historie porodowe

Historia porodowa: Magda Klejc

Opowiedz, jak rodziłaś

Historia porodowa: Magda Klejc

Kiedy rodziłam syna, ożyło moje ciało. Kiedy na świat przyszła moja córka, urodziłam się jako wolna kobieta – wyznaje Magda Klejc, wokalistka, blogerka, mama dwojga i kolejna bohaterka cyklu Historie porodowe. Jej drugi poród odbył się w czasie pandemii. Magda jest przekonana, że oba łączą się w jedną historię o narodzinach matki. I o tym właśnie będzie nam opowiadać.

Pierwszy poród był trudny, długotrwały, bolesny i samotny, drugi – mimo trwającej pandemii – bliskościowy i skąpany w empatii, wzmacniający wszelką relacyjność i kobiecość. Następujące w trzy lata po sobie i różne od siebie jak dzień i noc, a jednak budujące jedną rodzinę i jedną matkę. Wrażliwą i czule splatającą je w bujną, kształtującą światopogląd całość.

Opowieść Magdy to kolejna relacja z cyklu Historie porodowe, który przygotowujemy we współpracy z Pink No More – polską marką tworzącą produkty wyprawkowe i takie, które odpowiadają na potrzeby mam. Oddaję głos Magdzie.

PORÓD JÓZKA

Rok 2017, czerwiec, największy wyż demograficzny. Postanawiam rodzić w niezależnym domu narodzin. Czemu? Nie obawiam się samego szpitala, ale jego anonimowości, rotacji personelu, bycia częścią medycznej rutyny. W tamtym czasie nie jestem jeszcze zbyt świadoma swojego ciała i jego zasobów. Nie mam pojęcia o swojej wysokiej wrażliwości i o tym, że choćbym nie wiem jak bardzo próbowała, poród mojego syna nie zacznie się samoistnie. Pragnę być uszanowana w tym jak mam, ale jeszcze niekoniecznie umiem o tym mówić.

Późny zwrot akcji

Pod koniec 42 tygodnia (sic!) dostaję informację od miejsca, w którym tak bardzo chciałam urodzić, że „mój czas minął” i muszę zgłosić się do szpitala. Czuję się zawiedziona i oszukana. I nie wiem, co dalej. Czemu do ostatniej chwili upewniano mnie w tym, że mój poród na pewno zacznie się sam? Czemu Józek sabotuje swoje wyjście? Z medycznego punktu widzenia wszystko gra, trzymamy rękę na pulsie. Szukam jakiegoś pomostu pomiędzy tym, jak miało być i tym, co się wydarzy. Proszę naszą domową położną, Karolinę, żeby była przy moim szpitalnym porodzie jako doula. Postanawiam dać sobie dzień wolnego, aby uspokoić emocje i nastawić się na nowy scenariusz. W tym czasie mój mąż robi sobie dziurę w stopie, krojąc dla mnie ananasa (nie pytajcie!), odchodzi mi czop, a nad ranem zaczynają się skurcze. Jedziemy do szpitala, po drodze zwijamy Karolinę.

Trudno w szpitalu, a nawet bardzo trudno

Od momentu wejścia na izbę i przyznania się do z denka przeterminowanej ciąży jestem piorunowana przykrymi komentarzami personelu szpitalnego. Próbuję coś tłumaczyć, ale nikt nie chce mnie słuchać. Na niedomiar skurcze przestają się pisać, a ja czuję, że stres i nieprzychylna atmosfera coraz bardziej ściągają mnie w dół. Ostateczną traumą jest kilkakrotne poinformowanie mnie, że mogłam spowodować śmierć mojego synka. Serio? Nie jestem szalona ani głupia i wiem, że nie mogłam. Codziennie monitorowałam jego aktywność, robiłam dodatkowe USG, w każdym momencie byłam gotowa na to, aby przyjechać do szpitala. Jakże bezcenne okazało się zdziwienie położnej, gdy wzięła do rąk moje idealne łożysko, gdy ilość wód płodowych okazała się w górnej normie, a Józek zaliczył 10/10 w skali Apgar! Dziś czuję, że za bardzo zależało mi na tym, aby nie pospieszać mojego dziecka, lub po prostu bałam się tego, co pierwsze i nieznane. Jakkolwiek bym nie oceniła mojej decyzji, wtedy liczyło się tylko „tu i teraz”, miałam urodzić moje dziecko, ale nikt nie okazał mi psychicznego wsparcia.

