ekologia rodzina

Biznes rodzinny w wielkim mieście

Rozmowa z właścicielami warszawskich warzywniaków

Biznes rodzinny w wielkim mieście

W życiu Karoliny i Jana los napisał scenariusz nieoczywisty. Ona: absolwentka ASP, kreatywna dusza, jeszcze niedawno dziewczyna ze świata mody. On: dwanaście lat starszy biznesmen, wdowiec z trójką dzieci. Pobrali się i dziś, jako małżeństwo z czwartym już dzieckiem, prowadzą wspólny biznes, który na pozór nie wiąże się z tym, co robili w poprzednich życiach. I jeśli istnieje jakaś magia w codzienności, to oni zdecydowanie są czarodziejami.

Takim rodzinom się zazdrości, choć gdy przy kawie pytam, czy są tego świadomi, Karolina i Jan Jungst reagują zdziwieniem. Często widuję ich rano, jak ubrani w jeansy, z uśmiechami na ustach krzątają się po sklepie „Owoce i Warzywa”. Jan rozstawia skrzynki, Karolina układa zioła. Ciągle rozmawiają z przechodniami, pomagają komuś wybrać jabłka. Czasem przyłapuję Jana z kawą przy stoliczku przed warzywniakiem. Często rodzicom towarzyszy półtoraroczna Maryla (oprócz niej do rodziny Jungstów należą także Witek – 10 lat, Danusia – 13 lat i Zosia 27 lat). Karolina i Jan żyją chwilą, nie martwią się zbytnio, dziękują za każdy dzień, i zdają się mieć czas na wszystko. To tylko warzywniak, a jednak dzięki niemu zmieniają świat na lepsze. Od kiedy się pojawili, okoliczni mieszkańcy nie używają już plastikowych toreb na zakupy i jadają zdrowiej, przyjeżdżają na zakupy rowerami, bo pojawił się wreszcie stojak. Można tu zostawić różne rzeczy do recyclingu albo dostać marchewkę „zero waste”. Znalazł się nawet sposób na zagospodarowanie ziaren, które odpadają z chrupiących bajgli – sezam i mak zebrane z lady lądują w misce dla ptaków. Dobro się szerzy, interes rozrasta, i dziś warzywniaki już są cztery, wszystkie w starych dzielnicach Warszawy. Trudno wyobrazić sobie lepszych bohaterów do rozmowy o rodzinnym biznesie. W jaki sposób znaleźli się w tym miejscu, w którym są teraz? Co daje im rodzina? Jaka jest ich recepta na sukces, i co robią, że uśmiechy nie schodzą im z twarzy? Przeczytajcie.

*

Karolina, wcześniej pracowałaś dla projektanta Roberta Kupisza – nie było ci żal zostawiać świata mody?

Karolina: Gdy zaczęła się przygoda z warzywniakiem, nie planowaliśmy, że biznes się rozrośnie i stanie głównym źródłem dochodów. W przedsięwzięcie byli zaangażowani moi rodzice, każdy z nas dokładał swój wektor, więc ja też. Byłam na urlopie wychowawczym, miałam czas na dodatkowe zajęcie. Powoli wciągnęło nas wszystkich.

Janek: Szybko zrozumieliśmy, że liczy się dla nas „tu i teraz”. Trudne doświadczenia nauczyły nas, że cywilizacja oparta na planowaniu i życiu przyszłymi sukcesami, motywowaniu się obietnicami typu „za 10 lat będę wolny i szczęśliwy”, jest bez sensu. Oboje wierzymy, że ważne jest to, co dzieje się teraz.  Pilnujemy każdej godziny i każdego dnia, to jest nasza wielka życiowa lekcja, którą staramy się przekazać dzieciom.

Zaczęliście zaledwie półtora roku temu, od zera. Mniej więcej w tym czasie urodziła się wasza córeczka. Jej narodziny były impulsem do zmian?

Karolina:  Na pewno to dziecko nas „popchnęło” do podjęcia pewnych decyzji i wpłynęło na charakter naszej oferty. Gdy Maryla się urodziła, pytałam siebie, czego oczekuję od osiedlowego sklepu jako mama. Chciałam miejsca, które jest w zasięgu spaceru, które lubię, gdzie mogę kupić wszystkie rzeczy potrzebne do obiadu, ale też uzyskać poradę. Zależało mi na dobrych produktach z zaufanego źródła, a także na oszczędności czasu. Teraz będziemy wprowadzali specjalną półkę z produktami dla dzieci, i to także „zasługa” Maryli.

