Fajnie być mamą

Rozmowa z Antoniną Samecką

Mistrzyni organizacji i specjalistka od multitaskingu, która robiąc 10 rzeczy naraz, zachowuje spokój, błysk w oku i koncentrację. Czy jest coś, czego Antonina Samecka nie potrafi?

Antosia co prawda nie ma prawa jazdy, ale zamiast auta przemieszcza się skuterem, czyli 1:0 dla niej.

Projektantka i współwłaścicielka marki RISK made in Warsaw, mama 16-miesięcznej Zosi Ronji i narzeczona Michała nie próżnuje i nigdy nie traci zapału. Ma w głowie trylion pomysłów na minutę, promuje swoją markę na świecie, pisze książki i regularnie wybywa do najważniejszych galerii i muzeów na wystawy mistrzów. Jest też zaangażowaną, czułą mamą, która brawurowo łączy pracę z wychowywaniem córki.

Spotkałyśmy się w pierwsze ciepłe przedpołudnie w tym roku, by porozmawiać o macierzyństwie, łapaniu dystansu, buzujących w głowie pomysłach i satysfakcji z pracy. Antosia odpowiadała na pytania tuląc do siebie Zosię i popijając kawę, jej jedyny pobudzacz. Najlepiej zestawiony z termosem herbaty i dzbankiem wody. Poznajcie tę pełną energii, przebojową kobietę, zakochaną w Saskiej Kępie i w swoim życiu.

***

Jak spędzacie zwykłe dni?

Oboje mamy swoje miejsca – Michał ma Klub Komediowy, ja mam RISKa. Do tego jesteśmy twórcami: Michał pisze sztuki i improwizuje, ja wymyślam ubrania i prowadzę studio kreatywne. To wszystko sprawia, że bardzo trudno jest nam osiągnąć rytualną systematyczność, którą dzieci lubią. Ale ze wszystkich sił staramy się udawać, że ją mamy (śmiech). Tak szczerze, to schemat udaje nam się zachować o poranku – przesiadujemy wtedy z kawą na balkonie, w kuchni, gdziekolwiek. I gadamy. Zosia się przysłuchuje i ze wszystkiego się śmieje. Z pracy wracam o 17 i kiedy już jestem w domu, staram się wyłączyć i być tylko dla niej. Kiedy Zosia już śpi, mam wybór pomiędzy moim spaniem albo zrobieniem miliona rzeczy. Sen zwykle wygrywa, bo wstaję o 5.

A jak jest z Michałem? Praca w klubie generuje raczej nocne zmiany.

Michał ma zupełnie inne potrzeby związane ze snem. Od lat gra spektakle wieczorami i nocami, wszedł w ten tryb i nie potrzebuje „nadmiaru” snu, żeby sprawnie działać. Dla mnie sen jest świętością.

Jak traktujecie ten czas, który spędzacie z Zosią po pracy? Macie jeszcze siły i chęć na dodatkowe aktywności?

To jest dla nas forma odpoczynku i chyba nie różnimy się pod tym względem od innych rodziców. Ja jestem nie tylko w trybie prowadzenia firmy, ale też nieustającego wymyślania ubrań i najróżniejszych projektów. Michał ciągle pracuje nad nowymi spektaklami, a gdy popołudniu wracamy do domu, po prostu bawimy się z naszym dzieckiem. A i tak kiedy zaśnie, pokazujemy sobie nawzajem jej zdjęcia w telefonie (śmiech). To, że spędzamy czas z  Zosią przewietrza nam głowy i sprawia, że możemy potem robić lepsze rzeczy w pracy.

A jak spędzacie weekendy?

W maju jedziemy do mojej ukochanej Glendorii, ale zazwyczaj w weekendy zostajemy w mieście. Chodzimy na zajęcia dla dzieci na Powiślu i na przeróżne wystawy. Bardzo chcemy spędzać wspólnie weekendy i tak się organizujemy, żeby to się chociaż po części udawało. Wykazujemy się w tym przypadku naprawdę wielką determinacją.

Słyszałam o waszych słynnych kulturalnych śniadaniach, organizowanych dla przyjaciół. Czy one nadal się odbywają?

Zanim zostaliśmy parą, Michał w każdą sobotę organizował w swoim domu śniadania. Schodziła się tam cała inteligencka Warszawa: improwizatorzy, muzycy, architekci, pisarze. Kiedyś to działo się w mieszkaniu, ale ponieważ te śniadania przeciągały się do 20, przenieśliśmy je do klubu. Co drugą sobotę Michał organizuje je na Placu Zbawiciela. Kilka tygodni temu wpadli do nas Francuzi i przygotowali dla wszystkich słony karmel, popakowali w słoiki i jemy go na śniadanie do dziś. Każdy z gości przynosi ze sobą coś do jedzenia, my tradycyjnie przynosimy jajka. I tak w sobotnie poranki gromadzą się znajomi znajomych albo znajomi nieznajomych, a wśród nich wiele osób wpadających od lat.

