media trip współpraca reklamowa

Bajkowe Południe Francji z A-Dermą

W ojczyźnie genialnych dermokosmetyków

Bajkowe Południe Francji z A-Dermą
Pola Madej-Lubera, materiały prasowe Pierre Fabre

Najlepsza inspiracja wakacyjna, ogrom wiedzy, relaks w przepięknych zakątkach schowanych między lazurowym wybrzeżem a Pirenejami – tak było na wyjeździe, który zorganizowała dla dziennikarzy z okazji 40-lecia swojego istnienia marka A-Derma. Dlaczego warto ją poznać i pokochać?

Zanim zacznę opowieść, która przypomina plan filmów takich jak „Dobry rok” (boskie francuskie wiejskie posiadłości), „Czekolada” (francuskie urocze miasteczka) czy „Podróż na sto stóp” (francuska kuchnia i tradycyjne produkty), muszę powiedzieć, dlaczego przyjęłam zaproszenie na wyjazd od francuskiej marki A-Derma, będącej czołowym brandem w portfolio grupy farmaceutycznej Pierre Fabre.

Mam dzieci z delikatną skórą, w tym jedno ze zdiagnozowaną atopią. Pozostałe miewają objawy przypominające AZS. Kto choć raz zetknął się z chorobami dermatologicznymi o podłożu genetycznym czy alergicznym, ten wie, jakie to wyzwanie: dobrać odpowiednią pielęgnację, przekonać dzieci do smarowania, nauczyć się żyć z przewlekłym schorzeniem, które w ekstremalnych przypadkach wyklucza z nauki pływania na basenie, opalania i nie pozwala na uprawianie ulubionych sportów czy nawet utrudnia spokojny sen. Skóra chora to skóra przepuszczająca substancje szkodliwe, a więc wymagająca szczególnego traktowania.

Liczyłam, że poszerzę swoją wiedzę o tym, jak żyć z atopowym zapaleniem skóry, i że dowiem się, jaki jest sekret jedynego preparatu, który pomaga mojemu dziecku. To, czego się nauczyłam, mnie zaskoczyło, dlatego od razu polecę poniższy tekst wszystkim zmagającym się z problemami skórnymi. AZS to choroba coraz bardziej powszechna i najczęściej dotykająca dzieci. Na szczęście istnieją produkty, które mogą wesprzeć leczenie, a regularnie stosowane – wydłużyć okresy remisji choroby. To będzie opowieść o poznawaniu tajemnicy ich skuteczności.

Przygoda w terre d’Avoine

Lądujemy w Tuluzie, starym uniwersyteckim mieście, o którym Zbigniew Herbert pisał w „Barbarzyńcy w ogrodzie”. Jest tak, jak powinno być w akademickim ośrodku na południu Francji: dużo pięknej architektury, dużo barwnego życia na ulicach. Nie zatrzymujemy się jednak na długo, bo naszym celem jest inne miejsce: Terre d’Avoine – położone na wsi, w sercu regionu Oksytania. Właśnie tu swoje centrum ekologicznych upraw ma marka A-Derma, słynąca z bazujących na roślinnych składnikach dermokosmetyków do skóry wrażliwej i problematycznej. Jej nazwa to skrót od słów avoine i dermatologie – czyli „owies” i „dermatologia”.  Wyciąg z owsa to coś, co znajduje się w każdym ich produkcie, i jesteśmy tu po to, by przekonać się, dlaczego tak jest.