A więc indukcja

Najpierw poszłam na patologię ciąży, gdzie doświadczam kilku cholernie bolesnych badań wewnętrznych. Zastanawiam się, do kiedy wypowiadane przez kobietę zdanie „To boli!”, będzie interpretowane przez część ginekologów i położnych absurdalnym: „Ona nie daje się zbadać!”. W końcu trafiam na lekarza, z którym udaje mi się złapać kontakt. Widzę, że jest mu wstyd i że próbuje stanąć na wysokości zadania. Robi mi USG i potwierdza, że z Józkiem wszystko OH. Pyta, czy chcę rodzić naturalnie. Odpowiadam, że chcę, ale jeśli uzna, że powinnam mieć cesarskie cięcie, jestem gotowa. Lekarz decyduje się na indukcję. Położna podpina mi oksytocynę.

Troszkę tu absurdalnie

Czekam aż w południe dotrze do mnie Albert, mój mąż. Gdy przychodzi, jestem już po godzinie kroplówki, która od razu zaczyna wywoływać ostre, bolesne skurcze. Jestem przykuta do łóżka (chwała stacjonarnym KTG), rozbita, przytłoczona i wyję z bólu. Na mojej sali leżą jeszcze dwie kobiety, jedna czyta książkę (WTF?), druga nieustannie rozmawia przez telefon, i co gorsza, komentuje moje jęki. „Ciesz się, że rodzisz, ja tak długo starałam się o dziecko, mam planowaną cesarkę, chciałabym móc rodzić tak jak ty”. Czuję się jak w przerysowanej, czeskiej komedii z irytującymi kompanami podróży siedzącymi w tym samym wagonie. Czekam na stację, na której pozwolą mi wysiąść.

Nareszcie jest, olśnienie!

W końcu trafiam na salę porodową. Śliwkową. „Nie lubię fioletowego” – przechodzi mi przez myśl. Za godzinę zaczyna się nowa zmiana położnych. Jestem już pięć godzin na oksytocynie, skurcze napierniczają niemiłosiernie, ale mimo wszystko wciąż mam nadzieję na dobre rzeczy. Postanawiam stworzyć sobie mały azyl. Zakładam moją porodową sukienkę z sieciówki, Albert przygasza światło i puszcza płytę Sławka Jaskułke „Senne”. Dołącza do nas moja doula Karolina, mój anioł i porodowy wentyl bezpieczeństwa. Oboje, ona i Albert, są tacy delikatni i przekochani, mam wrażenie, że tylko oni widzą we mnie dzielną kobietę, a nie problem do rozwiązania. Czuję się bezpieczniej. Jest 19:00. W sali zjawia się nowa położna, Wiola. Olśnienie! Mamy kontakt. „Magda, wiem, że masz piękny plan porodu, ale teraz musisz o nim zapomnieć. Zaufaj mi, ja cię poprowadzę” – mówi.

Cholernie długo

Poród jest cholernie długi. Wiola wychodzi do innych rodzących kobiet, ale cały czas są ze mną Albert i Karolina. Jest cicho, onirycznie, jakby w transie, a ja dawno przestałam już zastanawiać się nad obłędnością moich skurczy. Krzyczę coraz głośniej. Tylko to mi pomaga. Dopiero w trzynastej godzinie dostaję znieczulenie, mogę chwilę odpocząć. Zasypiam. Znieczulenie działa godzinę, potem znów zaczynają się skurcze, tym razem już parte, rozdzierające, nie do zniesienia. Rodzę na fotelu, trzymając zwisającą z góry chustę. „Chcesz odpocząć?” – pyta położna. „Nie. Dawaj. Zróbmy to”. Fokusuję się na tym, że do czwartej nad ranem muszę urodzić mojego syna. O 3:30 na świat przychodzi Józek. Jest spokojny. Wydaje kilka kwileń i od razu ląduje na moich piersiach.

Dziękuję, Józiu!

Jestem wycieńczona. Nie pojmuję tego, co się wydarzyło, nie umiem tego pomieścić. Czuję się jak w surrealistycznym śnie. Albert musi iść do domu, a gdy wraca, przynosi mi maleńki bukiecik chabrów. W tym pierwszym dniu nie czułam jeszcze, że wejście w macierzyństwo przydarzyło mi się nagle i dość brutalnie. Moje ciało zostało rozerwane. Urodziłam cudowne dziecko, ale sama nie czułam się cudownie. Szlag. To wtedy dowiedziałam się, że dni mogą się dłużyć w jednostajnie zatrważającym rytmie. Cztery miesiące od urodzenia Józka zrozumiałam, że poród był dla mnie epicentrum wszystkiego, co silne i słabe w moim ciele. To była chwila mojej chwały i kruchości. Dwa miesiące później decyduję się na terapię metodą lowenowską. Zaczynam czuć. Zaczynam się odmrażać. Gdyby nie Józek, nigdy nie zdołałabym się tak bardzo otworzyć. Dziękuję, Synku!

