macierzyństwo trójgłos

Obok mnie rośnie kobieta – moja córka

Trójgłos, czyli 3 opowieści mam o ich relacjach z córkami

Obok mnie rośnie kobieta – moja córka
archiwum domowe

Jak to jest być mamą córki? Jak to jest patrzeć na dorastającą młodą kobietę? Zapytałam o to trzy mamy i każda z nich pozytywnie mnie zaskoczyła. W ich relacjach jest cała masa zaufania, podziwu, szacunku – o miłości nie wspomnę! A gdzie złość, bunt i niezrozumienie, tak swoiste dla dorastania?

Podświadomie oczekiwałam opowieści o niepokornych nastolatkach – nic takiego nie dostałam. Nawet jeśli mamy opowiadają o małej kontestacji, to robią to z czułością. Szybko przypomniałam sobie, że jako starsza z dwóch córek zawsze miałam bliską relację z moją mamą, a nastoletni bunt objawił się u mnie rezygnacją z jedzenia mięsa. O tym, co obserwują, kiedy patrzą na dorastające obok nich młode kobiety, co je łączy z córkami i czego się obawiają w nielekkiej – także dla nas – polskiej rzeczywistości, opowiadają mi dziś: Mary Gruszecka – reżyserka i mama dwójki: Eli i Ignacego, wczesnych nastolatków, których dzieli niecały rok, Aleksandra Milejska-Lekki – blogerka podróżnicza i mama trójki: dwóch córek, Julii i Hani, o których opowiada dzisiaj, oraz małego Leona, którego urodziła po czterdziestce, a także Julia Rozumek – autorka książek i blogerka, mama Benia i jego starszej siostry – dorastającej Tosi.

JULIA ROZUMEK – autorka książek i bloga, MAMA TOSI I BENIA

Czy dobrze liczę, że Tosia ma 9 lat? 

Tak, dziś jeszcze tak, ale za kilka dni będzie to już całe 10. Mocno ubolewamy z mężem, że ten czas tak szybko płynie… że za chwilę wyjadą z bratem na studia, będą mieć swoje życie… Oczywiście zrobię wszystko, co w mojej mocy (wzorując się na mojej mamie), aby z wielką chęcią powracali do rodzinnego domu – z całą paczką zdobytych tam w świecie przyjaciół.

Jaka jest twoja córka? 

Tosia jest dziewczynką, która całkowicie przerasta mnie swoją mądrością i dobrocią. Już od wielu lat. Ja jestem narwana, prędka, szybko się denerwuje. Ona jest kopią mojej teściowej i mojego męża. Nie ma potrzeby doszukiwania się, oddawania innym złości za złość. Wybacza natychmiast i bardzo rzadko to robi, bo praktycznie nigdy się nie obraża, nie gniewa. Od kiedy nauczyła się mówić, nigdy mi/nam nie napyskowała. Nigdy się nie odcięła brzydkim słowem. A ja często, jak to matka, coś tam pod nosem psioczę. Tosia odpowiada mi zawsze ze stoickim spokojem i jednym wyważonym zdaniem. Jakież ja mam wtedy wyrzuty sumienia! Jakże mała się czuję przy tym jej spokoju, mądrości, równowadze emocjonalnej. Czasami, gdy śpię obok niej i patrzę na ten jej zadarty nosek, myślę sobie, ile bym dała za ten umysł i serce. Uczy mnie pięknie żyć.

Pamiętam taką sytuację, jak Benio, jej młodszy brat (zupełnie inny charakter) mówi do niej: „Jesteś głupia i brzydka!”. Na co Tosia, z tą swoją stabilnością emocjonalną odpowiada: „To zaskakujące, że jesteś moim bratem, bo jesteś taki mądry i piękny, a do tego wybitnie dowcipny”. Trudno byłoby mi znaleźć kogoś w świecie dorosłych, kto z taką lekkością udzieliłby takiej odpowiedzi na złośliwość innej osoby. I nie tylko w słowach, ale ona również w duszy tego ciężaru nie nosi. Pięknie rysuje, doskonale nurkuje i pływa. Kocha gotować i piec, choć nie znosi jeść. Najczęściej nie wie, gdzie ma telefon i codziennie pyta „U kogo mogę dziś spać?” albo „Kto dziś do nas przyjedzie?”. To dziecko ludzi. Jest bardzo odważna i śmiała, choć spokojna, cicha i cierpliwa. Od kilku lat jeździ na obozy. W tym roku, będąc na obozie Harrego Pottera, zadzwoniła do mnie po kilku dniach – tylko po to, aby mi powiedzieć, że nie ma czasu dzwonić, tak dobrze się bawi. I jeśli kiedyś ją spotkacie, a ona będzie chciała wam opowiedzieć swój sen, to uciekajcie, gdzie pieprz rośnie! Potrafi opowiadać go kilka godzin! Ja nawet zdążę wyjechać na zakupy do Biedronki i wrócić, a ona czeka przy kuchennej wyspie, żeby dokończyć. Ranyściu! Wtedy zastanawiam się, czy aby na pewno nie zapomniałam drożdży?! Po mnie odziedziczyła całkowity brak talentu wokalnego. Ale w duszy i w sercu gra jej najpiękniejsza z pieśni.

