historie porodowe

Historia porodowa: Urszula Śleszyńska

Opowiedz mi, jak rodziłaś

Historia porodowa: Urszula Śleszyńska
Kamil Śleszyński

Książka „Prolog”, to wspólne dzieło dwojga rodziców, którzy tworzyli ją w sekrecie przed sobą. A równo 4 lata temu urodził się ich syn, który tę książkę swoją trudną drogą na świat zbudował.

Mama – pisała, tata – robił zdjęcia. Pod jednym dachem, ale z daleko od siebie, żyjąc w ogromnej tęsknocie, duchowej i cielesnej, nie wiedząc jak się do siebie zbliżyć. Wiadomość o ciąży, na którą Ula i Kamil Śleszyńscy długo czekali, była jak fajerwerki. Wybuch szczęścia, a potem 7,5 miesiąca ciszy i oczekiwania na następny. Leżenie, czekanie, leżenie, czekanie i patrzenie na siebie z daleka, kiedy to drugie nie patrzy. Uwielbiam to, że w książce „Prolog” z tekstami Uli i zdjęciami Kamila namiętność oraz krew, strach i ból tak zgodnie się przeplatają. One wszystkie razem, bez wyjątku, miały udział w narodzinach Cypriana. O nich wszystkich trzeba pisać, bez omijania niefotogenicznych kawałków. Książka została zszyta czerwoną nicią, która – zgodnie z podlaskimi tradycjami – chroni przed złym okiem. Przeczytajcie proszę tę poruszającą historię narodzin chłopca, którego miało nie być.

Opowieść Uli jest częścią cyklu Historie porodowe, przygotowywanego we współpracy z marką Pink no more. Pink no more tworzy tekstylia dla najmłodszych dzieci oparte na sprawdzonych patentach, dające komfort i praktyczne zastosowanie.

JESZCZE COŚ TAM JEST

Zacznijmy od tego, że nie wiedziałam, czy poród w ogóle będzie miał miejsce. W 6. tygodniu ciąży, praktycznie tuż po tym, jak dowiedziałam się, że w ciąży jestem, trafiłam do szpitala z krwawieniem. Spędziłam tam kilka dni i zostałam wypisana z nakazem leżenia i oszczędzania się. Tego samego dnia znów przyjęto mnie na oddział, z bardzo rozległym krwawieniem. Trafiłam nawet do tej samej sali i na to samo łóżko. To była sala dla dziewczyn po poronieniach, albo takich, które są w trakcie. Ja też myślałam, że już po wszystkim. Nawet w karcie miałam słowa, na dźwięk których do tej pory mam nieprzyjemne dreszcze – poronienie zagrażające. Nie zapomnę nigdy lekarza, który podczas obchodu stwierdził: „a to już po… a nie, jeszcze coś tam jest”. Coś tam. Brzmiało nieludzko.

SERDUSZKO WOJOWNIKA

Kiedy drugi raz trafiłam na oddział, pielęgniarka zabrała mnie na USG i pierwszy raz usłyszałam bicie malutkiego serduszka. Serduszka wojownika. Chociaż wtedy myślałam, że wojowniczki, bo miałam nieodparte wrażenie, że urodzi się dziewczynka, Amelka. Po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu, zaopatrzona w zapas leków i dokładne wytyczne, co robić mogę, a czego nie powinnam, zostałam wypisana do domu. Dokładnie dzień po dniu kobiet. Taki prezent. Mieszkaliśmy wtedy z mężem w malutkim mieszkanku w bloku. Pokój z kuchnią, łazienka i sypialnia, w której mieściło się jedynie duże łóżko – 160×200 cm i szafa. Zmieściłoby się również łóżeczko dziecięce, ale ono pojawiło się dopiero pod sam koniec ciąży. Nie chcieliśmy zapeszać.

NIE CHCĘ ZDJĘĆ

Z przykazem leżenia w łóżku było mi ciężko. Byłam tylko ja, laptop i pies. Mąż wychodził do pracy rano, wracał popołudniu, robił obiad i albo coś oglądaliśmy, albo pracował w drugim pokoju.

