ciąża recenzja

Ciąża dla facetów

Recenzja nowości Marginesów

Ciąża dla facetów
Tola Piotrowska

Co o twojej ciąży powinien wiedzieć twój facet, jak przygotować się na kołowrót zwany narodzinami potomka i jak przeżyć poród naturalny, czyli dwugłos o nowej książce Marka Woodsa.

Prychnęłam w myślach, kiedy poproszono mnie o zrecenzowanie przetłumaczonej właśnie na polski książki Marka Woodsa pod tytułem „Ciąża dla facetów”. Pierwsze, co pomyślałam, to: czy naprawdę innym facetom to, jak zmienia się ciało partnerki w ciąży, czego spodziewać się po badaniach prenatalnych, oraz czym pachnie poród naturalny, musi tłumaczyć mężczyzna?

Nim jednak uniosłam brew i zrzuciłam całe to zamieszanie na męską potrzebę mansplainingu, postanowiłam zawiesić na chwilę swoje krytyczne nastawienie i książkę po prostu przeczytać. Mark Woods jest w końcu ojcem trójki dzieci, więc przynajmniej jedna kobieta musiała obdarzyć go pewnym zaufaniem. „Ciążę dla facetów” czytaliśmy na dwa głosy wraz z moim partnerem, Pawłem Lachowiczem, który wprawdzie niejedno już widział (2,5 roku temu towarzyszył w porodzie naszego pierworodnego syna) i wiele doświadczył (dość przypomnieć historię guzika wielkości pięciozłotówki, który utknął naszemu dziecku w przełyku w szczycie pierwszej fali pandemii), ale może zechce sobie tę wiedzę odświeżyć. Tym bardziej, że wkrótce nasza rodzina znów się powiększy. Zasiedliśmy więc do lektur równoległych.

Jeśli tym, którzy nas znają, wydaje się, że to nie my zostaliśmy uwiecznieni na zdjęciach – dobrze widzicie. Po raz kolejny Covid pokrzyżował nam plany. Dlatego intymne zdjęcia z czasu poprzedzającego pojawienie się kolejnego potomka swojej, zamiast naszej, rodzinie zrobiła Tola Piotrowska, która wyprzedza mnie o miesiąc w porodowej sztafecie. Dzięki, Paweł i Gustaw! 

OCZEKIWANIA

Agata: Nie spodziewałam się dowiedzieć wiele nowego, bo w końcu jestem w siódmym miesiącu drugiej ciąży. Ciekawiło mnie natomiast, jak ten wrażliwy, a momentami nawet drażliwy temat zostanie przez Marka Woodsa przedstawiony. „Ciąża dla facetów. Całe dziewięć miesięcy” – z tego tytułu niejedna babka wróżyłaby na dwoje. Mógł on zapowiadać zarówno pełne czułości dla obu stron wsparcie przez te długie dziewięć miesięcy, jak i utrzymane w duchu „Windows dla opornych” zapewnienie, że absolutnie wszystkie trudne sformułowania („kresa czarna”, „oksytocyna”) zostaną wyjaśnione i przełożone na pozbawiony emocjonalnych zboczeń („dzidzia”) czy anatomicznych obrzydliwości („odchody połogowe”) język prawdziwego mężczyzny. Czy obędzie się bez heheszków i głupich komentarzy o zaokrąglających się kształtach, pieprznych historii o zwyżkującym libido i heroicznych doniesień o udziale mężczyzny na polu walki, jakim w jego mniemaniu z pewnością jest sala porodowa czy szpitalny dom narodzin? Po przebiegnięciu wzrokiem tytułów rozdziałów nawiązujących do męskiej popkulturowej klasyki („Przywitaj się z moim małym przyjacielem”) byłam pełna najgorszych obaw.

