trójgłos

A gdyby tak mieć działkę…

Mamy działkowiczki mówią o tym, jak kawałek ziemi pozwala zaspokajać różnorodne potrzeby

A gdyby tak mieć działkę…
Archiwa prywatne

Ceny działek od marca 2020 roku stale idą w górę. Renesans przeżywają ROD-y, ale także zwykłe przydomowe ogródki. Jak to naprawdę jest mieć działkę? Czy to zawsze sielanka dla zapracowanych rodziców? Czy dzieci lubią je tak samo jak dorośli? Czy rzeczywiście tak łatwo można mieć swoje warzywa? Pytamy trzy różne dziewczyny, działkowiczki, ogrodniczki i mamy, w rozmowie z cyklu #trójgłos.

Działking, działkowanie, ogródkowanie. Neologizmów jest niemal tyle, ile adekwatnych ogrodniczych hasztagów na Instagramie. Bo popularność ogrodnictwa i rekreacji na własnym kawałku ziemi uprawnej rośnie, proporcjonalnie do czasu trwania pandemii. Działka nie hotel, nie zamkną jej przez COVID-19. Wiem coś o tym, bo sama jestem ogrodniczką, i choć param się tym hobby od bez mała dwudziestu lat, to dopiero w czasie lockdown zrozumiałam, jakim skarbem dla mnie i rodziny jest ogród. Będąc na działce dłużej niż przez weekend, zasmakowałam stuprocentowej satysfakcji z posiadania warzywnika, kompostownika, kosiarki i leżaka.

Działka to marzenie wielu rodziców – bezpieczna przestrzeń na powietrzu, gdzie dzieci mogą szaleć, a my popijać wino bez maseczki. Możemy to mieć, nie porzucając swojego miejskiego życia. Jednak ci, którzy dzielą czas między miejski dom a położony gdzie indziej ogródek – znają też minusy. Są to koszty czasowe i finansowe, stały obowiązek doglądania mienia, troski o „kolejne coś”. Czy warto inwestować w działkę? A może wystarczy dzierżawa ROD? Albo… korzystanie z działki członka rodziny? Pytamy trzech dziewczyn, z których każda ma inne doświadczenia.

Marysia Bator, autorka znana z łamów Ładne Bebe, docenia przede wszystkim etos Rodzinnego Ogródu Działkowego. Eryka Sokólska, makijażystka i influencerka, stworzyła na mazowieckiej wsi swoją idyllę, gdzie ucieka od zgiełku świata. Daria Panek-Płókarz, rezolutna mama z Poznania, korzysta z działki należącej do teściowej, gdzie organizuje dla całej rodziny quality time w duchu dzikości na łonie natury. Posłuchajcie kolejnej rozmowy z naszego cyklu #trójgłos.

Daria Panek-Płókarz: działka u babci

Daria to poznańska aktywistka, niezależna dziennikarka i mama dwójki, promująca wychowanie w duchu leśnej edukacji. Bloguje o aktywnym spędzaniu czasu w lesie i dbaniu o bezpieczeństwo w kontakcie z przyrodą. Ma inżynieryjne wykształcenie, interesuje ją też przekształcanie przestrzeni, w szczególności nietypowe place zabaw. Właśnie przygotowuje książkę dla krakowskiej Pracowni K. o byciu „dzikim rodzicem” w mieście. W zeszłym roku większość czasu spędziła z rodziną na działce nieopodal miejscowości Kórnik.

Rok temu obserwowałam twoje życie na działce u teściowej. Jak to się stało, że tam zamieszkaliście i jak z dzisiejszej perspektywy patrzysz na te miesiące spędzone w domku z ogródkiem?

Gdy ogłoszono pandemię, mój mąż Jędrzej był w delegacji przez tydzień. Jak chyba większość osób, śledziłam wtedy nerwowo wszystkie doniesienia i postanowiłam od razu, że gdy tylko będzie możliwość, wyjedziemy z Poznania na działkę do teściowej, żeby ten trudny czas spędzić wspólnie. Zwłaszcza, że wprowadzono też zalecenie niewychodzenia bez szczególnej potrzeby, później zakazano również wstępu do lasów. Wtedy myśleliśmy o działce przede wszystkim jako o miejscu, gdzie możemy swobodnie wyjść z domu, poruszać się bez maseczek na zewnątrz i czuć się bezpiecznie. W kamienicy w Poznaniu, gdzie mieszkamy, nie byłoby to możliwe. Bardzo współczuję wszystkim osobom, które były wtedy skazane z dziećmi na zamknięcie. Bardzo doceniam, że dookoła nas było zielono, że mieliśmy stały kontakt z przyrodą. Teściowa pozwoliła nam też przekształcić nieco ogródek na własne potrzeby, co zaowocowało nowymi doświadczeniami.