Co lubicie robić razem? Co jest tylko wasze?

Co jakiś czas robimy sobie „babski dzień”. Idziemy wtedy na lody, na zakupy, do kina, na masaż. Byłyśmy też na babskich wyjazdach na Cyprze. Ale to „od święta”. Na co dzień razem coś pichcimy w kuchni – chałkę, babeczki, pizzę. I ten czas przed snem. Benio zasypia od razu, zatem my mamy dla siebie to szeptanie wieczorne, leżąc w uścisku.

Ostatnio po raz pierwszy byłaś z Tosią na wspólnym „poważnym” koncercie. Jakie to są emocje?

Dla mnie jako mamy, wielkie. Uświadomiło mi to nie tyle, że moje dziecko rośnie, co szczęście, jakie mamy. W kraju bez wojny, z bezchmurnym niebem i możliwością kupienia biletu. Że w tym czasie nasz Kochany Tatuś robi coś z Beniem, a my sobie śpiewamy i klaszczemy. Ten koncert to był taki moment, w którym podsumowujesz wszystko, co masz. A wiadomo, że muzyka, melodia temu sprzyja. Nawet mi pociekły gęstym strumieniem łzy z oczu, z tego wzruszenia. Tym bardziej, że jeszcze cztery miesiące temu mogłam zostać niewidomą mamą – po wybuchu kominka (na wyjeździe w górach), który uszkodził mi rogówkę i spowodował wiele obrażeń twarzy i oczu (historię Julii przeczytacie na jej blogu – przyp.red.). Ludzie często zapominają, że móc patrzeć na swoje dziecko to nieopisane szczęście.

Wydajecie się z Tosią superzgranym duetem! Jak udało Ci się wam wypracować taką relację?

Moja mama kiedyś powiedziała mi, że dzieci się nie wychowuje, tylko daje się im przykład. Daleko mi do doskonałej mamy. Ale każdego dnia bardzo się staram. Każdego wieczora (każdego!) myślę, co mogę zrobić lepiej. Co zrobiłam dobrze, a czego powinnam uniknąć. Nie jestem mamą z absolutną racją. Często przyznaję się przed Tosią do słabości. Często ją przepraszam. Mówię o swoich zwątpieniach i wahaniach. Pytam ją o zdanie. Bardzo ją doceniam i chwalę, ale też uświadamiam, że jak każdy ma słabości i musi je polubić. Jak ten brak zdolności wokalnych (śmiech). Ale prawda jest taka, że jeśli jestem fajną mamą, to fundamentem tego jest to, co wyniosłam z rodzinnego domu, oraz to, jakie podłoże do tego daje mi każdego dnia mój mąż. On jest częścią, dużą częścią tego, jaką ja jestem mamą. Tosia ma zjawiskowego tatę.

„Czasami, gdy śpię obok niej i patrzę na ten jej zadarty nosek, myślę sobie, ile bym dała za ten umysł i serce. Uczy mnie pięknie żyć”.

Zauważasz u córki takie przejście z dziecka do nastolatki, którą zaraz będzie?

Oj, tak! To już ten moment, w którym posiada w kosmetyczce czy przy wannie swoją golarkę. I pamiętam taki dzień, w którym pierwszy raz wyprostowałam jej włosy. O rany! Z tego mojego lokowatego dzidziusia nagle zrobiła się panienka.

Jakie są wyzwania mamy 9-latki?

