psycholog

Brakuje pytań, jak dzieci sobie z nami radzą

Rozmowa z Anitą Janeczek-Romanowską, psychologiem dziecięcym

Brakuje pytań, jak dzieci sobie z nami radzą

Wychodzenie z lockdownu zadziwiająco przypomina adaptowanie się do izolacji. Jak radzą sobie dzieci, jakie ślady zostawi w nich ta rzeczywistość i w czym możemy im pomóc? O tym rozmawiam z Anitą Janeczek-Romanowską – psychologiem dziecięcym.

Nie lubię wsiadać do komunikacji miejskiej. Nie podoba mi się to, że ludzie robią zakupy bez masek i skrócili dystans. Zaplanowałam wakacje w miejscu, które pozwoli uniknąć nam tłumów. Z drugiej strony odmroziłam spotkania towarzyskie, wróciłam do redakcji i mam absurdalną, w moim przekonaniu, nadzieję, że moje dzieci od września ruszą do placówek. Jestem zmęczona. Czuję się skołowana. Nie znajduję logiki w tym, co się dzieje. Moje dzieci ostatnie miesiące zniosły dzielnie. Znalazły wiele rzeczy dla siebie, kiedy ja byłam zajęta pracą. Bardzo się do siebie zbliżyły. Widzę, że też są zmęczone. Tęsknią za przyjaciółmi. Sześcioletnia Marianka mówi, że od września zaczyna nowe życie. Myślę, że czujemy się bardzo podobnie. Ile razy ta refleksja towarzyszyła mi przez długie tygodnie zamknięcia? Nie jestem pewna.

Wielu z nas jest w tym miejscu i stawia sobie pytania, na które trudno znaleźć odpowiedzi. Mam nadzieję, że rozmowa z Anitą Janeczek-Romanowską, psychologiem dziecięcym, pomoże nam wszystkim.

Ciekawa jestem, jak odbierzecie prace ilustrujące materiał. Verónica Moreno, to projektantka mody z Madrytu, która na swojej artystycznej ścieżce skupia się na łączeniu fotografii i malarstwa, przewodnim tematem są dzieci. Jej spojrzenie wydaje mi się bliskie ostatnich doświadczeń, pozwala też mocniej poczuć słowa mojej rozmówczyni.

Zacznijmy od sprawdzenia punktu, w którym teraz jesteśmy, bo to dla nas znowu nowe i mało czytelne miejsce . Dostajemy sygnały, żeby wychodzić i żyć normalnie. Placówki edukacyjne nie działają albo działają na zasadach dyżurów, a my musimy wracać do pracy. Krzywa zachorowań nie opada, a ludzie chodzą bez masek i skracają dystans. Rozmawiając z ludźmi, słyszę w nas lęk, dezorientację, bezradność i zmęczenie, albo pełną gotowość do zamknięcia tematu. W jakim punkcie się znaleźliśmy?

Mnie bliskie jest to, co Pani powiedziała, że jesteśmy w takim punkcie niewiadomym, i nie wiemy, czy można czuć się bezpiecznie. Słyszę w rozmowach z klientami, że brak nam teraz takiego dorosłego rodzica – kogoś, kto się nami zaopiekuje w tym procesie, kto będzie nadzorował, zapewni poczucie bezpieczeństwa. Ten brak sprawia, że tak naprawdę nie wiadomo, do czego się odnosić i pojawia się chaos. Dostaję bardzo dużo pytań od rodziców, z którymi współpracuję, o to, czy jeśli się boją i do tego pracują w domu i nie zdecydowali się posłać dzieci na nowo do przedszkola, to przesadzają.

To pokazuje, że to, co zostało nam narzucone w sytuacji epidemii, to były zasady zewnętrzne. Jakieś ograniczenia, które niekoniecznie u wszystkich wypływały ze środka, że trudno było znaleźć wtedy swoje punkty związane z poczuciem bezpieczeństwa. Teraz z kolei słyszę, że niektórym trudno znaleźć uzasadnienie dla tego, że przy kilkunastu przypadkach zamknięto wszystko, a przy dwudziestu paru tysiącach właśnie wychodzimy z domów. Jakoś bardzo mi się to kojarzy z taką sytuacją, którą można by przenieść na świat dzieci – że jesteśmy w takim momencie, w którym rodzice nam mówią, że wszystko jest po staremu, a my widzimy, że wcale po staremu nie jest i nie ma kto nam tak naprawdę ponazywać tego, w jakim punkcie teraz jesteśmy.

