– Nie doceniamy wpływu mediów społecznościowych na nasze wybory zakupowe, a ten jest gigantyczny i mam na to dowody! – mówi Zosia Zochniak, współzałożycielka Ubrań do Oddania, kompleksowo działającej firmy pomagającej pozbywać się niepotrzebnych rzeczy. Z nami rozmawia o kształtowaniu świadomych nawyków, oszczędzaniu i wszelakich sposobach na przedłużanie życia ubrań, w tym – wyborze właściwego sprzętu.
Aktualnie w mojej warszawskiej bańce w dobrym tonie jest nosić ubrania z drugiej ręki, ale kiedyś to wcale nie było takie oczywiste. Moje pierwsze wspomnienia z secondhandami to przede wszystkim okropny zapach. Jakie jest twoje?
Ja mam smutne wspomnienia, bo one wiążą się z małomiasteczkowością. Pochodzę z Połczyna-Zdroju, miejscowości uzdrowiskowej w zachodniopomorskim. Tam był jeden secondhand, który mieścił się w starym budynku przy niedziałającym dworcu PKP. Pamiętam hałdy zatęchłych ciuchów i uczucie strachu, że ktoś mnie tam zobaczy.
Potem na studiach w secondhandzie byłam raz, gdy Marta z Faszyn from Raszyn zorganizowała imprezę w takim klimacie. Wybrałyśmy się wtedy z przyjaciółką „do lumpa”, bo takie właśnie miałyśmy skojarzenie.
Więc te moje początki lumpeksowe trudno nazwać zachęcającymi. Jasne, nie miałam wtedy żadnej świadomości co do tego, jak pierwszy obieg łączy się z drugim. Nie wiedziałam, jaki wpływ sektor odzieżowy wywiera na nas jako konsumentów i jako osoby, na nasze zdrowie, na środowisko naturalne itd. Myślę, że nadal rzadko nachodzi nas refleksja co do tego, jaki jakikolwiek trend ma impact.
Secondhand to była oszczędność, ekologia w ogóle nie stanowiła tematu.
Dla wielu, bardzo wielu osób nadal tak jest. Ekologię możemy odmieniać przez wszystkie przypadki, ale konsument właściwie codziennie, decydując się na jakiś zakup, wybiera pierwszy obieg, bo jest szybciej, pod ręką. Sama niedawno kupiłam dziecku koszulkę w sieciówce – w tamtej chwili najważniejsze było to, że po prostu miałam problem z głowy. Choć zdawałam sobie sprawę, że to była właśnie kwestia kilkunastu, może kilkudziesięciu minut więcej, które musiałabym na to poświecić.
To dlaczego warto wybierać drugi obieg?
Tu chodzi o świadome wybory konsumenckie. Nieważne, czy wybierasz drugi obieg ze względu na ekologię, czy oszczędzanie, ważniejsza jest świadomość. Jednostkowo mamy niewielki wpływ, ale im więcej nas podejmuje decyzje przemyślane, tym szybciej będą wymuszane zmiany systemowe.
Jak się zaczęła twoja przygoda z drugim obiegiem? Kiedy to się wydarzyło?
To się łączy mocno z moim macierzyństwem i z uruchomieniem Ubrań do Oddania, te wydarzenia następowały niemal równocześnie.
Zgodnie z chronologią Ubrania do Oddania były pierwsze, a właściwie pomysł – bo ja pracowałam nad wdrożeniem podobnego projektu w Wielkiej Brytanii. Czytałam raporty, dane, rozmaite informacje mnie trafiały między oczy. Zdałam sobie sprawę, że drugi obieg jest poza kontrolą, że możesz za grosze kupić sobie kontener ubrań i zrobić z nim, co chcesz, że ubrania ze zbiórek rzadko trafiają bezpośrednio do potrzebujących, tylko idą na sprzedaż. I że takie kraje jak UK pozbywają się swoich „śmieci”, sprzedając je takim krajom jak Polska.
