rodzice mówią

Czasem wkurza mnie moje dziecko

Rodzice mówią

Czasem wkurza mnie moje dziecko
Archiwa domowe rodziców

„Mamooo” – zasłyszane po raz setny, albo odwrotnie: zgrzyt w komunikacji, kiedy dziecko udaje, że nie słyszy, co rodzic do niego mówi. Ta namolna powtarzalność sytuacji, a tuż po niej złość, frustracja, smutek, bezsilność – paleta rodzicielskich emocji, których generatorami są dzieci. Jak sobie z tym radzić?

Moja złość jest o mnie. Jest o tym, że jestem zmęczona, głodna czy niewyspana. Że mam jakieś nierozwiązane problemy, które mnie uwierają – słowa Zuzanny Skrzyńskiej, mamy dwóch dziewczynek, to doskonałe preludium do poniższego tematu. O to, czy – a w zasadzie: kiedy – wkurzają ich dzieci, zapytałam kilkoro rodziców, których redakcyjnie lubimy i cenimy. Bo że potomstwo doprowadza niekiedy mamę i tatę do szału, to pewne. Mówienie o złości i bezsilności, szczególnie teraz, kiedy rodziny przebywają ze sobą non-stop pod jednym dachem, jest jak głęboki wdech i wydech w solidnej sekwencji. Daje upust. Pozwala przyznać się do słabszych chwil, które ma każdy rodzic. Każdy. Umożliwia wreszcie powiedzenie na głos: nie jestem ideałem, ale się staram, no i czasem mam serdecznie dość. Mamo, tato – powiedzmy to głośno: macie prawo się złościć.

Zebrani poniżej rodzice minimum dwójki dzieci opowiadają nam, kiedy ich granice wytrzymałości są najcieńsze albo pękają, i co lub kto im wtedy pomaga. Przeczytajcie – ku pokrzepieniu serc i układów nerwowych.

Michał Matraszek, pedagog specjalny i psycholog kliniczny. Od 14 lat pracuje z dziećmi, młodzieżą i ich rodzicami. Tata 4,5-letniego Stasia i 2,5-letniego Wojtka. Hobbystycznie zajmuje się fotografią i muzyką.

Najczęściej na moich synów złoszczę się, kiedy próbuję z nimi wyjść na spacer. Często wygląda to w ten sposób, że mam jakiś plan, który wydaje mi się bardzo atrakcyjny, np. teraz jest to wyprawa na pobliską górkę na sanki, albo jesteśmy umówieni z jakimiś znajomymi dzieciakami na wycieczkę, wspólny spacer. No i ja pełen zapału, z wizją czekającej ich zabawy życia, próbuję nas sprawnie wyprawić na spacer, a oni w tym czasie robią wszystko, żeby doprowadzić mnie do załamania nerwowego (śmiech). Wskakują mi na głowę, kiedy akurat siedzę na podłodze i któremuś z nich pomagam założyć buty, chowają mi czapkę, ściągają skarpety i rzucają nimi gdzie popadnie, po czym na boso, z dzikimi okrzykami uciekają na klatkę schodową. Długo mógłbym jeszcze wymieniać, na co ich stać w tych momentach. Złość to wtedy chyba dominująca emocja, ale jest ich niestety cały wachlarz, bo to także: frustracja, irytacja, rezygnacja, ale czasem też poczucie dezaprobaty dla samego siebie, kiedy łapię się na tym, jak bardzo mnie to dotyka. A przecież odczuwanie także negatywnych emocji jest naturalne i potrzebne, jak oddychanie, i nie ma się co na siebie obrażać za to, co się czuje. Ważne, żeby tę sytuację jakoś konstruktywnie rozwiązać. Trudne momenty to także te, kiedy konfrontuję się z ich uporem i próbami przekraczania granic. Przy czym muszę dodać, że są to jednocześnie momenty, które mnie cieszą, bo uważam jednak, że ich brak pokory, skłonność do podważania autorytetów i ciągła potrzeba poszerzania swojej wolności to duży zasób.

