fotografia

Silvia Pogoda, „Butterflies”: małe perły na nitce

Rozmowa o książce i życiu

Silvia Pogoda, „Butterflies”: małe perły na nitce
Silvia Pogoda

Kilka dni temu premierę miał debiut książkowy Silvii Pogody – fotografki, ilustratorki i felietonistki. Album „Butterflies” to hołd złożony ulotnym przebłyskom, wizualna opowieść o tym, co intrygujące i trudne do określenia, a także wspomnienie podróży do ukochanej Japonii.

Silvia Pogoda, mama dwójki, żona fotografa Barta Pogody i blogerka Ładne Bebe, urodziła się na Słowacji, ale przez wiele lat prowadziła życie nomadki. Fascynujące projekty, czy to osobiste, czy zawodowe, wydają unosić się wokół niej jak świetliki. Fotografuje, reżyseruje klipy i pisze, prowadzi wykłady i rysuje. Jej zdjęć nie da się pomylić z żadnymi innymi. Na internetową rozmowę o książce „Butterflies” umawiamy się na godzinę 19, wtedy Leo i Gaia oglądają bajkę, a Silvia ma chwilę dla siebie. Za jej oknem widzę chorwacki zachód słońca, za moim oknem leje i pachnie deszcz.

Jakie to uczucie – wydać książkę?

Zrozumiem, że ona istnieje, dopiero, gdy ją zobaczę i dotknę. Przyznam, że nie spodziewałam się, że kiedykolwiek wydam książkę. Nigdy nie było to moim wielkim marzeniem ani celem zawodowym, powstaje ich tak wiele. Na ten moment jest to dla mnie nadal abstrakcja na wielu poziomach, nie widziałam druku, nie wzięłam do rąk pierwszego egzemplarza. Pomysł na książkę zrodził się rok temu, gdy wszystko było mocno odrealnione i właściwie do tej pory świat nie wrócił do normy. My od lutego 2020 żyjemy głównie poza Polską i cały proces dział się zdalnie.

Dlaczego jest w niej właśnie Japonia?

W każdym kraju, do którego podróżujemy czy w którym mieszkamy, trochę inaczej fotografuję. Miejsce wywołuje we mnie reakcję i w każdym jest ona inna. Nie jestem w żadnym wypadku ekspertem od Japonii, a książka nie opowiada o tym kraju w sposób dokumentalny, to raczej osobiste odczucia z naszych japońskich podróży. Dla mnie to miejsce jest tak osobliwe i tak specyficznie się tam czuję, że powstały takie, a nie inne zdjęcia. To, co widzę i przeżywam, działa na mnie właśnie tak. Nigdy nie zrobię takich zdjęć w Polsce.

Czyli ona nie mogłaby powstać nigdzie indziej?

Na pewno nie, nie w takiej formie i treści. Książka z Chorwacji czy Słowacji wyglądałaby zupełnie inaczej. Wszystkie zdjęcia w tym albumie powstały w Japonii i łączy je stan emocjonalny, który przeżywam tylko w tym miejscu. Robienie zdjęć jest właściwie doświadczaniem świata. Pomysł na książkę zaczął kiełkować dopiero po paru latach japońskich podróży. Zdjęcia, które z nich przywoziłam, zaczęły układać mi się w pewną całość, której nie potrafiłam w żaden inny sposób pokazać – pojedynczo na blogu czy na Instagramie nie miałyby sensu. Miałam wrażenie, że jeśli mają istnieć i tworzyć opowieść, to tylko razem, i odpowiednią formą wydało mi się zamknięcie ich w książce. One same stworzyły tę narrację. Podoba mi się ta forma zamknięcia, ona tworzy dla nich osobny świat.

To jak z dobrą, przemyślaną płytą – pojedyncze piosenki są okej, ale dopiero słuchana w całości ma większy sens. Brzmi to jakbyś stworzyła album o swoich japońskich uczuciach.

Dobre porównanie. Zdjęcia z książki to nie są pojedyncze strzały, zupełnie nie o to chodziło. Świadomie skupiałam się na niepozornych, ulotnych momentach, których często nie zauważamy, nie doceniamy. Zbierając je, czułam, jakbym nawlekała na nitkę małe perły, które dopiero zebrane razem tworzą całość. Do tego są teksty. Odkąd pamietam, często łączyłam robienie zdjęć z innymi formami wyrazu, bo fotografia jako medium nie zawsze mi wystarcza. Teksty nie łączą się z konkretnymi zdjęciami, tylko z atmosferą, opowiadają o całości. Są takim zaproszeniem do mojego świata i przewodnikiem po nim, zaproszeniem do stanu emocjonalnego, w którym byłam, gdy zdjęcia i książka powstawały. Niektóre z nich napisałam w ciągu ostatniego roku, inne powstały jeszcze w podróży.