Nie zawsze mamy wybór, nie zawsze możemy podejmować decyzję. To trudne, kiedy myślimy o zabezpieczeniu swoich rodzin. 

Dokładnie tak. Wielu rodziców ma taką opcję, że może po prostu wybrać, czy nadal są w domu, a inni w ogóle tej opcji nie mają, i tak naprawdę jakoś mierzą się z tym, że każdy dzień, kiedy wychodzą, jest jedną wielką niewiadomą. Słyszę też, że bardzo dużo osób przeszło już na takie stanowisko: skoro jest otwarte wszystko, to znaczy, że już jest bezpiecznie. To bardzo pokazuje, że epidemia i poczucie bezpieczeństwa mogą być ulokowane w naszym myśleniu, w naszej głowie.

Możemy mieć też pewną trudność, bo nie wydarzył się najczarniejszy scenariusz. Ominął nas koszmar, który uderzył w Europę, czy Ameryki. Czy to nie jest tak, że skoro coś dzieje się tylko w mediach, to rodzi myślenie abstrakcyjne, jakbyśmy znowu oglądali kino katastroficzne?

Tak, bo cały czas to kieruje nas w taką stronę, że to nas nie dotyczy. Myślę, że to podobna sytuacja do tej, która miała miejsce na początku epidemii, kiedy było wiadomo, że wirus jest w Azji, i to oznaczało, że jest bardzo daleko w takim naszym myśleniu terytorialnym. Widzę, że teraz funkcjonuje tendencja do poszukiwania nowych punktów, które mają nam powiedzieć, że to nie jest o nas. Na przykład śledzenia tego, że umierają głównie starsze osoby, a jeśli umarły młode, to miały choroby współistniejące. Albo właśnie patrzenia na liczby, że „okej są duże, ale to Śląsk”. Cały czas funkcjonuje myślenie, że to nas nie dotyczy. Często dopiero, jak dostajemy świeżą informację, np. że gdzieś w Warszawie są placówki edukacyjne, w których odkryto zachorowania, to nagle możemy się zorientować, że to nie do końca jest poza nami, że to jest rzeczywistość.

Jednocześnie bardzo trudno powiedzieć, że żyjemy tak, jak przed pandemią.

Myślę, że wiele osób próbuje żyć podobnie. Tak naprawdę widzimy, że jest bardzo różnie i nie można nie widzieć tego, że sporo osób funkcjonuje z dużym lękiem i rezerwą, z niepewnością, co można. Czy jak spotkam znajomego na ulicy, to możemy się przytulić, czy niekoniecznie? Czy już jest dobry moment, żeby pojechać do dziadków? Rodzice opowiadają mi, że to pracuje także u dzieci. One same, nawet jak nie pojawia się ten temat, mają czasem takie refleksje, że ktoś staje za blisko w sklepie albo nie rozumieją, że one siedzą w domu, a inne dzieci są na placu zabaw; że jedni jadą na półkolonie, a one niekoniecznie; że przedszkolaki wróciły, a ich szkoła jest zamknięta. Bardzo dużo się pojawia pytań, które nam pokazują, że to nie jest normalne życie jakie znamy. Że możemy próbować, ale do naszej normalności jest daleko. I myślę, że ten proces zostanie z nami na dłużej i będziemy uczyli się z tym żyć.

Te znaki zapytania i to poczuciu niesprawiedliwości u dzieci faktycznie dotyczą teraz również wielu dorosłych.

Na początku epidemii miałam takie poczucie, że sytuacja przypomina adaptację do przedszkola. Dzieci zaczynają wchodzić wówczas w ten nowy świat i bardzo potrzebują wiedzieć, kiedy wróci mama i tata, że to będzie na przykład po podwieczorku. Myślę, że wielu z nas na początku epidemii było w takim stanie, że potrzebowaliśmy wiedzieć, kiedy będzie lekarstwo, kiedy to wszystko się skończy, kiedy nasze życie wróci do normy i będzie można na przykład planować wakacje. Potrzebowaliśmy, żeby ktoś nam powiedział, że jest gdzieś taki rodzic, który na pewno przyjdzie i skończy to nasze oczekiwanie, tę naszą niepewność. Mam poczucie, że całe to doświadczenie dla wielu osób mogło być przeżyciem konfrontującym z odczuciami bardzo dziecięcymi: że świat wcale nie jest tak bezpieczny, jak myśleliśmy, i wcale nie jest tak łatwo po to bezpieczeństwo sięgać, bo ono nie zależy tylko i wyłącznie od naszych ruchów.

