tata

Tajna moc taty. O improwizacji z Michałem Sufinem

Tajna moc taty. O improwizacji z Michałem Sufinem
Archiwum prywatne

„Kontakt z moimi dziećmi mi bardzo dużo daje, bo przypomina mi o tym elemencie fajności w całej mojej aktywności improwizatorskiej”. Zapraszamy na rozmowę z Michałem Sufinem, tatą 7-letniej Zosi i 3,5-rocznej Anieli, członkiem Klubu Komediowego.

Kim jest improwizator idealny? Czy dzieci improwizują naturalnie? Czy łatwiej czytać, czy opowiadać bajki? Czy żarty taty śmieszą? Kim jest królik z nebulizatora? O tym wszystkim rozmawiamy z Michałem Sufinem, improwizatorem i scenarzystą. A do tego tatą niemal 7-letniej Zosi i 3,5-rocznej Anieli. Człowiekiem wielu aktywności, członkiem Klubu Komediowego. Jak sami o sobie piszą to „piwniczny plac zabaw dla dorosłych, gdzie amerykańska komedia flirtuje z polską kulturą, a Bill Muray spotyka się z Jeremim Przyborą”. I ten rodzaj humoru, pozytywnego dystansu do wyzwań tacierzyństwa, jest mocno wyczuwalny w rozmowie z Michałem. Choć jak na scenicznego performera przystało, to głównie Michał mówi, ja bardziej słucham. 

Całkiem przewidywalnie zacznijmy od pytań o improwizację. Czy obserwując swoje córki, uważasz, że zdolność improwizacji to wrodzona umiejętność ludzka, którą wykazują dzieci, czy też jest to coś, czego trzeba się, Twoim zdaniem, dopiero nauczyć, wykształcić, udoskonalić?

Improwizacja to jest słowo bardzo otwarte i może znaczyć różne rzeczy. Ale na pewno jej składową jest zabawa. Bez tej zabawy trudno o spontaniczność i taką szalejącą twórczość w oku. To jest na pewno ta rzecz, która jest człowiekowi dana i w tym sensie dzieci są bardziej rozimprowizowane od nas. Oczywiście z wiekiem zapominają, schodzi ta cecha niżej, melioryzuje się w wody podziemne, gruntowe, trzeba to potem wykopywać i wygrzebywać.

Ale improwizacja ma też drugą stronę medalu, czyli zbieranie wszystkiego, porządkowanie i ciągłe zarządzanie kryzysem. I to już mają rodzice. Więc wydaje mi się, że połączenie dziecka i rodzica to jest improwizator idealny. (śmiech) Tajfun rozwalający wszystko i biegnące za nim superego, które to wszystko układa na miejsce w każdej sytuacji i w nowych porządkach. 

Improwizujesz często w relacji z córkami?

To jest raczej taka tajna moc. I uprzedzając drugą połowę Twojego pytania: to na pewno jest przydatne. Tata, który się wygłupia, wymyśla gry. Albo tata, który dla odklejenia od bajek zaczyna bawić się w historię „po jednym słowie” albo „po jednym zdaniu”. Albo sam robi bajkę, czy coś. Moje córki znają już część naszych rozgrzewek i ćwiczeń teatralnych, bo to strasznie głupie rzeczy i infantylne i po prostu bardzo dobrze współgrają. W ogóle myślę, że większość takich zabaw teatralnych opiera się na wkręcaniu się, bawieniu i wydawaniu dziwnych dźwięków. Więc jako tata z tego korzystam, jeśli tylko mam w sobie tyle radości z życia, żeby umieć sobie przypomnieć, że to jest także życiowa umiejętność, a nie tylko ta potrzebna przed wyjściem na scenę. Bo trzeba też takiej energii, że masz w sobie ten rodzaj świeżości w głowie, żeby będąc z dziećmi, nie zamykasz się w jakichś formułach, tylko korzystasz ze swoich tajnych akcji.

Masz poczucie uprzywilejowania przez swoje kompetencje? Że umiejętność zabawiania i improwizowania czyni Cię ciekawszym ojcem dla Twoich córek?