Jan: Narodziny dziecka zawsze są impulsem do zmiany. Zarówno w ciele matki, jak i ojca zmienia się skład chemiczny, więc widzimy świat inaczej. W nas, facetach, pojawia się syndrom większej odpowiedzialności, czy konieczność zabezpieczenia zapasów. Skoro będę ojcem, to „piwnicę trzeba powiększyć”, ale też mniej dni spędzać na wojnie, mówiąc metaforycznie. Im dzieci jest więcej, tym chcemy podejmować mniejsze ryzyko. U nas sprawy ułożyły się dogodnie, bo oboje mieliśmy swoje stałe prace, okazja z warzywniakiem do kupienia trafiła się przypadkowo. Postanowiliśmy spróbować, bo mi się zawsze marzył sklep na rogu, jak za dawnych czasów, służący lokalnej społeczności. Taki w którym dzieci mogą odrabiać lekcje, gdzie można kupić sobie jabłko „na kreskę”, zostawić paczkę do odebrania sąsiadowi.

 

Jesteście biznesem rodzinnym. Wspomnieliście, że zaangażowani są wasi rodzice, ale wiem, że pomagają też dzieci i brat Jana.

Jan: Mamy trzy pokolenia. Ja, Karolina, dziadkowie i dzieci. Pracują też dwaj moi bracia. Sami testujemy smak wszystkich produktów, które wprowadzamy do sprzedaży. Każdy ma prawo głosu, więc oczywiście pojawiają się tarcia. Zosia – najstarsza, dorosła córka – bywa dość radykalna w kwestiach bycia eko. Zaproponowała likwidację torebek z plastiku – Musimy się natychmiast z tym rozstać! – tłumaczyła. Wciąż mieliśmy te do kapusty kiszonej, bo bałem się, że przyzwyczajenia klientów wygrają. Pod wpływem Zosi prowadziliśmy jednak słoiki. No i wyeliminowaliśmy torebki foliówki niemal całkowicie. Inne pomysły Zosi: torby boomerangi, zwrotne wytłaczanki na jajka – też bardzo się sprawdzają.

Jak udzielają się pozostali członkowie rodziny?

Karolina: Każdy dorzuca coś od siebie. Młodsze dzieci pomagały nam latem. Zosia stworzyła i prowadzi firmowe media społecznościowe. Brat Janka jest managerem jednego ze sklepów. No i mój tata. Włączył się w ten biznes jako pierwszy, wykańczał wszystkie lokale. Jest złotą rączką, a to prawdziwy skarb. Czasem pojedzie zatowarować sklep, gdy kierowca choruje. Tata jest zawsze na miejscu, ma klucze do wszystkich lokali. Rodzina to dla nas taki filar. W biznesie, szczególnie na początku, jest mnóstwo sytuacji, gdy trzeba reagować szybko czy w środku nocy, i ważne jest, by mieć kogoś zaufanego, na kogo można liczyć. Wiem, że najbliżsi nigdy nie odmówią pomocy.

Nie wierzę, że wszystko idzie aż tak gładko…

Karolina: Oczywiście, bywało różnie (śmiech). Projektuję wystrój naszych sklepów, a tata pracuje w drewnie i wykonuje całe wyposażenie. Gdy wspólnie remontowaliśmy lokale, potrafił zrobić coś według własnego uznania, lub coś pominąć. Gdyby to była zwykła ekipa fachowców, po prostu prosiłabym o rozebranie i wykonanie danej pracy od nowa (śmiech). Z drugiej strony ratuje nas w wielu podbramkowych sytuacjach. Trudno mu nie wybaczyć.

Opowiedzcie, jak wygląda życie domowe, gdy cała rodzina pracuje w warzywniaku.

Karolina: Teraz już jest nieco łatwiej, niż na początku. Pierwsze zakupy na Broniszach (giełdzie warzywno-owocowej – przyp. red.) zrobiłam tuż przed porodem. Pamiętam sytuacje, gdy opisywałam faktury w domu, a na stół wjeżdżała kolacja, i musiałam zgarniać te wszystkie papiery na bok. Teraz udało się wypchnąć papierkową robotę do biura. Gdy nasza najmłodsza Maryla była malutka i dużo spała, towarzyszyła mi w wielu obowiązkach. Wkładałam ją do nosidła i wiele załatwiałam. Teraz korzystamy już z pomocy niani. Czasami przychodzę z Marylą do sklepu z wózkiem, innym razem Janek bierze ją na 2-3 godziny, wtedy kręci się między bananami. Świetnie odnajduje się w sklepie.

A co, jeśli chcecie wyjechać na urlop?

Janek: Teraz, gdy zarządzamy czterema lokalami i zatrudniamy więcej osób, jest to łatwiej zorganizować.

Łatwiej? Myślałam, że macie więcej na głowie, skoro z jednego sklepu zrobiła się sieć.