Często słyszę żal, że nie ma czegoś takiego wspólnotowego w tym doświadczeniu. Czujemy brak poczucia odpowiedzialności społecznej. Mam wrażenie, że wpajamy takie wartości dzieciom, a jednocześnie sytuacja kwarantanny pokazała, że my, dorośli różnie zdajemy egzamin.

Mam poczucie, że było sporo sytuacji, w których mobilizacja była wtedy, kiedy były hashtagi, hasła „zostań w domu”, akcje typu “widzialna ręka”. Te początki dla wielu z nas były czasem aktywności, dawania czegoś od siebie na rzecz innych, wspólnego rezygnowania. Trudem okazywała się konfrontacja z tym, że ktoś siedzi w domu, wieczorami słucha ostrzeżeń z policyjnych aut, a ktoś inny imprezuje na bulwarach albo w podmiejskim lesie. Wiem, że u wielu osób rodziło to złość, frustrację i taką bezradność: To jak to, o co w tym chodzi? Czy jak siedzę w domu to jestem naiwna/naiwny? Czy może nie w porządku są jednak ci, którzy grillują w parku?

Osobną historią są doświadczenia dziecięce. To taki rzadko poruszany kawałek, dotyczący strat, szeroko rozumianych, jakich doświadczyły dzieci. Na przykład strat związanych z tym, że część z nich nie może sobie podomykać procesów związanych z końcem przedszkola. Albo, że część z nich w ogóle musi porzucić marzenie – bardzo żywe szczególnie na przełomie przedszkola i wczesnej podstawówki – o tym, jak to jest organizować swoje urodziny i zaprosić przyjaciół, albo spotkać się z dziadkami. Potraciły też te dzieci, dla których nagle przestało istnieć albo zmieniło formę wsparcie terapeutyczne. Małe dzieci nie miały łatwego czasu, wyłącznie radości z bycia w domu, ale był w tym wszystkim też trudny element. Wokół nich przez długi czas panowała narracja, że to one są niebezpieczne, że to ich trzeba unikać. I to jest właśnie rzecz, która może skupiać naszą uważność: jak dzieci będą się z tym miały i czy poziom niepokoju, w którym są, trochę im nie podskoczył w obawie przed tym, że już sporo straciły i jak to będzie dalej.

Odseparowanie dzieci, jako najbardziej niebezpiecznych, uniemożliwiło im bycie blisko ludzi, z którymi są w relacjach. Połączenie online nie zastąpi przytulenia. Rozmowa przez telefon nie jest dla ich tym samym, co spotkanie. Dystans w przedszkolu też wydaje się pomysłem trudnym. To rzeczywistość tak odmieniona, że trudno oczekiwać od kilkulatków jej zrozumienia.

Wszystkie obostrzenia, które są związane z reżimem sanitarnym, w ogóle nie uwzględniają psychiki dzieci. Bo rzeczywistość, w której na przykład dzieci chodzące do przedszkola nie mogą się rozstać z rodzicem w szatni, dla niektórych z nich jest bardzo trudna, nie do przeskoczenia. W tej nowej sytuacji czasem, np. nie można wziąć ulubionej maskotki, która amortyzuje poczucie bezpieczeństwa,  są placówki, w których nie można przytulić się do nauczyciela. Dużo jest takich sytuacji, w których reżim sanitarny jest uzasadniony ze względu na wirusa, ale mało jest myślenia o tym, jak dzieciom zabezpieczyć to emocjonalnie.

Często słyszę, jak pyta się rodziców, jak wytrzymują z dziećmi, jak sobie radzą w pracy zdalnej, a bardzo mi brakuje pytań, jak dzieci sobie radzą z nami. Jak im jest z tym, że przez dwa miesiące ich jedyną grupą społeczną były popiersia na Zoom’ie, jeśli przedszkole się łączyło? Albo z tym, że mama i tata często są w swoich sprawach, lub nawet jeśli są w sprawach dziecka, to nie do końca w tym, czego ono może w danym momencie potrzebować, na przykład w zabawie. Więc myślę, że to osamotnienie dzieci to poczucie szeroko rozumianej straty, której doświadczyły i która może być u nich naprawdę żywa. Oczywiście nie dotyczy to każdego dziecka i na pewno jest to bardzo zróżnicowane, ale tak jak większość z nas nie spędziła tej epidemii na sesjach jogi online i zwiedzaniu muzeum z poziomu kanapy, tak samo dla dzieci może być w tym coś więcej niż tylko czas w domu.