Kurczę, nie mam porównania, jakby to działało z nie moimi dziećmi. Trzeba założyć, że one są podobne do mnie, w jakimś tam wymiarze. Może nie w szerokim zakresie, ale jednak to jabłko gdzieś tam pada. Niektóre rzeczy, które są moje, może mniej im leżą. Ale wiesz, dzieci po prostu chcą być często takie jak rodzice. Na pewno to, że te kompetencje mam, to jest ta jakość, którą się bawimy. Jakbym miał, nie wiem, kolumny cyfr do rozliczenia, być może byłoby trudniej na początku z tego korzystać. A fakt, że tata zajmuje się zabawianiem dorosłych ludzi pomaga.

Moje córki mają wujków i ciocie: jedna ciocia śpiewa im piosenki, drugi wujek kradnie im kolana w zabawie, trzeci udaje pacynkę, a czwarty umie śpiewać piosenkę z „Psiego Patrolu”, bo ją podkładał na dubbingu. W tym sensie to rzeczywiście jest tak dziecinna branża, że kontakt jest dużo szybszy, co pomaga. I jest też pożyteczne dla dzieci. Np. Zosia miała na początku pewną nerwowość w życiu, tremę we wskakiwaniu w różne sytuacje. I wydaje mi się, że kontakt na spontaniczności ze mną i innymi spontanicznymi osobami ją oswaja. Już nie boi się sceny, występów teatralnych w szkole, śpiewania. Brak napięcia wokół tego, pewnego rodzaju luz i zabawowość wpisane w nasz zawód, wydają mi się tu lepsze niż przesadne staranie i spinanie się.

No to poradnikowo, dla czytelniczek i czytelników: są jakieś hity, sprawdzone zabawy, które te umiejętności improwizacji u dzieci rozwijają? Albo są szczególnie dobrze odbierane? Oczywiście bazując na doświadczeniach własnych i swoich dzieci? 

Kontakt z moimi dziećmi mi bardzo dużo daje, bo przypomina mi o tym elemencie fajności w całej mojej aktywności. Ale nie mam takiej listy zabaw, które się sprawdzają. A nie mam właśnie dlatego, że my możemy je sobie z dziewczynkami za każdym razem od nowa wymyślać. Pamiętam, że swego czasu wymyślaliśmy historie o króliku z nebulizatora. Akurat trafił mi się taki nebulizator, na którym był narysowany królik. A Zosia jak miała trzy czy cztery lata absolutnie nie chciała nebulizacji. Jedynie wspólnie wymyślane bajki o króliku z nebulizatora były metodą na przetrwanie. Czasem na zmianę po jednym zdaniu, potem ona sama je wymyślała. Wydaje mi się, że właściwie każda zabawa, która jest nieskomplikowana, motoryczna, jest odpowiadaniem na wyobraźnię, rysowaniem – wszystko to jest super. Mieliśmy na przykład w swoim czasie w naszej pracy takie zabawy, w których każdy rysował jeden element rysunku na zmianę i budowaliśmy rysunek po jednym elemencie. To są takie bardzo podstawowe rzeczy dla moich treningów improwizowanych. A dla dzieciaków nie tyle uczące improwizacji, co po prostu skupiające na jakiejś zabawie, czyli strukturyzujące. 

Wyobraźnią można się bawić tylko wtedy, kiedy nie boisz się próbować. I oceniasz nie po to, żeby krytycznie oceniać, ale ewaluujesz jakoś efekt swojej zabawy. Czyli raz zrobiłam tak, a raz zrobiłam tak, i teraz bym bardziej chciała może robić tak. I w tym sensie to są bardzo podstawowe rzeczy. Nie będę tutaj udawał, że to są jakieś ćwiczenia, tylko po prostu filozofia robienia, dokładania po jednym elemencie, wspólnego wymyślania. Można by morze takich rzeczy wymyślić. 

Prowadzisz w ogóle w ramach swoich warsztatów improwizacji zajęcia dla dzieci?

