród postępował i zaproponowano mi wtedy dość nowatorski żel, który miał usprawnić rozwieranie szyjki i późniejszy poród. Pomyślałam, czemu nie? Po 9 godzinach nadszedł czas parcia. Wkoło mnie zrobiło się tłoczno: dwóch lekarzy ginekologów, dwie obsady do noworodków, położne. Zaczęło się na całego! Czułam parcie, nie czułam bólu. Wszyscy byli skupieni i w pełnej gotowości, a ja czułam się bezpiecznie. I wtedy powiedziałam sobie: „Teraz twoja kolej, daj z siebie wszystko!”. I dałam. Ida urodziła się jako pierwsza, mogłam ją przez 5 minut przytulać i poznawać.

KOLEJNA NIESPODZIANKA

Lekarka przebiła drug worek owodniowy i wtedy wody na nią chlusnęły. Śmiała się, że już trzeci raz dziś będzie się przebierać (śmiech). Po szybkim badaniu powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:
– Czuje pupę.
– Jak to pupę?!?!
– No pupę, rodzimy!

Nie było czasu się zastanawiać – skurcze przyszły i trzeba było działać. Poszło zadziwiająco łatwo – widać było, jak sprawnie lekarka odbiera poród, i to dawało mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. A skąd ta niespodzianka? Okazało się, że po urodzeniu się Idy, Lena miała tyle miejsca, że fiknęła koziołka (śmiech). Lena cała i zdrowa trafiła na mój brzuch.

NOGI TU, PUPA TU

W lipcu 2013 roku, 6 dni po terminie, pojechałam wraz z siostrą do szpitala, tego samego co poprzednim razem. Była 3:00 w nocy, a ja miałam ogromne skurcze. Akcja porodowa jeszcze się w pełni nie rozkręciła, ale mimo to – no, trochę się uparłam – zostałam położona na porodówce. Skakałam sobie na piłce i jakoś to szło. Przyszedł czas parcia – instynktownie chciałam się ułożyć w określony sposób. Położna zarządziła jednak, że mam nogi położyć tu, pupę tu, i tyle. Nie było czasu. Dwa parte i Jagoda była na świecie. Miała złamany obojczyk. Jaga jako ostatnia urodziła się w Warszawie.

PORÓD PO BRYTYJSKU

Anielę powitaliśmy w nowej, brytyjskiej rzeczywistości. Nie mogliśmy sobie znaleźć miejsca w Polsce, a poza tym spiętrzyły się wokół nas problemy finansowe, więc wyjechaliśmy najpierw do Danii, a potem do Wielkiej Brytanii. Od 2013 roku nie byliśmy w kraju.

Tydzień po terminie zgłosiłam się do szpitala na wywołanie. To był czerwiec, było ciepło i spokojnie. Takiego spokoju wewnętrznego jak tego dnia nie odczuwałam nigdy w życiu. Była 9 rano, dostałam leki, które zaczęły działać szybko. Towarzyszył mi mąż, z którym – jak zwykle – gadaliśmy o głupotach. Rzadko mamy tyle czasu na rozmowę, co podczas porodu. Co jakiś czas zaglądała do nas położna, przyniosła herbaty. W międzyczasie skurcze się nasilały, poród postępował.

Nikt mi niczego nie narzucał, nie kazał się układać. Przez ostatnie 3 cm położna siedziała przy mnie, robiła notatki, gawędziła. Dostałam gaz przeciwbólowy – jakie to było zabawne! Nie niwelował bólu, ale go w pewien sposób rozpraszał. Kiedy nadszedł czas, zaczęłam przeć, leżąc dokładnie tak, jak mi wygodnie. W oświetlonym ciepłym popołudniowym słońcem pokoju przyszła na świat Aniela. Ten spokój, który odczuwałam od początku tego dnia, spowodował, że ten poród był daleki, nieoczywisty i jakby nieobecny. Po prostu w pewnej chwili pojawiła się Aniela, a ja nawet nie byłam zmęczona.