To też się zbiegło z tym, że zdecydowaliśmy się z Tomkiem zamieszkać razem, a to się wiązało z przeprowadzką i porządkami. Bo wiesz, ja byłam osobą, która w czwartek szła do galerii handlowej i kupowała kieckę na piątkowy wieczór. Miałam miliard par butów. Strasznie się tego wstydzę, ale nie boję się o tym mówić – że w absolutnie bezrefleksyjny sposób pozbywałam się własnych pieniędzy – i wtedy to zobaczyłam.
Dlaczego zdecydowałaś się przenieść ten projekt do Polski?
To totalnie zasługa Tomka; on mnie namówił, żeby sprawdzić, co się dzieje z ubraniami w drugim obiegu w Polsce. Okazało się, że mamy tu dziki zachód, i nie dawało mi to spać. Dość szybko zdecydowałam się na porzucenie projektu brytyjskiego na rzecz uruchomienia z Tomkiem Ubrań do Oddania w Polsce. Postanowiliśmy zrobić rewolucję.
Sprawdzacie, jaka jest wasza skuteczność?
Tak, musimy i jesteśmy jedyną organizacją w Polsce, która dysponuje tak pogłębionymi danymi. Żeby przekazać do nas ubrania, musisz się zarejestrować, a ponieważ te rzeczy są przekazywane do kolejnego obiegu, należy je przejrzeć, posortować i skatalogować. Tak więc wiemy, co się aktualnie przestaje nosić. Na przykład trend Barbie różu właśnie się kończy, bo zaczynają do nas spływać różowe rzeczy w ogromnych ilościach.
Co badacie?
W zasadzie wszystko: sprawdzamy marki, liczbę rzeczy nowych, stopień zużycia rzeczy używanych, rozmiary, rodzaje tkanin… Dzięki temu możemy odtworzyć historię ubrań i tego, jak do nich podchodzimy, a to z kolei pozwala nam być źródłem miarodajnych danych dla Unii Europejskiej i innych organizacji, z którymi współpracujemy na rzecz zmian nawyków konsumenckich.
Możesz powiedzieć, czego jest najwięcej?
Sukienek. I ubranek dziecięcych.
Sukienek? Czyli realizujemy twój scenariusz zakupów imprezowych.
Nie doceniamy wpływu social mediów i ubrań celebryckich czy influenserskich na nasze wybory konsumenckie. A zakupy przez internet przyspieszyły możliwość podjęcia decyzji o kupnie, często robimy to bez namysłu.
To wygląda tak, że kiedy jakiś trend się kończy, my dostajemy bardzo wiele sukienek w podobnym fasonie, w różnych kolorach i rozmiarach, wykonane z różnej jakości materiałów. One często są z metką, albo założone raz.
Dlaczego tak się dzieje?
Bo zamiast dłużej coś mierzyć w przymierzalni, kupujesz a potem (relatywnie) długo czekasz na paczkę. A kiedy ona do ciebie dotrze, może się okazać, że to jednak (albo już) jest obciach – bo w międzyczasie zderzysz się z innym trendem albo negatywną opinią na jego temat. Albo okazuje się, że jest to coś, czego po prostu nie założysz.
Z ubrankami to sprawa dla mnie dość oczywista. Dzieci rosną.
Tak, najwięcej mamy ubranek w rozmiarze 56 cm. To z kolei koresponduje z przygodą bycia mamą, z potrzebą bycia przygotowaną. Ja to doskonale rozumiem, bo przechodziłam to dwa razy (śmiech). To jest taki wrażliwy czas, dużo rzeczy nam się wtedy podoba, a rynek z tego korzysta. Poza tym, bardzo dużo rzeczy wtedy dostajemy. A dziecko rozmiar 56 nosi przez – powiedzmy – dwa tygodnie.
To tylko dwa zbiory, a ile informacji można z tego wyciągnąć!
