macierzyństwo mama w ciąży

Ciąża po czterdziestce – musisz się z niej tłumaczyć?

O społecznej ocenie rozmawiam z psychoterapeutką Anną Zarzycką

Ciąża po czterdziestce – musisz się z niej tłumaczyć?
Edyta Latynski

Dzisiejsza czterdziestka to trzydziestka. Z naszym kremem zatrzymasz czas! Komplementujemy kobietę, którą zegar omija szerokim łukiem. No, chyba że postanawia po tej czterdziestce urodzić dziecko. Tak serio, to nie była wpadka?

Dojrzałe macierzyństwo brzmi zdecydowanie lepiej niż „ciąża geriatryczna”, ale to z tym ostatnim terminem nadal możemy się spotkać w szpitalu. Język nie nadąża za zmieniającą się rzeczywistością, podobnie jak mentalność dużej części społeczeństwa. Z niewiadomych przyczyn uzurpuje sobie ono prawo, by zaglądać nam do sypialni, do metryk, kart ciąży i wózków. Komentować, jak ubieramy dziecko, kiedy rodzimy, czemu jedno, a nie dwoje, doradzać „od serca”, słać komentarze w sieci.

W naszym kraju, o tak restrykcyjnym prawie aborcyjnym, być w ciąży póżniej to nie lada wyzwanie. Łatwiej jest wywołać lęk i grozić biologicznym zegarem, niż przypominać o zdobyczach nauki, postępie medycyny, możliwościach testów genetycznych. Obecne prawo to dodatkowy straszak. Dlaczego ciąża po czterdziestce wzbudza czasem kontrowersje i komentarze, jak w tym odnajdują się matki i z czym muszą się nierzadko mierzyć, rozmawiam z Anną Zarzycką, psychoterapeutką zaangażowaną w terapię okołoporodową w Laboratorium Psychoedukacji.

Zdjęć do artykułu, autorstwa Edyty Latyński, użyczyła nam Karolina, mama mieszkająca w Szwecji, którą zapytałam też o jej prywatną perspektywę w tym temacie.

Sporo osób ma zakodowane w głowie, że ciąża po czterdziestce to zamach na nasz biologiczny zegar. Ciekawi mnie, skąd to się może brać?

Nasuwa mi się myśl o kontroli. Kiedyś płodność była czymś poza kontrolą, przyjmowało się to jako nasz trud kobiecy. Miałyśmy znikomy, a na pewno mało skuteczny, wpływ na płodność, mówię tu o historycznych czasach. Dziś macierzyństwo jest postrzegane bardziej w kategoriach wyboru, a wybór przecież powinien być racjonalny. Badania wyraźnie pokazują, że społeczna norma dotycząca tego, kiedy kobieta powinna rodzić dziecko, jest dość restrykcyjna. Oczywiście powszechna wiedza i świadomość dotycząca aspektów medycznych, trudności, powikłań też jest obecnie większa. I to właśnie teraz, bardziej niż kiedyś, kobieta jest obarczana odpowiedzialnością za czas, który wybiera, żeby zostać matką.

Mężczyzna już niekoniecznie.

Tak, jest duże przyzwolenie społeczne, by starszy, nawet dużo starszy mężczyzna miał dziecko. 50-latek z dzieckiem nie wzbudza wielkich kontrowersji, wręcz ciepłe uczucia. Natomiast kobieta staje się często adresatką negatywnych emocji.

I jeszcze dajemy sobie przyzwolenie, żeby w kwestii macierzyństwa doradzić, komentować, oceniać obcą osobę… W sieci to nagminne.

Jest takie powiedzenie: Posiadanie dziecka jest jak tatuaż na twarzy – trzeba dobrze to przemyśleć, zanim się go zrobi. No właśnie, bycie w ciąży jest widoczne, mężczyzna występuje w różnych kontekstach, ojcostwo podkreśla jego męskość, ale nie jest to tak „uzewnętrznione”. Kobieta przez okres ciąży i połogu jest widoczna w swoim macierzyństwie dla każdego, jak na świeczniku, każdy może ją ocenić.

