#tip na piątek: Jak odrabiać lekcje z dzieckiem?

Fiki-miki, szkolne triki

Maria Bator to swój człowiek. Dziennikarka od początku związana z Ładnebebe, bystra obserwatorka świata i mama dwojga uczniów, Tadzia i Mili.

I dlatego wie wszystko na temat pracy domowej, a więc lepszej ekspertki nie mogłyśmy sobie wymarzyć. Dzięki, Marysia! Jak mawiał Sun Tzu: ,,Kto zna wroga i zna siebie, nie będzie zagrożony choćby i w stu starciach”. Więc zamiast demonizować pracę domową albo udawać, że jej nie ma, dowiedzmy się jak z nią grać żeby wygrać. Co zrobić, żeby dzieci o niej pamiętały i nie traciły zapału po kwadransie? I jak długo nad nią ślęczeć? Co pomaga wprawić się w tym nieuchronnym wysiłku i czy płyną z jego czynienia jakiekolwiek korzyści? Na te wszystkie pytania odpowiada Marysia. Przeciekawie!

*

RUTYNA – POMAGA CZY PRZESZKADZA?

Z pracami domowymi mamy już pewne doświadczenie (dzieciaki są w 4. i 5. klasie) i ciągle uczymy się dalej, jak sobie z nimi radzić. Wypracowujemy sobie własne, rodzinne sposoby i sposobiki. Trudności było kilka. Po pierwsze, pamiętanie o tym, że i czy coś było zadane, po drugie – zmierzenie się z niechęcią do odrabiania, po trzecie – w ogóle znalezienie czasu na to, żeby do tych lekcji usiąść. Jest tyle fajniejszych rzeczy do zrobienia! Uwagę odciąga wszystko. Koty do głaskania, piłeczka do odbijania, książka do czytania. Na początku, kiedy dzieci zaczęły mieć zadawane, za każdym razem mierzyliśmy się ze wspólnym niezadowoleniem (bo we mnie też nie ma przekonania, że prace domowe są fajne). Bunt dzieci rodził frustrację także we mnie. Jedynym sensownym sposobem okazała się rutyna. Ułożyliśmy sobie coś w rodzaju po-szkolnej choreografii. Ona działa i jeśli jest zmieniana, to według konkretnych potrzeb dnia. Pozwoliła nam przywrócić wspólne wieczory, czas na planszówki, łaskotanki, ping-ponga na stole kuchennym itp. Wytworzyło się przyzwyczajenie, więc bunt powoli zgasł. Ale na początku byłam mamą heterą, która mówiła po tysiąc razy jednego dnia: rozpakuj plecak, pokaż zeszyty!

*

CODZIENNE CZYTANIE ZESZYTÓW

Zaczyna się od rozpakowania plecaków. Papierki śniadaniowe trafiają do kosza, termosy do zmywarki, a zeszyty na stół. Razem z młodszym, 9-letnim Tadziem, oglądam każdy zeszyt i Tadzio pokazuje, co nowego napisał czy narysował. Dzięki temu sam sobie przypomina, co było zadane. Przez moment miał zeszycik, w którym miał notować na lekcji, co jest zadawane, ale to się nie sprawdziło. Zeszycik? Jaki zeszycik, mamo?

Potem jemy obiad i od razu po jedzeniu dzieci siadają do lekcji. Na początku dla Tadzia ogromnym problemem było skupienie się. Wtedy zamiast przy stole w kuchni czy przy swoim biurku, prace odrabiał u mnie w sypialni, przy stoliku, z którego zdejmowałam absolutnie wszystko. W pierwszych dniach siedziałam przy nim, potem zaczęłam wydłużać chwile, kiedy zostawał sam i przychodziłam na wołanie. Na początku sprawdzałam prace: czy zadania matematyczne są poprawnie rozwiązane, pomagałam wyłapać błędy ortograficzne.

Starsza Mila, całkiem nieźle ogarnia się sama. Stworzyła sobie listę po-szkolnych czynności i zawiesiła ją nad biurkiem. Sama pamięta też już o ćwiczeniu gry na instrumentach. Zaczynała od dosłownie 5 minut dziennie, największym wysiłkiem było oczywiście samo wyciągnięcie skrzypiec i rozłożenie nut. Ile było przy tym marudzenia! Zapominałam o wszelkich dobrych zasadach wychowawczych i groziłam jej: nie ćwiczysz, to wypisuję cię z lekcji skrzypiec! Wstyd mi za ten szantaż do dziś. Był niezwykle skuteczny. Dziś Mila sama umawia się z koleżankami na wspólne projekty i szykowanie prezentacji, my jesteśmy od czasu do czasu potrzebni do tłumaczenia matematyki.

Ku mojemu zaskoczeniu zwyczaj codziennego czytania zeszytów odpłacił się pięknie: w ogóle nie ma potrzeby uczenia się do sprawdzianów. Codzienne przeglądanie notatek zajmuje chwilę i totalnie zdjęło z dzieciaków stres, że czegoś nie umieją.

*

OD KTÓREJ DO KTÓREJ

Rzeczywiście, ta górna granica ślęczenia nad zeszytami powinna być. Nie ma odrabiania lekcji po kilka godzin godzin dziennie. Wyznaczamy czas, ile może zająć praca w domu. Jeśli zostało zadane za dużo, budzi się we mnie matka lwica. Dzwonię lub wysyłam smsa do nauczyciela i informuję, że dziecko siedzi nad pracą już godzinę i tyle wystarczy. Praca nie zostanie odrobiona do końca. Czas na odpoczynek jest ważny, prawo dziecka do zabawy również. Reakcje nauczycieli? Zaskakująco pozytywne. Rozumieją.

*

MAMO, CZY TY TEŻ ODRABIAŁAŚ LEKCJE PO SZKOLE?

No pewnie, że odrabiałam. I pamiętam, że moi rodzice nigdy nie chwalili mnie ani nie nagradzali za oceny czy rzetelne odrabianie pracy domowej. Uznali, że na dłuższą metę to moja sprawa, czy i czego się uczę. Nagrodą miała być nowa wiedza czy umiejętność. Jestem im za to wdzięczna i wzięłam to w swoje rodzicielstwo. Ale czy krzyczę czasem na swoje dzieci: wracaj do biurka i odrabiaj? Tak. Jako dziecko łączyłam bycie kujonką i nienawiść do wszelkiej formy zinstytucjonalizowanej edukacji. Ratowały mnie książki i ciekawość świata, jaka naturalnie mają w sobie wszystkie dzieci. Chciałabym, żeby szkoła po prostu nie popsuła moich dzieci, to wystarczy.

PRACA DOMOWA – POTRZEBNA CZY NIE?

Nie znoszę prac domowych i tego, jak szkoła próbuje wejść w polekcyjny czas dzieci. Powinien być przeznaczony wyłącznie na pasje, zabawę, bycie. Życie. Uczenie się poprzez spacery, wystawy, spotkania z drugim człowiekiem. A z drugiej strony widzę, jak wrócenie na chwilę do notatek i zadań ze szkolnego dnia wspaniale poprawia zapamiętywanie, i mój opór trochę słabnie. Po Mili widzę też, że godzina matmy w szkole to może być za mało, żeby wyćwiczyć pewne rzeczy, i zrobienie kilku zadań w domu przynosi efekty, daje jej lekkość, swobodę. Najbardziej lubię, kiedy to ona mnie czegoś uczy, na przykład niemieckiego, z którego jest całkiem dobra. Pokazuje mi swoje notatki i uczy odmiany czasowników albo piosenki. Genialne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.