Janek: Pracy jest więcej, ale też mamy więcej ludzi. Gdy prowadzisz jeden sklep, musisz siedzieć na kasie. Masz jeden samochód, nie stać cię na kierowcę i wszystko robisz sam. Przy większej skali biznesu łatwiej o swobodę, można sprawy zorganizować z wyprzedzeniem. Najtrudniejsze jest pilnowanie dobrej jakości obsługi, ekspozycji towaru. To jest fajna praca, ale nigdy nie możesz jej zostawić na długo, trochę jak przy prowadzeniu restauracji. Na szczęście mamy dużą rodzinę, więc jest ktoś na zastępstwo.

Karolina: Mimo wszystko do tej pory nie pozwalaliśmy sobie na dłuższe niż tygodniowe wypady. Robiliśmy też tzw. wymiankę. Najpierw ja jechałam gdzieś z dziećmi, potem się zazębialiśmy na 2 dni, a potem Janek miał wolne. Wyjeżdżamy zawsze w okresie, gdy w sklepie jest mniejszy ruch.

Musicie wstawać o świcie?

Jeśli jedziemy do ekologicznego gospodarstwa pod Warszawę po towar, to tak, musimy być tam rano.

Kto wtedy wozi dzieci do szkoły?

Karolina: Zosia jest dorosła i mieszka osobno, Danusia jest samodzielna, więc tylko Witka trzeba wozić i mój mąż to robi. Gdy zdarzają się sytuacje podbramkowe, jest wtedy w stanie pojechać i wrócić sam, bo już jest duży.

Janek: Na początku istnienia firmy wstawałem o świcie, by o siódmej być w sklepie. Potem jechałem po Witka, by go zawieźć na lekcje, i wracałem do pracy. Potem znów po syna, i z powrotem na giełdę. Zdarzało się, że wracałem do domu o 24.00 Karolina z racji, że miała małą Marylkę i karmiła, mniej się angażowała. Teraz już się dzielimy obowiązkami służbowymi po równo.

Janek, ty wykonujesz też konkretną pracę fizyczną.

Janek: Zastanawiałem się, czemu jestem taki szczęśliwy, co mi daje ten uśmiech? Moi koledzy mają trenerów personalnych, siłownie, a mnie endorfiny wydzielają się, gdy noszę skrzynki. Wczoraj tak było, bo nasz dostawca skręcił sobie kolano. Po spędzeniu pięciu godzin na giełdzie i rozładowaniu samochodu z warzywami, czułem się jak po jakimś intensywnym treningu na świeżym powietrzu.

Myślicie czasem, że któreś z dzieci przejmie w przyszłości biznes który prowadzicie?

Jan: Takie myślenie jest bardzo kuszące, wspaniale, gdyby któreś dziecko chciało to robić, ale ja staram się nie myśleć o tym, co będzie za dwadzieścia lat. Skupiamy się na radości z tego, co już udało nam się zbudować.

Trudno byłoby być szefem swoich dzieci?

Karolina: Trudno na pewno wyjść z roli rodzic-dziecko.

Jan: To jest wielkie wyzwanie, nie tylko wychowawcze. Wiem, bo pracowałem z własnym ojcem. W grę wchodzą ambicje, rozliczenia, kwestie tego, co jest naszym udziałem, czym jest praca na godziny… Okazuje się, że ustalenie z bliskimi nawet tych prostych pojęć, jest bardzo trudne, i niewielu rodzinom naturalna sukcesja przychodzi łatwo. Mam poczucie, że moglibyśmy prowadzić kiedyś biznes w trójkę z Zosią, bo widzę jej zaangażowanie, zainteresowanie tematem. Na razie wspiera nas z doskoku. Zatrudnianie dzieci na szeregowym stanowisku w rodzinnej firmie to jest dobra nauka, której warto spróbować. Pamiętam, że gdy zacząłem pracę w firmie taty, liczyłem, że zrobi mnie kierownikiem działu, a on kazał mi wyrzucać śmieci. Wtedy tego nie rozumiałem, a przecież miałem tylko 18 lat i zero doświadczenia. Dziś mam zasadę, że każdy powinien zacząć od prostych rzeczy, takich jak sprzątanie czy wykładanie towaru.

Jaka jest wasza rada dla rodzin, które ruszają z własnym biznesem?

Jan: Biznes wtedy jest autentyczny, gdy wynika z tego, co naprawdę chcesz i lubisz robić. Nam prowadzenie firmy wychodzi, bo niczego nie udajemy. Wszystko powstało w oparciu o to, jak chcielibyśmy jako rodzina funkcjonować, w oparciu o nasze potrzeby. To zawsze wychodzi najmądrzej.

Karolina: Tym co pozwala się nam rozwijać, jest otwartość i dialog między pokoleniami. To, że się ścieramy, to że nasi managerowie mają swoje zdanie, to nie przeszkody, a korzyści. Czasami, gdy się zrobi krok do tyłu i zastanowi, to można odkryć zupełnie nowe rzeczy. Uwzględniamy więc opinie wszystkich członków firmy, tak samo jak i klientów. Ludzie podpowiedzieli nam niejednokrotnie produkty, których nawet nie znaliśmy, takie jak wężymord czy kawa z topinamburu.

