Co się dzieje, kiedy po wyidealizowanym obrazie macierzyństwa zderzamy się z trudną rzeczywistością? Dlaczego bierzemy na siebie więcej, niż możemy udźwignąć? Skąd mamy wiedzieć, co nas uratuje?
Ewelina Kosmal, projektantka mody, zanim została mamą, prowadziła własną markę modową, ubierając kobiety w efektowne, inspirowane rzeźbiarstwem kreacje. Początki macierzyństwa były dla niej dużym testem, ale i impulsem do zmiany myślenia o sobie, o modzie, o własnym biznesie. Przeczytajcie historię o nadziei, rozczarowaniu i o wielkim powrocie – przede wszystkim do samej siebie.
Zawsze chciałaś być mamą?
Nie wiem, czy myślałam o tym, mając lat 20-25, kiedy byłam bardziej nastawiona na karierę, ale gdzieś w okolicy 28-29 roku życia to pragnienie samo przyszło, i było to dla mnie zupełnie naturalne.
Jak sobie wtedy wyobrażałaś swoje macierzyństwo?
Pierwsze słowo, jakie mi się nasuwa to: nierealnie. Myślałam, że będę mamą, która będzie przeszczęśliwa, łagodną i cierpliwą, a mnie i moje dziecko będzie opływał dobrostan. Chyba po prostu karmiłam się obrazami, który widać w mediach. I chyba wiele z nas tak ma. Dopóki nie zderzymy się z rzeczywistością, niektórym pewnie trudno wyobrazić sobie, że mogłoby być inaczej. Teraz to się zmienia, coraz więcej matek mówi o cieniach macierzyństwa, o tym, jak rodzicielstwo może naprawdę wyglądać. Oczywiście, te fajne chwile też przeżywałam – ale moje wyobrażenia o macierzyństwie nie miały wiele wspólnego z tym, z czym musiałam się zmierzyć.
Czy myślisz, że ten idealny obraz macierzyństwa jest jakąś potrzebą, marzeniem? Może po prostu śnimy o łatwych, bezbolesnych zmianach?
Porównałabym to do planowania podróży: spodziewasz się przygód, emocji i ogólnie miłych doświadczeń. Raczej nie nastawiasz się na przeżywanie hardkorowych sytuacji, tylko na dobrą zabawę, fajny czas. I z tym nieznanym, jakim jest pierwsze dziecko, jest podobnie. Niby wiesz, że może być różnie, ale wolisz myśleć, że przejdziesz przez wszystko „suchą stopą”.
No właśnie, a przecież pamiętamy nasze mamy i ich zmagania – nie wiem, jak ty zapamiętałaś to z własnego dzieciństwa, ale im jesteśmy starsze, tym bardziej te cienie mogą nas straszyć.
Jestem trzecią, najmłodszą córką i kiedy się urodziłam, moja mama musiała być już mocno „otrzaskana” z tym rodzicielstwem. W dodatku moje siostry są ode mnie sporo starsze: jedna o dwanaście, a druga o siedem lat, tak więc w czysto opiekuńczych czynnościach na pewno miała ich wsparcie.
Ale musiało jej być ciężko: jako nauczycielka plastyki pracowała w dwóch szkołach i łączyła to z opieką nad nami. Pamiętam, że ogarniała wszystko, bez słowa skargi. I to na pewno mnie nie przygotowało do mierzenia się z macierzyństwem – bo ona sobie ze wszystkim radziła, a ja do tej pory nie wiem, jak ogarnąć pewne rzeczy. Podejrzewam, że nawet dzisiaj nie wyciągniemy takich opowieści od naszych rodziców. Słyszymy: no, robiłam, bo trzeba było.
I to w czasach niedoboru!
Dokładnie. Być może ratowało je to, że nie narzucały sobie tej presji związanej ze świadomym macierzyństwem, jak rodzicielstwo bliskości, w którym ja staram się wychowywać synka. Nie chcę powiedzieć, że moja mama nas nie wychowywała w tym duchu, bo była – i jest – bardzo czułą, ciepłą osobą. Po prostu robiła to intuicyjnie i nie zaprzątała sobie tym głowy tak, jak my. A my analizujemy i obarczamy się poczuciem winy, często niepotrzebnie poddając się presji.
