Radykalna szczerość – czy można ocalić relacje spisane na straty? - Ładne Bebe

Radykalna szczerość – czy można ocalić relacje spisane na straty?

O mocy prawdy i autentyczności powiedziano już wiele, ale dopiero książka Brada Blantona, wydana niedawno nakładem wydawnictwa Mocja, pokazuje, jak można w praktyczny sposób ją stosować. O tej głośnej, bardzo kontrowersyjnej publikacji i nurcie, w którym ją napisano, opowiada Katarzyna Mitschke – trenerka radykalnej szczerości, pedagożka, popularyzatorka rodzicielstwa bliskości i edukacji alternatywnej.

Jeśli masz problem ze złością i pretensjami do swoich bliskich – ta książka jest dla ciebie. Jeśli przed snem zdarza ci się rozpamiętywać sceny sprzed lat, czegoś żałować, wkurzać się na coś, co ci powiedziano lub zrobiono – ta książka jest dla ciebie. Jeśli czujesz, że stale odgrywasz jakąś rolę – przed partnerem, rodzicami, teściami – i jeśli męczy cię ta gra – ta książka jest dla ciebie. „Radykalna szczerość” to odważny pomysł na życie, pomysł nie dla każdego. Żeby zrozumieć, w czym tkwi sekret tej praktyki, czy może nawet „filozofii bycia” którą proponuje amerykański psychoterapeuta i pisarz Brad Blanton – pytamy Kasi Mitschke – doświadczonej, certyfikowanej trenerki radykalnej szczerości.

Co mi szczerego powiesz na początek?

Uświadomiłam sobie właśnie, że za każdym razem, udzielając wywiadu, wchodzę w ton półoficjalny. Stresuję się i to wpływa na to co mówię, jak się czuję… chciałabym tym razem spróbować inaczej. Mam nadzieję, że możemy po prostu porozmawiać swobodnie, na luzie. (śmiech)

To ja też coś powiem. Widzimy się pierwszy raz w życiu i cieszę się na tę rozmowę, bo za każdym razem, gdy prowadzę wywiad z kimś z wydawnictwa Natuli, wychodzę ze spotkania pozytywnie zmieniona jako osoba, jako rodzic. Mam nadzieję więc, że nie będzie stresująco. Powiedz: czemu radykalna szczerość jest czymś ważnym, czym warto się zainteresować?

Jest to najbardziej praktyczna rzecz, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne, z jaką się zetknęłam. Pamiętam, jak przeczytałam książkę Brada Blantona, a potem pojechałam na swoje pierwsze warsztaty radykalnej szczerości, wtedy jeszcze jako uczestniczka. Miałam za sobą już lata psychoterapii, różnych praktyk, niezliczonych kursów rozwoju osobistego itd. – i zobaczyłam, że radykalna szczerość to wszystko łączy. Łączy uważność z wiedzą o zdrowiu psychicznym. Łączy wiedzę o praktycznym codziennym komunikowaniu się z bliskimi z praktyką medytacji. Bierze na warsztat stres, podstawową chorobę cywilizacyjną, a także zajmuje się relacjami, które są dla większości z nas fundamentalną kwestią w życiu. Wszystko to w radykalnej szczerości tworzy jedno praktyczne narzędzie.

Narzędzie do czego?

Do tworzenia lepszych relacji i bycia zdrowym psychicznie.

W zasadzie na tym mogłybyśmy skończyć rozmowę, której jeszcze nie zaczęłyśmy. (śmiech) Książka, wokół której są dyskusje, jest bardzo kontrowersyjna. Powiem szczerze, że miejscami poczułam się urażona, czytając ją. Podobno już w 1996 roku, gdy ją wydano, uchodziła za skandaliczną, nawet obrazoburczą. Czy nie mieliście obaw, że w Polsce też będzie tak przyjęta?

To jest pierwsze polskie wydanie „Radykalnej szczerości”. Tłumaczenie powstało na podstawie uaktualnionego wydania amerykańskiego z 2005 r. Polski wydawca – czyli Michał z wydawnictwa Mocja, które jest częścią Natuli – dowiedział się o niej ode mnie w rozmowie prywatnej. Decyzja, by ją wydać, wyszła od niego. Od razu uwierzył w moc tej książki i powiedział mi trochę to samo, co mówi Brad Blanton – że jeśli czytelnicy będą się wkurzać, to dobrze. Będzie to tzw. food for thoughts.

