fotorelacja podróże z małymi dziećmi

Toto w Afryce, czyli rodzinny wyjazd do Kenii

W relacji Martyny i Pawła

Toto w Afryce, czyli rodzinny wyjazd do Kenii
Paweł Dyzio Włazewicz i Martyna Krasnodębska

Kiedy byłam w ciąży, mój chłopak zapytał, czy chciałabym urodzić naszą córkę w Kenii. Krystyna przyszła na świat w Warszawie, ale swoje pierwsze urodziny obchodziła właśnie tam.

Od kilku lat nasz znajomy, który prowadzi fundację pomocy dzieciom w Afryce, zachęcał nas do przyjazdu, jednak nigdy nie był to odpowiedni czas. Wszyscy wiemy, że zima bywa upiorna, dlatego mój chłopak Paweł Dyzio – reżyser filmowy, a jeśli trzeba to również operator – i zapalony podróżnik, Martyna, czyli ja, architekt wnętrz, ceramik i twórczyni marki MUN design, oraz nasza córka Krysia, wtedy jeszcze 11-miesięczna, postanowiliśmy wyprowadzić się z Warszawy na wieś, a tydzień później siedzieliśmy już w samolocie.

Kenia to dla mnie wspomnienie dziecięcych fantazji i programów przyrodniczych puszczanych regularnie w polskiej telewizji, oglądanych z rodzicami w każdy weekend. Słonie, gepardy, lamparty i ukochane surykatki. Marzenie, iluzja. Kiedy wracam do niego myślami, czuję błogie ciepło domowego ogniska.

Afryka hipnotyzuje. Straszą nas chorobami, złą sytuacją polityczną, atakami terrorystycznymi czy rabunkami. Oczywiście, jak wszędzie na świecie, trzeba mieć głowę na karku i dużo rozsądku, plus respektować obowiązujące zasady. Dzikość i bliskość z Matką Naturą niesamowicie wciąga. Dziewicze rejony, które pozostają niezmienne od lat, mimo cyfryzacji, postępu technologicznego i rozwoju turystyki, zachwycają nas tak samo jak pierwszych odkrywców Czarnego Lądu. W bardziej ubogich regionach ludzie walczą o przetrwanie, jednak znajdują miejsce na uśmiech na twarzy i ciekawość wobec przybyszów.

Kenia zaskakuje swoją różnorodnością i skrajnościami – z jednej strony ocean, góry, dalej bezkresne pola herbaty (Kenia jest jednym z najwiekszych eksporterów herbaty ma świecie), a kilkanaście kilometrów dalej – susza i pył.

Przygotowania

Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Wiele razy słyszeliśmy, że podróż z małym dzieckiem do Afryki jest nieodpowiedzialna. My kierowaliśmy się intuicją, mając za sobą podróżnicze doświadczenia z poprzednich lat z Afryki Zachodniej, jednak wtedy jeszcze bez Krysi. W Kenii jesteśmy po raz pierwszy, a pisząc ten artykuł, powoli myślimy już o powrocie. Szybko minęło to pół roku.

Ważne, aby nie robić niczego wbrew sobie, a w zgodzie z tym, co czujemy. Dzieci chłoną nasze emocje jak gąbka i to od nas zależy, przynajmniej na początku, jaki świat widzą. Pamiętajcie, że jeśli podróż do Kenii mogłaby dla was być związana z niekończącym się stresem, to może lepiej wybrać inną destynację, która da wam wolność umysłu.

Ubezpieczenie to podstawa. Nie rezygnujcie z niego nawet przy krótkim wyjeździe. Nas uratowało wielokrotnie. Bezproblemowo otrzymywaliśmy zwrot pieniędzy w ciągu 3-4 dni po każdej wizycie w miejscowym szpitalu. Inna flora bakteryjna może wywoływać różne infekcje, które nie są groźne, ale wymagają konsultacji. Nowy Rok przywitaliśmy w poczekalni, tylko słysząc fajerwerki. Krysia z bardzo wysoką gorączką trafiła na badania, między innymi w kierunku malarii, co jest tutaj standardem. Ostatecznie była to niegroźna infekcja wyleczona w ciągu kolejnych dwóch dni. Inny przypadek: poparzenie meduzą, czyli dość rzadka sprawa. Konsultacja, maść i po kłopotach. Ubezpieczenie naprawdę daje ogromny spokój.