Same jesteśmy dla siebie najbardziej wymagające.
Tak, korzystamy z wielu źródeł, dokształcamy się, ale emocjonalnie bywa to obciążające, bo zasoby są ograniczone, trudno nam tym gospodarować. Kiedy byłam mała, to najważniejsze było, żeby dziecko było czyste, ubrane, najedzone, wyspane – dalej mogło sobie radzić samo. Dzisiaj dochodzi do tego uważność na potrzeby dzieci, na jego emocje, bez czego nie wyobrażam sobie bycia rodzicem, ale przyznaję – czasem jest ciężko. Gdyby nasze mamy myślały jeszcze o tym, to chybaby oszalały!
Moja mama, która miała czwórkę dzieci, jedno po drugim, dzisiaj sama przyznaje, że nie wie, jak dawała sobie radę. Doszłyśmy razem do wniosku, że chyba dość często działała w trybie przetrwania, na automacie.
Gdy słucham takich opowieści albo gdy widzę dziewczyny z dziećmi z tak małą różnicą wieku i próbuję sobie wyobrazić siebie w podobnej sytuacji, to nie wiem, czy bym dała radę. Z drugiej strony, tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono – możliwe, że mój strach jest na wyrost. Może bym to dźwignęła, tylko pytanie: jakim kosztem? Dla mnie to jest bohaterstwo. Zwłaszcza że w naszym społeczeństwie matki zwykle nie umieją prosić o pomoc: samodzielność, zaradność i ogarnięcie jest wyznacznikiem tego, że jesteś dobrą mamą. A ja uważam, że to jest trudne. Według mnie to często ciche superbohaterki codzienności.
Są takie dni, kiedy świat na ciebie krzyczy, że jesteś beznadziejną matką: to te dni, kiedy wszędzie się spóźniasz, wszystko leci z rąk, a dziecko jest, generalnie, na „nie”.
Zdaję sobie sprawę, że jako mama jednego dziecka, i to ponad pięcioletniego, jestem już w dużo łatwiejszej sytuacji niż mamy wielodzietne albo mamy noworodków, które dopiero zderzają się z tą nową rzeczywistością. Ale z drugiej strony, zdecydowałam się na postawienie nowej marki…
…która jest drugim dzieckiem, i to mówiącym w innym języku…
…i wymaga sporo nakładów mojej pracy, przy całej radości, jaką mi to daje.
Co macierzyństwo zrobiło twojej pracy? Przerwałaś pracę, gdy urodziłaś Jeremiego?
Przerwałam jeszcze w ciąży. Branża mody jest stresogenna, a ja stanęłam przed wyborem: zero stresu i dziecko albo stres i zero dziecka. Zdecydowałam się na zawieszenie mojej marki [Ewelina Kosmal – przyp.red.], i to nawet bez żalu. Cieszyłam się wtedy, że po wielu latach starań zaszłam w ciążę, dziecko stało się moim priorytetem. Wydawało mi się, że po roku od porodu wrócę do pracy.
I jak wyszło?
Nie udało się. Karmiłam piersią, więc to mocno ograniczało ewentualne wyjazdy, żyję w małym mieście, więc żeby zrobić cokolwiek – wybrać tkaniny czy zlecić uszycie projektów – muszę stąd wyjeżdżać, do hurtowni czy szwalni. Z rocznym dzieckiem to było dla mnie nie do ogarnięcia. Ja ledwo, zwłaszcza przez pierwsze 1,5 roku, ogarniałam codzienne życie z Jeremim, a co dopiero balansowanie pomiędzy domem a pracą.