Jesteś znana z tego, że chętnie wyprowadzasz dzieci do lasu i w różne dzikie miejsca, dając im na co dzień swobodny kontakt z przyrodą. Czy właśnie dlatego postanowiłaś stworzyć na działce dla nich naturalny plac zabaw?

Gdy okazało się, że będziemy na działce babci przez dłuższy czas, pojawił się impuls do tego, żeby zrealizować coś, co planowaliśmy od dawna – budowę miejsca do zabawy dla dzieci. Bardzo interesuję się zagadnieniem tzw. nieplaców zabaw, pojęciem ukutym przez krakowską pracownię k. Określa się tak przestrzenie, w których chętnie bawią się dzieci, choć nie zostały z tą myślą zaprojektowane, stworzone. Zazwyczaj przypominają bardziej ogrody – są mniej uporządkowane i nie definiują jednoznacznie charakteru zabawy. Wielu rodziców rozumie to pojęcie szerzej – jako bardziej nowoczesne, zielone miejsca dla dzieci, osadzone w innowacyjnych metodach edukacji czy designie. Z pewnymi wyjątkami, wszystkie poznańskie place zabaw wyglądają w zasadzie podobnie – to rozgrzane latem place, z kolorowym katalogowym wyposażeniem.

Lockdown był doskonałym pretekstem do tego, aby samodzielnie stworzyć coś innego – w mikroskali na działce babci. Nie było to łatwe, wymagało negocjacji, uporządkowania pewnej przestrzeni, ale udało się doprowadzić do układu win win (śmiech). W firmie, w której pracuję, znalazłam nieużywany i niepotrzebny przepust drogowy, i postanowiłam wykorzystać go jako część konstrukcji dla dzieci. Podczas zakopywania powstało przed nim coś w rodzaju klepiska, błotnej kałuży. Okazało się, że właśnie tam najchętniej bawią się dzieci i że zupełnie niepotrzebna jest piaskownica. Błoto króluje, powstał tam nawet kiedyś tor dla małych jeepów, zamek z kamieni. Dzieci wykopują dżdżownice i bawią się tam bez przerwy – to prawdziwy nieplac zabaw.

Co daje twoim dzieciom, Basi i Guciowi, swobodna zabawa na działce? Czy oni się tam nie nudzą?

Maluchom nie potrzeba specjalnych sprzętów do zabawy. Na pewno na działce rozwijają motorykę, małą i dużą. Moje dzieci doskonale radzą sobie ze skakaniem po kamieniach, wspinaniem. Jestem też przekonana, że lepiej oceniają zagrożenie, niż dzieci pozbawione podobnych bodźców. Gdy widzę ich zabawę, skoki – to jestem spokojna, bo wiem, że są sprawne, a gdy czują się niepewnie, wycofują się. Stymulują się też sensorycznie poprzez dotykanie brudu – wiele współczesnych dzieci nie lubi dotykać błota i się go wręcz boi, a dla naszych to jest coś naturalnego, pozytywnie wpływa na ich zdrowie i rozwój. To dość kontrowersyjny temat, ale warto o tym wspomnieć. Podczas lektury książki „Nie ma złej pogody na spacer – tajemnica szwedzkiego wychowania dzieci”, napotkałam na pozycję „Zdrowy Brud. Jak unikanie sterylnie czystych warzyw i owoców może poprawić odporność twojego dziecka”, w której postawiono tezę, że kontakt z ziemią i brudem jest nam po prostu potrzebny, ponieważ wpływa na odporność. Dosłownie jest tam mowa o „efekcie ochronnym gospodarstw rolnych”, który polega na tym, że codzienne wdychanie mikroorganizmów zawartych w odchodach zwierząt gospodarskich pozytywnie wpływa na odporność człowieka i służy nam bardziej niż sterylne środowisko zdezynfekowanego miasta. Z tymi „dobrymi bakteriami” stykamy się również podczas prac w ogródku. Dlatego nie zabraniamy Basi i Guciowi brudzących zabaw.