Kiedy w domu jest Karolina, mama chłopców, to wyprawiamy ich na spacer razem i wtedy jest to zdecydowanie łatwiejsze. Jeśli jestem sam i sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, to wtedy szykuję się na najgorsze (śmiech). Próbowałem już wielu sposobów i jak na razie żaden nie jest szczególnie skuteczny. Próbuję sobie wytłumaczyć, że to, co się dzieje, wynika z ich emocji, czasem pozytywnych, czasem negatywnych. No i że jako małe dzieci nie mają narzędzi, żeby sobie z tymi intensywnymi emocjami poradzić, więc to moim zadaniem jako rodzica jest te ich emocje przyjąć i pomieścić w sobie. To trudne, czasem się nie udaje, ale próbuję. Zdarza się, że pomaga głośne powiedzenie tego, co czuję. Mówię coś w stylu: „Chłopaki, jestem już tym zmęczony i zły. To nie jest dla mnie śmieszne. Jest to przykre”. Mnie przynosi trochę ulgi nazwanie tego, co odczuwam, a zdarza się, że u nich powoduje jakąś refleksję. Niestety, nie tak często, jakbym sobie tego życzył (śmiech).

OLGA LEGOSZ, WSPÓŁZAŁOŻYCIELKA PRZEDSZKOLA BLUE BEES I FUNDACJI SUKCES PISANY SZMINKĄ, MAMA 13-LETNIEJ MAI I 5-LETNIEJ TOSI

Jestem zwolennikiem teorii, że człowiek ma ograniczoną silną wole jak i zasób, więc nakładające się trudne sytuacje, w których próbujemy się opanować, zjadają nam ten zasób. U mnie jest to zwykle sytuacja, w której ja próbuję skończyć coś do pracy, co ma termin, a dziewczynki – każda w innym momencie – jadą swoją agendę dnia i emocji. I rozumiem, że mają do tego prawo, natomiast ja sama też daję sobie prawo, żeby czuć swoje. Nauczyłam się, żeby przed wybuchem wyjść. Mam taki moment, że albo czuję, że polecą talerze, albo one zostaną na środku pokoju z mambą, rozsypanymi płatkami i iPadem, ale ja dostanę swoje 30 minut spokoju. I tak robię.

Pomagam sobie sama. Daję sobie czas. Przewartościowuję na szybko. Wiem, że w złości i w gniewie nic im nie wytłumaczę, wiec nawet nie próbuję. Jak czuję, że jestem pędzącą lokomotywą, trzeba zejść mi z drogi. O dziwo albo i nie – one już też to wiedzą i wyczuwają moje granice. Więc jeśli powiem głośno „teraz muszę być przez chwilę sama”, to jest to na tyle inny akcent, że szanują to. Myślę, że dużo zależy od naszej głowy i od prawa, które sobie dajemy do różnych uczyć. Ja daję sobie prawo czuć na nie złość, tak jak rozumiem ich prawo, żeby czuć ją na mnie. To nie umniejsza mojej miłości do nich, ale to prawo powoduje, że nie karmię się potem wyrzutami sumienia.

„Prawo, żeby czuć złość na dzieci, nie umniejsza mojej miłości do nich, ale to prawo powoduje, że nie karmię się potem wyrzutami sumienia”.

ZUZA SKRZYŃSKA, Autorka instagramowego projektu #notatkizmacierzynstwa, wspiera mamy w radzeniu sobie z trudnymi emocjami, mama trzyletniej Oli i rocznej Alicji

Najczęściej czuję złość, kiedy obie córki zaczynają płakać albo krzyczeć. Przez długi czas ciężko było mi to znieść i oprzeć się wybuchowi złości. Kiedy przyjrzałam się bliżej temu, co przykrywa moja złość, okazało się, że to smutek, żal i poczucie braku bezpieczeństwa, sięgające mojego własnego dzieciństwa. Jako dziecko nasłuchałam się krzyków w rodzinnym domu, a jednocześnie mnie samej nie wolno było krzyczeć. To, jak wtedy się czułam, wraca do mnie w podobnych sytuacjach teraz, kiedy sama jestem mamą. W ogóle widzę, że często złość wyłazi ze mnie w tych sytuacjach związanych z dziećmi, w których na mnie samą kiedyś złościli się rodzice. Dostrzeżenie i zrozumienie tego pozwala mi lepiej z tą złością pracować. Tak, żeby wyrażać ją bez krzywdy dla innych. Chociaż nie zawsze mi się to udaje i… to też jest zupełnie normalne. Nie ma rodziców idealnych. Grunt to brać odpowiedzialność za swoje pomyłki i wiedzieć, jak naprawić taki wybuch złości, by zreperować nadwyrężoną relację z dzieckiem.