Paradoksalnie mimo tego, że Jeremi był dzieckiem wyczekanym, a macierzyństwo – wymarzoną rolą, to jego pojawienie się na świecie było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Czułam się, jakbym się znalazła na innej planecie. Miałam przy sobie małe, bezbronne, całkowicie ode mnie zależne dziecko – i wtedy nie byłam w stanie uwierzyć, że to minie, on podrośnie i będzie coraz łatwiej.
Macierzyństwo nas wrzuca w tu i teraz, dosłownie. Walczymy tak, że inna przyszłość jest zbyt abstrakcyjna albo zbyt odległa.
I wydaje ci się, że już zawsze tak będzie. Dokładnie takie miałam myśli: Boże, ja już nigdy nie będę sama. Wszystko robisz z dzieckiem: nosiłam go albo wkładałam do bujaka i tak byłam z nim w toalecie, w kuchni, wszędzie. I pamiętam to pytanie w głowie: jak ja w ogóle będę pracować?
A ja kocham swoją pracę, uwielbiam projektować, więc bardzo tęskniłam za pracą. Ale przez to, że odpowiadam za bardzo wiele obszarów w mojej firmie, nie tylko za projektowanie, zdawałam sobie sprawę, że sama tego wszystkiego nie ogarnę. Podjęłam próbę powrotu – dostałam zlecenie na zaprojektowanie kolekcji dla firmy wnętrzarskiej – i to było ostatnie zlecenie, jakie zrealizowałam pod marką Ewelina Kosmal. Nie tylko dlatego, że sama praca mnie przerosła – Jeremi miał półtora roku, ciągle go podrzucałam babciom i doszłam do wniosku, że nie chcę tego robić. Nadal nie wiem, czy to chodziło bardziej o mnie, czy o niego, ale postanowiłam posłuchać intuicji.
Zrozumiałam jednak, że chcę robić coś, co komuś będzie potrzebne, i stworzyłam niewielką kolekcję recyklingową. Wtedy jeszcze karmiłam i ten pomysł sam do mnie przyszedł – że chciałabym robić ubrania dla dziewczyn, które naprawdę tego potrzebują.
Tak powstała Rocket Mama.
Nazwa wzięła się od tego mojego poczucia wystrzelenia, znalezienia się w zupełnie innym kosmosie.
Ubranie jako bilet powrotny?
Tak, chciałam dać tej zmęczonej, niewyspanej, niekoniecznie zawsze szczęśliwej mamie powód do tego, żeby poczuła się lepiej. Żeby nie musiała się zastanawiać, w co się ubrać, ani nawet czy chce wyglądać dobrze – moim zadaniem jest sprawić, żeby zawsze wyglądała dobrze. Wymyślić to ubranie tak, by pasowało do wszystkiego, było wygodne i funkcjonalne oraz żeby robiło wrażenie. Żeby każda z nich pamiętała, że mimo zostania mamą nadal jest tą samą dziewczyną. Mówię o tym, bo sama miałam wrażenie, że kiedy urodził się mój synek, wszyscy postrzegali mnie tylko przez pryzmat macierzyństwa, a ja potrzebowałam powiedzieć: „Hej, jestem tam, jestem tam jeszcze. Zmieniłam się, ale to nadal ja – ta sama dziewczyna”.
Tego właśnie potrzebowałam – i nie chodziło o projektowanie – tu była potrzeba emocjonalna. Potrzeba zaopiekowania się tym, czym nie zaopiekowałam się wtedy, gdy sama przez to przechodziłam.
Moje ubrania do karmienia były jakąś totalną improwizacją, bo te, które zostały jako takie zaprojektowane, nie spełniały moich oczekiwań albo wcale nie były wygodne, chociaż miały być.
Ja też miałam ogromnym problem z tym, jak te ubrania w ogóle były wykonane, skrojone, jak leżały, jak były wykończone. Jeśli już coś kupowałam, to przerabiałam. Wróciłam do ubrań z moich kolekcji, głównie tych otwieranych z przodu.
Karmiłaś wszędzie?
Z początku miałam takie uczucie skrępowania, zasłaniałam się albo szukałam zacisznego miejsca (choć to bardziej ze względu na Jeremiego). Ale karmiłam dwa i pół roku, więc po jakimś czasie było mi totalnie obojętne, czy ktoś na mnie patrzy.