Faktycznie, coś w tym jest, bo mimo strasznego wkurzenia, nie mogłam się oderwać. Odniosłam wrażenie, że autor droczy się ze mną po to, by mniej więcej w połowie powiedzieć mi, że jest po mojej stronie.

Tak działa radykalna szczerość. Otwierasz się na inny niż zwykle sposób doświadczania i jesteś bardziej w kontakcie ze sobą, ze swoimi emocjami, z ciałem, które długo było pomijane, a obecnie zaczyna być zauważane. Świadomie przeżywasz emocje, w tym złość, która jest chyba w naszej kulturze najtrudniejszą do przyjęcia emocją.

Najbardziej wkurzało mnie to dyskredytowanie władzy umysłu i nawoływanie do porzucenia rozumu, jakie proponuje autor „Radykalnej szczerości”. Przywykliśmy w dzisiejszych czasach polegać na rozsądku, intelektualizować. Da się dziś tak żyć, nie kalkulując?

Brad Blanton operuje pewnymi hiperbolami, żeby nie powiedzieć – stereotypami. Celowo przejaskrawia, gdy każe całkowicie porzucić rozum. Jego celem jest dosadnie, czasem bezczelnie pokazać palcem rozgraniczenie między literą prawa a duchem. Pokazać różnicę między sztywnym trzymaniem się zasad a ich prawdziwym sensem. Każe rozróżnić: czy jestem życzliwa i miła dla innych tylko dlatego, że tak podpowiada rozsądek? Bo tak mówią zasady kultury osobistej, bo tak mnie nauczono? Czy jestem taka, bo otworzyłam serce na drugiego człowieka, widzę go, mam w sobie empatię? Akceptując siebie w prawdzie, łatwiej jest zaakceptować też innych i ich niekoniecznie łatwe cechy, zachowania, emocje.

Mam wrażenie, że Brad nie znosi katolików, przedstawia ich w książce jak faryzeuszy – maksymalnie nieautentycznych, powierzchownych, zmanipulowanych i manipulujących. Prawdziwa wiara nie polega przecież na ślepym wypełnianiu nakazów i zakazów, raczej na głębokim utożsamieniu się z sensem tego, w co wierzymy i co robimy… Po co Bradowi ta cała polemika z katolicyzmem?

Można początkowo odnieść wrażenie, że jest to książka antyreligijna, w rzeczywistości jest to książka, która walczy tylko z pseudoreligijnością. Z bezmyślnym podążaniem za zasadami bez przekonania co do ich słuszności. Brad ostatecznie pisze przecież o Bogu. Muszę ci powiedzieć, że poznałam Brada osobiście i po prostu wiem, jaki jest – trochę trudny, niekiedy sprawia wrażenie, jakby był mało wrażliwy na to, co poczuje jego rozmówca. Ale przy tym wszystkim jest po prostu osobą przepełnioną miłością. Serio. Kieruje nim miłość do innych. Kiedy czasem obśmiewa czyjeś zachowanie, stoi za tym głębokie zaufanie, że jego rozmówca zniesie to nakłucie ego i dostrzeże różnicę między lekceważeniem wobec formy, w której utknął, a głębokim współczuciem dla jego człowieczeństwa. Więc podsumowałabym to tak, że Blanton obnaża w ostry sposób pewne rzeczy, krytykuje grę pozorów, w której utknęliśmy i która jest podtrzymywana przez umowę społeczną, ale stoi za tym autentyczna miłość do drugiego człowieka. W praktyce radykalnej szczerości chodzi o porzucenie znanych nam gier społecznych i codziennych małych manipulacyjek i odsłonięcie się przed innymi. Odsłonienie swojego delikatnego wnętrza. To jest nawoływanie do nieudawania. Słowo „radykalny” być może nie kojarzy się w ten sposób.

Czyli chodzi o radykalność w byciu prawdziwym?