Owies: naturalny i genialny

Dwadzieścia dwa hektary pól i łąk. Wszystko, co rośnie dookoła, to ekologiczny owies, specjalna odmiana uzyskana przez specjalistów pracujących w laboratoriach A-Dermy, czyli Rhealba®. Tak jak jabłka bywają słodsze lub bardziej kwaśne, jak róże lepsze na żywopłot lub na kwiat cięty, tak i owies występuje w rozmaitych odmianach – jest ich prawie 30 tysięcy, a ta wybrana przez markę A-Derma gwarantuje wymierne korzyści dla skóry

Ruszam na spacer i omiatam okoliczne uprawy krytycznym okiem ogrodnika. Widzę sporo chwastów, czyli faktycznie herbicydów ta ziemia nie widziała. Zgodnie z zasadami biodynamicznego rolnictwa pola są gdzieniegdzie poprzeplatane dzikimi nieużytkami, naturalnymi żywopłotami. Wkrótce czas zbiorów, więc zastanawiam się, czy to z ziaren owsa będą robione kosmetyki. Wyciąg uzyskujemy tylko ze świeżych zielonych łodyg roślin – mówi mi Capucine de Vivies, ekspertka A-Dermy. Po co więc ten dojrzały owies, na który patrzę?

Na nasiona. Zostaną przetransportowane do zachodniej Oksytanii, gdzie A-derma corocznie wiosną obsiewa pola po to, by w ciągu zaledwie pięciu starannie wybranych dni w roku zebrać łodygi na potrzeby produkcji wartościowego ekstraktu. Tydzień robi tu różnicę – zbyt młode kiełki owsa nie są jeszcze tak bogate w substancje odżywcze – a zbyt dojrzałe łodygi mogą alergizować. Jeśli więc pomyśleć o tym, że cała drogocenna uprawa szykowana przez rok musi zostać zebrana w zaledwie pięć dni – staje się jasne, dlaczego jakość jest dla marki A-Derma priorytetem.

Idylla made in France

Terre d’Avoine oznacza dosłownie krainę owsa. Rozległe pola otaczają urocze, zbudowane z kamienia sioło – zaadaptowaną dawną siedzibę lokalnego merostwa, zbudowaną w XVIII wieku. To jedna z tych posiadłości, które widujemy w filmach o Francji, na kartach albumów, czy magazynów takich jak Côté Sud. Dawniej urzędował tu lokalny samorząd, dziś w okolicy nie ma prawie nikogo. Cisza, żadnych aut, nieliczne porozrzucane po gminie hacjendy, to miejsca wypoczynku Francuzów z północy kraju, prywatne posiadłości, czy bardzo rzadko – małe ekologiczne farmy. To one dostarczają nam sery na lunch i owsiane wegańskie lody na deser. Wino rose – charakterystyczne dla tych okolic – pochodzi z winnicy należącej do… Pierre Fabre. Na licznych, bardzo fachowo przygotowanych warsztatach, poznajemy nie tylko dalsze tajniki tworzenia kosmetyków A-Derma, ale też profil całej międzynarodowej firmy, która za nimi stoi.

Aptekarz, który kochał kwiaty

Okazuje się, że firma Pierre Fabre nie jest jednym z wielu koncernów farmaceutycznych, choć jej dorobek jest imponujący – są największym pracodawcą po Air Busie w regionie Oksytania, a ich produkty znane są na całym świecie. Spółka jest obecnie w rękach fundacji zajmującej się działalnością pożytku publicznego. We władzach są między innymi krewni założyciela – ś.p. monsieur Pierre’a Fabre – pochodzącego z tych stron farmaceuty. Lubię poznawać historię takich fortun: jak to się stało, że nazwisko aptekarza z małej wsi, dziś znane jest na całym świecie?

Pierre Fabre najwyraźniej był geniuszem i z pewnością wielkim humanistą, stworzył swoje dermatologiczne imperium od podstaw, wyprzedzając czasy myśleniem o CSR, kreatywnością i wykorzystaniem naturalnych właściwości leczniczych roślin. Zaczynał od małej prowincjonalnej apteki, ale stale poszukiwał pomysłów na innowacyjny biznes powiązany z dbaniem o zdrowie i urodę. W tym celu stworzył nawet coś w stylu własnego ogrodu botanicznego, poświęcił się także naukowemu wodolecznictwu (balneoterapii). To on stworzył pojęcie dermokosmetyku!