Książka powstała dzięki crowdfundingowi. To niezbyt standardowa forma wydawnicza, jak ty się z nią czujesz?

Ten pomysł pojawił się w momencie, gdy pandemia obcięła źródła finansowania projektu i trudno było inaczej znaleźć wsparcie. Stanęliśmy więc przed wyborem – czekamy i zobaczymy, co będzie, albo zakładamy zrzutkę. Długo nie mogłam się pogodzić z ta myślą, wydawało mi się nie w porządku, żeby w czasie kryzysu, gdy ludzie czują niepewność i nie wiedzą, co jest za kolejnym zakrętem, wyciągać rękę o wsparcie czegoś tak błahego jak książka fotograficzna. Dla mnie było to kompletnym nonsensem. Inny punkt widzenia przedstawił mi Bartek i moja wydawczyni, Monika Szewczyk. Zaproponowali, żeby zrzutkę potraktować jak formę przedsprzedaży, a ludzie za wpłaty będą otrzymywać książki lub odbitki. Z tym byłam w stanie żyć (śmiech). Odzew przerósł moje oczekiwania, byłam bardzo zdziwiona, że ludzie naprawdę chcą mnie wesprzeć w tym projekcie, że zaufali mojej pracy na tyle, żeby kupić kota w worku. To było uczucie gdzieś na granicy między powalającą wdzięcznością a zakłopotaniem. Zrzutka była dla mnie wielką huśtawką emocjonalną.

Czy żeby zdecydować się na wydanie książki, musiałaś walczyć ze swoim wewnętrznym krytykiem?

Ja się z nim zmagam cały czas, więc jestem już przyzwyczajona. Ten głos szepcze, że większość tego, co robię, jest bez sensu. Tak jest nie tylko ze zdjęciami, ale nawet ze słowami – przecież wszystko już zostało powiedziane, nie powiem nic nowego, tylko będę paplała to, co padło już wcześniej milion razy. Czasami lepiej milczeć. Książek fotograficznych też już wydano bardzo wiele. Nie jest to projekt odkrywczy, nie zmieni biegu świata, nikomu nie uratuje życia. Cały czas walczę z moim krytykiem, ale zdjęcia powstały z potrzeby robienia zdjęć, ułożyły się w konkretny sposób, a ja to zebrałam w całość i wysłałam do trzech osób z pytaniem, czy ma sens. Usłyszałam, że ma. To był pierwszy krok. Właśnie odbyła się premiera, zastanawiam się, czy dotknie mnie krytyka i to nie taka, która pomaga nabrać dystansu i pomóc w rozwoju, tylko hejt, który powstaje po to, żeby drugą osobę skrzywdzić.

A o to w internecie nietrudno.

Ludzie często uważają, że wolność słowa to wyrażanie swojego zdania na wszystkie możliwe tematy, bez większej refleksji. Słowa łatwo wypowiedzieć, napisać w jednym czy drugim miejscu i zapomnieć, ruszyć dalej, ale w odbiorcy mogą zostać na lata. Cenię krytykę, która ma popchnąć dalej, pomóc w rozwoju, ale przerażają mnie puste słowa, które zostawiają wielkie ślady. A ja tak mam, że chłonę wszystko, nie sortuję, nie przebieram. Wchłaniam, a potem się z tym meczę. To nie jest coś, z czego jestem dumna i co chciałabym pokazać dzieciom, ale tak właśnie jest. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jaką wagę mają słowa. Wydaje mi się, że mówiąc do męża, do dzieci, do siebie, a nawet teraz do ciebie, powinnam dokładnie przemyśleć, co ma trafić na zewnątrz i jak może zostać odebrane. To wymaga zatrzymania się na chwilę i skupienia, a my żyjemy w szybkim świecie, nikt nie chce się za długo zastanawiać nad tym, co wypuści z ust. Gdy coś raz zostanie powiedziane, to już zostanie, zaistnieje, a wszystko, co istnieje, ma swój cień. Mój wewnętrzny krytyk od hejtu jeszcze rośnie w siłę.

Jak zamknęłaś mu usta?