Tak. Nie chodzi o walenie brutalnej prawdy prosto w oczy innych, raczej o jednoznaczne pokazanie drugiemu człowiekowi swoich prawdziwych emocji i intencji – nawet jeśli uważamy, że są niewłaściwe i powinny być inne. Mówiąc prawdę, odsłaniam swoją delikatną część, pozbywam się fałszu, który miał mnie rzekomo chronić.

W książce zatrzymał mnie cytat, który mówi o stresie, jaki wywołuje permanentne przejmowanie się rozdźwiękiem pomiędzy tym, jacy jesteśmy, a tym, czego oczekują od nas inni. Jak to jest – społeczeństwo od nas wiele oczekuje? Czy tylko sami sobie to wmawiamy?

Wszystko zależy od tego, jaką władzę nadajemy oczekiwaniom innych. Tu bardzo duży wkład w popularyzację „zdejmowania ciężaru” mają psychologowie z nurtu rodzicielstwa bliskości. Jeśli fundamentalne poczucie własnej wartości – nie mylić z wysoką samooceną – jest uzależnione od tego, czy inni nas aprobują, to nagminny stres jest nie do uniknięcia. Jeśli natomiast jako dziecko dana osoba otrzyma wiele bezwarunkowej miłości i akceptacji, jest szansa, że jej poczucie własnej wartości w dorosłym życiu nie będzie zewnątrzsterowne. Oczywiście nigdy nie wyeliminujemy stresu i napięcia.

Nawet jeśli damy dziecku akceptację i bezwarunkową miłość…

Ono kiedyś pójdzie do pracy, na której jej zależy, a tam będzie oceniane przez szefa i współpracowników. Doświadczy jednak stresu „zwykłego”, który jest elementem bieżących spraw codzienności, a nie jest stresem permanentnym i głębokim. Skoro już poruszamy ten temat, dodam, że nawet nie będąc dzieckiem wyposażonym przez rodziców w wiele bezwarunkowej miłości, można pomóc sobie, wykonując wiele pracy jako dorosły. Radykalna szczerość bardzo w tym pomaga.

Czemu właściwie jest to szczerość radykalna? Czy rozważaliście w wydawnictwie inne tłumaczenie? Nie lepsza byłaby „niewymuszona” szczerość?

Były pomysły na inne tłumaczenia, ale w słowie „radykalny” istotny jest trzon łaciński. Radix. Radix to korzeń, który odżywia roślinę. Etymologia kieruje na to, co jest najważniejsze.

Co wymieniłabyś jako największe hamulce, które mogą stać na drodze do przyjęcia i stosowania radykalnej szczerości?

Hmm… Pierwszą przeszkodą jest chyba lęk przed odrzuceniem. Jest on silny w każdym z nas i to on każe nam kłamać, koloryzować, kamuflować prawdziwe uczucia, już gdy jesteśmy dziećmi. Nie trzeba tego lęku porzucać. Raczej pomyśleć: OK, czuję go, ale wybieram szczerość pomimo tego. To, co zyskam, będąc autentycznym, jest cenniejsze.

Druga rzecz, również niełatwa do przepracowania, to porzucenie przekonania, że inni dorośli potrzebują być przez nas chronieni. Często żyjemy w poczuciu, że musimy cenzurować mówienie o tym, czego potrzebujemy, chcemy, co myślimy, w trosce o to, jak zostanie to odebrane. Np. „nie powiem komuś, że się na niego zezłościłam, bo przecież go to zaboli”. Tkwią w nas te przekonania o odpowiedzialności za stan emocjonalny innych. Traktujemy dorosłych ludzi troszkę jak dzieci, z poczuciem, że potrzebują ochrony. Tymczasem gdy w komunikacji z drugą dorosłą osobą każdy jest odpowiedzialny za siebie.

Brzmi to sensownie, ale też jak podjęcie sporego ryzyka w relacjach.

Ja od dawna wierzę – a dzięki radykalnej szczerości się wręcz upewniłam – że najbardziej satysfakcjonujące relacje tworzę wtedy, gdy uznam, że jestem dorosła i umiem zadbać o siebie. I gdy założę, że po drugiej stronie też jest dorosły, który sobie poradzi. I to nie znaczy, że mam w dupie uczucia tej drugiej osoby. Nie. To znaczy, że ufam, że inni mają gotowość usłyszeć prawdę o mnie i że są w pełni zdolni do tego, żeby znieść dyskomfort, który może się wówczas w nich pojawić. Jeśli ktoś poczuje się zraniony moimi słowami, mam gotowość – i chcę – pozostać przy nim obecna i wysłuchać wszystkiego, co pomoże mu zadbać wtedy o siebie. Pozostanie w kontakcie i autentyczności w takiej sytuacji prawie zawsze prowadzi do pełnego przebaczenia, choć nie musi.