Trzy lata wcześniej, wyruszając do Afryki po raz pierwszy na pół roku, z pewną dozą niepewności, chcieliśmy być przygotowani na różne możliwości – nie wiedzieliśmy, dokąd ostatecznie dotrzemy. Zgłosiliśmy się do szpitala zakaźnego, gdzie po konsultacji z lekarzem medycyny podróży dostaliśmy listę szczepień, w tym na żółtą febrę, bez którego nie wjedzie się do niektórych państw afrykańskich. Tym razem było inaczej – w Kenii nie są wymagane żadne szczepienia. Jeśli jednak planujecie być tu na dłużej i przemieszczać się w głąb kraju, a być może przekraczać granice z Tanzanią czy innymi krajami, to pomyślcie o konsultacji w szpitalu zakaźnym w Polsce.

Nie da się przygotować na wszystko, ale warto myśleć zdroworozsądkowo, mieć komfort w tym, co robimy. To nie jest tak, że wizyty w szpitalu są pozbawione stresu. Wręcz przeciwnie. Kochamy Krysię nad życie i niezależnie, czy coś się wydarza tu, czy na końcu świata, emocje są te same. Zagrożenia inne. Być może więcej. I tu potrzebny jest rozsądek.

Transport

Kiedy podróżujemy, to zazwyczaj samochód jest naszym środkiem transportu, ale również domem. Z namiotem na dachu możesz spać wszędzie. Tak właśnie trzy lata temu przejechaliśmy Europę i kawałek Afryki od Maroko aż po Gwineę Bissau. W siódmym miesiącu ciąży wybraliśmy się na nasze ukochane Bałkany, gdzie spędziliśmy miesiąc, śpiąc na dziko i kąpiąc się w wodospadach. Krysia swoją pierwszą noc w namiocie dachowym miała spędzić nad morzem, ale traf chciał, że popsute auto znajomego zmusiło nas do spędzenia nocy na stacji benzynowej między nieustannie ryczącymi tirami. Miała wtedy niespełna 5 miesięcy, ale spała w najlepsze.

Decydując się na Kenię, rozważaliśmy dostanie się tam drogą lądową, jednak ze względu na pandemię, w ostatnim momencie promy do Afryki zostały wstrzymane. Poza tym pomyśleliśmy, że cudownie będzie pokonać tę trasę, kiedy Krysia będzie starsza i zostanie jej więcej wspomnień. Decyzja zapadła.

Najwygodniejszą, ale również najtańszą opcją, jest lot czarterowy polskiego biura podróży bezpośrednio do Mombasy. Minus jest taki, że samoloty czarterowe latają jedynie w porze suchej, ale jeśli masz szczęście, ich cena jest dwukrotnie niższa niż za standardowe przeloty. Podczas lotu, który trwa 11 godzin, nie zostały przewidziane żadne przekąski i posiłek. Do plusów zaliczam bagaż nadawany dla niemowlęcia: 10 kg.

Nie bójcie się lotu z niemowlakiem. Ta podróż minęła nam ekspresowo, lepiej niż kiedy lecieliśmy we dwoje do Tajlandii. Krystyna większość drogi przespała, a pozostały czas spędziła, obserwując chmury i rozbawiając pasażerów.

Lecąc czarterem, masz do wyboru zabranie wózka lub fotelika samochodowego. My wybraliśmy fotelik, chociaż rozważaliśmy też spacerówkę, ale teraz wiemy, że to był trafiony wybór. Brak chodników, piach, gdzieniegdzie dziury i kamienie, a w porze deszczowej błoto i kałuże, uniemożliwają sprawne poruszanie się wózkiem. W naszym przypadku idealnie sprawdziło się nosidło. Do spania, lulania, spacerowania, karmienia, ale też i jazdy w tuk tukach. Bywało cieżko, bo przy temperaturze 32 stopnie masz dodatkowy grzejniczek na brzuchu, ale w dalszym ciągu jest to niemalże doskonała opcja. Jeśli nie wyobrażacie sobie polecieć bez spacerówki, to polecam wybrać taką, która jest lekka i wygodna do transportu, ewentualnie w wersji sportowej z dużymi kołami.

