Tulenie Kai

Ląd to mój azyl

Błękit basenu, falująca mozaika pod taflą wody, plusk i orzeźwienie. A może stoi za tym coś więcej niż beztroska kąpiel? Zamykasz oczy, bierzesz głęboki wdech i nurkujesz. Pod wodą czas się rozleniwia, serce spowalnia swój rytm. A może właśnie przyspiesza, bo wodny żywioł to dla ciebie wspomnienie osobistej historii z dzieciństwa?

Lipcowy relaks wpisuje mi się ochoczo w malarstwo Oli Hońko, choć malowanie w asyście dwójki małych dzieci owym relaksem pewnie nie jest. Ola świetnie organizuje swój czas, a macierzyństwo nie przysłania jej artystycznych pasji. W ramach spotkań z serii #Tuleniewtula towarzyszę dziś jej w domowej pracowni oraz galerii w rodzinnym Elblągu. Za oknem 30 stopni, przede mną kusząca wizja schłodzenia się w zimnej wodzie basenu – gdyby tylko obrazy Oli mogły ożyć. Seria Basen to prace, które z jednej strony czynią z wody bohatera, a z drugiej zostawiają mnie z lekkiem niepokojem. Może dlatego, że mam lęk przed nurkowaniem? O wodzie, malowaniu z dzieckiem w nosidle i żywiołach rozmawiam dziś z Olą. Ja bezpiecznie pomoczę nogi.

 

*

Ola, patrzę na twoje obrazy i z jednej strony chcę wskoczyć dla orzeźwienia do basenu, a z drugiej strony jestem blisko mojego osobistego lęku nurkowania. Zanurzanie się pod wodą, niepewność wynurzenia, to uczucie, gdy braknie tchu. Czy zdarza ci się, że ktoś widzi w twojej serii Basen też zagubienie czy niepokój?

Spotykam się z wieloma różnymi opiniami na temat moich obrazów. Większość z nich to skojarzenia z orzeźwieniem, wakacjami, sportami wodnymi, refleksami na wodzie itp. Ale kilka osób zwróciło uwagę na pewien niepokój. Gdy początkowo malowałam mojego męża pod wodą, w ogóle w założeniach nie miałam realizacji własnych lęków. Myślę, że tego rodzaju odczucia pojawiły się jakieś dwa lata później, kiedy na obrazach pojawiam się ja i moje emocje. Może z początku bardzo nieświadomie, ale z czasem rzeczywiście naznaczyłam je swoją emocjonalną historią. 

To wspomnienie związane z wodą, ze szkolnym basenem?

Pochodzę z mniejszej miejscowości i dostęp do basenu był ograniczony. Rodzice spełniali większość moich marzeń, a jednym z nich była jazda konna. To wśród koni spędzałam prawie codziennie popołudnia. Woda… z wodą nie mam dobrych wspomnień z tamtych czasów. Topiłam się w jeziorze i to zdarzenie pozostało na długo w mojej głowie. To uczucie, kiedy nie możesz złapać oddechu, poczucie zamknięcia, ograniczenia… bardzo odważnie skoczyłam wtedy na głęboką wodę. Minęło wiele lat, zanim weszłam do otwartego akwenu. Do Bałtyku nie wchodzę w ogóle! Właściwie nie umiem dobrze pływać.

Przekładasz lęki na płótno.

Tak, nie ufam wodzie, czuję do niej duży respekt, który mam wrażenie można wyczytać z moich obrazów. Postać kobieca często zanurzona jest połową twarzy w wodzie. Oczy przeważnie ze spokojem patrzą w stronę lądu. Ląd to mój azyl. Woda generuje we mnie lęki, ciekawość, zajmuje moją głowę, ale bliżej mi do ziemi i powietrza. Pomiędzy nimi czuję swój balans, zachowuję równowagę. Coś jakby pomiędzy bujaniem w obłokach, i spokojnym oddechem, a twardym stąpaniem po ziemi. 

A dlaczego akurat basen, przestrzeń zamknięta? Nie bezkres oceanu, morza – one dają większą wolność.