Znam dziewczynkę, której rodzice pracują od rana do nocy, ciągle są online, nie mają przestrzeni na dziecko, więc ona zaczęła sobie włączać gadające głowy w laptopie, żeby mieć poczucie, że ktoś jest obok.

To jest potwornie smutne. Jest bardzo różnie, bo żal dzieciaków zależy też od wieku – myślę, że zupełnie inaczej jest zostawić na cały dzień dwulatka, a inaczej dziesięciolatka, kogoś, kto już potrafi połączyć się z kimś online, albo ma swoje pasje, które jest w stanie w tym czasie realizować. Mamy rodziny, które przyznają, że to najlepszy czas, jaki miały w ostatnich latach. Mówi się też o tym, że są dzieci, które w ogóle zniknęły, że nauczyciele nie wiedzą, co się z nimi dzieje. Ale pośrodku są też właśnie takie dzieci, które teoretycznie mają rodziców w domu i ich bezpieczeństwo emocjonalne mogłoby być zapewnione, ale rodzice fizycznie nie mają tego jak przeskoczyć i boksują się z tym, że dzieci są skazane same na siebie.

Pomyślałam, że to taki czas, który jest szansą dla rodzeństw.

Tak – sporo słyszę od rodziców, że ich dzieci się do siebie bardzo pozbliżały, a nawet jak się nie zbliżyły, to potworzyły się takie przestrzenie, na które dotąd nie było jakoś możliwości, czasu. Słyszę dużo pozytywnych relacji o rodzeństwach.

O jakich przestrzeniach Pani mówi?

W codzienności przed epidemią jako rodziny często funkcjonowaliśmy według jakiegoś rytmu: przedszkola, szkoły, pracy, zajęć dodatkowych – brakowało takiego niezakłóconego niczym czasu, który dzieci same sobie mogły moderować. I tu się okazuje, że w wielu domach dzieci były zdane same na siebie, i te, które miały rodzeństwo, miały swoją minigrupę społeczną. I nagle odkryły, że ten człowiek, który na co dzień jest irytujący, i jest wiele okazji do tego, żeby z nim walczyć, dyskutować, nadal jest irytujący, ale jest też człowiekiem, z którym można współpracować. Pojawiło się dużo nowej jakości opartej na współpracy, na tym, że jesteśmy razem, i nagle okazuje się, że razem wcale nie jest wyłącznie źle i trudno.

Czy to są takie rzeczy, które mają szansę przetrwać?

Bardzo trudno powiedzieć, bo to jest też pytanie o to, ile z naszych postaw i refleksji, które mamy w czasie epidemii, ma szansę przetrwać. I znowu, jak mówimy o dorosłych, to część z nich jest już bardzo zmęczona, potrzebuje wyjścia, kontaktu z innymi ludźmi, zmiany otoczenia. A jest też masa takich osób, które mówią, że jest im bardzo dobrze w tej sytuacji, że odpadł im stres. Każdy z nas ma swoje refleksje o tym, co nam się zmieniło i co nas wspiera w tym czasie. I jeśli my jako rodzice zauważymy to, co dzieciom pomaga – na przykład to, że mają niezakłócony naszą ingerencją przepływ między sobą, albo taki czas, w którym dorośli się nie wtrącają, bo są w pracy na swoich komputerach – to może to będzie dla nas jakaś podpowiedź, czego na co dzień brakuje.

Kiedy mówimy o dzieciach, to często myślimy o czymś, co się dzieje w relacji, ale od wielu rodziców słyszę też, że to jest czas, kiedy ich dzieci doświadczają pewnego rodzaju wzrostu indywidualnego. Czyli nagle widać, że przeskakują pewne trudności, które miały do tej pory. Teraz widać, że stres związany z funkcjonowaniem placówek, dojazdami, naszym pośpiechem na tyle dokładał różnych kamyczków do ich codzienności, że być może pewne rzeczy nie mogły zaistnieć. Dostrzegam to wyraźnie w sytuacjach konsultacyjnych z rodzicami – wielu dzieciom się teraz poprawiło radzenie sobie z emocjami. U niektórych pojawiły się nowe wyzwania, ale u wielu widoczny jest większy spokój i mniejsze przeciążenie.

To bardzo ciekawe, sama zauważam to w swoim domu.