Zdarzały mi się sytuacje – jak karmienie w autobusie miejskim – gdy czułam dyskomfort. Dziwię się, że postronni w takich sytuacjach, z czystej życzliwości, nie odwracali wzroku. Przecież to jest sytuacja konieczna i zupełnie naturalna, choć w gruncie rzeczy – intymna. Potem zaczęłam się przygotowywać na taką ewentualność i zakładałam kołnierzyki, które są elementem kolekcji Rocket Mama.
Wspomniałaś, że długo staraliście się o dziecko. Jak sobie z tym radziłaś?
Tak, to były lata walki, przeszliśmy przez in vitro i różne inne terapie. Wszyscy specjaliści powtarzali, że nie ma przeciwskazań ani przeszkód do tego, żebym zaszła w tę ciąże i urodziła zdrowe dziecko, choć – dziś to widzę – nikt nie podchodził do mojego problemu holistycznie. Wpadłam w depresję,
Ostatni transfer, który się nie udał, zbiegł się z zaproszeniem do wzięcia udział w prestiżowym wydarzeniu charytatywnym w ambasadzie RP w Paryżu – więc uciekłam w pracę. Podjęliśmy z mężem decyzję, że przerywamy terapie i starania, ja po prostu musiałam przestać myśleć o tym, że nie zachodzę w ciążę. Po tej imprezie w Paryżu postanowiliśmy wyjechać na miesiąc z plecakami do Wietnamu, taki reset, odpoczynek. Ta walka trwała z siedem lat i nie miałam już siły. Żyłam z nadzieją, która stała się dla mnie toksyczna, pochłaniająca radość z całej reszty mojego życia; moje ciało miało dość. Podróż i reset mi to uświadomiły.
Odpuściliście.
Tak, a kiedy wróciliśmy, czułam się pogodzona z myślą, że może nie zostaniemy rodzicami. Że może adoptujemy dziecko, że jakoś sobie to życie urządzimy. Bo szkoda mi było tracić to, co jest teraz w moim życiu fajne i dobre.
Wróciliśmy w styczniu, a ja w maju już byłam w ciąży. Bez hormonów, leków. W ciąży czułam się nieźle, byłam przeszczęśliwa, choć musiałam przestać pracować. Stąd pewnie też ten idealny obraz macierzyństwa – bo było takie wyczekane. W tym samym czasie trzy z moich dobrych koleżanek też były w ciąży, więc przeżywałyśmy to razem, odwiedzałyśmy się wzajemnie.
Uznałaś, że najgorsze już za tobą.
A potem okazało się, że najgorszy był zupełnie irracjonalny lęk, nad którym nie byłam w stanie zapanować, lęk o moje dziecko. Przeżyłam ogromny szok, może dlatego, że ciąża przebiegła tak łagodnie… Pierwszy rok był najtrudniejszy, ale tak naprawdę ten lęk mnie opuścił mniej więcej wtedy, gdy Jeremi miał 2 lata.
Z czym walczyłaś w początkach macierzyństwa?
Nie umiałam odpuścić, nie umiałam wyluzować, bardzo się skupiłam na obowiązkach. Teraz to widzę i widzę to w innych matkach. Mogę im mówić, że mogą nie dopinać wszystkiego na ostatni guzik, że przesunięta o jakiś czas drzemka to nie koniec świata. Ale wiem, że dopóki sama tego nie zrozumiesz, to wydaje ci się to nie do przejścia.
Co ci wtedy pomogło? Długo to trwało?
Odwiedziła mnie przyjaciółka, która ma dzieci starsze od mojego Jeremiego. Zobaczyła mnie w tej rozpaczy pt. „Ja nie ogarniam” i powiedziała mi: „Ewelina, ale ty ogarniasz. Po drugie, to minie. I po trzecie, wróć do pracy!”. Jeremi miał dwa i pół roku, a ja zrozumiałam, że muszę wrócić do siebie.