Byliśmy niby razem, ale tak naprawdę obok siebie. Radosny czas oczekiwania u nas z radością miał niewiele wspólnego. Ja, zamknięta w czterech ścianach, bałam się poruszyć. On, pytany przez najbliższych znajomych o to, jak się czuje, wzruszał ramionami i próbował smutek zakryć uśmiechem. Ze sobą też nie rozmawialiśmy, za bardzo bolało. Nie mam praktycznie żadnych zdjęć z okresu ciąży. Nie chciałam pozować. Bałam się, że jeśli coś pójdzie nie tak, to te zdjęcia będą mi przypominać o człowieku, który nie miał okazji pojawić się na świecie.

SŁOWA Z BRZUCHA

W tym czasie zaczęłam pisać. Na tym, co miałam pod ręką – skrawkach chusteczek czy serwetek, w starym kalendarzu z zapisanymi terminami wywiadów czy tematów, na które byłam poumawiana z pracy i które nigdy nie doszły do skutku. Nikomu o tym moim pisaniu nie mówiłam. Było moje. Wiedziałam, że kiedyś będę chciała pokazać niektóre z tych tekstów mężowi, inne dziecku – jeśli się pojawi. Wtedy to jeszcze było „jeśli”. W „kiedy się pojawi” zamieniło się wraz z chwilą, w której poczułam pierwsze ruchy. To było cudowne uczucie. Zrozumie to każda matka, która w swoim łonie miała dziecko. Wtedy już wiedziałam, że ono pojawi się na świecie. Musi. Nie puszczę go nigdzie. Będę tulić w ramionach i kochać najbardziej na świecie.

W łóżku leżałam praktycznie do końca 6. miesiąca. Wtedy otrzymałam pozwolenie na krótkie spacery. Najgorsze minęło. Wtedy też wrócił temat fotografii. Już pozowałam, już się cieszyłam. Nie wiedziałam, że wcześniej mąż też czasem mnie fotografował z ukrycia. I te zdjęcia siedziały w nim głęboko. Ale nie pokazał mi wszystkich, nie wszystkie trafiły też do książki, którą wiele miesięcy później zaczęliśmy tworzyć dla naszego syna. To była jego terapia, jego sposób na radzenie sobie z sytuacją, na zbliżenie się do mnie. Do nas.

ZNÓW KREW

Poród zaczął się w nocy, dwa dni po oczekiwanym terminie. Przewróciłam się z jednego boku na drugi, wstałam i poszłam do toalety. Na majtkach zobaczyłam delikatne czerwone plamki. Przypomniało mi się wszystko to, co działo się na samym początku. Zapakowaliśmy się do samochodu, pojechaliśmy do szpitala, gdzie przyjmował jeden z moich lekarzy. Wcześniejsze decyzje były takie, że poród odbędzie się drogą cięcia cesarskiego. Jednak kiedy trafiłam na oddział, już ze skurczami i bólem, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam, mojego lekarza nie było, a cała reszta, cóż – „nie była do końca przychylna” byłoby najlepszym określeniem. Rano pojawił się inny lekarz, który powiedział, że nie obchodzą go ustalenia, będzie poród naturalny. Ciężko mi wracać myślami do tego okresu, bo do tej pory czuję złość, zawód i rozgoryczenie. Z tego, jak można spłycić, zniszczyć tak wyjątkowy moment w życiu kobiety. Na szczęście pojawił się mój lekarz, przedstawił szereg wskazań, porobił dodatkowe badania USG i stanęło na tym, co planowane było od początku tej ciężkiej, powikłanej ciąży.

CYPRIAN

20 października 2016 r. o 16.50 na świat przyszedł nasz syn. Cyprian. Zobaczyłam go tylko przez chwilę, po czym został zabrany na badania i pod lampy, bo miał delikatne ślady żółtaczki. Ja zostałam na stole, dostałam dreszczy tak silnych, jak nigdy wcześniej i czekałam, aż odwiozą mnie na salę poporodową, a później na połóg. Tam czekał już mąż. Syn był pod lampami, jak wygląda, zobaczyłam dokładnie na zdjęciach, które zrobił mąż. W końcu, po naszych prośbach, przywieziono go. Okazało się, że zaraził się gronkowcem i w szpitalu spędzimy nieco więcej czasu. Dostał antybiotyk, miał też podłączone kabelki do badania serduszka.