To fascynujące. I smutne zarazem. Kiedyś było inaczej: ubrania przekazywało się nawet z pokolenia na pokolenie. Na pewno rzadziej były one prane, bo nie wszyscy mieli pralkę. Wiele osób naprawiało – sama tego nie doświadczyłam, bo ani moje babcie, ani moja mama tego nie robiły, ale już w rodzinie męża czy koleżanek widziałam to nie raz, i to jeszcze w latach 90. Masz takie wspomnienia? Masz jakieś swoje sposoby na oszczędzanie, naprawianie i ratowanie ubrań?
Miałam to szczęście, że wychowywała mnie babcia. I ona produkowała zero śmieci. Wszystko przerabiała – stare prześcieradło szło na fartuszek albo na ściereczki. Wszelkie bioodpady, wiadomo, na kompost. Starą gazetę wykorzystywała do papilotów. Nieskończona ilość prostych rozwiązań, ale i dużo czasu i serca. Bardzo mnie to wzrusza, kiedy teraz o tym myślę. Babcia nawet wodę po gotowaniu ziemniaków wykorzystywała do podlewania roślin i to ona nauczyła mnie, żeby nie solić, bo potem tę wodę można wykorzystać. Mam w sypialni monsterę o liściach wielkości moich dwóch dłoni, bo ona rośnie na takiej wodzie.
A jaka to jest oszczędność – dużo tych rozwiązań brała się z braku. Tylko przyznam ci się, że ja w ogóle nie żyłam zgodnie z tymi zasadami.
To kiedy ci się to zmieniło?
To się wiąże ściśle z moim macierzyństwem. Kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym pomyślałam sobie: „Zofia, basta! Sprowadzasz na świat człowieka, istotę, za którą będziesz odpowiedzialna. Nie tylko za jego zdrowie, bezpieczeństwo, ale też za wzorce, z których będzie korzystać, za jego postawy i pierwsze wybory”.
Stwierdziłam, że nie chcę, żeby moje dzieci definowały siebie przez posiadanie. Bo w życiu chodzi o przeżywanie. Chciałam dawać dobry przykład.
Chciałam też być matką świadomą, więc zaczęłam czytać o środkach chemicznych, o środkach higieny i zostałam porażona przerażającymi informacjami. Zdałam sobie sprawę, ile krzywdy mogę wyrządzić, działając w najlepszej wierze.
Stałaś się neofitką?
Jasne, wpadłam ze skrajności w skrajność – jak sobie wyobrażasz, trudno mi było zachować równowagę. Przygotowanie wyprawki to była jazda: prałam ubrania w occie… Moja mama łapała się za głowę, a ja urabiałam się po łokcie. Dużo mnie kosztowało przestawienie się na myślenie, żeby robić coś wystarczająco dobrze.
Ten neoficki etap chyba jest potrzebny: wyrabiamy sobie nawyki, chcąc naprawić szkody, które kiedyś wyrządzałyśmy. A potem można zweryfikować, na co nas stać.
Tak właśnie było u mnie. Zajechałam się (głównie wyrzutami sumienia), i w pewnym momencie było tego za dużo. Krok po kroku zeszłam do miejsca, w którym teraz jestem: czuję się dobrą mamą, przedsiębiorczynią, partnerką, przyjaciółką, sąsiadką, koleżanką. I korzystam ze wsparcia, jakie mam w Tomku, w mojej mamie. To oni obsługują maszynę do szycia – Tomek naprawia, a moja mama jest mistrzynią przerabiania.
A twój mały ekokroczek, z którego jesteś dumna?
Ja po prostu dążę do tego, żeby mieć jak najmniej. Ostatnio na przykład zredukowałam ilość pościeli w domu. No bo, zastanówmy się, potrzebujemy maksymalnie trzech kompletów na łóżko! Gdy zredukowałam ilość poszewek – okazało się, że mam mnóstwo nowiusieńkich… – mogłam pozbyć się mebla, który do tego służył, bo ta pościel zajmuje teraz dwie szuflady.
To jest proces, tego się nie zrobi w jeden dzień. Mam takie postanowienie, żeby do końca przyszłego, 2024 roku, zredukować liczbę rzeczy tak, by móc się zmieścić w jednej walizce.