Na miejscu poruszamy się autem. Niezależność i możliwość wypadów w głąb Kenii daje ogromny oddech. Niestety, samochody w Kenii są bardzo drogie, jednak Dyziowi udało się wyszukać perełkę na lokalnym portalu aukcyjnym – Peugeota 205 z początku lat 90. Ponieważ pozbawiony był deski rozdzielczej, Dyzio zaprojektował ją w drewnie i wykonał u lokalnego stolarza.

Poza codziennym użytkiem samochodu zrobiliśmy nim dwutygodniową trasę dookoła Kenii (około 4000 km), a wszyscy mówili, że nie dojedzie do stolicy, Nairobi, oddalonej o 500 km od wybrzeża. Jeśli ma się na pokładzie tak wspaniałego kierowcę jak Dyzio, to nawet powrót nocą w deszczu przez góry, z urwaną wycieraczką i nieutwardzoną nawierzchnią spływającą strumieniami, pełną dziur i kamieni, nie wydaje się być straszny. Krysia jest zapaloną pasażerką. Uwielbia obserwować świat przez szyby samochodu i wykrzykiwać „MA!”, pokazując palcem na wszystko, co mijamy.

Nie martwcie się, jeśli nie macie samochodu. Lokalne tuk tuki lub mototaxi zabiorą was wszędzie, ale trzeba pamiętać o wynegocjowaniu dobrej ceny. Dla Kenijczyków jesteśmy „mzungu”, co w języku bantu oznacza wędrowca, ale współcześnie określa białego człowieka – synonim pieniędzy. Negocjowanie cen wpisane jest w lokalną kulturę, od straganów po sklepy z pamiątkami.

Po zmroku, według lokalnych zasad, lepiej zachować czujność i nie spacerować. Nie trzeba siedzieć w domu, ale wtedy najlepiej przemieszczać się transportem publicznym.

Matatu to tanie lokalne busiki i gwarantowane przeżycia. Muzyka rozbrzmiewa jak w nocnym klubie, często w akompaniamencie kolorowych ledów. Ludzie są ściśnięci jak sardynki, a prędkość jazdy bliska formule 1.

Doświadczyliśmy kilkugodzinnej jazdy matatu. Stojąc w nocnym rozgardiaszu, przy drodze wylotowej do Mombasy, dowiedzieliśmy się o anulowaniu naszych miejsc w autobusie. Trzeba było szybko działać i walczyć o miejsca w każdym kolejno podjeżdżającym busie. Ciężko opisać otaczający nas chaos. Krysieńka przespała całą drogę. Gdybym tylko miała wybór, nigdy więcej nie naraziłabym jej na taką ilość bodźców.

W Afryce trzeba być gotowym na wszystko, potrzebny jest spokój i cierpliwość. Na wiele rzeczy po prostu nie mamy wpływu.

Dom

„Jumbo!” rozbrzmiewa zewsząd. Wszyscy witają wszystkich. „Jumbo, toto”! (dziecko)

Kenia na pół roku stała się naszym domem, do którego z pewnością będziemy wracać. Wynajmujemy chatę z tradycyjnym dachem makuti, przez który czasem zakradają się małpy, liczące na owocowy kąsek albo paczkę makaronu, który chrupią ze smakiem. Otwarte drzwi do kuchni mogą się skończyć katastrofą, a zamknięte drzwi lodówki nie są żadną przeszkodą. W świecie małp istnieje teoria dotycząca hierarchii ludzi, którzy wzbudzają lęk. Biała kobieta z dzieckiem nie stanowi żadnego zagrożenia, ale uwierzcie mi, że jak mocno tupnie się nogą, to da radę.

Nasze życie rozgrywa się na tarasie. 20 mkw otwartej przestrzeni otoczonej zielenią to dla Krysi istny raj i pole do codziennej obserwacji. Wiewiórki przeskakujące między liśćmi palm bananowych, ibisy i dzioborożce przelatujące nad naszymi głowami, niezliczona ilość kwiatów fascynują ją każdego dnia na nowo. W porze deszczowej część ogrodu zamienia się w jedna wielką błotnista kałużę, co tworzy jeszcze więcej możliwości zabawy.

Miło mieć swoją przestrzeń, która daje poczucie przynależności, ale również tworzy dom, w którym odnajdujemy spokój i schronienie, pozbawione mnogości bodźców otaczających nas dookoła.

