rozwój dziecka

Czy (nie) bawić się z dzieckiem?

O widzeniu się nawzajem i robieniu czegoś razem

Czy (nie) bawić się z dzieckiem?
Grażyna Rutowska

Pomysł, by dorosły bawił się z dzieckiem jest raczej nowy. To zdobycz współczesności, kultury czasu wolnego i urlopów rodzicielskich. Znaleźć czas na zabawę z dzieckiem to jedno. Inna sprawa, że całkiem sporo z nas nie bardzo ma na tę zabawę ochotę.

Nie lubię bawić się z dziećmi. Tych scenek odgrywanych plastikowymi dinozaurami, budowania wież z klocków, nieskończonego udawania lampartów, koali, kotków i reszty zwierzyńca – mówi jedna znajoma mama – i mam z tego powodu poczucie winy – dodaje.

Czasy mamy dla rodziców szczególnie wymagające i oczekiwanie, że będziemy się – uwaga: fajnie, uważnie i kreatywnie – bawić z dzieckiem jest jednym z kolejnych, jakie spada na nasze ramiona. Wspólna zabawa ma tworzyć więź, być wartościowo spędzonym czasem, odciągać dzieci od mediów i wspierać je w rozwoju.

Ciekawe jest więc to, że dzieci, które dużo bawią się z rodzicami, często są mniej samodzielne i kreatywne. W przedszkolu w okresie adaptacyjnym widać, które dzieci dużo bawiły się z rodzicami. Jest im trudniej podejść do zabawek, zbadać je, odkryć, do czego służą. Zamiast ruszyć odkrywać świat, często trzymają się nauczycieli. Czekają na inicjatywę dorosłego. Trudno im zrozumieć, dlaczego nie klękamy z nimi na dywanie, by razem bawić się w kotki. Oczywiście czasami to robimy, ale najkorzystniejsza dla dzieci sytuacja to taka, kiedy same w zabawie rozdają role między sobą i potrafią się w takiej zabawie odnaleźć, zbudować własne miejsce. Ta właśnie umiejętność jest podstawą przyszłego, dobrego życia społecznego.

Mam nadzieję, że uda mi się zaproponować wam wskazówki do szukania dobrego balansu między zostawieniem dziecka w samodzielnej zabawie a dołączeniem do niego.

Tekst ilustrują prace polskiej reportażystki PRL-u, Grażyny Rutowskiej. Jej zdjęcia zostały odkryte na nowo przy okazji pracy Narodowego Archiwum Cyfrowego i są kopalnią wiedzy o epoce. Ja po nie sięgnęłam, próbując zobaczyć, jak mogli się bawić moi rodzice, i powspominać, jak bawiłam się ja i moje pokolenie.

PRZYJEMNOŚĆ BEZCELOWOŚCI

Kiedy byłam debiutującą mamą, razem z tatą moich dzieci pojechaliśmy na kilkudniowy warsztat z zabawy z dzieckiem. Naprawdę wielu rodziców boryka się z tematem: Jak się bawić, ile? A jeśli tego nie lubię? Dziećmi kursantów z całej Europy zajmowała się opiekunka, a my mieliśmy w tym czasie spotkania z psychologiem, grupę wsparcia, warsztaty i… dużo czasu wolnego. Zasada była jedna: czas wolny mieliśmy spędzić w ogrodzie, na wspólnej zabawie (nadal bez dzieci). Poleciłabym to doświadczenie każdemu. Świetnie jest mieć czas na granie w kometkę, budowanie domków z mchu i patyków, struganie łódeczki bez żadnego wyższego celu, bez żadnej innej motywacji niż beztroska przyjemność.

Staram się przypomnieć sobie to uczucie, kiedy siadam z dziećmi na dywanie. Odkładam troski i pośpiech na za chwilę, daję sobie 5 minut na powygłupianie się bez celu. Niektórzy z was pewnie to potrafią. To jest właśnie ten sławny kontakt z wewnętrznym dzieckiem. Szczęściarze!