POKARM JEST W GŁOWIE

Przystawiać syna do piersi pomagał mi mąż, panie położne stwierdziły, że po CC nie mam mleka, więc po co mam próbować. Że jest gotowe mleko modyfikowane, w malutkich buteleczkach, że smoczki też mają i tak mam go nakarmić. Wzrastał we mnie bunt, bardzo mocny. Nie chciałam robić tak jak inne dziewczyny, które brały buteleczki i wylewały je do zlewu, po czym po kryjomu starały się karmić. Postawiłam się, stałam się „tą upierdliwą”. Nie zliczę, ile razy usłyszałam, że zagłodzę dziecko, że spada z wagi urodzeniowej, że „jak tak będzie wisiał na piersiach, to później mąż ich nie będzie chciał” (sic!). Bardzo mi wtedy pomogła moja położna środowiskowa, którą wybrałam sobie na długo przed porodem. I która odbierała ode mnie telefony o godz. 22 i wysłuchiwała cierpliwie wszystkiego, co mam jej do powiedzenia. I powtarzała cały czas, że będę karmić, że pokarm jest w głowie. Bardzo chciałam już stamtąd wyjść, tym bardziej, że moja współlokatorka, z którą się zakumplowałyśmy, poszła do domu. W moje urodziny, 23 października, w trzeci dzień po porodzie, dostałam nawału pokarmu. To był najlepszy prezent, ale tej samej nocy miałam ogromny kryzys. Położne nie pomagały, przeciwnie, krytykowały, że chcę być taka naturalna i karmić tylko piersią. Młody po mleku modyfikowanym dostał wysypki, mocno ulewał. Jak się później okazało, miał dużą nietolerancję na białko mleka krowiego. Dopiero Certyfikowana Doradczyni Laktacyjna, która pojawiła się po moim kryzysie, poustawiała wszystkich na oddziale i sprawiła, że w końcu było tak jak powinno być. Tą złą na oddziale byłam również dlatego, że spałam z dzieckiem w jednym łóżku. Dużo go przytulałam, nosiłam. Nie muszę chyba wspominać, że teksty „nie noś, bo się przyzwyczai” padały co chwila.

WSPÓŁSPANIE

W szpitalu spędziliśmy 5 dni i kiedy w końcu wróciliśmy do domu, było to najwspanialsze uczucie na świecie. Mogliśmy całymi dniami leżeć, karmić się i odpoczywać. Łóżeczko świeciło pustkami, a idea współspania stała się nie tylko marzeniem, ale realem. W tydzień młody nadrobił spadek wagi, ba! sporo przybrał. Karmiłam go nieprzerwanie, jedynie piersią, przez ponad półtora roku. Przestałam w 7. miesiącu drugiej ciąży, raczej on przerwał, gdyż samoistnie się odstawił. Wraca teraz sporadycznie, kiedy karmię jego dwuletniego brata. I mamy wymarzony tandem (śmiech).

ZDJĘCIE, OD KTÓREGO WSZYSTKO SIĘ ZACZĘŁO

Pierwsze doby po porodzie to praktycznie było karmienie i spanie. Dużo też kangurowaliśmy z mężem młodego. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy, chociaż kłótnie pojawiały się też częściej, to czułam, że jesteśmy w tym razem. Że wspieramy się i że oto zaczęła się nasza wspólna przygoda. W trójkę. Jednak proza życia też dała o sobie znać. Syn miał silny refluks i dysplazję, stąd zaczęły się nasze wędrówki po lekarzach. Znowu wróciła niepewność o to, co będzie jutro. Z mężem za którymś razem nie wytrzymaliśmy napięcia i po ogromnej kłótni zwieńczonej słowami „ty mnie nigdy nie zrozumiesz” rzuciłam w niego tymi zapiskami z okresu ciąży i połogu, o których już wspomniałam. I wyszłam z domu. Kiedy wróciłam, był już po lekturze. Przeprosił, powiedział, że nie miał pojęcia, że tak to wszystko odbierałam, że nie było go wtedy, kiedy było mi najgorzej. Wtedy też pokazał mi zdjęcia. Łącznie z takim, które zrobił dzień wcześniej, gdzie leżę na łóżku, a na mnie syn w samej pieluszce, tuż po ciężkim ataku refluksu. Zdjęcie, od którego wszystko się zaczęło. Zdjęcie, które sprawiło, że zaczęło rodzić się nasze kolejne dziecko – tym razem artystyczne, czyli książka „Prolog”. Początkowo to miał być jedyny w swoim rodzaju album, który wręczymy naszemu synowi na 18 urodziny. Mąż z Internetu nauczył się ściegu, którym zszył ze sobą strony czerwoną muliną, taką samą, z jakiej bransoletkę uplotłam naszemu synowi. To był ukłon w stronę mojej babci i wierzeń, które na Podlasiu po dziś dzień są żywe i służą odganianiu uroków i złego oka przy pomocy czerwonego sznureczka. Strony były czarne, niczym w albumach fotograficznych, które można było znaleźć na strychu mojego rodzinnego domu. I właśnie na tych stronach pojawiły się odbitki zdjęć męża i moje teksty napisane białą farbką.