Fakt, każdy może to skomentować i choć często są to uwagi pełne troski i wyczucia, to często jest też w tym szpilka. Super, kochana, ale jak ty będziesz miała siłę z dzieckiem biegać po placu zabaw za kilka lat? „Ciąża geriatryczna” to medyczne określenie. Znajoma mówiła, że usłyszała je od lekarza, rodząc w wieku 37 lat.

Czasem jest używane, ale mam nadzieję, że nie za często. To podobnie źle postrzegane określenie jak stara pierwiastka. Obydwa określenia – choć z medycznego punktu widzenia są jedynie opisem – w kobietach, których ten opis dotyczy, wzbudzają negatywne odczucia i są odbierane jako negatywnie naznaczające.

Komentarze, presja społeczna to może wzbudzić u ciężarnej lęk. Czy to widać na terapii? Kobiety w późnej ciąży są jakoś bardziej narażone na lęki, depresję?

W moim gabinecie pojawiają się kobiety w różnym wieku, też te, które zdecydowały się na późne macierzyństwo. Jednak gabinet to zbyt mała próba na wnioskowanie. Ale nawet patrząc przez pryzmat gabinetu, widzę, że z depresją czy trudnościami przychodzą kobiety w każdym wieku. Natomiast badania pokazują, że nie ma relacji między depresją poporodową a wiekiem czy danymi socjodemograficznymi. na zwiększone ryzyko depresji poporodowej. Czynniki, które mają wpływ na zwiększone ryzyko depresji poporodowej, to choćby relacja z partnerem, bezpieczeństwo finansowe, wcześniejsze doświadczenie depresji. Natomiast wiek kobiety może być wręcz stabilizującym czynnikiem.

Mama 20-letnia i 40-letnia różnią się zasobami, bagażem doświadczeń. Czy jest tak, że wiek daje nam dystans? Mniej się boimy o dziecko, o swoje metody wychowawcze, mniej przejmujemy, mniej porównujemy z innymi mamami?

Co innego we własne macierzyństwo wnosi młoda mama, co innego starsza. Pierwsza – elastyczność, możliwość szybszej adaptacji, siłę organizmu. Inaczej znosi brak snu, brak wypoczynku, często jest przestraszona brakiem wiedzy i doświadczenia, ale z kolei ma zazwyczaj większe przyzwolenie na ten stan. Z kolei dojrzała kobieta ma większy spokój dotyczący swojego miejsca w życiu, zakorzenienia w karierze, mniej się spieszy – w takim ujęciu generalnym. Jeśli ma już doświadczenie, bo to kolejne dziecko, faktycznie jej zasobem jest większy dystans. Inaczej, jeśli po czterdziestce pojawia się to bardzo długo wyczekane pierwsze dziecko – wtedy każda niepewność może szybko zamienić się w lęk, co tylko potęguje stan wzmożonej uwagi, który jest naturalny w pierwszych tygodniach po porodzie, ale może prowadzić do hipomanii, naduwagi. Starsze kobiety są też często spokojniejsze, jeśli chodzi o rozumienie własnych emocji – wiedzą już, jak reagują, mają większe ugruntowanie tych emocji w sobie, co pomaga w nowej sytuacji. Badania pokazują też, że dojrzałość idzie w parze z lepszym rozumieniem swoich słabych i mocnych stron w roli rodzica, większą cierpliwością, zazwyczaj mniej impulsywnym karaniem dzieci.

Ona sobie funduje drugą młodość – bywają takie opinie o dojrzałych matkach?

Raczej w stosunku do mężczyzn. Ale już częściej bywają opinie, że jest to rodzaj egoizmu, pojawia się taka narracja: ta kobieta wcześniej myślała o sobie, o karierze, a teraz decyduje się na dziecko, bo myśli o nim dla siebie. Coś chce sobie zrekompensować, wybrała egoistycznie, dziecko ma jej „wskoczyć w grafik, wypełnić jej życiowy plan”. To bardzo raniące uwagi dla przyszłej mamy.