Zachwyty codziennie

Zachwycamy się sobą, zachwycamy się naszą dzikuską Krysią, która każdego dnia obcuje z przyrodą, stając się dzieckiem ziemi, wody i powietrza. Od pierwszych dni w Kenii chłonie ocean całą sobą.

Nas zachwyca życie pozbawione presji, że coś trzeba. Wolność ciała i umysłu, jazda autem po bezdrożach, puste plaże, piasek ze zmielonego koralowca, dobre jedzenie i przede wszystkim – wspólne przeżywanie rzeczywistości tak odmiennej od naszej.

Zachwyty w drodze

Podróżując po Kenii, większość noclegów wyszukiwaliśmy na bieżąco, co zawsze stanowiło element zaskoczenia. Doskonale sprawdzają się znane nam aplikacje do rezerwacji noclegów, jednak czasem może się okazać, że podany koszt  jest zupełnie inny niż bezpośrednio na stronie danego hotelu. Ceny za dobę zaczynają się od 30-40 $.

Poniżej przedstawiamy część miejsc, która nas zachwyciła, resztę pozostawiamy wam i waszym małym odkrywcom!

Kilimandżaro zachwyca swoją majestatycznością. Góra marzenie, najwyższy szczyt Afryki, na pograniczu Kenii i Tanzanii. O świcie wynurza się zza chmur, by zaprezentować swoje oblicze.

U podnóży Kilimandżaro leży wioska masajska, która stała się naszym domem na kilka dni, a my jej mieszkańcami, tym samym uczestnicząc w codziennym życiu i obrządkach. Parimpaj, znajomy Masaj, na zaproszenie, którego się tam znaleźliśmy, przedstawił nas całej swojej wiosce i opowiadał o panujących zwyczajach. Maszerując miedzy polami kukurydzy, przekraczając na dziko granice Tanzanii, przez moment mieliśmy wrażenie, że jesteśmy na Mazurach, bo krajobraz – poza czerwienią ziemii i imponującym szczytem, który raz po raz wyłania się miedzy drzewami – niewiele się różni od polskiej sielanki. A może to tęsknota za domem?

Krysia w podskokach, na barana u taty, wykrzykuje swoje szczęście, którym zaraża wszyskich dookoła, by chwilę potem usnąć w drewnianej chacie przykrytej blaszanym dachem.

Jezioro Wiktorii pochodzenia tektonicznego, największe spośród afrykańskich, leży na pograniczu Kenii, Tanzanii i Ugandy. Podobno jego fauna i flora powoli zaczyna obumierać, ze względu na działania człowieka. My spotkaliśmy hipopotama i warana, ale występują tu również krokodyle, żółwie i niezliczona ilość ptaków. Zachód słońca jest obłędny.

Safari w Kenii jest konieczne jak zwiedzanie Wieży Eiffla w Paryżu, jednak jego nieprzewidywalność oraz obcowanie z dziką przyrodą generują znacznie więcej adrenaliny. Jest możliwe nawet z takim maluszkiem jak Krysia, która na widok zebry piszczała z radości (niezaprzeczalnie to jedno z jej ulubionych zwierząt), a słoń wprawił ją w osłupienie. Obcowanie z naturą to niesamowity relaks dla ciała i umysłu.

Luksus przejawia się w różnych formach. Kenia to nie tylko piach i pył, wiecznie brudne stopy. Obfituje w ekskluzywne hotele, które często znajdują się w niezwykłych lokalizacjach. Praca Dyzia daje nam możliwość korzystania z takich miejsc. Lions Bluff Lodge to jedno z nich. Ten kompleks z kilkoma domkami na palach położony jest na zboczu wzgórza z widokiem (również z basenu) na bezkres sawanny Parku Narodowego Tsavo West. To wypoczynek na najwyższym poziomie. Niestety za takie luksusy w Kenii trzeba słono zapłacić.

Ptaki to zachwyt nad zachwytem, odkryłam w sobie niesamowitą fascynację nimi. Ibisy, dzioborożce, sekretarze, flamingi, przeróżne odmiany zimorodków, turkusowy szpak (najulubieńszy)i wiele innych. W Muzeum Narodowym w Nairobi jest przebogata kolekcja ornitologiczna, którą bezapelacyjnie warto zobaczyć.