Mówisz o relacji z dorosłymi. Czy to znaczy, że radykalna szczerość nie ma racji bytu w relacji z dziećmi?

To zdecydowanie praktyka dla dorosłych. Relacja z dziećmi nie jest równorzędna i dzieci nie są gotowe konfrontować się z silnymi emocjami dorosłych. Brad mówi, że podnoszenie głosu w emocjach, w złości, jest OK – ale na drugiego dorosłego. Pozwala w pełni doświadczyć złości, poczuć ją, zadbać o swoje granice. Krzyk na dziecko to co innego. Na pewno to, co możemy do relacji z dziećmi przenieść z radykalnej szczerości, to uniwersalna zasada nieudawania.

W książce, o której mówimy, jest ciekawy wątek o moralizmie. Czy Brad Blanton odrzuca zasady moralne?

Brad wyraźnie rozróżnia moralizm od moralności. Moralność jest w pewnym sensie tożsama z psychologiczną integralnością. Czyli jest sytuacją, gdy postępujemy w zgodzie ze sobą, z cennymi dla nas wartościami, a nie dlatego, że ktoś czy coś na zewnątrz nas zmusza. Wartości rozumiem jako wszystko, w co wierzę, co jest dla mnie ważne, o co chcę dbać. Moralizm natomiast jest zbiorem abstrakcyjnych zasad, jakąś surową umową społeczną. To coś, co narzucam sobie i narzucam innym. Na przykład – nie będę stosować przemocy… dlatego, że mama mnie tak nauczyła? Czy dlatego, że drugi czlowiek jest dla mnie cenny?

Jak odróżnić, kiedy robimy coś, bo jest moralne, a kiedy – bo nakazuje nam moralizm?

Opowiem ci o ćwiczeniu, które robię na swoich warsztatach. Sadzam ludzi w pary. Jedna osoba ma mówić zdania, które zaczynają się od „powinnam” – wymienia je po kolei. „Powinnam mieć posprzątany dom”. „Powinnam być punktualna”. „Powinnam mieć męża”. „Powinnam schudnąć” itd. Druga osoba odpowiada na to wszystko, co słyszy: „NIE”. Następnie ten, kto słuchał, odzwierciedla te zdania i mówi: „powinnaś to, powinnaś tamto” – a pierwsza osoba odpowiada „NIE” na wszystkie swoje powinności, które teraz słyszy z ust partnera w ćwiczeniu. Z każdym zdaniem i każdym wypowiedzianym „nie” mamy prawo czuć się inaczej. Możemy poczuć ulgę, dystans do pustej zasady, która tak naprawdę nie jest „nasza”, choć jest przedstawiana jako powinność.

Wyczuwam, że jest też druga strona tego ćwiczenia.

W którymś momencie eksperymentu pada takie zadnie o powinności, z którym się utożsamiamy. Np. „powinnaś dbać o zdrowie swojego dziecka” czy „powinnaś poświęcać czas swojemu dziecku”. Gdy na to odpowiadamy „nie”, pojawia się w nas przeważnie jakiś wewnętrzny dysonans… To jest moment, gdy widać, jak utożsamiamy się z tym, co zostało wymienione jako kulturowa powinność. Czujemy, że chcemy, naprawdę chcemy dbać o zdrowie dziecka – nie dlatego, że tak trzeba. Warto robić to ćwiczenie, by przypominać sobie, co jest dla nas naprawdę ważne, i zarazem, by uświadomić, jak wiele zasad uznajemy bezrefleksyjnie, mimo że zupełnie nie są nam bliskie.

Co po takim eksperymencie, ćwiczeniu w nas zostaje?