To jest niesamowita obserwacja. Gdybamy sobie w naszym psychologicznym gronie, o co tutaj chodzi. Widzimy też, że nasze dzieci mają łatwiej w wielu obszarach niż wcześniej – to nas kieruje w stronę zastanawiania się, na ile nasza codzienność poniekąd szarpie naturalny rytm dziecięcy: że trzeba się z różnych rzeczy powyrywać, żeby pojechać, wrócić, być dostrojonym do kogoś. I nagle się okazuje, że w izolacji tego szarpania może być odrobinę mniej. Oczywiście, niestety to nie jest tak, że dotyczy wszystkich dzieci, ale sporo takich obserwacji mamy i dla mnie są one z kategorii tych dających nadzieję. Na początku epidemii było bardzo dużo eksperckich wypowiedzi, jak to będzie, i raczej w takiej narracji, że będzie wyłącznie źle, że będzie bardzo duży kryzys ekonomiczny, że ludzie będą potrzebowali wsparcia psychologicznego. Być może jakaś część doświadczy tych trudności, ale też naprawdę jest bardzo możliwe, że rodziny będą miały różne obserwacje o tym, co w tym starym życiu im kompletnie nie służyło, i co w ich rzeczywistości da się zmienić na lepsze.

Z takich dynamicznych zmian, dotyczących rodzin, to nastąpił wzrost ilości wpływających do sądów pozwów rozwodowych. Czyli dochodzimy też do wniosków, że nasze związki nam nie służą, nasze rodziny nie działają. 

Ja też to widzę, nawet w tym, że w naszym ośrodku w Bliskim Miejscu bardzo wzrosła liczba konsultacji dotyczących tego, że ludziom jest trudno razem żyć. Że bardzo trudno jest pomieścić potrzeby wszystkich naraz, i że w haśle „zrób coś dla siebie” zawiera się tylko to, żeby uciec do łazienki albo posiedzieć w samochodzie. Jeśli chodzi o rozwody, to ludzie często w tym napięciu jakoś się skumulowali i skonfrontowali z różnymi trudnymi rzeczami. Może też zabrakło im zasobów, żeby w tym momencie poszukać wsparcia. Albo było tak, że poprzyglądali się na tyle w sobie, że zorientowali się, że ta sytuacja stawia cały ich związek pod ścianą.

Słyszę też o dużym napięciu, kiedy para dorosłych w jednym domu ma różny stosunek do tego, co dzieje się aktualnie. Jedno jest już zmęczone izolacją i słuchaniem o pandemii, a drugie się boi. Jakie jest rozwiązanie takiego konfliktu?

Skoro jesteśmy w relacji, a ta relacja jest dla nas ważna, to poszukajmy tego, jak się w tym spotkać, żeby nawzajem wziąć się pod uwagę. Znowu trochę tutaj zahaczymy o świat dzieci, jakby miało być tak, że ja wiem, że moje dziecko bardzo, bardzo, bardzo potrzebuje pojechać na półkolonie, bo bardzo potrzebuje relacji, ale ja wiem, że ja będę je zawozić na te półkolonie w stresie, rozstawać się w stresie, sprawdzać, pytać czy wymyło ręce, no to warto się nad tym wszystkim zastanowić, co jest czego warte, bo lęk też swoje wnosi do atmosfery rodzinnej.

Na rodzinnych atmosferach odbija się także życie w onlinie. Praca, szkoła, życie towarzyskie. Starsze dzieci całe dnie spędzały przed ekranami, co rodziło wiele konfliktów. Z drugiej strony jest nadal strach przed wypuszczaniem dzieci na spotkania z rówieśnikami.

To jest zawsze jedna z większych obaw dorosłych, że jak dzieci spędzają w sieci sporo czasu, to dużo tracą, na przykład relacje. Czy jest epidemia, czy jej nie ma, ten temat wokół ekranów się kręci, natomiast niewątpliwie dla wielu dzieciaków, szczególnie nastolatków, bycie online to była jedyna opcja, żeby być z kimś w kontakcie. No i tu rodzą się ciekawe pytania w naszym środowisku psychologów – na ile zarówno nastolatki, jak i dorośli, będą widzieli korzyść i będą chcieli wyjść ze świata online na rzecz stopniowego powrotu do relacji na żywo? Na ile bycie w sieci robi się wygodne, bo nie trzeba się ubrać, dojechać, zrobić aktywnych ruchów? Czy będzie ruch w tę stronę, żeby wracać, czy zrobi się wszystkim wygodnie, i co to wygodnie będzie oznaczało?