O tym, jak sobie radzę, napisałam całą książkę. Myślę sobie, że nie ma jednego szybkiego rozwiązania dla wybuchów rodzicielskiej złości. Bywa, że do złości dokłada nam na przykład brak asertywności czy niskie poczucie własnej wartości – i to są takie tematy, na które nie ma „3 skutecznych sposobów, które działają od razu”. Jeśli przyczyny problemów ze złością leżą w trudnych przeżyciach z przeszłości lub na przykład depresji (bo ona też może się objawiać m.in. niekontrolowaną złością), konieczne jest wsparcie specjalisty. I ja z takiego wsparcia korzystam, regularnie spotykając się z psychoterapeutką.

Jeśli miałabym wymienić to, co pozwala mi wystudzić rosnącą złość, to jest to odcięcie się od źródła napięcia – na przykład wyjście z pokoju, w którym krzyczą dzieci, gdy wiem, że zaraz sama zacznę krzyczeć. Ruch – bieganie w miejscu, skakanie, taniec. Ochłodzenie się – szklanka zimnej wody, wyjście na balkon, obmycie twarzy zimną wodą. Przeklinanie – na przykład śpiewam pod nosem jakąś piosenkę, ale słowa podmieniam na te niecenzuralne. I przede wszystkim powtarzam sobie, że to mi jest z czymś źle i dlatego wybucham, a nie dlatego, że moje dzieci „jak zwykle chcą mnie wyprowadzić z równowagi”. Źródłem mojej złości nie są dzieci, chociaż często ją wyzwalają. Moja złość jest o mnie. Jest o tym, że jestem zmęczona, głodna czy niewyspana. Że mam jakieś nierozwiązane problemy, które mnie uwierają. Że czymś się stresuję, ale wmawiam sobie, że wcale tak nie jest – tymczasem napięcie rośnie i byle pierdoła (czy dziecięcy krzyk) są tą kroplą, która przelewa czarę.

PS E-booka Zuzy: „Złość i trudne emocje w macierzyństwie. Jak sobie z nimi radzić?” znajdziecie tutaj

Robert Traczyk, od pół roku pełnoetatowy podróżnik – mieszka z rodziną w kamperze, realizując edukację domową i poznając świat, tata Leona (11 lat), Tymka (9 lat) i Tytusa (5 lat) 

Jestem oazą spokoju i nie denerwuję się na dzieci. Kiedy mnie umęczą swoim zachowaniem, powtarzam sobie w myślach, że przecież kiedyś się wyprowadzą i będę czekał, żeby chociaż zadzwonili czasem (śmiech). Ale faktycznie, wiele potrafię znieść i rozumiem, że dzieci muszą wrzeszczeć, piszczeć i bałaganić, kiedy zatracają się w zabawie. To, czego jednak nie przepracowałem, to zły wpływ innych dzieci na moich chłopców i – co czasami się zdarza – „odłączenie” własnego mózgu na rzecz uczestnictwa w zabawie na czyichś warunkach. W większości przypadków dzieci napotkane na naszej drodze są wspaniałe i świetnie się bawią, ale bywa, że trafi się jakiś ananas, a raczej parch i z jakiegoś powodu jego zachowanie jest dla chłopców fascynujące i nie ma nic lepszego, jak zaimponować mu czymś niewybrednym. Żartem, akrobacją, odzywką. Nie jestem w stanie zrozumieć i nie kryje swojego rozwścieczenia, kiedy w takich okolicznościach ucierpi ktoś z rodzeństwa albo przyjaciół. Dochodzi do sytuacji, kiedy zabieram moich syneczków na stronę i wtedy następuje egzekucja w postaci niewygodnych pytań retorycznych, a podsądni nie wiedzą zbytnio, co zrobić z oczami. Daję im czas na analizę i wspólnie ustalamy, jak wyjść z twarzą z sytuacji i przeprosić skutecznie osobę, która została poszkodowana.