Glamping

Terre d’Avoine to nie pomysł ambitnych PR-owców, ale samego założyciela, Pierre’a Fabre. Zapisał w swojej woli, że pragnie stworzyć miejsce, które stanie się wizytówką wartości A-Dermy. Będzie czymś w rodzaju rolniczego laboratorium, do którego mogą zajrzeć pracownicy i ich goście. Terre d’Avoine jest miejscem spotkań managerów i służy wewnętrznej integracji firmy czy właśnie tak jak w moim przypadku – bywa celem media tripów. Niestety nie można przyjechać tu prywatnie, komercyjnie – co nie ukrywam, napełnia mnie żalem.

Po całym dniu warsztatów przeplatanych smakowitymi posiłkami i ciekawymi rozmowami, mamy czas na zakwaterowanie. Naszym oczom ukazuje się ekologiczny glamping, czyli luksusowe namioty, również obsiane dookoła słynnym owsem odmiany Rhealba®. Glamping – czyli połączenie słów glam i kamping – to coś, czego chciałam od dawna spróbować. Czym różni się od spania w zwyczajnym namiocie?

Różnica tkwi w jakości doświadczenia. W mojej ekskluzywnej jurcie jest jak w butikowym hotelu: toaletka, wielkie wygodne łóżko, prąd, wspaniałe kosmetyki, ogromne lustro, miejsce do odpoczynku. Każdego zapewne interesuje, co z sanitariatem? Łazienka jest tuż obok, czysta, stylowa, naturalna i całkowicie ekologiczna. Ona również znajduje się w namiocie i ma wielkość sporego pokoju kąpielowego. Prysznic bierzemy, stojąc na drewnianej kratce, z pomocą pompowanego urządzenia, które samodzielnie napełniamy (tzw. prysznic turystyczny). Wydaje się to skomplikowane, ale nie jest – za to zużycie wody spada do minimum. Wszystkie kosmetyki A-Dermy do mycia są biodegradowalne, zatem nie potrzeba tu kanalizacji i ścieku. Dostajemy też milutkie szlafroki i puszyste ręczniki. Raj.

Jeśli chodzi o WC – do wyboru jest tradycyjna toaleta znajdująca się obok namiotów lub toaleta Dry WC wykonana z nieznanej mi dotąd technologii, którą jestem zachwycona. Zero zapachu, zero dyskomfortu, tylko czystość, wygoda i kontakt z naturą. To suche WC to naprawdę genialna sprawa! Zasadą działania przypomina odrobinę kuwetę dla kota, tyle że jest… ekologiczna i bezzapachowa. Marzę teraz, by takie coś zbudować na swojej działce na lato. Kto by pomyślał, że takie rzeczy poznam na wyjeździe z marką dermokosmetyczną?

Warsztaty

Po nocy w glampingowym namiocie, fantastycznym typowo francuskim śniadaniu, które składa się z soku pomarańczowego, kawy i croissanta (dla ludzi ze Wschodu uwzględniono dodatkowo owsiankę i włoską przekąskę prosciutto e melone), czeka nas jeszcze jeden warsztat: laboratorium chemiczne. Będzie okazja, by samodzielnie stworzyć krem!

Podążamy za wskazówkami naszych trenerek-farmaceutek. Dokładnie widzimy, na czym bazuje receptura A-Dermy: to w zasadzie woda, oleje roślinne i sekretne dodatki z roślin: owsa i nie tylko. To, co powstaje z naszego podgrzewania, mieszania i komponowania składników, do złudzenia przypomina produkt z tubki, jednak nie ma jego sterylności. W rzeczywistości kosmetyki A-Derma wykonują nie ludzie, tylko wyparzane przez kilka godzin maszyny. Dostępu do nich nie ma żaden śmiertelnik, chyba że przejdzie mozolną procedurę dezynfekcji i sterylizacji ubrania.

Ekologiczne, czyli jakie?