Zabieracie Zosię ze sobą?

Tak, Zosia uwielbia te spotkania.

Czego cię nauczyło macierzyństwo?

Patrzenie na to, jak Zosia się rozwija, nauczyło mnie rozumienia procesów. Kiedyś wydawało się, że niektóre etapy, np. w biznesie, da się przeskoczyć, pominąć. Teraz z większą cierpliwością rozkładam pracę na etapy.

Jaką jesteś mamą?

Zaskoczoną, że bycie mamą jest takie fajne. I że istnieje coś ciekawszego i dającego więcej satysfakcji niż praca.

Jesteś bardzo aktywna zawodowo, wraz ze wspólniczkami z RISKa byłaś nominowana do nagrody Przedsiębiorcy Roku, ostatnio napisałaś książkę. Powiedz, skąd masz w sobie taką żelazną konsekwencję i energię do działania? Czy to jest kwestia wychowania?

Moja mama ma kawiarnię, a ojciec jest matematykiem. W mojej rodzinie zawsze bezkompromisowo ceniło się sprawczość. Gdy ma się własną firmę, łatwiej jest sprostać tym oczekiwaniom (śmiech).

Ciekawi mnie czy te oczekiwania są rozłożone na kilka osób, czy sama musiałaś dźwigać ten balast. Masz rodzeństwo?

Mam brata. Natan jest artystą, od dziecka był bardzo utalentowany manualnie. Maluje, studiuje rzeźbę na Akademii Sztuk Pięknych. Mam kilka jego prac u siebie w domu i w studiu, między innymi obraz komara, który namalował lewą ręką gdy miał 13 lat. Prawą złamał grając w piłkę.

Natan jest też improwizatorem, gra na saksofonie. Gdy miał 19 lat z mamą zorganizowali zbiórkę crowdfundingową na saksofon barytonowy. Do zbiórki na jego instrument nawoływało nawet Polskie Towarzystwo Jazzowe, mimo że Natan był wtedy naturszczykiem, bez szkoły muzycznej, ale jednak bardzo zdolnym. Jest między nami 12 lat różnicy, ale on wygląda bardzo dorośle. Bywało, że ludzie myśleli, że to on jest ten starszy.

Opowiedz o twojej pierwszej książce „Modoterapia”. Co skłoniło Cię do jej napisania?

Od zawsze dziwił mnie mit inteligenta, który nie musi wyglądać dobrze. Który – jak mówi Ken Robinson – traktuje ciało jako niezbyt interesujący transporter dla głowy. Lubię model francuski, w którym w dobrym tonie są i ciekawe myśli, i atrakcyjny wygląd. Chciałam pokazać, że ubranie może zmieniać rzeczywistość. Bo przecież zupełnie inne rzeczy spotykają kobietę ubraną w byle co, a inne, kiedy jest w szpilkach i w czerwonej, świetnie skrojonej sukience. Inni mężczyźni się nią interesują, inne rzeczy przydarzają się w ciągu dnia, nawet obsługa w knajpie inaczej ją traktuje. Ubrania potrafią zmieniać codzienność, a więc mogą mieć wpływ na to jak wygląda twoje życie. Mniej więcej o tym właśnie traktuje Modoterapia”, tyle że dowcipniej (śmiech).

Czy pamiętasz, kiedy zabrałaś się do pracy nad książką?

Zaczęłam pisać zaraz po urodzeniu Zosi. Na początku było trudno, bo na własnej skórze dowiedziałam się, co to znaczy mózg laktacyjny. Na szczęście starczyło mi czasu, żeby przed deadlinem całość zdążyć napisać jeszcze raz (śmiech).

W mieszkaniu przy ulicy Styki mieszkacie od roku, ale z samą Saską Kępą związana jesteś od lat.

To prawda. Mam mieszkanie na ulicy Wandy, zaliczyliśmy też kilka lokalizacji przy Francuskiej.

To znaczy, że dobrze ci tutaj?

Lubię tu mieszkać. Ostatnio Saska Kępa mocno się jednak skomercjalizowała, dlaczego czasem myślę o zdradzie i przeprowadzce na Stary Mokotów (śmiech). Ale to się raczej nie wydarzy. Mieszka tu moja mama, a ja chciałam być blisko niej, zwłaszcza teraz, gdy jest Zosia. Na Saskiej Kępie czuję się trochę tak jakbym mieszkała na wsi. Jednocześnie są tu wszystkie miejskie udogodnienia, w 10 minut dojeżdżam skuterem do pracy. To też bardzo przyjemne miejsce do wychowywania dzieci.