Takie sytuacje nie zdarzają się często, ale za każdym razem mamy okazję przypomnieć sobie, że najważniejsze to nie krzywdzić nikogo. Oni szybciej niż ja zapominają o nieprzyjemnym zajściu, a ten, kto ucierpiał, nie żywi urazy. Ja długo jeszcze myślę o tym, dlaczego tak się zdarza i czy popełniam jakiś błąd wychowawczy. Czasem też przychodzi refleksja, czy aby nie za bardzo robię z tego aferę. Najczęściej dzieciaki dogadują się same bez naszej mediacji. Myślę też, że kiedy chłopcy będą starsi, w ich życiu pojawią się różne autorytety, ja przestanę być wyrocznią, a wtedy dopiero będzie ciężko utrzymać nerwy na wodzy. Okres, kiedy nastolatkowie stają się tak „mądro-głupi”, nie jest już tak odległą perspektywą.

Joanna Suchowska-Oruba, psycholog, wspiera rodziców dzieci do 7 roku życia, bywa wykładowcą, lubi i praktykuje rodzicielstwo oparte na bliskości, szacunku i wolności. Szczęśliwa żona i mama trójki: Kropki (6,5 roku) i Bliźniaków (3,5 roku)

Nie złoszczę się na dzieci. Złoszczę się nierzadko, ale nie nazywam, nie umiejscawiam mojej złości w ten sposób, a przynajmniej z całych sił staram się tak robić. Złoszczę się, a jak! Tylko nie nazywam tego „wkurza mnie Kropka”, tylko myślę i mówię „wkurzam się, wkurza mnie to…”. Nie oni. Mam takie przekonanie – i cała moja wiedza wskazuje, że słuszne – że ta złość jest moja, jest o mnie, nie o nich. Weźmy rozrzucone po całym pokoju zabawki i pytanie moich dzieci: „czy dziś oglądamy bajkę?”. Bywają dni, że pierwsza odpowiedź brzmi: „nie”, a w mojej głowie od razu pojawia się cały ciąg: że jak to? Serio? Tu taki bajzel, że przejść się nie da, a wy to chcecie zostawić i iść oglądać bajkę? No heloł?! A innego dnia mówię, że jest taka opcja, tylko chciałabym, żebyśmy ustalili, kiedy zrobimy tu jakąś przestrzeń do spania, bo teraz nie da się łóżek rozłożyć. Ta sama sytuacja, ten sam bałagan, a budzi we mnie zupełnie inne emocje. Złość jest moja i jak inne emocje jest komunikatem o potrzebach. Moja złość jest zwykle o niezaspokojonej potrzebie snu, głodu, regeneracji albo ciszy. Łatwo przychodzi, kiedy jestem przestymulowana albo towarzyszy mi poczucie bezradności. Takie myślenie i takie komunikowanie złości mnie wspiera. Pomaga mi nie przerzucać odpowiedzialności na moje dzieci i brać odpowiedzialność za siebie i opiekować się tą złością.

„W przeżywaniu złości wspiera mnie przekonanie, że złość nie jest zła, że jej rolą jest mi przypomnieć, że ja też jestem ważna”.

Mam taką listę strategii, trochę takich narzędzi do zaopiekowania złości tu i teraz, natychmiast. Jak czuję, że nie mam zasobów, baterie są puste (jestem zmęczona, niewyspana, przestymulowana), to mówię o tym mężowi i szukam opcji na „napełnienie sobie tego kubeczka zasobów” czy naładowanie baterii. Ale nierzadko jestem sama z dziećmi i wtedy mam opcję wysłania wiadomości w formie nagrania, np. Na WhatsApp do męża albo innych bliskich mi osób i opowiedzenia im, włącznie z przeklinaniem, jak bardzo wkurzona jestem i dlaczego. Korzystam też że strategii Kasi Kalinowskiej (@przystanek.relacja) i bywa, że śpiewam „Panie Janie”, zmieniając słowa na przekleństwa. A kiedy dzieci są blisko, sytuacja jest napięta, a w pobliżu nie ma innego dorosłego i potrzebujemy razem wrócić do równowagi, to bywa, że śpiewam o tym, jak bardzo jestem zła, czasem „operowym głosem”, opowiadając historię wielkiej złośnicy we mnie. U nas sprawdza się też „przetańcz to” – kiedy napięcie przeszkadza w rozmowie, zaczynamy od głośnej muzyki i tańca – i dopiero jak już trochę tego napięcia wyskaczemy, to możemy ze sobą rozmawiać, albo razem robić to, czego potrzebujemy. W starym mieszkaniu mieliśmy bramkę zabezpieczającą w kuchni, drewnianą, dość wysoką, zdarzało mi się przez nią skakać, kiedy czułam, że wzbiera we mnie napięcie, a sytuacja między dziećmi wymagała interwencji. W nowym domu bramki nie ma, ale kilka łyków zimnej wody, oddech i bose stopy na zimnych płytkach też pomagają w powrocie do równowagi. W przeżywaniu złości wspiera mnie też przekonanie, że złość nie jest zła, że jej rolą jest mi przypomnieć, że ja też jestem ważna.