Ten proces jest tak nierealny i mglisty, a do tego tyle trwa, że pojedyncze kroczki, które musiałam podjąć, żeby faktycznie wydać książkę, były dość niewinne. Po drodze przyzwyczajałam się do myśli o premierze. Im jej bliżej, tym bardziej się denerwuję, że tyle ludzi pracowało nad projektem, a może cała ta energia mogła być zainwestowana w coś bardziej sensownego niż książka fotograficzna. Mój krytyk jest ze mną cały czas, nie da się go ode mnie oddzielić. Nie doszłam jeszcze do takiego punktu świadomości, na razie jestem na etapie akceptacji i polubienia siebie ze wszystkimi moimi ja.

Może razem z nim znikłby jakiś element twojej wrażliwości?

Byłabym innym człowiekiem. Bo on się wziął z wychowania, z mojego dzieciństwa i bardzo wielu elementów, które złożyły się na to, że jestem, kim jestem. Może nigdy się go nie pozbędę, bo w tym życiu jestem właśnie taka, i dojdę do punktu, w którym na tyle się z tym faktem pogodzę, że nie będzie mi to przeszkadzało.

Twoja książka powstawała w pandemii, gdy miałaś cały czas dzieci w domu. Było trudno?

Dzieci są ze mną w domu cały czas: Gaja, odkąd się urodziła, a Leo z dwumiesięczną przerwą na próbę przedszkola – zapisaliśmy go dlatego, że spóźniliśmy się ze złożeniem papierów o edukację domową, a musiał istnieć w jakimś systemie. Gdyby ich zabrakło koło mnie, byłby to dla mnie bardzo dziwny stan. Ale gdyby nie pandemia, to tej książki by nie było. Wszystko było zamknięte i świat, jaki znaliśmy, przestał istnieć. Mój mąż był w domu, nie mogliśmy nigdzie wychodzić ani przemieszczać się między regionami, więc on zajął się dziećmi, a ja pracowałam.

Gdzie was zastał lockdown?

W podróży. Przyjechaliśmy do Chorwacji na miesiąc, a zostaliśmy na pięć, bo nie latały samoloty, a my nie mieliśmy samochodu. Wróciliśmy do Polski dopiero, jak przywrócono loty i połączenia, ale też na chwilę. Dalej jesteśmy w Chorwacji.

Napisałaś na swoim blogu, że chciałabyś zapamiętać ubiegłoroczną wiosnę i jej bezruch, nową rzeczywistość. Jakie masz w sobie uczucia po roku?

Będę ten czas wspominała bardzo sentymentalnie. Pamiętam apokaliptyczność tych pierwszych dni i tygodni. Raz pojechaliśmy zatankować samochód i Bartek wyszedł zapłacić. Facet ze stacji ubrany w skafander nakrzyczał na niego, żeby się nie zbliżał, bo zauważył, że mamy auto z zagraniczną rejestracją. Ja to oglądałam zza szyby zmoczonej deszczem i miałam wrażenie, że to jest film katastroficzny, że on ryzykuje życiem, zwyczajnie tankując samochód. To był czas, kiedy świat obiegły zdjęcia z Włoch, nie wiadomo było, jaki zasięg i wymiar ma pandemia, były nawet informacje, że zarazić się można przez oczy czy uszy. Jednocześnie miałam wrażenie, że żyję bardziej, mocniej. Rzeczy, których nie doceniamy na co dzień, takie malutkie i nieistotne, stały się ważne i cenne. Mnie się wydawało, że jesteśmy na skraju i nic już dalej nie ma. To był moment, kiedy nagle doceniłam życie. I to w taki sposób, który zapamiętam. Wszystko zwolniło.

I przyszła chwila na refleksję.

Pamietam, że gdy po pięciu miesiącach usłyszałam pierwszy samolot na niebie, bardzo mnie zdziwił ten dźwięk. Tak wiele żądamy od świata i nagle ziemia powiedziała nam: stop, jesteście tacy malutcy! Człowiek powinien wiedzieć, że to nie on ustala zasady, że jest siła wyższa, którą powinien respektować. Słuchajmy się matki, bo ona z nami zrobi porządek, jeśli uzna, że przekraczamy jej granice. Poczułam, że taka stop klatka to jest coś, czego bardzo potrzebujemy, że wreszcie dostaliśmy możliwość refleksji, o której tyle mówimy. Moja babcia nie potrzebowała do tego kursu mindfulness, a my dziś doszliśmy do apogeum konsumpcji, nie tylko materialnej, ale też emocjonalnej. Potrzebujemy non stop nowych bodźców, podróży, doświadczeń, adrenaliny, rzeczy, żebyśmy czuli, że żyjemy. Nagle przyszło jedno wielkie stop i ja właśnie wtedy poczułam, że żyję. Nie było nic do roboty, żadnego remontu, żadnych „ważnych spraw” do załatwienia, żadnej podróży na horyzoncie. Jasne, że martwiłam się, co będzie dalej, ale to chyba było nam potrzebne. Eksploatujemy ziemię w tak oburzający sposób, że kiedyś musiało przyjść coś, co nas zatrzyma i zmusi do refleksji.