Paweł: Miałem bardzo mieszane uczucia – z jednej strony lekka blaza i przekonanie, że nie ma sensu czytać poradników ciążowo-rodzicielskich o lekkim zabarwieniu humorystycznym, bo to jakby temat nie do żartów, a jak już pomyślę o żartach w tym kontekście, to widzę coś w rodzaju scenki, w której ciężarna rodzi suchara (czyli niezbyt zabawnej). Z drugiej strony pomyślałem – a może autor mnie zaskoczy i to naprawdę będzie zabawne? Brytyjski humor, fajne wydawnictwo, no, może, może. Dodatkowo zakwas ciekawości zafermentował we mnie pod wpływem Agaty, chichrającej się podczas pierwszej lektury „Ciąży dla facetów”.

A jak sobie o tym pomyślałem spokojnie i bez złośliwości, która buzuje we mnie ze zwiększoną mocą od czasu rewolucyjnych poczynań decydentów w walce z pandemią, to sobie uświadomiłem, że właściwie z pierwszej ciąży Agaty to ja niewiele już pamiętam. Intensywność doznań – podczas i po niej – były i wciąż są tak duże, że wiele szczegółów sprzed ledwie trzech lat mocno zatarło się w pamięci. Może więc nawet taki weteran jak ja wyciągnie coś ciekawego z lektury książki Marka Woodsa?

PIERWSZE WRAŻENIA

Agata: Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, kiedy rozpoczęłam lekturę „Ciąży dla facetów”, było… poczucie humoru autora. Kilka razy autentycznie roześmiałam się w głos (kiedy np. odpytany przez Woodsa z wrażeń z porodu niejaki Nick relacjonuje, jak jego partnerka urodziła… jego tatę, bo tak wyglądał wyjęty z brzucha przez cesarkę bobas – str. 279). A nawet zaprezentowałam Pawłowi rozbrajający komentarz pod zdjęciem z pierwszego USG (które w Wielkiej Brytanii przypada dopiero na jakiś 11-14 tydzień), brzmiący: „Synoptycy zapowiadają śnieżyce nad Grampianami” (str. 80). Dokładnie!

Spodobało mi się również, że nim autor przechodzi do konkretów, pochyla się nad takimi skomplikowanymi kwestiami, jak funkcjonowanie układu rozrodczego kobiety i mężczyzny (Alleluja! Nie każdy czwartoklasista, mimo potencjalnie ekscytujących obrazków genitaliów, uznał tę wiedzę za pasjonującą), możliwość poronienia i trudności z zajściem w ciążę. W obliczu statystyk jest to nader rozsądne podejście.

Popkulturowe cytaty z męskiej klasyki, owszem, są tu licznie reprezentowane, ale często wykorzystuje się je nader udatnie, jak w tym obrazowym przykładzie: „W ciele twojej partnerki miliony plemników właśnie ruszają na misję, której celem jest znalezienie komórki jajowej. To tragiczna, przypominająca pierwsze piętnaście minut Szeregowca Ryana scena. […] Większość zostanie uwięziona, spalona, zaginie w akcji albo po prostu wpadnie w głęboką depresję, bo nie wytrzyma konfrontacji ze skalą zadania, którą im wyznaczono” (str. 30).

Paweł: Moje pierwsze wrażenie to: „O, jaka fajna ilustracja na okładce”, super, że książka, było nie było poradnikowa, ma ładną, estetyczną okładkę, bo moje dotychczasowe lektury z tego zakresu tematycznego raczej urodą nie grzeszyły.

Znacznie mocniejsze było jednak moje drugie wrażenie, które nastąpiło chwilę później, gdy otworzyłem książkę w losowo wybranym miejscu i przeczytałem losowo wybrane zdanie. Ów los rzucił mnie na stronę 297, a więc jedną z ostatnich, a zdanie, które mi podsunął, dotyczyło stanu rodzica już po urodzeniu dziecka i brzmiało: „[…] można śmiało powiedzieć, że brak snu stanie się obsesją twojego wycieńczonego umysłu”. Było to dokładnie to zdanie, którego nie chciałem przeczytać, i sytuacja, o której nie chciałem myśleć, tym bardziej, że mam pełną świadomość jej nieuchronności. Co więcej, miałem takiego pecha, że kolejną stroną, na której otworzyłem książkę, była ta z numerem 196, a stało na niej zdanie: „Trudno znaleźć słowa opisujące ogrom zmęczenia, które was czeka. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to to, że będziecie się czuć totalnie ZAAAAAARŻNIĘĘĘĘĘĘCI”.   