W tych uwagach dużo jest oceny. Przez pryzmat terapii, które prowadzę, i rozmów z kobietami widzę, jak różne są przecież przyczyny późnej ciąży. Poza tym jest to społeczny trend obserwowany od lat – przesuwania decyzji o planach macierzyńskich na później. Warto wspomnieć tu o danych statystycznych, które bardzo jasno wskazują na bardzo duże zmiany w tym zakresie. Z roku na rok wzrasta wskaźnik tzw. późnego macierzyństwa. Dane Głównego Urzędu Statystycznego z lat 2013–2018 pokazują, że coraz więcej kobiet po 30. roku życia decyduje się na urodzenie pierwszego dziecka. Natomiast w grupie wiekowej kobiet między 35. a 39. rokiem życia liczba urodzeń wzrosła o około 70 proc. Wzrosła także liczba kobiet, które zdecydowały się urodzić pierwsze dziecko po 45. roku życia, według raportów GUS o około 11 proc. Takie doświadczenie późnego macierzyństwa staje się coraz bardziej powszechne.

Rak, niepłodność, strata, czy po prostu czekanie na miłość. Ale pierwszy komentarz to często: ups, wpadka.

Tak, to tak, jakby późna ciąża nie mogła być zwyczajnie naszym świadomym wyborem! Wracamy do tego, o czym mówiłam – taki wybór wydaje się często nieracjonalny. Dużo dziś też jest społecznego, surowego ostracyzmu w różnych tematach: ktoś się nie szczepi i nie wnikamy dlaczego, raczej od razu pojawia się opinia o płaskoziemcach. Ktoś ma dziecko w późnym wieku, podnoszona jest kwestia możliwych powikłań, zdrowia i od razu w powiązaniu z tym kwestia finansowego obciążenia społeczeństwa, obciążenia matki. Pojawia się też domniemanie co do sposobu zajścia w ciążę.

Dla mnie pojawia się od razu taka presja, że może trzeba się z tego jakoś racjonalnie wytłumaczyć: dlaczego ta ciąża, jak do niej doszło i po co?

Tak, wcześniej kobieta czy para musi się wytłumaczyć, czemu nie ma jeszcze dzieci, potem czemu tylko jedno. Potem słyszy: „jak to, w waszym wieku?”. Kobieta czuje, że musi tłumaczyć się z tej decyzji, a wcześniej z braku tej decyzji. To „oko społeczne”, ten wgląd w pilnowanie naszej płodności jest wielki. Skupiamy się tutaj na reakcji społeczeństwa. Jednak często dużo trudniejsza jest do przyjęcia zdystansowana lub podważająca, a czasem wręcz odrzucająca reakcja najbliższych – rodziny, przyjaciół, starszych dzieci.

Rozmawiałyśmy o demografii, wiemy, że wiek nie warunkuje ryzyka pojawienie się lub nie depresji poporodowej. Ale tak sobie myśle, że miejsce zamieszkania ma wpływ na postrzeganie nas jako matek. Ciąża po czterdziestce w Berlinie czy Madrycie nikogo nie zdziwi… Tam raczej słyszę o postępach medycyny i wsparciu socjalnym, a nie ciągłym straszeniu.

Jedna rzecz to sfera medyczna – świadomość i dostęp do niej w naszym kraju, to, co służba zdrowia oferuje matkom w kwestii opieki przedporodowej. Ale druga sfera to emocjonalność – to, jak reagują lekarze, położne, personel medyczny, w jaki sposób przekazują informacje. Często kobiety mówią mi, że coś same znalazły, same wyszukały, że wreszcie trafiły do lekarza, który je zrozumiał, na położną, która wsparła, pokazała inną ścieżkę – to wymaga wielkiego wysiłku kobiety, całego otoczenia. Chodzi mi o to, że takie szukanie najlepszego rozwiązania, ułatwienia, dopasowania, nie jest systemowe, a bardzo potrzebne w bardziej skomplikowanych przypadkach, których jest więcej wśród kobiet decydujących się na urodzenia dziecka po 40. roku życia. Straszenie natomiast jest bardzo szybkim i prostym sposobem na wywieranie wpływu. Możemy się zżymać na nie, widząc jakie spustoszenie robi, ale takie podejście zastraszające kobiety w stylu „czy chce pani narażać siebie i dziecko” jest w Polsce czymś powszechnym, to nie jest margines. Młoda matka częściej usłyszy naganę, że jakimś zachowaniem szkodzi dziecku, wręcz naraża na smierć, niż uwagę czy wskazówkę powiedzianą w sposób łagodny i serdeczny. Pozycja lekarza u nas jest wciąż patriarchalna, kobiety często czują, że są traktowane z góry. Mam wrażenie, że w innych krajach kobieta ma więcej sprawczości, jest tu więcej partnerstwa, szacunku, tłumaczenia, objaśniania sytuacji, możliwości, w ogóle więcej komunikacji.