PORÓD ZOJKI

Zojka pojawiła się, gdy potrzebowałam coś bardzo w sobie opłakać. Właśnie wydałam książkę, wynurzyłam z siebie coś delikatnego, a miesiąc później poprosiłam Alberta, żeby przy okazji zakupów spożywczych kupił dwa testy ciążowe, i nie powiem, zrobił to z ogromnym entuzjazmem! Pamiętam moment, gdy zostałam sama w pokoju, z pozytywnym wynikiem w ręce i poczułam, tak całą sobą, że paradoksalnie, ten czas jest mi dany, abym jeszcze bardziej spotkała się z sobą i z realną mocą Życia. Od razu wiedziałam, że jeśli okaże się, że pod sercem rośnie mała kobieta, dam jej na imię Zoja (gr. słowo zoe oznacza życie – przyp. red.).

Bliskość kobiet

Już na samym początku ciąży zgłosiłam się do cudownej Asi Wawdejuk, fizjoterapeutki, aby zerknęła na to, jak mam się przygotować do porodu. Wciąż miałam w pamięci swoje ciało z pierwszego rodzenia, napięcia i bolesne badania. Robota, którą odwaliłyśmy była niesamowita i ustawiła mi poród na maksa. Poznałam też doulę Basię Röhrborn z Same swoje. Na prowadzonych przez nią warsztatach „Rodzić bez strachu” doświadczyłam czegoś w rodzaju katharsis. Pierwszy raz poczułam, że każdy poród to nowe rozdanie, nowa historia. Zaprosiłam Basię do towarzyszenia mi jako doula w przygotowaniach do porodu, w porodzie i w połogu. Przez całą ciążę towarzyszyły mi też moje kochane przyjaciółki, a tuż przed porodem – symbole ich czułej obecności przy mnie: bransoletka z koralików i kamieni, którą wzięłam ze sobą na poród, girlanda z przyniesionych przez nie kwiatów (zawisła nad łóżeczkiem Zoi) oraz afirmację na czas połogu i macierzyństwa, które napisały dla mnie podczas blessingway’u, czyli kobiecego kręgu, który zdążyłyśmy przeżyć wspólnie w Dzień Kobiet.

Najczulej jak się da

Zdecydowałam też, że będę rodzić w prywatnym szpitalu. Zależało mi na miejscu, w którym moje indywidualne potrzeby spotkają się z przyjęciem i szacunkiem. Potrzebowałam też doświadczyć partnerskiego kontaktu z personelem. Chciałam jak najczulej zadbać o siebie, nie oceniać się, nie przeliczać na złotówki, tylko wychodzić naprzeciw swoim potrzebom. Jeszcze nie wiedziałam, że miłość, którą sobie okazałam, zapewniając sobie jak najlepszą opiekę, okaże się absolutnym basic’iem w wyjątkowym czasie mojego porodu, który przypadł na pierwszą falę pandemii.

Rodzenie w pandemii

Mam przekonanie, że rodzenie w pandemii jest totalnie osobliwym rodzajem porodu, że zakłada oswojenie się z czymś z krańca ludzkiej percepcji. Przez cały okres bezpośredniego oczekiwania na Zojkę codziennie spadały na mnie nowe, dezintegrujące fakty. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam tak wielkiej utraty kontroli i jednocześnie, nigdy wcześniej nie byłam w tak rozbrajającej szczerości i bliskości z sobą. Płakałam, przeklinałam, krzyczałam, smuciłam się, złościłam – ile wlezie i ile potrzebowałam. Uczyłam się być w uczciwym przepływie ze swoimi emocjami. To był jedyny sposób – bezwzględna akceptacja dla tego, co przychodzi, z zewnątrz i z wewnątrz. Rozmawiałam tylko z tymi ludźmi, przy których wiedziałam, że mogę być sobą i tylko sobą. Umawiałam się na skajpy z Basią, na których odkrywałam kolejne etapy własnej, niełatwej porodowej drogi (skajpy z doulą są mega!). Gadałam z moim mężem, z moją kochaną terapeutką, z przyjaciółkami. Przez cały czas, czyli 2 tygodnie oczekiwania na Zoję, była też przy mnie moja mama. Dla równowagi, po naszych 60 metrach szalał turboaktywny 3-latek, pozbawiony możliwości wyjścia na plac zabaw. Żyłam na granicy dwóch światów – tego w sobie i tego na zewnątrz.