Nigdy nie kieruję się ogólnie przyjętymi zasadami. Bo każda relacja, każdy człowiek jest zupełnie inny. Świat pędzi i pojawia się dużo więcej emocji, wszystko jest bardziej intensywne, szybko się zaczyna i szybko kończy. Chciałabym, aby Tosia doświadczyła prawdziwej przyjaźni. Nie tej, która co dzwonek na lekcję zmienia swoje oblicze. Wiem, że zasługuje na taką przyjaźń. Kiedy jechała na obóz albo kiedy jest sytuacja, że są trzy dziewczynki, zawsze przed wyjściem jej powtarzam: „Córeczko, nigdy nie pozwól, aby któraś z nich była na boku. Pomyśl, co ty byś czuła”. Ale świat niestety bywa różny… I choć Tosia pięknie reaguje na niesprawiedliwość tego świata, tak jako mama, która zna jej serce, chciałabym, aby nikt nie ranił jej wielkiego, pełnego dobra serducha. A innych wyzwań jest mało albo wcale. Tosia nie sprawia żadnych problemów wychowawczych. Nie wiem, skąd mi się ona przytrafiła. Musi być gwiezdnym dzieckiem. Ach, nie! Jest jedna rzecz. Ja jestem prędka, a ona powolna. Zatem każdego dnia mocno gryzę się w język, gdy chcę ją pospieszyć. Przecież bardzo chciałabym, aby żyła w swoim rytmie, bo ten jej rytm mi tak imponuje.

Czy jest coś, za czym już tęsknisz, kiedy patrzysz na Tosię? Masz poczucie, że jakieś dziecięce kawałki już nie wrócą?

Tak. Ale nie są to jakieś wspominki pełne troski o niedokończone sprawy czy żal do siebie. Nie. Bardziej to takie myśli świadomej mamy. Mamy, która spędza dużo czasu nad rozwojem wewnętrznym. Czasami wracam tymi myślami i zastanawiam się, czy byłam dość dobra. Czy mogłam dać z siebie więcej. Ale to kwestia mojego charakteru. Stawiam sobie we wszystkim poprzeczkę tak wysoko, że choćbym kupiła najwyższą drabinę tego świata, to i tak nie dosięgnę. Czasami się na to złoszczę, bo trudno żyje się z ciągłymi wymaganiami wobec siebie. Ale gdyby ta poprzeczka nie była tak wysoko, może bym nie podskakiwała, próbując jej dosięgnąć… A może właśnie te podskoki są tym, co czyni nasz dom i naszą rodzinę najszczęśliwszym miejscem, w jakim mogliśmy się znaleźć? Może gdybym nie próbowała się wdrapać na tę wysoką drabinę swoich pasji, dziś moja Tosiulka nie miałaby tego taty, który jest twórcą naszego poczucia bezpieczeństwa, radości, spokoju. Chciałabym, aby moje błędy pozwoliły jej udoskonalić swoje macierzyństwo – jeśli zechce zostać mamą. A moje właściwe zachowania, słowa, decyzje będą jej inspiracją, jak moimi zachowania moich rodziców. I kocham, do szaleństwa kocham to, że czasami moje dziecko mnie irytuje, wkurza i dziesięć minut zapina rzepy na bucie! Jesteśmy normalną rodziną. Z mnóstwem wad. I to jest cudowne, bo tylko złoty środek jest tym, co uczyni nas naprawdę szczęśliwymi.

Aleksandra Milejska-Lekki – blogerka podróżnicza, mama Julii (18 lat) i Hani (12 lat)

Olu, Julia jest Twoją pierwszą córką i pierwszym dzieckiem – opowiedz, jaka ona była, jaka jest?

Nie jest mi łatwo odpowiedzieć krótko na pytanie, jaka jest Julia, bo przecież odpowiedź: „wymarzona!” brzmi banalnie, prawda? Ale to właśnie tak się zaczęło. Jeszcze długo przed jej narodzinami wiedziałam, że kiedyś będę mamą Julii – takiej rozważnej i romantycznej. Opcja, że mogę być mamą chłopca, w mojej głowie nigdy się nie zrodziła – dopiero los po czterdziestce zadrwił sobie ze mnie radośnie, za co dziękuję (śmiech). Wracając do Julii – kiedy pojawiła się na świecie, od razu zapragnęłam być najlepszą wersją siebie i przyznam, że nie przychodziło mi to trudno, bo miałam ten komfort, że ona rozwijała się książkowo i mało chorowała. Trochę pogubiłam się w okresie przedszkolnym, bo te 18 lat temu moda na świadome rodzicielstwo oznaczała presję nad pracowaniem nad rozwojem intelektualnym już od maleńkości. Ilość zajęć dodatkowych, na które chodziły 3-latki z naszego otoczenia, była przytłaczająca: skrzypce, garncarstwo, łucznictwo, oczywiście po językach, a przed końmi, basenem czy judo. No i obowiązkowo balet dla każdej dziewczynki. Sprowadzało się to do długich godzin w dojazdach na zajęcia. Ale moje mądre dziecko i moja chęć bycia najlepszą mamą (pierwsze dziecko) pozwoliły nam się od tego odciąć.