Cały cykl moich obrazów nazwałam POOL/BASEN, ale projekty wykonuję zarówno w otwartej wodzie, jak i basenach. Patrząc na względy estetyczne, te basenowe zdjęcia wychodzą dużo lepiej. Projekty powstają zazwyczaj podczas naszych rodzinnych wakacyjnych wyjazdów. Autorami zdjęć do obrazów jest mój mąż Przemek oraz ja sama. To kawał ciężkiej i mozolnej pracy. Gimnastyki w basenie i szukanie odpowiednich kadrów o właściwej porze dnia. 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Czy mimo tego, że nie wchodzisz do Bałtyku, nadmorskie miejscowości są na liście twoich wakacyjnych destynacji?

Nie wyobrażam sobie wakacji bez wody. Wiec zdecydowanie takie destynacje wybieramy. Dużo podróżujemy. Podróżowaliśmy już zanim pojawiły się dzieci. A jak już się pojawiły, to nie przewróciły naszego życia do góry nogami. To są już inne wakacje, ale nadal przyjemne, tylko inaczej. Kiedyś szukałam w podróżach własnych doznań, zaspokajałam swoje potrzeby i ciekawość dorosłego człowieka. Teraz, jako rodzic, staram się pokazać ten świat dzieciom. Podróże mają dla nas wartość edukacyjną – są poznaniem języków, kultur, smaków, zapachów, różnic i skali. Czasami tęsknię za beztroskim leżeniem na leżaku z książką, obok drink z parasolką, czasem przymknę oczy, odpocznę. Jak to się mówi: dawno i nieprawda (śmiech).

Marzą się wam Hawaje? 

Pewnie! Hawaje to jedno z naszych największych marzeń. Próbowałam surfingu, ale to było dawno i nie porwało mnie wtedy. Teraz z chęcią bym spróbowała jeszcze raz, bo dostrzegam w tym frajdę i flow. Wiec mam nadzieję, wszystko przede mną. Tuż przed pierwszą ciążą odwiedziliśmy Zanzibar. To długa historia, bo Zanzibar wymarzył mi się po przeczytaniu książki „Dom na Zanzibarze” autorstwa Doroty Katende. Napisałam do Niej maila, odpisała. I tak zaczęła się nasza podróż. Wszystko organizowaliśmy na własną rękę, i to była największa frajda. Ominęliśmy hotele i kurorty. Zależało nam na poznaniu ludzi, którzy żyją inaczej. Ta podróż zmieniła coś we mnie. Dużo wtedy myślałam o pojęciu szczęścia. To była nasza jedyna podróż, podczas której nie powstały projekty do obrazów. 

To czym jest to szczęście dla ciebie?

Może zacznę od tego, że lubię być i mieć. Od zawsze lubiłam się otaczać ładnymi rzeczami. Możliwe, że wynika to z moich estetycznych potrzeb, nie wiem. W Afryce spojrzałam na potrzeby z zupełnie innej perspektywy. Ludzie tam żyją wolniej i beztrosko, ważne są dla nich relacje z ludźmi, szczególnie te rodzinne. To właśnie dokładnie kilka dni po powrocie z Zanzibaru zaszłam w ciążę z pierwszą córką. Rodzina to dla mnie całe szczęście. Cała reszta to tylko dodatek! 

Bycie malarką przy dwójce małych dzieci – nie jest łatwo. Jak organizujesz sobie czas? Tula jest w tym pomocna?

To jest trudne, ale możliwe. Nie mam zamiaru się tu idealizować i pokazać jaką to jestem superwoman. Codziennie wstaję z niepewnością czy podołam w realizacji założonych celów na dany dzień. Przedszkole, kocham cię! Starsza córka Maja uczęszcza do pobliskiego przedszkola. To pozwoliło mi prawie całą drugą ciąże spędzić przy sztaludze codziennie od godziny 8 do 14. Teraz w tym czasie zazwyczaj maluję z Kają w nosidełku, lub jak już w tym nosidełku zaśnie (a zasypia szybko), odkładam ją do łóżeczka. To bardzo ułatwia mi prace. Malując z Kają w nosidełku mam dwie wolne ręce i mogę się swobodnie poruszać przy sztaludze. I że ja na to nie wpadłam jak Maja się urodziła! 

Namalowałaś jakiś obraz z małą w nosidełku?

Tak! Kaja ma teraz 2.5 miesiąca. Obraz który obecnie maluję, to właściwie malujemy obydwie!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Wizerunek artysty: samotny w pracowni, skupiony nad pracą. Ty: malowanie w przerwie na drzemki lub z córką u boku. Trudniej jest o inspirację do pracy artystycznej odkąd jesteś mamą? 