Mówimy z pozycji dużego miasta. Ciąża dojrzałej kobiety w małym mieście, wsi to jest dopiero temat. Nawet nie będę przytaczać hejtów, o których pisała jedna z matek na Facebooku. Polska goni resztę Europy światopoglądowo, powoli, ale goni – czy widać zmianę w pokoleniu?

Mam wrażenie, że te zmiany są płynne, to nie jest niestety wykres stale rosnący, to są wahania – są momenty w historii, kiedy zmiany były szybkie, namacalne. Mam na myśli choćby czas, gdy ruszyła kiedyś akcja Rodzic Po Ludzku, nagle powstała silna grupa wpływu, która zaczęła ją propagować. Pamiętam, jak niektóre szpitale wtedy dbały, by być na liście, jak się starały o opinie przyjaznych rodzinie, to był taka skokowa poprawa. To, co mnie dziś, mimo wielu też dramatycznych medycznych historii, napawa nadzieją, to taki mechanizm społecznego monitoringu. Jest dużo ludzi, którzy są aktywni, propagują wiedzę, są silne grupy kobiet na Facebooku – jest jakaś wspólnotowość. Choć z drugiej strony to rodzi też niebezpieczeństwo powstawania bardzo restrykcyjnych grup, tworzenia podziałów. Naturalny poród: tak, cesarka: nie, bardzo określony i jedyny słuszny obraz karmienia, spanie razem czy odkładanie…W tej sprawie są bardzo wąskie normy, często ludzie wypowiadają się niezwykle ocennie, generują hejt.

Można się przed tą oceną uchronić? Moja ciąża, mój wybór. Odciąć się?

W terapii jest ważne takie określenie tolerowania i zgody na ambiwalencję, też dotyczącą ciąży. W dyskursie społecznym obraz macierzyństwa jest albo cukierkowy, instagramowy, albo w reakcji na to, obraz negatywny – zmaltretowanej życiem i wymęczonej matki. To są dwa różne obrazy, które składają się na całość, obydwa są bardzo obciążające, powodują poczucie u matki: „hej, oszukaliście mnie. To tak nie wygląda!”. Przecież życie to różnorodność, ciągła zmiana, to właśnie są te dobre, ale i te trudne chwile, a przede wszystkim ciągły proces zmiany jednych w drugie. My społecznie je rozdzielamy, nie widzimy obrazu pełnego, całościowego.

Jak sobie z tą wizją macierzyństwa i oceną radzić? Drogą nie jest odsuwanie się, zamykanie w sobie – to nas skazuje na izolację, której mamy i tak często doświadczają. Drogą jest otaczanie się pozytywnymi ludźmi, jakkolwiek trywialnie to zabrzmi! Pracowanie nad tym, by umieć widzieć też pozytywy – negatywna uwaga jest mocniej przeżywana, bardziej zapada nam w pamięć, niż pozytywna. Kierujmy więc świadomie uwagę, by sobie przywołać i pamiętać o pozytywnych doświadczeniach, o wsparciu, trosce jakiej też doświadczamy. I co ważne, odpowiadajmy, reagujemy na nią. Pomóżmy matce, która w autobusie przeżywa kryzys płaczącego dziecka, nie zamykajmy się na inne osoby. Tak jakbyśmy musieli w tej izolacji, niewygodzie zacisnąć zęby i wytrzymać – i matka, i świadkowe. Nie, we Włoszech zaraz włączy się inny pasażer, ktoś spróbuje zabawić dziecko, ktoś coś powie. Jest interakcja, pozytywna wymiana. Choć i u nas się to zdarza, może tylko za rzadko, bo odnotowują to ogólnopolskie media.