Po latach stwierdzam, największym sukcesem w wychowaniu Julii było to, że nie zdołaliśmy zepsuć tego, co dostaliśmy, a dostaliśmy na starcie wspaniałego człowieka, wrażliwego, ale równocześnie bardzo zrównoważonego. Naprawdę piszę to nie tyle z dumą, ale z ogromnym wzruszeniem, bo najlepsze efekty osiągnęliśmy, gdy ja jej uważnie słuchałam, ale zawsze decydowałam. Nigdy nie byłyśmy takie „psiapsi” – relacja matka-dziecko jest najzdrowsza, gdy rodzic zapewnia bezpieczeństwo i jest dla dziecka punktem odniesienia, ale bardzo ważna jest też otwartość na emocje autonomicznego człowieka. Dzieci, które czują się bezpieczne, nie potrzebują walczyć „o wszystko”. Julia nie walczyła, nie musiała, ja nigdy nie działałam na siłę, ale musiałam wiedzieć. Miałyśmy taką umowę, że nie musi pójść do szkoły, jeśli z jakiegokolwiek powodu nie chce, ale nie idzie na wagary, tylko ja musiałam wiedzieć, co i jak. Bo ważniejsze niż frekwencja było dla mnie jej bezpieczeństwo. Po jej stronie było nadrobienie, po mojej usprawiedliwienie.

Wow, bardzo dobre rozwiązanie! Rozumiem, że obyło się bez nadużyć w temacie? (śmiech)

Wbrew pozorom wcale tego nie nadużywała, uczyła się odpowiedzialności. Swoją edukację szkolną rozpoczynała po wyjeździe z Krakowa, w Sztokholmie w angielskiej szkole. Bałam się jak sobie poradzi, ale okazało, się, że wszystko przyszło jej płynnie. To były też bardzo cenne lekcje dla mnie, ja uczyłam się od niej tego, że ograniczenia są w naszej głowie, że szufladkujemy wbrew sobie. A potem – że jesteśmy częścią przyrody i musimy dbać o nią jak o rodzinę: segregujemy śmieci, zeszyty zapisujemy do końca i najgorsze – pijemy kranówkę (śmiech). Jej eko-świadomość w wieku 8 lat była na wyższym poziomie niż moja, i imponowało mi, że dla niej to było naturalne. Drugą część podstawówki spędziła już w Krakowie, wchodzenie w nastoletniość, gierki dziewczyńskie. Dużo gadałyśmy, bałam się, że może zbyt hojnie rozdaje kredyty zaufania, bez zachowania dla siebie buforu bezpieczeństwa. Ale dała radę.

Masz już 18-letnią córkę. Co Julia wniosła do pełnoletniości? 

Dziś jest młodą kobietą, na którą uwielbiam patrzeć. Jest dobra, mądra, ale też ambitna i pracowita. Z jednej strony wszystko przychodzi jej łatwo, ale z drugiej – ona też na 100% wywiązuje się ze swoich zobowiązań. To już drugie wakacje, gdy podjęła zdalnie pracę, i ciągle z zadaniami jest gotowa przed terminem. Ma czas na wakacje i spotkania z przyjaciółmi. My mamy czas, żeby pobyć i pogadać ze sobą. Julia ma bardzo optymistyczne podejście do życia, a ja czasami sprowadzam ją na ziemię – tak, ktoś pomyśli, że podcinam jej skrzydła, ale ja zawsze powtarzam jej, żeby nie chwaliła dnia przed zachodem słońca, i za moją babcią: „umiesz liczyć, licz na siebie”. Ona się z tego śmieje, ale gdzieś to kiełkuje. Chciałabym powiedzieć, że widzę w niej lepszą wersję siebie, ale wiem, że niektórych rzeczy, które ona ma wrodzone, ja w sobie nie przepracowałabym na 10-letniej terapii. Podoba mi się, jaką jest córką, przyjaciółką i koleżanką. Zawsze gromadzi wokół siebie fajnych ludzi, a ze znajomymi śmiejemy się, że każdy chciałby być teraz kumplem Julki, bo nam, czterdziestolatkom przebywanie z nią daje plus 5 do poczucia bycia młodszym!