A Pani w którą stronę się udaje?

Ja mam bardzo różnie i bliskie jest mi myślenie, że fajnie, żeby każdy z nas miał taką gotowość do robienia rzeczy, które nas wspierają osobiście, żebyśmy w sobie szukali tego, co nam pomaga. Czy to, żebym jechała przez całą Warszawę, żeby się z kimś spotkać, jest dla mnie na plus, czy niekoniecznie? Zawsze warto jest to oglądać indywidualnie, bo dla niektórych to, że mogą zostać w domu, będzie wspierające. Dla innych pielęgnujące będą różne wyzwania, którym trudno jest stawić czoła, na przykład dotyczące tego, że jest mi gorzej w sytuacjach społecznych, a łatwiej i bezpieczniej za komputerem.

Dotkniemy na chwile tematu edukacji zdalnej? To jest taka trudność, o której chyba najczęściej mówią rodzice dzieci szkolnych. Zabrakło nam czasu i kompetencji. Nie zawsze byliśmy wspierający w roli edukatorów, a próby, by połączyć nauczanie z pracą zawodową, obowiązkami domowymi i stresem kwarantanny, robiły z nas sfrustrowanych rodziców.

To na pewno jest bardzo szeroki temat, bo po pierwsze właśnie to, co się zadziało, to to, że w wielu rodzinach nagle trzeba było być podwójnym specjalistą. Pamiętać, skoordynować włączenie Zooma, wpisać hasła, czyli takie czysto techniczne rzeczy, ale też mieć to w uwadze, w planie wydarzeń. W rodzinach, w których jest więcej niż jedno dziecko, to czysto logistyczne: kto ma jaki komputer, komu przerwie internet. A do tego, wbrew temu co się mówi z takiego kawałka rządowego, niekoniecznie jest tak, że wszystkie szkoły zdały egzamin, bo ta nauka zdalna wyglądała bardzo różnie.

U mnie nie było zajęć online, dostawaliśmy zadania do wykonania. Syn jest w pierwszej klasie podstawówki, potrzebował uwagi i mojego zaangażowania.

Dokładnie, więc nagle dla rodzica robi się drugi etat i generuje się mnóstwo frustracji, która się wiąże z tym, że różne rzeczy trzeba drukować, że trzeba wejść w ten świat, być z dzieckiem, tworzyć nową odnogę relacji, która tak naprawdę nie jest nasza – taką nauczycielską, trochę kontrolująca. I tu jest już napięcie.

Miałam wrażenie, że podczas jednej godziny tygodniowo łączenia online z klasą mój syn był bardzo zestresowany. Odklejony. Zadaniowy. Mimo starań wychowawczyni trudno było mu wejść w relację. 

To, co jest w ogóle ważne w edukacji, bez względu na to, czy mamy epidemię, czy nie, to są relacje. I to, czego mogło zabraknąć w wielu domach i wielu takich sposobach organizacji tej edukacji, to to, że bardzo często dzieci nie tęskniły za tym, żeby dostać kolejną kartę pracy, ale za tym, żeby żywy człowiek zapytał po drugiej stronie: „Co u Ciebie? Jak to jest siedzieć w domu? Jak się wszyscy macie?”. Usłyszenie, kto się jak czuje, gdzie jest, kto jak tęskni, kto właśnie dziś przeżywa urodziny z rodzicami, którzy stają na rzęsach, żeby one przypominały w ogóle urodziny. I to jest coś, się znowu wpisuje w refleksję: na ile nasze dzieci coś straciły i jak możemy je w tym wspierać. Że wielu z nich po prostu straciło to, że są brane pod uwagę w kontekście człowieka, a nie zadań do wykonania.

To od ludzi, z którymi dzieci mają na co dzień relacje, uczą się najwięcej. I tu pomieszały nam się role, bo nagle rodzic kontaktował się z frustracją, że dziecko nie ma ochoty na kolejnego Zooma czy kolejne zadanie. Dla wielu dzieci, szczególnie takich bardzo wrażliwych albo takich, które doświadczają lęku, forma łączenia się z grupą online była bardzo obciążająca. I one dodatkowo mogły doświadczyć tego, że są niezaopiekowane, bo jeśli nie biorę udziału w Zoomie, to oznacza, że w ofercie dla nich nie było nic innego.

To może być trudne dla poczucia swojej ważności i miejsca w grupie.