PROLOG

Makieta książki leżała w domu, cieszyła nasze oczy. To nas do siebie bardzo zbliżyło. Kiedy mąż, tradycyjnie, jak co tydzień, stwierdził, że rzuca fotografię, pojawił się nabór do sekcji otwartej wrocławskiego Tiff Festivalu. Wysłał zgłoszenie i… został zaproszony na rozmowę do Warszawy, gdzie spotkał się z Agnieszką Pajączkowską (artystką, animatorką kultury, kuratorką – przyp. red) i Krzysztofem Pacholakiem (fotografem i animatorem kultury – przyp. red.). Pod koniec rozmowy pokazał im makietę książki i zakwalifikował się do programu. Pod okiem Agnieszki powstała finalna wersja książki, która została wydrukowana w malutkim, kolekcjonerskim nakładzie i zaprezentowana podczas Tiff Festivalu w 2017 roku we Wrocławiu. Jedno z pomieszczeń w maleńkiej galerii sztuki Tętno zamieniliśmy na sypialnię i to właśnie tam, leżąc na łóżku albo siedząc w fotelu, książkę można było oglądać. Później pojawiła się wystawa plenerowa w naszym rodzinnym Białymstoku, zorganizowana przez Galerię im. Sleńdzińskich. Galeria wydała też w 2020 roku kolejny nakład „Prologu” – w języku polskim i angielskim.

W BRZUCHU BYŁO CZERWONO I BRĄZOWO

Książkę często ogląda też nasz, obecnie prawie czteroletni syn. Wie, że gdyby nie on, książki by nie było. Uwielbia oglądać zdjęcia, dokładnie wpatruje się w każde z nich. Mówi, że bardzo je lubi i fajnie było w brzuszku: czerwono i brązowo, a do tego miło i ciepło. Kto wie, może faktycznie pamięta ten czas. Wierzę, że dzieci widzą i wyczuwają więcej od nas. Mają niesamowity dar, który z wiekiem zanika, zaciera się. Dlatego dużo z synem rozmawiamy, o wielu rzeczach. Kto wie, może ,,Prolog” doczeka się kiedyś kontynuacji? W czasie kiedy zaczęliśmy rozmowy o wystawie w Białymstoku, na świecie był już nasz drugi syn, nazywany czasem w domu żartobliwie „Pierwszym rozdziałem”.

METRYCZKA

Kto i gdzie przyszedł na świat: Cyprian, Białystok

Data narodzin: 20.10.2016

Czas trwania porodu: ok. 14 godzin

Waga: 4160 g

Wzrost: 59 cm

O rodzicach Cypriana:

Ula – mama dwóch wspaniałych synów, żona, dziennikarka, początkująca bajkopisarka. Założycielka bloga dziecioczytanie.pl z recenzjami literatury dziecięcej.

Kamil – ojciec, mąż, fotograf uznawany w Polsce i na świecie, twórca książek – ma na swoim koncie artbooki – „Wolka” i „Prolog” (obydwie z tekstami Uli) oraz „Balistyka Końcowa”.

Informacje o książce znajdziecie na stronie internetowej Kamila.

Materiał został przygotowany we współpracy z marką Pink No More.

Dodaj komentarz