Jaką relację ma Julia z kilka lat młodszą siostrą, Hanią? Są do siebie podobne?

Pytanie o relację z rodzeństwem jest trudniejsze, bo te relacje są zmienne. Czasem iskrzy. Między nimi jest spora różnica wieku i Hania na pełnej petardzie wchodzi nam w wiek nastoletni… I tu Julka jest już do mnie bardziej podobna (ja też mam siostrę z dużą różnicą wieku) – wiemy, jak młodsze rodzeństwo może uprzykrzyć człowiekowi życie, ale miłość jest bezwarunkowa i ja nie mam cienia wątpliwości, że w dorosłym życiu będą na siebie mogły liczyć. Zresztą, czas pandemii i wspólnych wakacji pokazuje, że nie jest źle, skoro jeszcze wszyscy robimy dalsze wspólne plany. Pierwsze co mi przychodzi do głowy, kiedy je porównuję, to to, że są skrajnie różne, ale gdyby się zastanowić, to znalazłabym bardzo silne cechy wspólne. Obie są bardzo wrażliwe na drugiego człowieka, tylko jedna reaguje zawsze w sposób zrównoważony, druga bardziej emocjonalnie. Hania nie jest tak pracowita i obowiązkowa, gdy sama nie jest czymś szczególnie zainteresowana, ale jest bardzo dzielna i waleczna. W swoim życiu przeszła bardzo dużo*, a ja od początku widzę, jaki mądry duch w niej siedzi i jak wspaniale w sytuacjach ekstremalnych zarządza energią wewnętrzną. Przez nasze szpitalne historie, nasza więź jest szczególna. Od urodzenia wiedziałam, że przede wszystkim muszę zaszczepić w niej wolę życia i to dosłownie, dlatego pewnie też trochę ją rozpuściłam i pewnie też zbiorę tego żniwo w wieku nastoletnim. Podobno mamy wpływ na ukształtowanie człowieka do 12 roku życia, więc zostało nam kilka miesięcy (śmiech). Czy Hania będzie się buntować? Na 100% znajdzie powód. Wydaje mi się, że jestem na to gotowa, bo bardzo lubię tego człowieka, nudy z nią nie zaznamy.

*Hania przeszła kilka operacji serca – przyp.red.

„Po latach stwierdzam, największym sukcesem w wychowaniu Julii było to, że nie zdołaliśmy zepsuć tego, co dostaliśmy, a dostaliśmy na starcie wspaniałego człowieka, wrażliwego, ale równocześnie bardzo zrównoważonego”.

Co lubicie robić razem, we trzy? Co jest tylko wasze?

To, co jeszcze łączy Julkę i Hanię, to miłość do podróży. Ruszamy się razem często, a one dzielnie i z radością stawiały czoła nowym sytuacjom, które nie zawsze były dedykowane dzieciom. Julka w aucie była zawsze naszym DJ-em. Teraz Hania robi swoje playlisty i bardzo się stara nam przypodobać, choć przemyca muzykę, której dobrowolnie bym nie włączyła. Ale po tych kawałkach wyłapujemy, co się u niej zmienia – uczy się tekstów, ścisza głos, gdy wie, że nie powinna czegoś wyśpiewać, a my uśmiechamy się pod nosem. Hania mi tu właśnie podpowiada: „Mamo, napisz, że my mamy wspólny rytuał – co jesień wagaruję i chodzimy na festiwal Kino Dzieci” (śmiech). No właśnie – radość życia przede wszystkim!

Czy jest coś, za czym już tęsknisz, kiedy patrzysz na obie swoje dziewczyny?

To, czego się obawiam, a co jest nieuniknione (ja tęsknię już, choć to jeszcze nie nastąpiło), że ten czas wspólnych wyjazdów dobiega końca. Z 2+3 zostanie już za chwilę 2+2, ciągle myślę, czy to aby nie był ostatni raz w tym składzie. Ale może wystarczy zarządzić swoisty rytuał rodzinny – nieważne, ile dzieci mają lat – 2 razy do roku wspólne wakacje? Zobaczymy…

Opowiedz o dojrzewaniu twoich córek – widzisz punkty wspólne, kiedy teraz obserwujesz Hanię?