Możemy zamienić „powinnam” na „chcę”. Chcę mówić mojemu dziecku codziennie, że je kocham. Chcę dbać o jego zdrowie. Chcę spędzać z nim czas. Albo przeciwnie – nie chcę. Nie chcę sprzątać tylko dlatego, że ktoś tego oczekuje. Nie chcę być szczupła za wszelką cenę. Z tym właśnie wiąże się dorosłość, która jest wzięciem odpowiedzialności za swoje wybory. Przestaję być ofiarą tej paskudnej rzeczywistości, w której „muszę” lub „powinnam” robić rzeczy, których nie chcę robić, ale robię. Brad powiedziałby, że to jest ciągle jeszcze adolescencja – gdy postępujemy według jakichś zasad tylko dlatego, że wiemy, że otoczenie od nas tego oczekuje. Dorosłość to samodzielne odpowiedzialne decyzje i wybory – niekoniecznie odpowiadające na oczekiwania otoczenia. Tak wybieram, bo tak chcę – i nie mogę już obwiniać rodziców, społeczeństwa, szkoły, okoliczności. Mogę zauważać otoczenie i jego reakcję i brać je pod uwagę, ale wybieram, co chcę zrobić ze swoim życiem sam – i nie obwiniam nikogo za konsekwencje swoich wyborów.

Porozmawiajmy o tym obwinianiu. Faktycznie, gdy jesteśmy bezradni, szukamy wokół siebie winnych. Mam wrażenie, że to niekiedy stały element życia rodzinnego.

To na pewno złożone i skomplikowane zjawisko, które pewnie bierze się z doświadczeń dzieciństwa. Dziś wiele dzieci doświadcza bardziej wspierającego rodzicielstwa, niż –  powiedzmy – nasze pokolenie. Jeżeli będąc dziećmi, zdarzało nam się coś zbroić – wkurzyć się i kopnąć brata, zjeść coś słodkiego za plecami mamy, stłuc wazon itd., to bardzo często doświadczaliśmy silnej dezaprobaty ze strony dorosłych. A że dzieci chcą najbardziej na świecie przynależeć i być kochanym przez mamę i tatę, to szukają powodu, który przedstawią jako zewnętrzną przyczynę swojego zachowania. Najlepiej, by był to powód, który je wybieli. Dlatego dzieci mówią „to nie ja”, „samo się stłukło”, „tak już było”, gdy coś przeskrobią. Mechanizm zrzucania, odsuwania odpowiedzialności na czynniki zewnętrzne, czasem z nami zostaje przez lata, bo pomaga w chwili porażki pozornie poradzić sobie ze złą samooceną i lękiem przed odrzuceniem. Druga rzecz wpływająca na obwinianie bliskich to tabuizacja złości w społeczeństwie. Nie jesteśmy uczeni jej wyrażania. Złość jest społecznie raczej niepożądana. Można ją okazywać, ale w bardzo ściśle kontrolowany sposób. Przestaniesz się kontrolować – to jesteś „be!”. Potrzeba trzymania złości w ryzach jest niekiedy tak silna, że nam się ulewa i przez to obrywa osoba postronna.

W książce „Radykalna szczerość” jest sporo miejsca poświęconego złości. Powiedz dlaczego.

To chyba najbardziej w naszej kulturze stabuizowana emocja. Ewolucyjnie złość służyła wsparciu w sytuacji zagrożenia, pomagała nam w ataku lub odstraszeniu wroga. Złość pomagała nam przetrwać – dlatego jest to tak silna energia, która ma wektor skierowany na zewnątrz – funkcją złości jest popychanie nas do działania. Fizjologicznie niestłumiona złość objawia się szybszym tętnem, waleniem serca, ściskiem w żołądku, zgrzytaniem zębów, napinaniem mięśni, szybszym oddechem. Gdy mamy w sobie to napięcie, a nie umiemy go ukierunkować i je tłumimy. Wektor złości bywa skierowany na zewnątrz – to zdrowe – i wówczas albo bierzemy odpowiedzialność i podejmujemy działanie, albo tworzymy w głowie historie o tym, jak źle ktoś postąpił, i przypisujemy mu winę. To wtedy powstają te wszystkie mechanizmy wkurzania się na innych, pretensji, żali. Czasami próbujemy skierować wektor złości w swoją stronę, bo wydaje nam się to bezpieczniejsze – i wtedy wpadamy w spiralę samokrytyki i rozpamiętywania, że zrobiliśmy coś źle albo coś z nami jest nie tak.