Padło kiedyś takie zdanie od jednej ze specjalistek z WHO, że dzieci są jednymi z największych ofiar pandemii, i dla mnie, psychologa, który głównie pracuje z rodzicami, jest to szczególnie istotne. Od tej narracji, że one są bardzo zagrażające i trzymajmy je z daleka od dziadków, po wiele innych rzeczy, dzieci bardzo dużo straciły z takiego kawałka bezpieczeństwa – nie tylko związanego z tym, co rodzice mogą zamortyzować i nazwać, ale też z tym, co się dzieje na zewnątrz. I to nie wróciło, bo nam, dorosłym nadal nikt nie powiedział: słuchajcie jest obiektywnie bezpiecznie. Raczej słyszymy komunikaty: To jest decyzja gospodarcza, gospodarka dłużej nie wytrzyma i muszą być pieniądze na leczenie. I jako rodzic nie wiem, co to dla mnie oznacza – czy mogę zapisać dziecko na półkolonie, czy jednak dobrze by było spędzić urlop na działce gdzieś na odludziu.

Myśli Pani, że te powroty do szkół, do przedszkoli – trudno rokować, kiedy one się wydarzą – to będzie trudny proces adaptacyjny dla dzieci?

Bardzo dużo zależy tutaj od dorosłych – zawsze powtarzam, że adaptacja to jest jakaś nowa sytuacja, to jest trochę budowanie pomostu, w którym dziecko ma najmniej do zrobienia. Najwięcej do zrobienia mają dorośli, po dwóch brzegach. Z jednej strony rodzice mogą zamortyzować ten powrót, tłumacząc dziecku nie tyle, jakie są procedury, choć to też jest ważne, ale to, co jest niezmienne, co nadal gwarantuje mu bezpieczeństwo emocjonalne. Kadra też ma tu dużą lekcje do odrobienia, żeby skupiać się na tym, że to nie tylko dezynfekcja stolików, maseczki przy wejściu i mycie rąk, ale nadal to, jak dzieciom pomóc poczuć się bezpiecznie w tej sytuacji. I różne te przypadki, z którymi już mamy do czynienia, na przykładzie przedszkoli, pokazują nam, że procedury mogą wyglądać bardzo groźnie, ale da się to bezpieczeństwo emocjonalne zapewnić. Tylko tu znowu wracamy do podstaw, że wtedy kluczem jest to, żeby nie stracić z oczu, że to jest człowiek, bez względu na to czy ma trzy lata czy piętnaście.

Niektóre placówki zdają ten egzamin teraz, niektóre nie zdają go kompletnie, na przykład wśród ofiar pandemii są dzieci z mutyzmem wybiórczym, u których duża część terapii opiera się o to, że rodzice albo osoby, z którymi czują się bezpiecznie, są w placówce – i to zostało ucięte.Placówki wróciły do działania, a terapia tych dzieci nie. Podobnie z dziećmi, które od miesięcy nie mają logopedii, rehabilitacji itd. Oczywiście są miejsca, w których terapia się toczy, ale jest też wiele takich w których nic się nie dzieje. Dzieci rozpoczynające edukację w nowych przedszkolach albo szkołach mają uciętą adaptację związaną z obecnością dorosłego i to są rzeczy, które z perspektywy psychologicznej są w tym czasie kluczowe. Nie można powiedzieć, że tego się nie da zrobić, bo są placówki, które szukają rozwiązań i np rodzice adapatują dzieci w przedszkolnym ogródku. Jest bardzo dużo takich niuansów, w których nie uwzględniono tego, że wirus nie jest jedynie zagrożeniem dla naszego zdrowia fizycznego, bo zdrowie psychiczne też jest szalenie ważne.

Rodzice ostatnio często opowiadają o tym, że dzieci źle znoszą rozłąkę, nawet jeśli to wyjście mamy do sklepu. Czy to może być strach o rodzica?

Jest taki moment w rozwoju dzieci w wieku 5, 6 lat, czasami się to ciągnie do 7 urodzin, kiedy konfrontują się z tym, że jeśli coś stanie się bliskim, to to jest nieodwracalne. Niektórym dzieciom to mogło wejść po raz pierwszy w świadomość właśnie w tym czasie. Niektóre dzieci mocniej skonfrontowały się z tym, że nie jesteśmy niezniszczalni. Że nas też na przykład może dopaść wirus. Tu znowu mówimy o poczuciu bezpieczeństwa. W domach to wygląda różnie – nie można pominąć tych, w których rodzice są lekarzami, kurierami lub pracują w sklepach spożywczych, albo w ogóle rodzin, które doświadczyły straty związanej z koronawirusem. Osobną historią są rodziny, w których dzieci trafiły do szpitala, a było kilka takich miejsc w Polsce, gdzie odmówiono możliwości kontaktu z rodzicami. I bardzo różnie to było zamortyzowane, bo tak naprawdę, żeby dać dzieciom poczucie bezpieczeństwa, musielibyśmy umieć sobie odpowiedzieć na pytanie: co będzie dalej?