ZABAWA JAKO PREZENT

Kiedy dziecko przychodzi i zaprasza nas do zabawy, jest to cenny dar. To gest: chodź, chodź do mojego świata, chcę ci go pokazać! Rodzic dostaje znak, że jest tam ważny i mile widziany. Kiedy włączamy się do zabawy dziecka, często niewiele trzeba. Pobiec. Być ludzikiem. Coś zbudować. Zagrać w wojnę kartami. Zazwyczaj wystarczy 5-10 minut (no chyba, że gramy w te wojnę…), i jeśli jesteśmy w zabawie na warunkach dziecka, ono szybko i naturalnie nasyca się naszą uwagą.

Zabawa kierowana przez dziecko jest jego chlebem powszednim, najważniejszą szkołą i najbardziej mu służy. Najczęściej zaprasza nas do niej, bo potrzebuje widza, kogoś, kto pchnie zdarzenia w zabawie do przodu. Na pewno wyczujemy szybko moment, w którym możemy się odłączyć z powrotem do naszych spraw. (Rodzicom, którzy dają radę od czasu do czasu zagrać w wojnę pełną talią, wręczam tutaj medal. U nas w rodzinie była to rozrywka na czas podróży pociągiem).

ZABAWA, KTÓRA UCZY

Inaczej rzecz się ma, kiedy to my, dorośli jesteśmy gospodarzem w zabawie. Stawiamy się w roli przewodnika, nauczyciela bądź animatora. Ta wymagająca dla rodzica sytuacja ma w sobie wiele fajnego i jest swojego rodzaju świętem. Często zresztą jest związana z porami roku czy świętami. Jesienią robimy ludziki z kasztanów, wiosną malujemy jajka, z innej okazji pokazujemy dziecku, jak robi się wycinanki z papieru. Taka zabawa wprowadza w życie dziecka nowe umiejętności, z którymi ono wkrótce będzie radzić sobie samodzielnie i będzie samo je wykorzystywać w swoim świecie fantazji, na własnych prawach. Cenną umiejętnością jest wycofać się, kiedy dziecko przejmuje od nas pałeczkę, woła: ja wiem, ja sam/a, tak to zrobię, daj mi!

Zabawa to nie lekcja plastyki, nie kurs architektoniczny, ani nie lekcja WF-u. Mam tendencję, żeby włączać przy zabawie swoje oczekiwania, chcieć zrealizować jakiś cel, dążyć do poprawy danej umiejętności. „Spokojnie” – mówię sobie – w przyszłości zajmie się tym szkoła. Dajmy dzieciom te pierwsze lata życia z zabawą bez żadnej presji i oczekiwania na efekty.

Dzieciom malutkim towarzyszymy w roli przewodników znacznie częściej. Uczymy je toczyć piłeczkę, czasami pokazujemy, jak się dobrać do jakiegoś sprzętu. Jednak zawsze zostawienie dziecku przestrzeni do samodzielnej eksploracji nowej zabawki i jej możliwych zastosowań będzie z korzyścią dla niego. To ono jest odkrywcą.

SIŁA NAPĘDOWA ZABAWY

W tradycyjnej społeczności dziecko przez pierwsze lata było blisko matki. Dostawało pieszczoty, zagadywano do niego, pozwalano mu dotykać i badać świat, najpierw z perspektywy chusty czy kołyski, potem – z poziomu podłogi. Dzieci często przechodziły pod opiekę starszego rodzeństwa. Bawiły się z dziećmi i same z sobą. Towarzysząc dorosłemu – obserwowały, by potem w zabawie twórczo przerabiać to, co zobaczyły. Rodzice byli zajęci czynnościami, które z perspektywy nawet małego dziecka miały sens – dbanie o domostwo i gospodarstwo, przygotowywanie posiłków, szycie odzieży itp. Każdą z tych czynności dzieci mogły sobie przyswajać poprzez zabawę, ćwicząc tym samym odwagę, sprawczość, motorykę i zmysły.

Dziś w tym obszarze mamy do zaoferowania dzieciom o wiele mniej. Różnorodność sytuacji (zakupy, praca, kontakty z innymi) zamyka się w sposobie, którego małe dziecko nie może twórczo przerabiać w nieskończoność – za pośrednictwem ekranów. Więc dla równowagi, szukając wyzwalaczy samodzielnej zabawy, róbmy często przy dzieciach to, co zwykłe: zamiatanie podłogi, przesadzanie kwiatów, robienie domowego makaronu, pranie ręczne. Nawet wizyta u lekarza czy segregowanie śmieci są inspiracją. Zauważyłam, że jeśli dużo pracuję w domu przed ekranem, dzieci są znudzone, potrzebują bardziej angażujących, bodźcujących zabawek, które zupełnie nie są nam potrzebne na wakacjach (ani też nie były potrzebne dzieciom w tradycyjnych społecznościach).