Nie wszyscy mają problem z nieokazywaniem złości. Niektórzy wręcz jej nie hamują. To też potrafi nastręczyć problemów w relacjach i funkcjonowaniu społecznym.

Tak, ta złość, o której mówisz, to furia. Złość niekontrolowana, która tak ogarnia człowieka, że mamy „blackout”.  Sposób przeżywania złości, który proponuje radykalna szczerość taki nie jest, to metoda „mindfullnessowa”, czyli bycie w złości świadomie. Furia i blackout są jej przeciwieństwem. W sytuacji, gdy już totalnie tracimy kontrolę nad swoim ciałem, rzeczy dzieją się niejako poza nami. Nasz mózg „myśli”, że jesteśmy w sytuacji zagrożenia życia, i włącza tryb „walcz lub uciekaj”. Dlatego w praktyce radykalnej szczerości uczymy się rozpoznawać sygnały z ciała, również pierwsze symptomy złości. I nie tylko złości – każdej emocji, choć Brad poświęcił w książce dużo miejsca akurat jej. Ta nauka jest dążeniem do świadomego czucia całej fizjologii przy zachowaniu świadomości, obecności. Patrząc w oczy osoby, na którą się złościmy. I mówiąc: „jestem na ciebie wściekła za to, co mi powiedziałaś”.

Mocne.

Tak. Dla wielu osób już te słowa mogą być bardzo ciężkie do powiedzenia. Odsłonięcie swojej wściekłości i wyrażenie jej słowami. Ale zauważ, że taki komunikat nie jest raniący. Nie jest personalnie o kimś drugim, tylko o osobie, która go wypowiada. To informacja o tym, jak się czujesz w związku z sytuacją. Nie ma tu epitetów, złośliwości, obwiniania, zawstydzania, ośmieszania, karania. Jest wyłącznie stwierdzenie faktu.

Co zrobić, by ta nawet świadomie przeżywana złość w nas minęła?

No właśnie: przeżyć ją. Czytałam kiedyś genialną anegdotę, w której dziecko stwierdziło, że dorośli złoszczą się brzydko, a dzieci ładnie. Czyli… że dzieci robią to miękko, wyzłoszczą się i im mija – chwilę później nie pamiętają, o co się złościły, i mogą się przytulać. Dorośli zaś potrafią wściekać się latami, złoszczą się po to, by dalej się kłócić lub w ukryciu chować do kogoś urazę. Pielęgnujemy swoje żale. Zanim nauczyłam się praktykować radykalną szczerość, sama potrafiłam wracać do przeżywana jednej złoszczącej mnie sceny latami. Metodą na to jest oczyszczenie sytuacji poprzez szczerą rozmowę i otwarte przeżycie emocji, które wiążą się z bolesną dla nas sytuacją. Konfrontacja, przeżycie jej w pełni. Dla mnie osobiście było to między innymi przeprowadzenie rozmowy z moim ojcem, w której powiedziałam mu naprawdę niełatwe rzeczy. Powiedziałam, że jestem zła za to, jak się wobec mnie zachowywał, gdy byłam mała, jak wracał do domu pijany, wyraziłam żal i złość na bardzo konkretne słowa i zachowania. Płakaliśmy. Pomogło.

Czyli metodą na złość jest doprowadzenie do jej kontrolowanego apogeum?

Brad Blanton uczył się od Perlsa, który jest założycielem psychoterapii Gestalt. Ta z kolei jest o „domykaniu figur”. Porównam to do czegoś, by nie operować zbytnio fachowym językiem. Jest tak jak z orgazmem. Dopóki go nie przeżyjesz, możesz trwać w napięciu naprawdę długi czas. A gdy się on wydarzy – napięcie erotyczne momentalnie spada do zera. Tak jest z każdą silną emocją: impuls, pobudzenie, proces, szczyt i spadek napięcia. Świadome przeżywanie emocji w ten sposób, pozwolenie na wyzwolenie energii ze złości, ale w sposób świadomy, pomaga poczuć ulgę. Zaznaczam przy tym, że wcale nie uważam, by orgazm był celem seksu. (śmiech)

Powiedziałaś, że dobrze przeżyta złość to też sposób stawiania granic innym.