Poszłam rodzić, choć nie wiedziałam, że poszłam rodzić

Gdy wybił termin mojego porodu, pojechałam na kontrolne KTG, które miała mi zrobić moja położna, przekochana Łucja Talma. Zapis okazał się bardzo nierówny. Na USG stwierdzono lekkie małowodzie. Zadzwoniłam do mojego lekarza, a on polecił mi zostać w szpitalu i przygotować się do indukcji. Mimo że odważne decyzje tego człowieka sprawiły, że mój
poród był bezpiecznym i optymalnym wysiłkiem dla mojego ciała, wtedy kompletnie nie byłam gotowa na taki rozwój sytuacji. I znów naprzeciw wyszła mi bliskość z sobą i otwartość na to, co czułam. Kto nie ryczał na głos na szpitalnym korytarzu, na oczach lekarzy i pielęgniarek, niech żałuje! Zrzucałam z siebie wszystko, bo wiedziałam, że więcej niż mam do doświadczenia w danej chwili, nie udźwignę. Dociążanie się dodatkowymi napięciami nie miało dla mnie sensu. Mąż, rzecz jasna, nie mógł mi towarzyszyć w porodzie. Pożegnaliśmy się pod szpitalem i był to jeden z najbardziej wzruszających momentów w naszym związku. Byliśmy tak blisko, poruszeni do głębi, przekonani o miłości, którą do siebie mamy. „To była prawda o nas” – napisał mi później Albert.

Zoja idzie

Szczęśliwie, trafiłam na dyżur mojej położnej, Łucji. O północy założono mi balonik Foleya. Wszystkie badania, ingerencje medyczne wykonywano z absolutną delikatnością i szacunkiem. Około dziewiątej rano zadzwonił do mnie mój lekarz i powiedział, że proponuje, aby w południe rozpocząć indukcję. „A więc to już” – pomyślałam. „Zoja idzie”. Wiedziałam, że mam wszystko, aby ją urodzić. Wiedziałam, że tonę we wsparciu cudownych ludzi. Wiedziałam, że mój synek jest zaopiekowany. Tuż przed porodem dostałam przesyłkę od męża. Zjadłam pudełeczko malin, włożyłam czerwoną sukienkę do rodzenia, zabrałam ze sobą przygotowane afirmacje, bransoletkę z koralików od dziewczyn, ikonkę Maryi, telefon i wodę. W przeciwieństwie do pierwszego porodu, wiedziałam, że nie ruszam na wojnę ze światem. Szłam na spotkanie z moją córką.

W głąb rodzenia

O dwunastej Łucja wyciągnęła mi balonik i powiedziała, że mam świetne warunki do rozpoczęcia porodu. Miękka, skrócona szyjka. Przeszłam na salę porodową. Łucja podpięła mi oksytocynę. Jeszcze jeden raz poczułam zachwianie. Zadzwoniłam do Alberta, a potem do mojej douli. I wtedy już naprawdę weszłam w poród. Czułam, że jestem po swojej stronie, sprawcza i głęboko podekscytowana faktem, że rodzę bez partnera. Cudowne uczucie, móc tak zapomnieć się w sobie samej (śmiech). Po kilkudziesięciu minutach pojawiły się skurcze. Były inne niż poprzednio. Okazało się, że oksytocynę podawano mi stopniowo, zaczynając od minimalnej dawki. Przywoływałam córkę śpiewem, zawodzeniem, kołysaniem. Moja położna masowała mi plecy, podawała wodę, a jak potrzebowałam wychodziła i dawała mi przestrzeń na samotną wędrówkę w głąb rodzenia. Moment ostatecznego oczyszczenia z nieufności do personelu medycznego, który pozostał we mnie po urodzeniu Józka, wydarzył się przy okazji zaproponowania mi przebicia pęcherza. „Boję się” – powiedziałam do Łucji. Potem zaczęłam zadawać jej pytania, a ona starała się odpowiedzieć na każdą moją wątpliwość. Nie pospieszała mnie. „Chcę wam zaufać. Dobrze. Zróbcie to”.