Bo place zabaw, przyjazne dzieciom knajpki i mnóstwo żłobków, przedszkoli?

To też, ale przede wszystkim są tu fajni rodzice. Wiem, że Saska jest trochę jak rezerwat, ale dobrze się tu czuję. Mieszka tu sporo naszych znajomych i przyjaciół.

Twoja półka w łazience robi większe wrażenie niż cały Into The Gloss razem wzięty. Powiedz, skąd masz tak imponującą kolekcję kosmetyków?

Przez kilkanaście lat pisałam o kosmetykach, organizowałam konkurs Best Beauty Buys, więc przetestowałam masę produktów na własnej skórze.

Czy przywiązujesz się do marek albo konkretnych kosmetyków?

Tak się składa, że trzymam tych same kosmetyki od lat. Zresztą podobnie działamy w RISKu – produkujemy niektóre sukienki od 5 lat. Ja sama niechętnie kupuję nowości.

Polskie marki kosmetyczne przeżywają teraz bujny rozkwit, czy dałaś się wciągnąć w ten trend?

Teraz jestem raczej kosmetyczną nudziarą, chętniej sięgam do ukochane sprawdzone klasyki. Uwielbiam historie moich koleżanek, które wspominają, że ich mama pachniała olejkami Clarinsa albo wodą Lancôme. Ja się mojej córce pewnie kojarzę z zapachem kosmetyków La Mer. Michał zauważył kiedyś, jak Zosia naśladuje ten moment, kiedy smaruję się balsamem, robi usta w ciup i wydaje taki rozkoszny dźwięk: uuuuuu! (śmiech). Nie wiedziałam, że tak po mnie widać tę miłość do smarowania, kremowania, wcierania w ciało olejków.

Zosia lubi być smarowana balsamami czy ucieka, kiedy chcesz jej zaaplikować krem z filtrem?

Uwielbia! Ona wręcz sama o to prosi, pokazując paluszkiem na tubkę z kremem. Michał mówi, że najwięcej frajdy daje Zosi robienie tych samych rzeczy, które my lubimy robić.

 

Sama projektujesz ubrania i świetnie orientujesz się w trendach, wiesz też sporo na temat dziecięcej mody. W szafie Zosi jest mnóstwo skarbów, m.in. piękne sznurowane buciki od Rity Krzysiek.

Do czasu aż Zosia skończyła roczek, byłam z nią w domu. Jednocześnie pracowałam zdalnie i pisałam książkę, ale większość mojego czasu poświęcałam na zgłębianie tematu „dziecko”. Pamiętam dobrze ten etap pierwszych 3 m-cy, kiedy jesteś tylko ty, niemowlę, karmienie, coś do oglądania i inne Instamatki (śmiech). Dostęp do fajnej mody dziecięcej to nie jest wielki kłopot: wszystko czeka w internecie, a dostawa na terenie Europy zwykle jest bezpłatna. Miałam mnóstwo ładnych ubranek dla Zosi kiedy była zupełnie malutka, ale wtedy – delikatnie mówiąc – przesadzałam z zakupami. Teraz działam już rozsądniej.

A jeśli chodzi o buciki, Rita wysłała nam 3 pary autorskich projektów, które zrobiła dla Zosi. Nie ma ich w regularnej sprzedaży, a szkoda, bo są obłędnej urody. Rita współpracuje z RISKiem, projektuje piękne buty, które pasują do kolejnych kolekcji, i które są tak wygodne, że jeśli raz je założysz, to chcesz je mieć we wszystkich możliwych kolorach. Pracownia Rity znajduje się w górach. Jest to firma rodzinna, a jej rodzice kiedyś zaczynali od butów dziecięcych, więc, mimo że Rita tworzy na co dzień dla kobiet, ma cały potrzebny know-how. Zosia uwielbia te buciki, zdecydowanie odmawia noszenia innych.

Co czujesz, kiedy patrzysz na drogę, jaką przeszłaś z RISK Made in Warsaw? Jak oceniasz ten czas? Działacie od 2011 roku.

Dla mnie wciąż jesteśmy na początku, chociaż w zupełnie innym miejscu. Zaczynałyśmy od szarych bluz z kapturem…

Była też kolekcja dla dzieci.

I znowu będzie! Już niedługo. To, co robimy zwykle wynika z obserwacji codzienności, tego, co ludzie, a więc i dzieci, robią na co dzień. Z drugiej strony często na najlepsze pomysły wpadamy, bo ogranicza nas niski budżet albo jego brak.

Brak środków uruchamia kreatywność?

Chyba u każdego.

Niektórych dołuje i sprowadza na ziemię.