Co jeść

Jeść lokalnie – w ulicznych restauracjach, które serwują obłędne jedzenie. Naprawdę ciężko źle trafić. Ugali (kleik z mąki), czapati (lokalne placki), mczicza (odpowiednik szpinaku), kaczumbari (sałatka z pomidora i cebuli), samosy w każdym wydaniu, dla mięsożerców kozina i owoce morza, które na wybrzeżu kosztują grosze. Bezdyskusyjnie mango, banany, ananasy i ukochana przez nas marakuja. Awokado z tutejszych drzew rozpływa się w ustach niczym masło. Jeść trzeba na zapas, bo takie to dobre i tanie.

Woda z kranu jest lekko słona i niezdatna do picia, nadaje się jedynie do gotowania. Kupując butelkowaną, trzeba mieć pewność, że jest zapieczętowana. Trzeba być ostrożnym, zamawiając herbatę, najprawdopodniej będzie pełna mleka. Krysia je to, co my, poza piekielnie ostrymi potrawami i tłuściutkimi frytkami. Z dzikością zajada się arbuzem, tak soczystym, że sok cieknie jej bezkarnie po brodzie, brzuchu i rekach.

Wybrzeże ze względu na swój turystyczny charakter obfituje w wiele supermarketów, gdzie dostaniecie produkty z importu, jednak ceny bywają kosmiczne – przykładowo mleko roślinne to koszt 25 zł, a bagietka 9 zł. Tutejsze owoce, warzywa, mięso są pozbawione chemikaliów. Krowy, kozy i owce wypasają się na powietrzu – nikt nie słyszał o chowie przemysłowym.

Najprzyjemniejsze jednak jest ucztowanie w domu, przy grillu, takim z prawdziwego zdarzenia, zespawanym u lokalnego rzemieślnika. Gotując samemu, jemy zdecydowanie taniej i lepiej niż w niejednej restauracji w Diani. Prosto i smacznie. Kolejne wieczory mijają nam na celebrowaniu życia w towarzystwie przyjaciół.

Co spakować

Wybrzeże jest duszne i gorące. W dzień i w nocy pot leje się strugami. Nie potrzebujemy wiele, Krysia również. Przez większość dnia biega na golasa. Ubrania? Najlepiej wybrać te z cienkiej bawełny lub lniane. Im bardziej gorąco, tym Kenijczycy są grubiej ubrani, niemowlętom zakłada się grube skarpety i zimowe czapki. Jeśli pływacie na kitesurfingu, to koniecznie zabierzcie sprzęt. Warun gwarantowany. Na miejscu znajdziecie szkołę prowadzoną przez sympatyczną Polkę.

Dobra kawa to rzadkość, bez kawiarki ani rusz. Większość miejsc oferuje kawę rozpuszczalną.

Superrozwiązaniem dla dzieci są saszetki wielorazowego użytku. Można do niech właściwie przełożyć wszystko. Musy, soki, zupy. Na plażę czy w podróży sprawdzą się idealne.

Gdybym pakowała się raz jeszcze, na pewno wzięłabym cienkie śpiwory – poza wybrzeżem temperatura spada czasem w nocy do 14 stopni. Elektroniczna niania również ułatwiłaby nam życie, szczególnie, że kenijskie łóżka są turbowysokie. Przejściówka do prądu oraz power bank – obowiązkowo. Warto zaopatrzyć się też w podstawowe lekarstwa, kremy z filtrem (najlepiej mineralne). Moja dobra rada: pumeks do pięt!

Czego nauczyła nas ta podróż

Każda podróż zmienia cząstkę nas nieodwracalnie. Odkrywamy siebie na rożnych płaszczyznach. Pierwsza tak długa wyprawa z naszą córka pokazała nam nowy wymiar poznawania świata, inny niż ten, którego doświadczyliśmy dotychczas. Płynie z tej nauki radość przeżywania dnia codziennego bez pośpiechu, w skupieniu na tym, co dla nas najistotniejsze, oddawaniu się chwili. Miejsca pozabawione zasięgu to te najwspanialsze, nic ani nikt nie może zburzyć twojego szczęścia chwili. Przygoda z Afryką dała mi siłę i ogrom dystansu do świata i całego tego obrzydliwego konsumpcjonizmu.

Dziękujemy Martynie, Pawłowi i Krysi za podzielenie się doświadczeniami swojej podróży.

Po więcej inspiracji wakacyjnych zapraszamy was do zakładki PRZEWODNIKI.

Dodaj komentarz