Generalnie dzieci, ale też spora część dorosłych, zetknęły się z tym, że to nasze wyobrażenie o tym, że jesteśmy niezniszczalni i śmierć to nie my, straciło moc.

To jest taki obszar, który mógłby na stałe się w nas zmienić w postpandemicznym świecie?

Psychiatrzy i psychoterapeuci, którzy pracują z osobami, doświadczającymi lęków na co dzień, mówią o tym, że wielu tych pacjentów w pandemii ma się lepiej niż wcześniej. Po raz pierwszy jest taka sytuacja, że nie tylko oni się boją, ich lęk nie jest czymś wyimaginowanym, tylko czymś realnym, czego boi się większa grupa osób. To trochę pomaga w terapeutycznej sytuacji, że to nie jest coś złego, że się boimy. Że to nie tylko ja się boję, więc nie tylko ja mam jakiś kłopot, w związku z czym nie jestem nietypowy albo wadliwy. No i to jest taka rzecz, która bardzo pokazuje, że być może w postpandemicznym świecie, jeśli tak go nazwiemy, będzie lepiej pewnej grupie osób – na pewno tej, która jakoś zyskuje w tym czasie.

Przed nami bardzo specyficzne lato, inne wakacje. Jak zadbać o siebie? Jak odpocząć, jak się odrobinę rodzinnie zresetować?

Ja bym w ogóle zaczęła od tego, żeby w całej tej sytuacji, jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, poszukać swojej prawdy, co ja o tej epidemii tu i teraz myślę. Część osób ma takie stanowisko, że to jest czas na zadbanie o siebie, na przykład złapanie odporności. I być może to jest o tym, co mam zrobić dla swojego zdrowia fizycznego i psychicznego, żebym dobrze się czuła. Przy czym takie myślenie, że nie jadę nad morze tłumnie albo wybieram miejsca odludne, nie oznacza, że jestem dziwakiem, który panikuje, a raczej to, że dbam w ten sposób o siebie. Bardzo ważne jest też to, żeby wiedzieć, że medycy mówią o czynnikach ryzyka typu: nadciśnienie, cukrzyca, a w wielu rodzinach czynnikiem ryzyka jest to, że doświadczamy lęku w sytuacjach, na które jeszcze nie jesteśmy gotowi. Mamy prawo dbać o siebie w ten sposób, że jeszcze nosimy maseczkę, choć już wszyscy nie noszą, bo to obniża nam poziom napięcia, a finalnie podnosi komfort psychiczny, który też dla odporności jest bardzo ważny.

 Z jaką krzepiącą myślą zostawimy czytelników?

Warto być teraz dla siebie, dla naszych bliskich, dla dzieci i dla wszystkich ludzi, którzy są dla nas ważni, bardzo łagodnym. Skoro szkoły są już przygotowywane na zdalne nauczanie we wrześniu, to spróbujmy w sobie znaleźć łagodność dotyczącą tego, że być może nie zorganizujemy naszym dzieciakom fajnych wakacji, że główną atrakcją będzie wyjście na hulajnogę pod blokiem. Przyglądajmy się też z łagodnością temu, że jeszcze się boimy i chcemy dać sobie prawo się bać, albo, że już się nie boimy i chcemy wziąć na siebie odpowiedzialność za różne decyzję.

Dziękuję za rozmowę.

*

Anita Janeczek-Romanowskapsycholog dziecięcy. W swojej pracy chce wspierać dzieci i dorosłych w umacnianiu relacji między nimi. Stawia na rzetelną i sprawdzoną wiedzę psychologiczną. Wspiera również specjalistów pracujących z małymi dziećmi, prowadzi szkolenia i konsultacje dla nauczycieli dzieci w wieku przedszkolnym. Współtworzy Ośrodek Bliskie Miejsce. W codzienności praktykuje rodzicielstwo bliskości i wychowanie w empatii. Doświadczenie własnego macierzyństwa uważa za najlepszą z podyplomówek i kursów, w jakich dotychczas brała udział.

 

Dodaj komentarz