Zupełnie nie pasuję do stereotypowego wizerunku artysty. Jestem twardo stąpająca po ziemi, z reguły rozsądna i kalkulująca. Cenię sobie punktualność, obowiązkowość, systematyczność. Lubię zasady i granice. Lubię planować, realizować. Stąd może łatwiej jest mi organizacyjnie. Dzieci nie są dla mnie przeszkodą w artystycznych działaniach. To nie jest tak, że rodzi się dziecko i ja cały swój świat temu podporządkowuję. Dlaczego nie może być inaczej, odwrotnie? Wychodzę z założenia, że moje dzieci poniekąd muszą odnaleźć się w moim świecie, dostosować się, zrozumieć. Dlatego może jakoś to się udaje – maluję, chyba nawet jeszcze więcej i lepiej. Tak czuję. Ale żeby nie było tak kolorowo, to nie zawsze jest mi łatwo i z górki. 

Wróćmy do żywiołów. Podobno twój mąż lata. On powietrze, ty ląd?

Mój mąż pracuje w Lotniczym Pogotowiu Ratunkowym. Jest ratownikiem medycznym. Z tego względu często go nie ma domu nawet po kilka dni z rzędu. Często się śmieję, że ja to jestem prawie jak samotna matka wychowująca obecnie dwójkę dzieci (śmiech). Żart żartem, ale czasami jest mi naprawdę bardzo ciężko. Mam za sobą liczne nieprzespane noce, czasem kilka pod rząd. Ale chyba nie różni mnie to od wielu innych mam. A jaki żywioł bym przypisała mojemu mężowi? Raczej nie powietrze. Jak już, to bardziej wodę. Jesteśmy inni, różni. Inaczej realizujemy się zawodowo, inaczej reagujemy na bodźce, mamy inne pasje, ale za to wspólny front w wychowywaniu dzieci. Może to tak jest, zgodnie z powiedzeniem, że ludzie w związkach się uzupełniają. Może wymieszanie żywiołów pozwala nam zachować równowagę. 

Niech zgadnę żywioły dzieciaków…

Maja to na tę chwilę chyba ogień (śmiech). Poczekam, aż charaktery się trochę ukształtują. 

Nad czym teraz pracujesz? Czy tajemnicza postać z basenu wyjdzie na ląd i rozpocznie zupełnie nową serię?

Myślę, że mogę tak o sobie powiedzieć, że mam dobry warsztat. Włożyłam w to wiele lat pracy i nadal się rozwijam. Taki warsztat pozwala mi na podjęcie prawie każdego tematu. Mogłabym malować swoje lub cudze dzieci, łąki i lasy, kotki i jelenie…W moich obrazach jest jednak pewna konsekwencja. To jest opowieść, to moje emocje, moje lęki i fascynacje. Daleko mi do komercyjnych zapędów twórczych. Maluję moją historię. Sama ją stworzyłam. Mam poczucie, że jest żywa, że wielu odbiorców ją śledzi i czeka na następny rozdział. Nie przerzucę się nagle z dramatu na romans. 

 

Ale jest też czas na relaks? Zakończmy może planami wakacyjnymi?

Ojej. Ten rok to nowe wyzwania. Nasza podróż aktualnie przyjęła formę przeprowadzki na większy metraż z racji powiększenia rodziny. Nie jest daleka, bo przeprowadzamy się 300 m od obecnego lokum. Ale jak tylko się przeorganizujemy, to na pewno ruszymy w świat. Pewnie gdzieś w Europę, lub bliskie miejsca innych kontynentów, bo z dwójką musimy najpierw wejść we wprawę! Na pewno zabierzemy ze sobą nosidełko Tula, bo już teraz widzę jaka to wygoda i spore ułatwienie. 

Przeprowadzka to też jak najbardziej forma podróży. Dziękuję wam za to spotkanie!

*

Po raz kolejny w naszej serii #Tuleniewtula. poznaję kobietę, której macierzyństwo nie przysłania życiowych pasji. Wręcz przeciwnie – uzupełnia je. Trud bycia mamą motywuje do dalszych poszukiwań, poszerzania pola widzenia. A lęki i niepokoje, jeśli się w nie dobrze wsłuchamy, potrafią inspirować.

 

Ola używa w sesji nosidła Tula z serii szytych ręcznie nosideł Signature.

Materiał powstał we współpracy z marką Tula.

Dziękujemy Centrum Sztuki Galeria w Elblągu za pomoc w realizacji sesji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.