Była okazja dowiedzieć się sporo o strategii rozwoju firmy A-Derma, co dla mnie jest szczególnie ciekawe, bo wybieram kosmetyki ze względu na politykę producenta, jego stosunek do środowiska naturalnego i poziom tzw. sustainability (wciąż brak mi dobrego polskiego słowa, które by w pełni oddało sens tego pojęcia). A-Derma jest transparentna w swoich działaniach. Nie udaje, że wszystko jest tu stuprocentowo ekologiczne, że ślad węglowy jest zerowy. Ale przedstawia fakty, których nie sposób skomentować inaczej, niż gratulując zarządowi.

Całość produkcji odbywa się w obrębie jednego mikroregionu. Składniki ekologiczne i bio posiada 99% produktów. Gdzie się da, tam zamieniono plastik (np. zmieniając opakowania) na plastik z recyklingu. W niektórych produktach zmniejszono zakrętki – drobiazg, który ma ogromne znaczenie.

Zrezygnowano ze zbędnych ulotek, w fazie testowania są opakowania biodegradowalne (ich jakość odstaje jednak od trwałego, mocnego plastiku, więc pozostaje pytanie, czy konsumenci się na nie zdecydują?). Bezpieczeństwo produktów A-Dermy jest w DNA marki, ponieważ grupą docelową są osoby wrażliwe, z chorobami skóry.   W A-Dermie nie znajdziemy zatem perfum, substancji drażniących, natomiast jako dermokosmetyki, produkty te muszą przechodzić rygorystyczne testy.

Z rolniczej Oksytanii do górskiego Avène

Pobyt w Terre d’Avoine był kluczową częścią naszego media tripu, ale nie jedyną atrakcją, jaką przewidziała dla dziennikarek z Polski grupa Pierre Fabre. Z Oksytanii przewieziono nas w lesiste góry, w kierunku Marsylii – do siedziby innej marki z portfolio koncernu, w Polsce dobrze znanej z wysokiej jakości dermokosmetyków do skóry wrażliwej. Mowa o Avène – kto z nas nie zetknął się choć raz z ich wodą termalną w spreju? Ja byłam jej fanką jako nastolatka i imprezująca dziewczyna podróżująca z plecakiem, korzystałam z wody w spreju podczas letnich festiwali czy jako produktu odświeżającego w upalny dzień w pracy.

Moja wiedza o Avène okazała się jednak znikoma, bo oto w siedzibie firmy odkryłam, że marka ta w rzeczywistości jest grupą dermokosmetyków do zadań specjalnych: profilaktyki i pielęgnacji skóry w przebiegu AZS (emolientoterapia), łagodzenia skutków alergii, a nawet niwelowania uporczywej suchości skóry w przypadku leczenia onkologicznego. We Francji są zaledwie dwa certyfikowane przez Państwo uzdrowiska dermatologiczne i Avène jest jednym z nich. Przyjeżdżają tu kuracjusze (dorośli i dzieci) z całego świata. Duża grupa pacjentów to Polacy! Rzeczywiście  – kto zmaga się z suchą, swędzącą czy też skłonną do atopii skórą, z  pewnością dostał od swojego dermatologa rekomendację, by smarować się balsamem XeraCalm A.D i spryskiwać Wodą termalną Avène. Teraz mam okazję przekonać się, dlaczego.

WODA TERMALNA AVÈNE KLINICZNIE UDOWODNIONA MOC

Avène to nie jest spa – stwierdziłam z zaskoczeniem. To uzdrowisko zbudowane na życiodajnym źródle. Woda, nawet najlepszej jakości, była dla mnie zawsze tylko wodą – trudno było mi uwierzyć w jej kojące i niezwykłe właściwości, dopóki… nie spróbowałam zabiegów w Avène. Wysłano nas tu na kąpiele, prysznice i delikatne masaże – takie, jakie odbywają podczas 3-tygodniowych pobytów pacjenci uzdrowiska.