Ale winię za to przede wszystkim obrazy, którymi się karmimy.
Wracamy do tego tematu.
Bo to jest mocne. I nie wiem, czy to się zmieni, bez zmiany w przestrzeni publicznej, na przykład w reklamach. Że z komunikatem o tym, jak dużo daje macierzyństwo, będziemy widzieć też ten o tym, jakim wyzwaniem ono jest, ile zmienia. Że będziesz i superbohaterką, i superluzerką, i to jest OK, każda tak ma. Dużą część naszego życia chłoniemy ten wyidealizowany obraz nieświadomie i potem – tak myślę – już czekając na dziecko, szukamy właśnie takich obrazów, więc one się powielają.
Kiedyś kobiety miały zajmować się tylko tym, więc należało je karmić jakąś kuszącą obietnicą. To jest wasz cel, a ta sielskość jest nagrodą.
A nagrodą jest ciężka harówka, bo dochodzi do tego zarządzanie domem, twoja własna praca, twój czas dla siebie. Przeczytałam niedawno książkę „Chłopki” [„Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak – przyp. red.] – to jest opowieść o zupełnie nieodległych czasach naszych babć i do pewnego stopnia naszych mam, bo to były ich wzorce. Te kobiety nie miały skrawka chwili dla siebie, cały ich dzień był wypełniony pracą, przede wszystkim dla kogoś. Tak funkcjonowały kobiety od pokoleń. Myślę, że nieświadomie powtarzamy te wzorce.
Nic dziwnego, że my z taką łatwością, naturalnością przyjmujemy na siebie więcej, niż możemy dźwignąć.
I gdzie jest ta część dla ciebie? Co by to mogłoby być? Czy to musi być produktywne? Bo kiedyś myślałam, że taką częścią dla mnie jest moja praca, ale tam jest zbyt wiele obszarów, które zaspokajają czyjeś – poza moimi – potrzeby. Mam duży problem z tym, żeby wykroić czas dla siebie i nie rezygnować z niego na rzecz bieżączki, opóźnionych zadań i tak dalej.
Jak wyglądał twój powrót do pracy?
Cudownie, ja tylko na to czekałam. Uwielbiam moją pracę, kocham to robić! Wróciłam z poczuciem ulgi, wróciłam do siebie. Tamten etap, początki macierzyństwa, to było moje rodzenie się jako matki – nie znałam siebie w tej roli, więc nie wiedziałam, kim jestem. A kiedy wróciłam do pracy, okazało się, że nadal jestem sobą i że w końcu mogę, znowu, robić to, co kocham robić najbardziej na świecie, to, co umiem. Miałam poczucie, że wiem, co robię. I teraz, będąc mamą, mając swoją markę i w dodatku poczucie misji, cel, mogę i chcę to powiedzieć: jestem szczęśliwa.
Spełniona.
I to bardzo – moja poprzednia marka działała w inny sposób. Te projekty cieszyły i zachwycały, ale miały inne przeznaczenie. Teraz jestem jakoś bliżej ich użytkowniczek, napotykam inne wyzwania, moje ubrania mają zachwycać i cieszyć, ale na takim bardzo codziennym poziomie. To jest trudne, ale jest też wspaniałe!
Jak pracujesz nad kolekcją? Jaki to jest model – co ile proponujesz coś nowego?
W zasadzie raz na rok, na wiosnę. Pracuję nad dwoma modelami i ich różnymi wersjami materiałowymi i często w tych różnych wersjach trzeba się przyjrzeć, żeby zobaczyć, że to ten sam projekt. Zanim kolekcja pojawi się na stronie internetowej, projekty jeżdżą ze mną na targi, gdzie mogę na żywo sprawdzić, co się podoba, czego klientki szukają. Taki crush test – i to się sprawdza.
Do tego jest jeszcze mała kolekcja, która pojawia się zimą. Głównie szyję sukienki. Najczęściej eksperymentuję z printami, kolorami.