Zatem pierwsze wrażenie to był cios między oczy, ale pewnie byłoby inaczej, gdybym zaczął przyzwoicie i zgodnie z regułami – od początku. Stąd moja pierwsza rada dla czytelników „Ciąży dla facetów” – zaczynajcie ją czytać od wstępu.

POGŁĘBIONE WRAŻENIA Z LEKTURY

Agata: Ostatecznie przeczytawszy „Ciążę dla facetów”, zyskałam pewność, że Mark Woods, dziennikarz i autor poradników dla mężczyzn, jest wielkim sprzymierzeńcem kobiet. Nie tylko namawia partnerów do prób zrozumienia ciężarnych i empatyzowania z ich przeżyciami, lecz także pod koniec każdego rozdziału podsumowującego dany miesiąc ciąży serwuje przyszłym ojcom rady cechujące się daleko posuniętą troskliwością. Na przykład: zainstaluj kobiecie oświetlenie na drodze do toalety, by drepcząc tam wielokrotnie co noc nie nabiła sobie po ciemku guza. Ustaw zmianę pościeli wysoko na liście obowiązków, mimo że, a właściwie dokładnie dlatego, że „zajmuje bardzo wysokie miejsce na liście najbardziej upierdliwych prac domowych” (str. 72). Zabukuj odpowiednio wcześnie miejsce w szkole rodzenia NCT (to akurat rada do przyszłych brytyjskich ojców, bo w tych najbardziej obleganych szybko kończą się miejsca, ale żadnemu tacie nie zaszkodzi rozeznać się w ofercie). I jeszcze (to prawdziwy hit): nie ulegaj presji, by rzucić się w wir pracy, by zarobić na to wszystko. Gdyż: „po roku okazuje się, że dobrem, którego potrzebujesz najbardziej, jest czas. […] Daj się przekonać, że mając do wyboru wieczór w twoim towarzystwie albo łóżeczko, które po naciśnięciu guzika pełni funkcję drukarki wifi, twoje dziecko i jego mama woleliby to pierwsze” (str. 134). Światłe, prawda?

Paweł: Kiedy Agata była w pierwszej ciąży, a ja nie miałem jeszcze pod ręką książki Woodsa, w radzeniu sobie z ciążą partnerki czułem się trochę osamotniony, bo moi koledzy i znajomi, którzy to doświadczenie mieli już za sobą, albo niewiele z niego pamiętali, albo traktowali je trochę jak nieswoją sprawę, bo przecież to nie oni są w ciąży. Bardzo mnie, chłopaka empatycznego i wrażliwego, to irytowało. Chciałem współuczestniczyć w tym niezwykłym czasie, chciałem zrozumieć, co czuje moja partnerka, chciałem być pomocny. I trochę błądziłem po omacku. A „Ciąża dla facetów” w naprawdę przystępny sposób wprowadza facetów w ten tajemniczy świat. Autor pozbierał też liczne głosy przyszłych ojców, którzy dzielą się na łamach książki swoimi spostrzeżeniami i wrażeniami. Dla mnie bardzo cennymi, bo okazuje się, że nie jestem odosobniony w swoich rozterkach. To wielki plus tej książki. Może się mylę, ale mam wrażenie, że polscy mężczyźni najczęściej traktują ciążę partnerek jak „trochę nieswoją sprawę”, a w porodzie to woleliby nie uczestniczyć, bo to takie skomplikowane, a poza tym oni, ojojojoj, boją się widoku krwi.