Paulina Nachman, ilustratorka, mama siedmioletniego Ignacego i półtorarocznej Marceliny

Złość na dzieci wiąże się dla mnie głównie ze złością na siebie – za to, że złoszczę się na dzieci. Na 7-latka jeszcze można się wkurzyć, kiedy po raz kolejny trzeba go szantażem zmuszać do ogarnięcia pokoju czy przekupywać grą na PlayStation w zamian za wyciągnięcie naczyń ze zmywarki, ale na malutką dziewczynkę, która złośliwie wyrywa kwiatkom liście i rzuca samochodzikami po całym domu? Zjadła tusz do rzęs? Wysmarowała kremem dywan? No nieee, przecież to jakby moja wina. Tak naprawdę na maluchy nie można się denerwować jakoś na poważnie, cały czas ma się w głowie, że to maleństwo nie rozumie własnych emocji. Więc półtoraroczną córkę, złośnicę głównie noszę i przytulam, konsekwencją jest bycie mamą-koalą, kiedy jestem w domu (bo kiedy wychodzę, jakoś magicznie z dziećmi nie ma żadnych problemów).

Schody zaczęły się przy dorastaniu mojego syna. Gdzieś około jego 4. roku życia musiałam po raz pierwszy zaprosić do nas psycholog dziecięcą, która uratowała moją rodzinę i uświadomiła mi, jak ważne jest regulowanie pewnych zachowań u dziecka. Dowiedziałam się, że pewne rzeczy Ignacy robi po to, żeby zwyczajnie zwrócić na siebie uwagę. Muszę przyznać, że dało mi to mocno do myślenia. Teraz sprawy mają się zgoła inaczej i czasem mam wrażenie, że z bejbisia wyrósł mi już nastolatek, który bywa okropnym wrzodem na tyłku. Najbardziej złoszczę się chyba w takich prozaicznych momentach, kiedy Ignacy się buntuje, nie pozwala siostrze na zabawę jakąś rzeczą, która jakieś 3 minuty wcześniej zupełnie go nie obchodziła. Albo kiedy się spieszymy – wtedy łapię się na tym, że mówię do mojego dziecka identycznie, jak niegdyś moja mama do mnie: „nie, bo nie” i inne tego typu. Ale kto z nas tego nie robi?

Ostatnio miałam trochę dzień-kryzys, po kilku tygodniach koronaferii połączonych z chorowaniem młodej, i już chciałam ją na gwałt odstawiać od piersi, bo to na pewno przez niewyspanie i pobudki w nocy (przez 1,5 roku przespała jedną całą noc i tydzień na Kanarach – haha, jakby tam chciała siedzieć już zawsze). Wtedy uświadomiłam sobie, że zwyczajnie nie mogę spędzać z dziećmi sam na sam za dużo czasu. Potrzebuję pomocy, ich taty, mojej mamy, teściowej, psychologa, żłobka i szkoły. Dziękuję każdego dnia za placówki opiekuńczo-wychowawcze. Nie biorę sobie za dużo na barki. Olałam BLW, bo za bardzo mnie męczyło to ciągłe sprzątanie i marnowanie jedzenia. Nie wstydzę się oddawać małej do żłobka i raz na jakiś czas się wtedy zwyczajnie zdrzemnąć. Praca zawodowa i rozwój to dla mnie piedestał, jestem najlepszą mamą, kiedy się spełniam w tej kwestii. Czas jeszcze lepiej zadbać o siebie – może wkrótce się to uda.

*

Jakie wy macie patenty na ujarzmienie napływającej złości generowanej przez dzieci? Co lub kto was wtedy wspiera? Podzielcie się nimi w komentarzach, na pewno przydadzą się innym rodzicom.

Dodaj komentarz