Zwykle jednak ograniczenia działają rozwijająco. Tak się stało, gdy ze studiem Smallna stworzyliśmy mobilny sklep, inspirowany klasyczną przyczepą z Niewiadowa. Piotr Płoski, założyciel Smallnej, rozłożył przyczepę na czynniki pierwsze i na bazie jej sylwetki stworzył od zera mobilny system wieszaków. Risky trailer, bo tak nazywał się ten projekt, miał swoją premierę na Openerze. Potem dostał nagrodę na A’ Design Award – jako jedyny w kategorii Multidisciplinary and Interdisciplinary Design. Udało się przekuć sentymentalne wspomnienia nie tylko w mobilny pop-up shop, ale w prawdziwy projekt artystyczny, zrozumiały w każdej szerokości geograficznej.

Lokalność górą!

Staramy się z niej czerpać ile się da i, co najlepsze, właśnie te rzeczy najmocniej osadzone w polskości za granicą dają efekt WOW. Jeśli inspirujesz się tym, co robią wszyscy, to w efekcie też robisz to, co wszyscy. Nasze ubrania odzwierciedlają także nasze potrzeby i samopoczucie spowodowane zawirowaniami politycznymi na świecie. Kiedyś najbardziej kochałyśmy szare bluzy, bo męczył nas dress code. Potem wprowadziłyśmy fuksję i falbanki, bo było tyle napięcia wokół, że chciałyśmy zrobić ubrania, w których można się poczuć jak na urlopie.

Teraz z kolei zrobiłyśmy z Marleną Bielińską sesję, która ma odczarowywać karmienie piersią w miejscach publicznych. Wiele z naszych rzeczy powstaje z potrzeb emocjonalnych. Rzeczy do karmienia mamy „w ofercie” od zawsze, trudno o lepszy moment na zabranie głosu w publicznej dyskusji.

Wykorzystując medium, jakim są sukienki, wchodzimy w dialog. Mówimy o tym, co dla nas ważne, co nas drażni albo ciekawi. Podobnie się działo, gdy pracowałyśmy nad kolekcją żydowską – na Vimeo można zobaczyć filmik, w którym sam rabin Schudrich opowiada o niej jako o ważnym głosie w temacie współczesnych Żydów w Polsce. O RISK OY pisał New York Times, Fox News, a TIME Israel dał ją na okładkę. Z żydowską kolekcją jeździłam też po Stanach Zjednoczonych i opowiadałam o powodach i kontekstach jej powstania. Amerykanie byli zaskoczeni, że w Polsce nadal mieszkają Żydzi, a już w głowie im się nie mieściło, że panuje u nas moda na bycie Żydem!

RISK jest marką niszową, a jednocześnie bardzo rozpoznawalną i popularną. Jak to robicie, że przyciągacie tłumy, a jednak nie jesteście dostępni wszędzie.

Bardzo chciałabym być wszędzie (śmiech). Kiedyś przeczytałam wywiad z założycielem WeTransfera, który powiedział , że „uwielbia sukces komercyjny”.  Świetnie udaje mu się robić coś „masowego” i inteligenckiego. To jest model, który interesuje mnie najbardziej. Wiele osób myśli, że nasza niszowość  i odwaga w podejmowaniu trudnych tematów nam szkodzi, a ja twierdzę, że nam pomaga. Padają pytania, czy nie bałam się tworzyć żydowskiej kolekcji. Przecież w ten sposób mogłam stracić klientów. A ja odpowiadam: „Nie chcę mieć klientów antysemitów”. Może faktycznie część osób tracę, ale to o tych, którzy zostają chodzi mi najbardziej.

Co odczytujesz jako największy sukces twojej marki?

Największy sukces jest przed nami. Ale na pewno punktem zwrotnym była kolekcja zainspirowana Tyrmandem. Muzeum Literatury zaprosiło nas w roli kuratorów do stworzenia wystawy o pisarzu. Chyba całkiem nieźle udało nam się wytłumaczyć, dlaczego Tyrmand jest w Polsce tak wyrazistym dawcą stylu. Na wernisażu śpiewała Aga Zaryan i odbyło się świetne jam session, na którym zagrali muzycy z zupełnie różnych środowisk. Podobno od lat 90-tych w Muzeum nie było tylu osób na otwarciu wystawy. A nam udało się  zainspirowane Tyrmandem ubrania, pierwotnie będące tylko częścią happeningu, przekuć w kolekcję, którą pokazał Vogue i style.com. Z samą kolekcją weszłyśmy m.in. na rynek skandynawski, włoski czy japoński.

Opowiadasz z wielkim zaangażowaniem, a satysfakcję masz wypisaną na twarzy. Zawsze miałaś tak dużo zapału i pomysłów na biznes?

Tak już mam. Ale kawa też bardzo w tym pomaga (śmiech).

O tak, cała nadzieja w kawie! Dzięki za rozmowę.

***

zdjęcia: Kasia Bobula

rozmawiała: Dominika Janik

 

6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.