Może warto też wspomnieć o zaakceptowaniu oceny innych i niewiązania swojego wyboru z akceptacją społeczną. To także jest miarą dojrzałości – radzenie sobie z tym, że często nasze wybory nie spotykają się z entuzjazmem innych ludzi. Niektórzy wyrażają powątpiewanie, pokazują swój punkt widzenia – to nie zawsze od razu jest hejt. Czasem też warto przyjrzeć się swojej reakcji – na ile ona jest nadmiarowa, nieadekwatna lub wyjątkowo bolą czyjeś słowa. Być może to, na co reagujemy, jakoś odzwierciedla nasze obawy, powątpiewanie, a z taką własną niejednoznacznością może być szczególnie trudno.

Mam wrażenie, że to otwarcie na innych, wyjście do nich oraz szukanie pozytywów to generalnie klucz do dobrego życia. Dziś tego klucza bardzo wszyscy potrzebujemy. Dziękuję za rozmowę i wiele cennych spostrzeżeń.

*

Każdy ma inne doświadczenie, niekoniecznie złe. Na koniec o perspektywę pytam Karolinę mieszkającą w Szwecji, bliżej poznaliście ją tu. Mama trójki (21, 18 i 2), specjalistka do spraw turystyki i rekreacji, a zawodowo pedagog w szwedzkim przedszkolu. Do pieluch wróciła po… 20 latach!

Karolina, wizerunek mamy w mediach, zwłaszcza społecznościowych, to dość jednowymiarowy obraz, po czterdziestce nie wypada się już chwalić? 

Co powiesz na hasło „macierzyństwo po czterdziestce is new black”? Myślę że to przede wszystkim od nas dziewczyn zależy, jaki obraz przedstawimy światu. Normalizacja swobodnego karmienia piersią w miejscach publicznych, późne macierzyństwo. To są bardzo dobre kierunki. I myślę, że i w Polsce nie jest aż tak źle! W Szwecji kolejność kariera – finanse – rodzina są normalnością, a przypadki takie jak nasz, czyli kolejne dziecko po dłuższej przerwie (dekadzie czy nawet dwóch) mają nawet swoją nazwę „sladdis” (szw. kabel, przedłużacz). Bardzo słuszna nazwa, bo przedłuża kobietom młodość (śmiech).

Jest wiele plusów dojrzałego macierzyństwa. Są też minusy. Jedna z koleżanek zauważyła, że nie miałaby wokół siebie znajomych z podobnymi problemami na tym samym etapie, bo wszyscy już mają nastolatki w domu

O tak, to prawda! Nagle okazuje się, że nie pasujemy do starego towarzystwa z naszym bobasem i moglibyśmy równie dobrze być już dziadkami. Całe szczęście wcale tego nie odczuwamy. To nie tyle minus, a nasze wygodnictwo przypomina tylko czasem, że nie możemy sobie ot, tak wyjść gdzieś wieczorem czy wyjechać spontanicznie we dwoje na weekend. Wszystko musi być zaplanowane i skoordynowane. Mnie dzięki wspólnym treningom dla mam i maluchów udało się poznać kilka dużo młodszych mam i utrzymujemy fajny kontakt. A patrząc na przekrój wiekowy rodziców w przedszkolu, też nie jesteśmy na szarym końcu. Mamy po prostu kilka lat więcej doświadczeń. I bardzo to sobie cenimy!

Słuszne podejście, wszystkiego dobrego dla was!

*

Anna Zarzycka – absolwentka Wydziału Psychologii UW. Od 2002 r., po zakończeniu szkolenia psychoterapeutycznego, związana z Laboratorium Psychoedukacji. Większą część aktywności zawodowej poświęca prowadzeniu terapii indywidualnej. Od 2015 r. intensywnie zaangażowana w terapię okołoporodową i terapię diady. Zainteresowana badaniem i wspieraniem więzi tworzącej się pomiędzy matką a niemowlęciem. Pracuje w nurcie psychodynamicznym.

Dodaj komentarz