Jan: Na pewno dobrą uniwersalną radą jest to, by prowadzić obserwacje. Czy wiesz, że Warszawa jest na drugim miejscu na świecie pod względem liczby wegańskich restauracji? Że roczne spożycie mięsa w skali kraju regularnie spada, a warzyw i owoców wzrasta?

A wy jecie mięso?

Jan: Trochę jeszcze jemy. Ale od czasu, gdy otworzyliśmy sklep, konsumpcja mięsa spadła u nas o 2/3. Jedzenie mięsa na naszej planecie trochę już nie ma racji bytu. Chcieliśmy zrobić sklep „wszystko co zdrowe, oprócz mięsa”, ale jednocześnie miejsce dla każdego, żeby można było kupić w nim  ziemniaki za 3 złote, ale i te droższe, ekologiczne.

No właśnie, skorzystam z tego, że rozmawiam z ekspertem od zdrowej żywności. Naprawdę warto jeść produkty eko?

Jan: Najtańsze ziemniaki w naszym sklepie kosztują 3,5 zł, a ekologiczne 6,5 zł. Wolę zjeść o 2 ziemniaki mniej, ale wiedzieć, że to jest coś zdrowego, co nie jest chemią, nie jest przetworzone. Obserwuję powolną zmianę zachowań społecznych. Dotąd zdrowe żywienie obejmowało niewielką część domowych budżetów, ale to się zmienia. Coraz więcej osób kupuje mniej, przedkładając jakość nad ilość. Ja wolę ograniczyć wyjazdy na wakacje, ale żywić swoje dzieci zdrowo, jeść produkty, które smakują, mają wartości odżywcze, i wiem, że coraz więcej ludzi myśli podobnie.

Widać, że lubicie swoją pracę. Jednak czy po przebranżowieniu się na warzywniak, nie odczuliście (z całym szacunkiem) zawodowej utraty prestiżu?

Janek: Jest pewien stereotyp o takiej pracy jak nasza, który wynika z powierzchownego spojrzenia. Może się wydawać, że Karolina zostawiła pracę w luksusowych markach, że jesteśmy teraz „Panem i Panią Warzywko”.  Tymczasem jesteśmy świadkami pewnej rewolucji. Co miesiąc kupuje u nas 10 tysięcy ludzi, którzy dzięki nam jedzą zdrowe warzywa, nie zaśmiecają otoczenia torebkami z plastiku, poznają nowe przepisy, żyją bardziej ekologicznie. Ta świadomość, że mamy wpływ na rzeczywistość w tej skali, daje nam dużą satysfakcję.

W czym jeszcze warzywniak jest lepszy od dawnych, „prestiżowych” pozycji w waszych CV?

Karolina: Kiedyś pracowaliśmy w branżach, w których efekt działania był widoczny w jakiejś odleglej przyszłości. Efekty pracy oceniać można było za jakiś czas. W sklepie zaś wykładamy towar, i już następnego dnia weryfikujemy, czy się sprzedaje, czy nie. To daje poczucie, że wiesz, na czym stoisz.

Janek: Pamiętaj, że żyjemy w czasach ogromnego postępu technologicznego. Ja siedziałem już w biznesie reklamowym, fotograficznym i energetycznym. Pamiętam trzęsienia ziemi, upadki firm z powodu nagłej zmiany technologii. To trudne doświadczenie pchnęło mnie do czegoś, co jest nazywane przeze mnie „codziennym strumieniem pieniądza”. To co robimy, nie polega na siedzeniu w tabelkach, odległych planach, czekaniu na coś, co będzie przynosić zysk za pięć lat. Mamy biznes w skali człowieka, proste zajęcie. Jeśli zmieni się technologia, dojdzie do jakiegoś kryzysu – to  poradzimy sobie w ramach swojej rodziny.

To na pewno daje duży spokój ducha. Dziękuję za rozmowę!

Karolina Gajkowska-Jungst – ukończyła łódzkie ASP, z wykształcenia jest projektantką mody i stylistką. Wiele lat pracowała dla firm takich jak H&M, G Poland, czy Robert Kupisz, zajmując się m.in projektowaniem wystaw. Z zamiłowania specjalistka od mebli vintage i renowacji DIY. Mama półtorarocznej Maryli.

Jan Jungst – Przedsiębiorca, rodowity warszawiak. Pracował w różnych branżach od 18 roku życia, w ostatnich latach poszukiwał obszarów w biznesie, gdzie można wdrażać wartości związane z ekologią. Człowiek rodzinny, ojciec czwórki dzieci.