Prowadzę zajęcia tylko dla dorosłych i to właściwie tylko dla praktyków i artystów, niż dla zajawkowiczów. Dla dzieci się boję. Bo z głębokim, nabożnym, nakolannym wręcz podziwem przyglądam się wszystkim ludziom prowadzącym i animującym większe niż trzyosobowe grupy dzieci poniżej 7 lat. Kiedy u mojej córki jest 6–7 koleżanek, to to jest chaos, który jedynie terrorem i wrzaskiem taty-pirata lub taty-generała da się okiełznać, oczywiście na bece. Ale nie da się go melioryzować, nawet będąc instruktorem.

Kończąc o improwizowaniu… Masz tak, że, kiedyś ten ciąg do improwizacji Cię jako tatę zawiódł? Że pomyślałeś: „Ech, trzeba to było jednak tradycyjnie, jakimś klasycznym schematem rozwiązać”?

Ja dlatego powiedziałem, że improwizacja w ojcostwie to jest taka tajna broń na kryzys, że ja dość ostrożnie do niej podchodzę. Być może przez to, że jestem improwizatorem, mam w sobie sporo sprawdzania co chwilę Librusa. I planowania, co będziemy robić, bo sam żyję w pewnym locie i pędzie. I wiem, bo już przyzwyczaiłem się w swoim życiu, że można pewne linki puścić i jakoś się pochwytamy. Ale rola rodzica stopniowo mi uświadomiła, że w niej improwizacja jest jedynie wartością dodaną.

Nie da się na tym zbudować.

Tak, ja sobie muszę wbrew pozorom przypominać, żeby z niej korzystać. I wtedy jest super. I rzeczywiście można zaimprowizować wspaniałą tańcolegendę, żeby trzy koleżanki posprzątały pokój. Ale nie da się tak ciągle. Można improwizacją rozładować kwestię szczepień, idąc do szczepienia. No ale 90% rzeczy trzeba jednak w twardym, tradycyjnym reżimie przeprowadzać i wszyscy to wiemy. Jak się ma dwie małe dziewczyny, to wiesz, to jest hardcore.

Czy Zosia – która jest starsza – obserwuje Twoje występy i czy w ogóle ją bawią? 

Zosia ogląda, mało tego – wbiega na scenę, zdarza jej się. Prowadziła ze mną dwie rewie Klubu Komediowego, jedną z nich online, będąc nieco nieśmiałym jurorem kolejnych numerów. Jest dosyć zaprzyjaźniona ze sceną, co jest przeważnie dobre, choć może trzeba z tym uważać. Na pewno ta bliskość sceny dodała jej trochę asertywności i biegłości społecznej, a z natury, tak jak mówiłem, była i wciąż trochę jest nieśmiałkiem. Ona tę rzeczywistość też chyba po prostu lubi. W domu organizuje teatrzyki, wszystkie te zabawy, gdzie występujemy, śpiewamy, gramy… „Tata, zrób lalki i będziemy opowiadać”. Co oczywiście może być akurat kwestią obciążenia genetycznego, nieszczęścia przekazywanego z pokolenia na pokolenie. (śmiech) Ale też nie naciskam jej. Bardzo bym chciał, żeby to było tylko delikatne popychanie i takie punktowe pokazywanie, bez narzucania i sprawdzania, czy to się tam jara, czy nie, czy się podpala, czy nie podpala. Bo ostrożny jestem w zbyt dużym wprowadzaniu dziecku sugestii, że to jest coś super. Pamiętam, że ja miałem być matematykiem, potem nie zostałem socjologiem, reżyserem filmowym, a właściwie to przecież pisarzem, a teraz mam knajpę, a w ogóle to jestem improwizatorem i piszę piosenki. Więc to się zwyczajnie zmienia. Natomiast Zosia ma niewątpliwie ten ciąg na sceniczną bramkę, nawet pani w przedszkolu to zauważyła. Może jakbym był księgowym, to by siedziała i przerzucała te liczydła. 