Kształtowanie się kobiecości u obu dziewczynek przebiegało zupełnie inaczej, bo u Julii na początku kształtował się człowiek, charakter, wrażliwość. To ja chciałam u małej dziewczynki baletu, tiulu, lalek. Ona lubiła ruch i dostosowaną do tego wygodę. Kłóciło mi się to z moją wizją romantycznej Julii. Kiedy w gimnazjum zaczęła używać kolorowych kosmetyków, delikatnie podkreślać swoją kobiecość, wcale nie byłam zadowolona, a byłam już naprawdę zaskoczona tym, jak ona świetnie się odnajduje w dostępnej na rynku ofercie. Szybko potem okazało się, że to ja nie nadążam ze znajomością aktualnych trendów makijażu, a moje dziecko jest naprawdę dobrze zorientowane zarówno w beauty jak i fashion – to było moje wakacyjne odkrycie. Coś mnie jednak ominęło! Skończyło się też kupowanie ubrań na działach dziecięcych, a zaczęły poszukiwania w second handach z koleżankami. Ostatnio kupiła nam obu kosmetyki do „wydobywania skrętu” włosów i pokazała filmik na YT z zastosowaniem durszlaka zamiast dyfuzora. Zdziwiła się, gdy wybuchłam śmiechem i odmówiłam. Efekt: ona ma ładne kręcone włosy, a ja nie – pomimo że skręt mam silniejszy. Ale pozwoliłam sobie założyć pierwszy raz hybrydę, więc może widzi dla mnie jeszcze jakąś nadzieje (śmiech).

Hania – kompletnie przeciwnie. Poczucie przynależności płciowej ma od urodzenia w 100%. Gdy tylko nauczyła się mówić, od razu operowała feminatywami, choć ja na to nie zwracałam szczególnej uwagi. Tańczyła, ciągle się przebierała, tiul i lakierki na placu zabaw w niczym jej nie przeszkadzały. Do dzisiaj musimy ją trochę stopować, bo nie wiem, czy szkoła aktualnego pana ministra na prawdziwy styl Hanii jest gotowa. Maseczki, kolorowe spraye do włosów plus bubble tea sprawiają, że oczy od razu bardziej jej się błyszczą, a na mesendżera coraz częściej spływają mi linki do konkretnych ubrań. Ale mam jeszcze te kilka miesięcy do magicznego 12 roku i tego będę się trzymać.

MARY GRUSZECKA – REŻYSERKA, MAMA IGNACEGO i ELI

Zostałaś mamą w młodziutkim wieku – jakie były początki macierzyństwa, a jaką mamą jesteś teraz?

Kiedy 10 lat temu urodziła się Elka, Ignacy miał niecały rok. Tak, tak – między moimi dziećmi jest 11 miesięcy różnicy. Miałam ten fart, że nie były jakieś specjalnie wymagające, do tego rytm dnia sprawdzał się u mnie jako totalny lifesaver. Na początku miałam chyba lekkie FOMO, potrafiłam też pójść na imprezę i wrócić o 5:00! Często zwracałam uwagę na to, co „mówią” inni, starałam się robić sporo rzeczy, bo przecież „tak robią supermamy”. Jestem perfekcjonistką, więc brałam sobie wszystkie małpy na plecy i często jechałam na oparach energii. Teraz odpuszczam, totalnie polegam też na tym, co np. Ela sama zdecyduje czy wymyśli. Dzieci są supermądre, mają instynkt, czasami dużo lepszy niż dorośli. I są odrębnymi bytami niż rodzice. Nie mam wyrzutów sumienia, kiedy skupiam się tylko na sobie, a zamiast zakupów z córką wybieram egoistycznie masaż i czas tylko dla siebie. I najważniejsze: jestem najlepszą mamą, jaką mogę być w DANEJ chwili. To bardzo uwalniające uczucie.

I bardzo dobre podejście! Jaka jest Ela?