Nie tylko to. Wcześnie złapana złość pomaga nam nie rozpędzić się na maksa. Zatrzymać, powiedzieć: „hej, złoszczę się, gdy tak mówisz” i uniknąć eskalacji. Tu praktyka radykalnej szczerości spotka się z NVC – szukamy tego, co możemy zrobić, żeby wnieść tę złość do kontaktu i żeby to wzmocniło relację, a nie oddaliło nas od siebie. To oczywiście trudna sztuka, wymagająca pracy nad sobą, pracy z ciałem.

Czym z perspektywy radykalnej szczerości jest perfekcjonizm?

Dla mnie jest czystym zinternalizowanym moralizmem. Czyli zbiorem zasad, które coś nam nakazują, zakazują i terroryzują nas, że coś musimy, choć wewnętrznie wcale tego nie chcemy. To jest o tym, że na jakimś etapie życia zaczynamy wierzyć, że musimy spełniać te wszystkie oczekiwania, bo jeśli nie, to… nie będziemy kochani, nie będziemy wystarczająco dobrzy itd. Można się zajechać, myśląc w ten sposób.

Ale czy to jest tylko o miłości? Czy o akceptacji też? Ja wcale nie chcę, by wszyscy mnie kochali. Ale już doceniali, lubili, czasem podziwiali… czemu nie? (śmiech)

Oczywiście, też to mam i liczę, że ten wywiad wypadnie dobrze, że ludzie dobrze o mnie pomyślą. (śmiech) To jest jedna z moich ulubionych rzeczy w radykalnej szczerości – chodzi o pełne uznanie tego, co czujemy, myślimy i czego chcemy. Przyznanie się do tego i potraktowanie tego z lekkością. Kiedy nie próbuję ukryć swojego naturalnego pragnienia bycia podziwianą i umiem się z tego śmiać, nie jest to wielki problem. Nie ma nic złego w tym, by powiedzieć szczerze: chcę być idealną mamą, bardzo boję się, że coś zrobię źle i zmarnuję mojemu dziecku życie. Takie stanięcie w prawdzie może pomóc spuścić z nas parę. Na tej samej zasadzie, mogę pójść do mojego partnera i powiedzieć mu: słuchaj, chcę być dla ciebie idealną dziewczyną. Boję się, że cię stracę, gdy odkryjesz, że nie jestem taka idealna…

To chyba wymaga sporo odwagi.

Tak. Radykalna szczerość jej wymaga. Bez tego nie ma co w ogóle sięgać po tę praktykę. Musimy mieć odwagę spojrzeć prawdzie w oczy, także prawdzie o sobie i o swoich cechach. Może nas to kosztować związek, może kosztować przyjaźń, może sprawić, że zweryfikujemy relacje rodzinne i dowiemy się, że tacy „prawdziwi” nie jesteśmy akceptowani.

Skoro przyznajesz, że coś można w drodze radykalnej szczerości stracić, to co można zyskać?

Och, można zyskać całkowicie inną, kolosalnie lepszą jakość relacji. Życie bez stresu – tego nagminnego, związanego z lękiem o ocenę, o krytykę. Życie w zgodzie ze sobą. Spokojny sen i radość. Po prostu lepsze życie.

Dziękuję za rozmowę.

*Katarzyna Mitschke — związana z wydawnictwami Natuli i Mocja pedagożka, polonistka, trenerka komunikacji. Współtworzyła jedną z pierwszych szkół demokratycznych w Polsce. Od kilkunastu lat doskonali sztukę uważnego, empatycznego towarzyszenia dzieciom i dorosłym. Prowadzi konsultacje indywidualne oraz warsztaty dla rodziców i pedagogów, pisze o edukacji i komunikacji. Pomaga rozwiązywać konflikty, podejmować decyzje dotyczące edukacji, wspiera rodziców w budowaniu relacji bez kar i nagród oraz w komunikacji opartej na potrzebach.

*

Materiał powstał we współpracy z wydawnictwem Mocja x Natuli. 

 

378245816_332603779150884_6321383654448600525_n-1.jpg

Powiązane