Młodsza Aniela pewnie jeszcze za mała na przyswajanie tej zajawki…

Trochę jeszcze tak. Raz jak była na występie to ostentacyjnie zasnęła. Co było urocze, chrapała na całą salę. Czasem coś tam ogląda, ale ona jest jeszcze za mała nawet na kino, więc to jeszcze za duże wyzwanie. Ale już śpiewa z siostrą, tańczy… Wiesz, taki głuchy telefon inspiracji, bo starsza ją uczy tego, co podpatruje od ojca i tak dalej. Ale nie tylko od ojca. Ich mama jest projektantką i producentką ubrań i dziewczynki uwielbiają ubrania i też się przebierają. Więc ja widzę, że to jest jednak performens pewien z nami. I sprawdzanie. Jak na końcu się okaże, że któraś zostanie, na przykład, geografką to będziemy wiedzieć, że ten performens nie zadziałał.

Masz problem z przejściem z roli stand-upera do roli taty, który z założenia czasami musi być poważny? Chyba nie, bo mówiłeś już o tym, że po swoje tajne moce sięgasz okazyjnie…

Ja w ogóle tak proforma to powiem, że stand-upów nie robię. Więc jako improwizator, czy tam autor, generalnie ktoś trochę z boku działający, niespecjalnie pracuję nad tym całym emploi komika. Raczej jestem osobą poważną, nudną. Może gawędziarską, ale też jednocześnie mrukliwą. Więc muszę pamiętać, żeby dawać dzieciom tę zabawę, którą mam dla dorosłych ludzi, bo muszę ją mieć.

Mrukliwy? Obserwując Cię w naszej rozmowie, ciężko mi uwierzyć. Stymulujesz jakoś sztukę oratorską wśród córek?

Może nie jest tak, że trenujemy oratorstwo, ale dużą pracę staram się wkładać w to, żeby, szczególnie w starszej córce, pobudzać chęć do opowiadania i mówienia. Bo to są trochę, wiesz, dwie rzeczy. Być gadatliwym, a próbować wzbudzać gadatliwość w kimś. To drugie jest trudne. Dziewczyny mają opiekunkę, ciocię, taką nianię, przez nasze różne komplikacje życiowe niezbędną nam. I często zauważam, że ona potrafi, przez to, że nie jest tatą ani mamą, wzbudzić w Zosi zupełnie inny rodzaj opowieści niż ja. My staramy się te umiejętności pobudzać, ale bardziej zadaniowo. Pamiętam, że córka miała w swoim czasie bardzo duży problem separacyjny w przedszkolu, mdłości z nerwów i tym podobne. Uciekałem się do najróżniejszych sposobów. Jako że Zosia zawsze lubi słuchać o mojej pracy, opowiadałem jej, że będę pisał bajkę dla dzieci i chciałbym wiedzieć, dlaczego dzieci płaczą w przedszkolu i się boją. Jedyny sposób, żeby się dowiedzieć, co się działo z moją córką i dlaczego ona tak płakała, wynikał z tego, że ona zaczęła ze mną opowiadać tę bajkę. I wymyślać, co mogło być takie be. Ale na co dzień, staram się, krótko mówiąc, ich nie zagadywać, tak jak Ciebie teraz.

Skoro o bajkach mowa… Znalazłem informację, że napisałeś kilka opowiadań dla dzieci. Czy to było trudne zadanie i czy planujesz powrót do tego typu twórczości?

Wiesz co, ciężko powiedzieć, że ja napisałem opowiadania dla dzieci. Tuż po studiach je tłumaczyłem, ale nie była to zbyt poważna działalność. Natomiast mam odpowiedź na drugą część Twojego pytania. Myślę, że z mojego kontaktu z dziećmi coś takiego powstanie. Czuję, że teraz mógłbym spróbować w ogóle myśleć o tym. Czy i jak jestem w stanie skorzystać z tej improwizacji i z tego kontaktu z dziećmi. I szczerze mówiąc, pierwszy raz w życiu mam w sobie iskierkę chęci do tego, żeby spróbować literaturę dziecięcą, którą swoją drogą bardzo cenię i bardzo lubię. Z Zosią walczę o uwagę w niej dla niektórych książek, których ona w ogóle jeszcze nie czuje, a ja je bardzo lubię. Nie zajarała się „Alicją w Krainie Czarów”, a bardzo bym chciał. Dopiero w tym roku jakiejś takiej epifanii dokonała i odkryła, że „Mikołajek” jest wspaniały. I teraz wreszcie przeczytaliśmy całego, czytamy nadal i cieszę się tym bardzo. I ten powrót do starej literatury dziecięcej sprawia, że chyba teraz dopiero rozumiejąc, co ona rozumie, zaczynam się uczyć, jak można by było to zrobić. Więc trafiłeś w tym sensie, że gdzieś tam mnie to korci.