Elka jest wyjątkowa. Serio. Zresztą, każdy, kto ją zna, to potwierdzi. Jest megaempatyczna, zauważa mnóstwo drobiazgów, totalnie umie mówić o uczuciach (czasami to mnie aż wbija w fotel, jak zasunie mi odpowiedź na jakieś moje wymysły). Jest bardzo wrażliwa i uważna na innych ludzi, umie stawiać granice. Kocha zwierzęta, jest totalną społecznicą, wychodzi z inicjatywami – byłą przewodniczącą Samorządu Szkolnego. No i kocha sport. Każdy.

Co lubicie robić razem? Co jest tylko wasze?

My dużo rzeczy robimy razem i dużo oddzielnie. Razem jeździmy na snowboardzie – Elka jest w Kadrze Mazowieckiej, lubimy łazić na zakupy, chodzić na sushi, oglądać razem filmy. Ela bardzo lubi gotować, więc to są te chwile, kiedy robimy to razem – jak mnie dopuści do garów (śmiech).

Zauważasz u córki takie przejście z dziecka do nastolatki? Może Ela ma już fazę „buntu”? Jakie są wyzwania mamy wczesnej nastolatki?

Faza nastolatków w domu to faza próby mistrza ZEN. Wywracanie oczami mają wyćwiczone do perfekcji. Owszem, Elka potrafi dać do pieca i puścić mi tekst, że idzie mi w pięty, ale ogólnie nie jest tak źle (śmiech). Na pewno to, co widzę, to decyzyjność, a właściwie jej brak. Pamiętam dokładnie, że też tak miałam. Do dzisiaj wybory mnie stresują! To, co ważne, to interesować się tym, co robi nastolatek: z kim się przyjaźni, co lubi, co ogląda, ale dać mu też duży kredyt zaufania i zostawić część tylko dla niego. Oczywiście nie zapominamy o stawianiu granic i rzeczach, na które nie ma w naszym domu zgody. Czasami wydaje mi się, że mam w domu obcego, ale biorę wtedy głęboki wdech, wydech i wiem, że to wszystko kiedyś mija (śmiech).

Czy jest coś, za czym już tęsknisz, kiedy patrzysz na Elę? Masz poczucie, że jakieś dziecięce kawałki już nie wrócą?

Nie myślałam o tym, no – może o tym, że dzieci do pewnego wieku płacą mniej za bilety samolotowe (śmiech). Tak naprawdę, to każdy etap dziecka jest fantastyczny, każdy inny, każdy ma inne wyzwania, ale całość jest zaskakująca. Elka była totalnym słodziakiem jako dziewczynka, czasami puszczamy sobie filmy czy nagrania z czasów, kiedy moje dzieci były małe i rozpuszczamy się wszyscy. Mam poczucie, że każdy moment w jej życiu był kompletny i taki, jaki miał być, więc czekam na więcej!

„Faza nastolatków w domu to faza próby mistrza ZEN. Wywracanie oczami mają wyćwiczone do perfekcji”.

Kobiety w Polsce ciągle walczą o swoje prawa – o co się boisz? Jakie wartości w tym kontekście starasz się przemycać Eli?

Elka jest bardzo świadoma tego, co się dzieje w tych kwestiach. Chodziłyśmy na strajki, chodzimy co roku na paradę. W naszym domu od zawsze przewijało się mnóstwo indywidualności, artystów, przyjaciół o każdym kolorze skóry, mówiących różnymi językami. Mój mąż wychował się w Stanach, chodził do amerykańskiego liceum. Dla niej nie ma znaczenia, czy ktoś jest homo czy hetero, myślę, że dzieciaki kompletnie inaczej patrzą teraz na seksualność, to nasze pokolenie miało wdrukowane takie stereotypowe role i to, że musisz się określać na całe życie. Elka ma brata, więc u nas temat równości jest jasny jak słońce. Dużo czyta i sprawdza w internecie, dużo pyta, wie, że jak będzie potrzebowała pomocy, to my z jej tatą jesteśmy obok i zawsze jej pomożemy. Bez względu, czy zamieszka w Polsce, czy gdziekolwiek na świecie. Ja wierzę, że to, co dzieje się teraz, zniknie. Młodzi ludzie są wspaniali, otwarci, nie żyją według stereotypów. Nie pozwolą wtłoczyć się w średniowieczne ramy. Rewolucja jest w młodzieży. Wahadło wychyli się w druga stronę.

*

Mamy, jakie są wasze relacje z dorastającymi córkami? Odnotowałyście bunt na domowym pokładzie? Podzielcie się z nami w komentarzach!

Dodaj komentarz