Połączenie z położną

Po przebiciu skurcze stały się intensywniejsze. Weszłam do wanny, woda zadziałała kojąco. Doszłam do piątego centymetra rozwarcia. W końcu poczułam, że bardzo chcę wziąć znieczulenie. Obiecałam sobie, że poproszę o nie, jeśli zacznę interpretować ból jako coś traumatyzującego. Anestezjolożka podała mi je idealnie. Moja położna trzymała mnie za ręce, patrzyłyśmy sobie głęboko w oczy. Znieczulenie zaczęło działać, ale nie odcięłam się od doświadczenia porodu, skurcze przychodziły i odchodziły, a moja miednica się otwierała. To była chwila krótkiego i odżywczego odpoczynku. Powiedziałam Łucji, jak bardzo się cieszę, że ze mną jest. Obie byłyśmy prawdziwie poruszone, pojawiły się łzy. Czułyśmy moc kobiecego połączenia w porodzie. „To nie wydarzyłoby się, gdyby Albert był ze mną” – wyznałam jej.

Zoja!

Po dwudziestu minutach miałam dziesięć centymetrów rozwarcia i skurcze parte. Przyszedł mój lekarz i weszłam na ostatnią prostą. Dzięki wciąż działającemu znieczuleniu mogłam zupełnie inaczej doświadczyć tego momentu w porodzie. Było intensywnie, ale bez metalicznego, miażdżącego, oksytocynowego bólu. Aby ochronić mi krocze, Łucja poprosiła, abym przeniosła się z przykucu na łóżko do rodzenia. Położyłam się na lewym boku i podkuliłam nogi pod klatkę piersiową. „Weź mnie za rękę” – powiedziałam do mojego lekarza. Zaczęłam przeć. „Mocniej! Dawaj, Magda!” – mówił. „Patrz na mnie, możesz więcej! Wiem, że możesz więcej!”. Dał mi zupełnie inną energię. Jego krótkie komendy i uważne prowadzenie Łucji zaowocowało wspaniałą współpracą ze mną i moim ciałem. Po dziesięciu minutach zobaczyłam Zoję i po raz pierwszy w życiu poczułam zalewającą mnie lawinę endorfin! „Zrobiłyśmy to! Jesteś tutaj! Jesteś cudowna! MOJA CÓRECZKA”.

Urodzone Kobiety

Razem z Zoją świętujemy trzy miesiące naszego nowego życia. Ona jest cudowną, sześciokilogramową, rozbrajająco ufną i ciekawą świata dziewczynką. Ja dokonałam czegoś dla siebie niemożliwego – urodziłam córkę, korzystając z ogromnych zasobów, które w sobie odkryłam. Urodziłam jako wolna kobieta. Kobieta pewna swojej mocy. Kobieta wiedząca, jakiego wsparcia potrzebuje. Kobieta potrafiąca o nie prosić. Kobieta umiejąca z szacunkiem przyjąć swoje uczucia. Kobieta wychodząca z przestrzeni miłości, a nie lęku. Nie stałam się nią raz na zawsze, ale było mi dane poczuć tę moc. Przekonać się, że we mnie jest. I że zawsze tam była. Dlatego chcę zapamiętać ten dzień. Z pomieszania mojej siły i kruchości narodziła się nowa kobieta. Zoja Łucja – Życie urodzone o świcie. Moje i Jej.

METRYCZKI

Kto i gdzie przyszedł na świat: Józef w Szpitalu św. Zofii w Warszawie
Data narodzin: 22.06.2017 r., godz. 03:30
Czas trwania porodu: ok. 15 h
Waga: 4810 g
Wzrost: 58 cm

Kto i gdzie przyszedł na świat: Zoja w Szpitalu Medicover w Warszawie
Data narodzin: 28.03.2020 r., godz. 17:40
Czas trwania porodu: ok. 4,5 h
Waga: 3870 g
Wzrost: 58 cm

*

Zdjęcia pochodzą z domowego archiwum Magdy.

Materiał został przygotowany we współpracy z marką Pink No More.

Magda Klejc o sobie: Jestem artystką (piszę piosenki, gram i śpiewam pod nickiem Magda Frączek), mamą Józka i Zoi, żoną fajnego faceta i wrażliwą trzydziestką. Już prawie wydałam swoją najbardziej osobistą płytę (singiel „Vulnerabile” do odsłuchania na YT). Jestem współautorką książki „Ojcowie i córki. Rozmowy o nieidealnej miłości” (Wyd. Znak), a wkrótce będę wziętą felietonistką. Od kilku miesięcy rysuję własny kawałek podłogi w internetach jako Dom Wolny, gdzie na bieżąco opisuję autorskie macierzyństwo oraz takie zwykłostki, jak czułość, chłodne poranki i ulubione seriale na Netflixie.

Dodaj komentarz