BRAT PIĘCIU SIÓSTR

To był długo wyczekiwany poród – miał się urodzić nasz pierwszy syn. Przecież jak nie zobaczę, to nie uwierzę! 10 dni po terminie nadszedł ten dzień, kiedy nareszcie mogliśmy go powitać po tej stronie brzucha. Ze skurczami co 5 minut jechałam do szpitala, w szpitalu pojawiały się już co 3 minuty. Dojechał do mnie mąż. Miałam 3-centymetrowe rozwarcie, więc wysłano mnie do pokoju przedporodowego – małej salki z toaletą. Poprosiłam o piłkę. Skakałam, a skurcze w dość szybkim tempie stawały się coraz silniejsze. Minęło może z 1,5 godziny, poszłam zatem do położnych, żeby dały mi gaz czy cokolwiek, bo ból był mocny i czułam, że jeszcze tu posiedzę. Zgodnie stwierdziły, że trzeba mnie zbadać. Okazało się, że jest już 6 cm! Dość szybko zjechaliśmy na porodówkę, gdzie trafiłam pod opiekę cudownej włoskiej położnej. Bruno jednak kazał na siebie trochę poczekać, sytuacja ciągnęła się w nieskończoność, ale ostatecznie wszystkie moje prośby zostały uszanowane: główka urodziła się sama, a Bruno trafił w moje ramiona i był już ze mną, aż skończył jeść.

WSKAZÓWKI OD CIAŁA

Pierwszy poród dał mi kopa, powera i wiarę, że mogę wszystko. Nigdy nie czułam się tak pewna swojego ciała, jak po porodzie. Zniknęły wszystkie „ale”. Czułam się kobietą. Moje ciało jest silne i wspaniałe, dużo przeszło i jestem mu wdzięczna. Nie mam prawa od niego wymagać, żeby było idealne, zresztą: co to w ogóle znaczy? Te doświadczenia nauczyły mnie, że trzeba słuchać swojego ciała, ono daje wskazówki. Wsłuchać się w siebie, otworzyć się i dać dziecku drogę wyjścia. Nie wątpić w swoje możliwości, bo jesteśmy w stanie dokonać niemożliwego! Ból to tylko część całego procesu, ból to informacja od mózgu, że coś się dzieje. Warto pracować nad nastawieniem, jakie się ma, idąc do porodu, i iść pełną wiary w siebie, a nie strachu o ból. Ciało podpowiada, jak sobie z nim radzić. Zawsze rób to, na co masz ochotę, jeżeli akurat to przynosi ci ulgę.

Obecnie jestem w 16. tygodniu siódmej ciąży. Czy się martwię? Oczywiście, bo zawsze może pójść coś nie tak. Tu nie ma rutyny, ale kto, jak nie ja, ma wierzyć w swoje dziecko i to, że szczęśliwie przyjdzie na ten świat? To pozytywne – mimo wielu kłopotów – nastawienie pomogło mi przetrwać, słuchać o diagnozach, ewentualnych problemach czy komplikacjach. To ono dało mi motywację do parcia z całych sił, mimo zmęczenia.

METRYCZKI:

Kto i gdzie przyszedł na świat: Małgorzata, 04.01.2000 r., Warszawa
Waga: 3480 g
Czas porodu: 4 godziny

Kto i gdzie przyszedł na świat: Gabriela, 29.10.2008 r., Warszawa
Waga: 4100 g
Czas porodu: 6 godzin

Kto i gdzie przyszedł na świat: Ida i Lena, 16.04.2011 r., Warszawa
Waga: 2500 g i 2350 g
Czas porodu: 9 godzin

Kto i gdzie przyszedł na świat: Jagoda 23.07.2013 r., Warszawa
Waga: 4200 g
Czas porodu: 6 godzin

Kto i gdzie przyszedł na świat: Aniela, 22.06.2015 r., Birmingham, Wielka Brytania
Waga: 4400 g
Czas porodu: 7 godzin

Kto i gdzie przyszedł na świat: Bruno, 15.10.2016 r., Birmingham
Waga: 4420 g
Czas porodu: 9 godzin

Patrycja Czerwińska – fotografka i mama siedmiorga dzieci, żyjąca w Birmingham, obecnie spodziewa się ósmego dziecka, które przyjdzie na świat 2 stycznia 2021 r. Hoduje króliki i kury.

Strona internetowa Patrycji

*

Materiał został przygotowany we współpracy z marką Pink No More.

Zdjęcia pochodzą z domowego archiwum Patrycji.

Dodaj komentarz