Co jest w tym najtrudniejsze?
Rzeczy dzieci, zwłaszcza zabawki – robię dużo, bo pokazuję na własnym przykładzie, że mniej znaczy więcej. Ale nie mam wpływu na dziadków, którzy lubią dzieciaki obdarowywać.
Zawsze mnie zadziwiał nawyk przychodzenia do kogoś z prezentem bez okazji.
A to jest bardzo złożone – można sobie zaopiekować potrzebę bycia zauważonym i docenionym, to może być pretekst do konwersacji czy zabawy. Bardzo się staram wyznaczać granice: najczęściej proszę rodziców, żeby przywieźli książkę, i to konkretną. Ale dla wielu osób to jest nie do przejścia, uważają, że to za mało. Dorzucą kolorowy plastikowy kubek. Albo słodycze. A tak naprawdę dla dziecka, przynajmniej do pewnego wieku, to nie jest istotne, ono tak samo ucieszy się z opakowania Mamby, jak z gazetki czy foremki do piasku. Istotniejszy jest gest obdarowania i obopólna radość z tego gestu.
Największy problem to dla mnie budowanie oczekiwania: razem z osobą przychodzi przedmiot, połączenie obecności z wejściem w posiadanie.
Zgadzam się, ale sama wiesz, jak trudno z tym walczyć.
Mieliśmy z tatą taki zwyczaj, że chodziliśmy w niedziele do parku i na lody. Ubieraliśmy się ładnie i robiliśmy sobie wyjście „na miasto”. Mój tata, który jest wspaniałym dziadkiem, przeszczepił ten zwyczaj, ale zamiast na lody chodzi z moją córką do… sieciówki. Zapytałam go, dlaczego nie ten park i nie te lody: wyszło na to, że kiedyś tego sklepu nie było, a jakby był, to tata nie mógłby mnie tam zabierać, bo nie było go na to stać. Z jego perspektywy ten sklep jest lepszy!
Jaki jest cel waszego biznesu?
Chcielibyśmy, żeby UdO nie było potrzebne – taki jest nasz cel.
Macie jakąś datę przydatności?
Uwierz mi, też byśmy chcieli ją znać! Kiedyś wydawało nam się, że to będzie 2025 rok, co byłoby całkiem miłe – przejść wtedy na emeryturę. Ale to nierealne, bo zgodnie z harmonogramem strategii komisji europejskiej ds. wyrobów odzieżowych i obuwniczych w obiegu zamkniętym obostrzenia dla sektora wejdą w życie dopiero w 2030 roku. Mam tu na myśli przede wszystkim przerzucenie odpowiedzialności za odpady na producentów, tak jak to jest w przypadku producentów elektroniki i sprzętów AGD.
To wymaga ogromnych nakładów sił do wdrożenia zmian: świadomość to jedno, bo chęci są. Ale reorganizacja systemowa, opracowanie prawne zabezpieczające te systemy to jest gigantyczna praca i zajmie dużo czasu. Tak czy inaczej, to jest niezbędne – bo na razie to my sprzątamy po branży odzieżowej, a ta, jako jedna z najbardziej zanieczyszczających na ziemi, powinna wziąć za to odpowiedzialność.
Wszyscy ubieracie się w drugim obiegu? Jakie są twoje patenty na przedłużanie życia ubrań?
Tak, ja wyłącznie, dzieciaki też, Tomek – w dużej mierze. Dla mnie kluczowy jest dobry sprzęt – współpracuję z Electroluxem już od kilku lat, więc mam perspektywę. Grubym tematem jest tu odzież techniczna, outdoorowa i sportowa, która nie tylko łatwo się niszczy przy nieodpowiedniej pielęgnacji, ale dodatkowo bardzo zanieszczycza środowisko – i na etapie produkcji, i na etapie prania – kiedy traci włókna, zasilając ziemskie zasoby mikroplastiku. Dzięki dobrze dobranej pielęgnacji i sprzętowi ja mam jedne outdoorowe spodnie od siedmiu lat. A używam ich sporo. Podobnie z rzeczami dla dzieci – dzięki właściwej pielęgnacji mogę swobodnie przekazywać je dalej.