Podoba mi się zdrowy rozsądek, którym kieruje się autor, i lekko złośliwy dystans, z jakim traktuje niektóre absurdalne kwestie i obsesje związane z ciążą – od wyboru jednego z miliona dostępnych na rynku i oczywiście najlepszych bujaczków lub fotelików, po kwestię tego, czy depilacja w ciąży jest bezpieczna.

ZYSKI

Agata: Ciekawie jest zobaczyć ciążę oczami doświadczonych ojców – każdy rozdział opatrzony jest tutaj komentarzami przepytanych przez autora rozmówców. Kobiecej perspektywy w moim doświadczeniu nie brakuje, ale z mężczyznami, szczególnie z innych kręgów kulturowych, nie rozmawiam tak często. Dlatego rozbroiło mnie np. szczere wyznanie dotyczące seksu w ciąży – panowie, z którymi rozmawiał Woods, akurat się do niego nie palili. Fajnie było też przeczytać o tym, jak ważne dla (przyszłych) ojców jest poświęcenie kilku chwil refleksji na analizę własnego modelu ojcostwa wyniesionego z domu. Autor niegłupio ostrzega, by spodziewać się zmian w dynamice związku i uwzględnia męską wersję bycia w ciąży, czyli tzw. zespół kuwady, który okazuje się domeną nie tylko polinezyjskich wojowników (notabene, mój partner cierpi na niego w każdej ciąży). No i Woods twierdzi jeszcze, że asystując przy porodzie, już zawsze potem patrzy się na swoją partnerkę jako na superbohaterkę. Me like!

Poza tym dowiedziałam się, że brytyjski system nieco różni się od polskiego. Ach, te nieszczęsne wyspiarki! Nie tylko nie mogą obejrzeć swojego dziecka na USG, nim to nie osiągnie rozmiarów porządnej cytryny, to jeszcze zdają się mieć ograniczony dostęp do powszechnych (i jakościowych!) w Polsce szkół rodzenia, są narażone na częstsze niż u nas użycie inwazyjnych metod wydobywania dziecka (próżnociąg, kleszcze) w trakcie porodu, a na sukces ich dzieci w przyszłości dużo większy wpływ niż w Polsce zdaje się mieć… dobór imienia, co w klasowym społeczeństwie brytyjskim w gruncie rzeczy nie powinno dziwić. Wysokość świadczeń macierzyńskich też nie oszałamia, bo skorelowana jest ze średnim dochodem tygodniowym. W poczet zalet tamtejszej opieki okołoporodowej należy jednak zaliczyć możliwość skorzystania w trakcie porodu z syntetycznej morfiny (wow!) i lepszy dostęp do knajp z curry, którego dodatek do potraw ponoć świetnie przyspiesza poród… Widzicie, humor Woodsa zaczyna mi się udzielać!

Paweł: Dzięki, Marku Woodsie za przypomnienie, jak ciężka dla kobiety jest ciąża, jak totalnie rozwala zastany system, jak wywala życie do góry nogami. Dzięki za przypomnienie, że mogę, powinienem i muszę pomóc partnerce w tym trudnym czasie.

Nasza ciąża (Agata, wybacz jeśli pisanie „nasza” jest uzurpacyjne) przypada na czas pandemii Covid-19, dlatego to dodatkowo ważne, bo w całym tym stresie i szaleństwie łatwo zapomnieć o tym, co jest naprawdę ważne. A ważne jest, żebyśmy wspierali nasze partnerki, jak tylko możemy, a najlepiej mądrze, rozsądnie i z choćby odrobiną poczucia humoru. We wszystkim tym świetnie pomaga uważna lektura „Ciąży dla facetów” Marka Woodsa.

„Ciąża dla facetów”, autor: Mark Woods, tłumacz: Maciej Potulny, Wydawnictwo Marginesy 2021

*

A wy, uważni tatowie – jak radzicie sobie z ciążami partnerek? Czy czujecie, że wsparcie teoretyczne by wam się przydało? W jakim stylu?

Dodaj komentarz