Wieczorami do snu czytasz bajki czy opowiadasz wymyślone przez siebie historie?

Czytamy. Moja starsza córka jest już na tyle duża, że opowiadanie nie wystarczy. Ona lubi ze trzy–cztery typy literatury. Młodszej to jeszcze bym mógł nawijać. Ale starsza mówi: „Harry Potter” tata i bez jaj. Albo właśnie „Mikołajek”. Albo ja ewentualnie sam staram się jakiś „Świat Zofii” przemycić, żeby to jakoś jeszcze ubogacić. No więc negocjujemy, ale też możemy ze sobą już bawić się w to, że razem coś wymyślamy. Przy czym to bardziej w dzień. Wieczorem jest jednak czas, żeby poczytać, nawet niech to będzie „Asterix i Obelix”. W ogóle to to jest tak, że ja usypiam dwie, najpierw młodszą. Więc starsza musi z czymś posiedzieć, bo nie chce zasnąć. Ona przeczytała „Harry’ego Pottera i Zakon Feniksa”, bo my nie chcieliśmy jej czytać, jako że ta książka jednak jest trochę straszna. Więc Zosia na przekór tak się zapędziła, że sama przeczytała 50 stron i nauczyła się de facto czytać najlepiej przy tej okazji. Bo już po prostu nie była w stanie się doczekać. 

Czy jest jakaś sztuka teatralna, sceniczna, którą poleciłbyś córkom, z dedykacją na całe życie? 

Dla mnie jako teatrologa to jest pytanie atomowe. Bo na przykład: czy pytasz tylko o pierwsze sześć lat? No ale w pewnym sensie życie na to pytanie już odpowiedziało. Moje córki same już podpatrzyły jedną rzecz, która też mi z domu towarzyszy całe życie. One już śpiewają Przyborę i Kabaret Starszych Panów, zaczynają znać powoli na wyrywki. I myślę, że to już zostanie z nimi. To nie musi im się zużyć. Więc tego Przyborę bym im dedykował jako takiego towarzysza, z wielu powodów. To jest pewien rodzaj, powiedzmy, elegancji, ironii i artystycznego esprit, pozwalającego sobie radzić z najgorszymi momentami. Wydaje mi się bardzo dobrym elementem takiej apteczki kryzysowej. One swoją głębię filozoficzną i mądrość życiową, podejrzewam, odnajdą na każdym etapie inną. A dobrze jest mieć taki plasterek liryczno-absurdalny. I tym bym je pewnie zabezpieczył.

 

Michał Sufin  improwizator, scenarzysta, recenzent. Absolwent Wiedzy o Teatrze na Akademii Teatralnej w Warszawie. Członek grup teatru improwizowanego (Stand Up Polska, Klub Komediowy, Klancyk). W swojej Szkole Impro prowadzi warsztaty z improwizacji. Członek Klubu Komediowego, regularnie występujący na scenie z własnymi programami scenicznej improwizacji. Jako recenzent współpracował z pismami „Zine”, „Nowe Książki” i „Lampa”. Scenarzysta trzech odcinków serialu „Niania”. Tata niemal 7-letniej Zosi i 3,5-letniej Anieli.

Wojtek Terpiłowski – domowy myśliciel, biegacz, kolekcjoner winyli, miłośnik owsianki. W przeszłości m.in. dziennikarz muzyczny, aktualnie kieruje marketingiem w jednym z klubów sportowych. Hurtowo pochłania wszystko, co da się przeczytać. W niekończącym się procesie tworzenia debiutu pisarskiego. Zafascynowany medytacją i jej okolicami. Tata ośmiomiesięcznego Janka.

Dodaj komentarz