Segregacja prania?
Tak, i nie tylko kolorami. Tkaniny są ważne, zalecenia producentów są ważne. Nie pierz jeansów z majtkami, a jeansy zawsze wywracaj na lewą stronę. Do tego warto obniżyć temperaturę prania o 10 stopni, gwarantuję, że nie zobaczysz różnicy. A ile prądu i wody zaoszczędzisz!
A sposoby domowe?
Jestem wyznawczynią takiej kontrowersyjnej teorii, że co nie śmierdzi, to jest czyste, więc – ogólnie mówiąc – piorę regularnie, ale rzadziej.
Teraz ja zadam ci pytanie, może trochę nieeleganckie: ile masz par majtek?
Nie mam pojęcia!
No właśnie, a ile potrzebujesz? Pewnie między 7 a 10 par, bo to jest bielizna, którą i tak często pierzesz. Możesz prać jednego dnia bieliznę całej rodziny.
Wróćmy do tego zapachu zatęchłych ubrań: jak go uniknąć?
My postawiliśmy na sezonowość: całą garderobę wiosenno-letnią pakujemy na jesień i zimę, i wyciągamy tę dopasowaną do pory roku. I tak, zimą używamy nawet innej bielizny. Oczywiście, zanim je spakujesz, wypierz we właściwy sposób i porządnie wysusz.
Może się wydawać, że to dużo pracy, ale dzięki temu w perspektywie rocznej oszczędzamy czas, przestrzeń i pieniądze. A im dłużej używamy jakiejkolwiek rzeczy, tym lepiej rekompensujemy zasoby, które zostały poświęcone na jej wykonanie.
Co poza tym można zrobić dla bardziej ekologicznego życia?
Wertować śmietniki! (śmiech) Serio, dla mnie drugi obieg to pierwszy wybór: wszystkie moje meble i właściwie całe nasze wyposażenie jest z drugiej ręki. Jeśli czegoś potrzebuję, to najpierw szukam poza pierwszym obiegiem. To mnie kosztowało dużo pracy, ta zmiana mentalu. Bo to, że stać mnie na coś, nie musi oznaczać pieniędzy: pieniądze to dość namacalny koszt, a jest ich dużo więcej. Czasem lepiej poświecić czas na znalezienie lepszego rozwiązania, bo twój wpływ na środowisko też jest kosztem, który kiedyś poniesiesz.
7 protipów, czyli jak dbać o ubrania
- Zredukuj szafę do niezbędnego (wg własnych potrzeb!) minimum – paradoksalnie mniej rzeczy oznacza mniej prania;
- Zadbaj o sezonowość – pomoże to utrzymać szafę „w ryzach”, wprowadzi rytm porządkowania, ale i posłuży ubraniom, które nie powinny być wciskane na siłę do szafy;
- Rozdzielaj pranie, nie tylko kolorami, ale też materiałami oraz funkcją. Przykład: bieliznę i skarpetki całej rodziny pierz razem, osobne pranie przeznacz na pościel i ręczniki (bo w tym wypadku przyda się wyższa temperatura);
- Jak najrzadziej pierz takie tkaniny, jak wełnę i inne delikatne materiały oraz denim (tu pomocna będzie funkcja odświeżania, a jeśli wolisz nie korzystać ze sprzętu: wietrzenie);
- Piorąc delikatne tkaniny, używaj przeznaczonych do tego programów oraz środków piorących;
- Obniż temperaturę (każdego) prania o 10 stopni – efekt prania taki sam, za to duża oszczędność prądu;
- Jeśli możesz, zaplanuj inwestycję w dobrym sprzęt – to naprawdę się zwróci!








