Skrót spa oznacza po łacinie sanus per aquam – uzdrowienie przez wodę. Więc technicznie rzecz biorąc, nazewnictwo byłoby adekwatne. Tu chodzi jadnak o naukę – woda z Avène o podwójnym działaniu mineralnym i biologicznym, za które odpowiadają minerały w szczególnych proporcjach, a także wyjątkowa mikroflora Aquaphilus dolomiae, która została przebadana klinicznie. Dwa dni kąpieli w wodzie z Avène i poczułam zdecydowaną różnicę w nawilżeniu ciała. Zdjęcia efektów u pacjentów zrobiły na mnie ogromne wrażenie i zrozumiałam, że Thermal Hydrotherapy Center Avène (warto kliknąć w ten link) to miejsce ratunku dla wielu osób w beznadziejnej sytuacji klinicznej.

Hotel na pięć gwiazdek

Jeśli chodzi o sam pobyt – była to czysta przyjemność, ponieważ hotel Avène jest nowoczesnym przykładem pięknej architektury uzdrowiskowej wkomponowanej w górski krajobraz. Menu w restauracjach zachwyca francuską różnorodnością, produkty są świeże, dostarczane przez lokalnych farmerów. Dookoła jest co robić – można korzystać z basenów, chodzić po górach, czy tak jak ja – wypożyczyć elektryczny rower górski i wybrać się na szlak Parku Narodowego Górnej Langwedocji. Widoki na średniowieczne miasteczko Avène z punktów widokowych są fantastyczne!

Wielu amatorów wyjątkowych właściwości wody termalnej z Avène przyjeżdża tu po prostu na wypoczynek. W ramach wizyty mieliśmy okazję zgłębić jeszcze lepiej historię Pierre Fabre i z bliska zobaczyć, czym jest sterylne środowisko produkcji. To niesamowite, że 8 milionów kosmetyków Avène, jakie rocznie Pierre Fabre sprzedaje na całym świecie, pochodzi z tego małego zakładu ukrytego w górach.

Powrót. Co dalej z AZS?

Wykąpana, najedzona, z płucami świeżymi od górskiego sosnowego powietrza, opuszczam Langwedocję w stronę lotniska w Marsylii. To był fantastyczny czas pełen wiedzy, doświadczeń i pięknych widoków. Kubki smakowe w euforii, choć w głowie lekko mi szumi do dzisiaj – to od ilości wypijanego tu przy różnych okazjach szampana. Zachwyciła mnie Langwedocja i Oksytania, zapragnęłam wrócić tu kiedyś z rodziną, szczególnie z synkiem chorym na AZS.

Póki co, mam plan testować wszystkie wskazówki uzyskane na warsztatach Avène – stworzyć dziecku anti scratch box z pomocami, które mają pomóc uporać się z uporczywą potrzebą drapania. Wprowadzam też rutyny pielęgnacyjne, bo do tej pory używaliśmy dermokosmetyków zdecydowanie zbyt nieregularnie. Zrozumiałam też, że chore na AZS dzieci powinny jak najszybciej nauczyć się pielęgnować swoje ciało samodzielnie. Za kilka lat mój synek stanie się nastolatkiem i dobrze, by wtedy miał już wyrobiony nawyk smarowania całego ciała po kąpieli.

Zachęcam Was do zagłębienia się w tematykę dermokosmetyków A-Derma i Eau Thermale Avène, możecie mieć pewność, że są to produkty stuprocentowo jakościowe, stworzone z szacunkiem do ludzi i przyrody. Szczególnie polecam je osobom ze skórą suchą, wrażliwą, skłonnościami do alergii, chorobami autoimmunologicznymi, AZS i łuszczycą.

Jestem ciekawa, czy wśród naszych czytelników są osoby z AZS – ponoć cierpi na nie już 10% populacji, a liczba chorych stale wzrasta. Podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach!

*

Materiał powstał we współpracy z firmą Pierre Fabre

Dodaj komentarz