Jak twoje dzieci poradziły sobie z pandemią?

Świat moich dzieci w zasadzie się nie zmienił i pierwsze pół roku to był dla nich fantastyczny czas. Były w Chorwacji, po raz pierwszy mogły spędzić dużo czasu ze swoją babcią, która też tu utknęła. Tata był w domu, nie podróżował, a ja robiłam z nimi wiele rzeczy, na które nigdy nie było czasu. Sami robiliśmy zabawki, kleiliśmy drewniane domki, wymyślaliśmy zabawy, suszyliśmy kwiaty, farbowaliśmy tkaniny. Doświadczali prostych rzeczy, które nas otaczają, a którymi rzadko się zachwycamy. Oczywiście wiedzą, że jest koronawirus, że nie można robić wszystkiego tak, jak wcześniej – Gaia bardzo czeka, aż będziemy mogli wrócić do Japonii – ale przez to, że zawsze byli w domu, ten czas nie był dla nich zaskakujący. Nie są nastolatkami, którzy zostali zamknięci w domu z rodzicami, przed ekranem komputera, bez kumpli i możliwości wychodzenia.

Czy odkąd jesteś mamą, fotografujesz inaczej?

Dzięki moim dzieciom w ogóle wróciłam do fotografii. Miałam przerwę i aparat wzięłam znów do ręki dlatego, że zachwycał mnie widok mojego syna. Gdy urodził się Leo, ja narodziłam się razem z nim, jako nowy człowiek, z nową wrażliwością. Moje dzieci zmieniły w moim życiu wszystko, zaczęłam inaczej słyszeć, widzieć kolory, odczuwać zapachy. Żyję w innym świecie, bo to świat, w którym istnieją one. Najpierw chciałam, żeby Leo i Gaia zachwycali się tym, co ja widzę, ale szybko zrozumiałam, że chodzi o to, żebym ja zobaczyła to, co widzą oni. Pokazują mi nowy świat, czysty jak oni sami, i to moja druga w życiu szansa, żeby odebrać go w ten sposób. Natomiast jeśli pytasz o aktywność zawodową, to ona nigdy nie była na pierwszym miejscu.

Śledząc twoje poczynania, można odnieść wrażenie, że projekty same do ciebie przypływają.

Tak trochę jest. Zdaję sobie sprawę, że mam wielkie szczęście, że mogę wybierać projekty, które szczerze chcę robić. Choć byliśmy w różnych sytuacjach finansowych, zdarzało nam się sprzedawać aparaty albo telewizor, bo nie mieliśmy żadnych pieniędzy. Ale zawsze dawaliśmy jakoś radę i nie musiałam zastanawiać się, za co kupię swoim dzieciom coś do jedzenia. Mogę pozostać w zgodzie ze sobą, nie biorąc udziału w projektach, które nie są zgodne z moim przekonaniami, bo kariera rozumiana jako meta, do której się biegnie, to nie jest coś, co mnie w życiu napełnia. Napełniają mnie relacje, inwestuję w nie najważniejsze co mam, swój czas. Napełnia mnie tworzenie przez doświadczanie.

Jakie masz teraz plany?

Jutro wstanę rano i pójdę posadzić resztę kwiatów w cebulkach, a potem podleję drzewa, które zasadziliśmy parę dni temu. Zrobię tę pracę, która czeka, ale nie mam wielkich planów. Proste plany w prostym życiu, które mi się podoba. Chciałabym, żeby takie zostało, bo teraz jest paradoksalnie o wiele bogatsze. Zawsze dużo podróżowaliśmy, latałam sama z dziećmi, zmienialiśmy kraje, miejsca zamieszkania, a od roku przemieszczamy się tylko pomiędzy Polską, Słowacją i Chorwacją. Teraz nawet taki wyjazd wydaje mi się podróżą życia. Dzisiaj mój najdalej sięgający plan jest o tym, co będę robić jutro rano. Jestem bardziej tu i teraz, tego nauczyłam się od mojej babci. Największym planem jej życia było to, co ugotuje kolejnego dnia. I była dla mnie jedną z najgłębszych osób, jakie kiedykolwiek spotkałam.

Album fotograficzny Silvii Pogody pt. „Butterflies” miał premierę 13 maja. Publikację można kupić na stronie www.wszyscyjestesmyfotografami.pl i w dobrych księgarniach.

Dodaj komentarz