ZABAWY DYWANOWE

Przeglądanie książeczek, granie na instrumentach, oglądanie kart, klocki, gry, prace plastyczne i tym podobne to – z perspektywy psychologicznej – dosyć dziwna sytuacja. Dorosły zajmuje się czymś, co jest dla niego zbyt łatwe, a co dla małego dziecka stanowi wyzwanie. Czasami zaczynamy wchodzić w rolę dziecka – udajemy niezdarność, ukrywamy umiejętności (np. manualne). To zaczyna zaburzać relację dziecko-dorosły. Dzieci szybko wyczuwają nasz fałsz, robią się ostrożne.

Kiedy dziecko zaczyna mnie silnie naśladować przy wspólnym rysowaniu, zatraca swoją spontaniczność. Nagle dostrzegam, że ten wspólny czas zaczął się obracać przeciwko jego rozwojowi, przeciwko jego kreatywności. Co możemy zrobić? Pamiętać o tym, by nie oceniać efektu dziecięcej pracy. Jeśli chwalimy, to tylko włożony przez dziecko w zabawę wysiłek.

Nie jesteśmy właściwym partnerem dla dziecka do jego zabaw. Jeśli widzimy, że czuje się zbyt osamotnione, nie umie bawić się samodzielnie, trzeba zadbać o towarzystwo innych dzieci, poszukać ich wśród sąsiadów, stworzyć sobie tę mikrowioskę. To wyjdzie na dobre naszej relacji z dzieckiem w przyszłych latach – ono będzie pamiętało, że świat dzieci i dorosłych jest inny, że mamy dostęp do rożnych rzeczy. Dorosły, który nie jest jednocześnie „dywanowym dzieckiem”, jest oparciem, można mu ufać, że daje sobie radę w trudnych sytuacjach i umie cudowne rzeczy. Na przykład czytać książki na głos, opowiadać historie, jeździć na rowerze, naprawiać coś zepsutego. Takich wspólnych chwil nigdy dość.

MIEĆ CZAS DLA DZIECKA

No to jak spędzać z dziećmi czas? Wracamy do podstaw – dorosły jest wzorem do naśladowania. Dziecko w zabawach odwzorowuje dorosłego, czerpie z jego siły. Karmi się gestem rodzica. Jeśli dorosły przy dziecku „bawi się” – przegląda książeczki czy sięga po klocki – dziecko słabnie, gubi się. Nie rozwija się jego wola działania.

Mieć czas dla dziecka, to przede wszystkim się nie spieszyć w swoich pracach domowych. To mieć cierpliwość i odpowiednie tempo, by dziecko mogło nam w czymś towarzyszyć. Segregowanie prania, wyjęcie skrzyni z narzędziami, przyszycie oderwanej kieszeni… Niech ten czas, który mieliśmy na zabawę, będzie czasem, kiedy jesteśmy zajęci, ale robimy dziecku miejsce. Maluch może wtedy rozsypać guziki na stół, zważyć w ręce młotek, popsocić trochę przy misce z mokrymi ubraniami. Tu można na chwilę włączyć tryb slow, popraktykować mindfulness i spotkać się z dzieckiem. To ta chwila, kiedy można być blisko w działaniu, bez udawania: zabawa nie jest naturalnym zajęciem dorosłego, dziecko nie musi się silić ani nakłaniać nas do swoich zabaw. A mimo to robimy coś razem i widzimy się nawzajem.

Maria Bator – stała autorka na Ładne Bebe, nauczycielka przedszkolna, studentka pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej, a także kursu dedykowanego przedszkolankom waldorfskim. Mama dwójki nastoletnich dzieci. Inne jej teksty o rozwoju dzieci i związanych z nimi wyzwaniach rodzicielskich czekają tu. W tym artykule opieram się na książce „Mam czas dla dziecka”, książkach Frei Jaffke i na obserwacji dzieci w sytuacjach przedszkolnych.

Dodaj komentarz