Moje dzieci zawsze bawią się wspólnie, dzielą doświadczenia, więc ich więź staje się silniejsza. Działka jest też miejscem, gdzie mogą w miarę bezpiecznie bawić się same. Akurat ta babci ma taki kształt, że trudno jest mieć maluchy na oku przez cały czas.

„Działka jest dobrym miejscem do oswajania rodzicielskich lęków (w przestrzeni miejskiej bywa to trudne lub wręcz niemożliwe). W dzisiejszych czasach mamy w sobie dużo niepewności - nie chcemy spuszczać dzieci z oczu”.

Na ogrodzonej działce, w znajomej zamkniętej przestrzeni, łatwiej się na to zdobyć. Moje dzieci bardzo często stają się tu też bezobsługowe, mają swoje sprawy, swoje misje, tematy i pomysły. Wchodzą na drzewa, bawią się w błocie, ja staram się stać obok i nie ingerować. Nigdy nie zapomnę, jak czytałam mojemu Guciowi „Dzieci z Bullerbyn” – od razu zwrócił uwagę na to, że w książce dzieci bawiły się same. I stanowczo powiedział, że też tak chce.

Czy myślisz, że działka jest wygodniejsza na początek dla rodziców, którzy obawiają się wielkich wypraw w teren z dziećmi? W końcu na działce łatwiej się przebrać z mokrych ubrań, umyć, przygotować coś do jedzenia, skorzystać z toalety.

Na pewno tak jest, choć trzeba pamiętać, że oznacza to też błoto i piach nanoszone na kaloszach do domku, w naszym przypadku – domku babci.

A czy działka jest bezpieczniejsza niż las, jeśli chodzi o zagrożenia czyhające w naturze, jak kleszcze czy osy? Wiem, że temat dbania o bezpieczeństwo w czasie przyrodniczych wypraw jest ci bliski.

Jeśli regularnie kosimy trawę, teoretycznie tych kleszczy powinno być mniej. Ale nie można zakładać, że w ogródku niczego nie złapiemy, tym bardziej, że z roku na rok kleszczy jest coraz więcej i są aktywne przez więcej miesięcy, niż kiedyś. Tak naprawdę ostrożność warto zachować zawsze i stosować się do ogólnych zasad – na przykład, gdy to możliwe, należy nosić długie rękawy i sprawdzać się po powrocie do domu (jeśli szybko usuniemy kleszcza, ryzyko zachorowania na boreliozę jest minimalne). To samo z osami – warto pamiętać, pijąc na zewnątrz, aby używać przezroczystych szklanek, spojrzeć na jedzenie przed włożeniem do ust. Lęk przed przyrodą należy oswajać, a nie jej unikać. Gdy spędzamy na zewnątrz możliwie dużo czasu, lepiej się w niej odnajdujemy, budujemy z nią więź.

Co z takich typowo działkowych przyjemności lubicie najbardziej?

U nas największym hitem jest zawsze ognisko. Uwielbiamy je i jak tylko nadarza się okazja, to je rozpalamy, wieczorem siadamy i obserwujemy niebo. Mamy też grilla i hamak. Latem rozkładamy specjalną folię – tor, na której można się ślizgać. Sporo się razem uczymy o otaczającej nas przyrodzie, lubimy słuchać ptaków, np. rozpoznajemy ich odgłosy z aplikacją Birdnet. Patrzymy, jak rosną rośliny, podlewamy je. Dużo radości dało nam oglądanie, jak rosną maki, jak zmieniały się z kolejnymi miesiącami. Chciałabym móc powiedzieć, że lubimy z moim mężem siedzieć w leżaku i odpoczywać, popijając zimne napoje, ale cóż, małe dzieci wymagają stałej obsługi i często nas angażują – trzeba dać im pić, koniecznie coś zobaczyć, przenieść gąsienicę na kwiatek (śmiech). Na pewno praca fizyczna w ogrodzie, kopanie, pielenie, obcinanie gałęzi, powoduje, że odpoczywa głowa.

Co byś radziła osobom, którym marzy się przejęcie działki po dziadkach lub kupno własnej?

Zawsze warto spojrzeć na swoje potrzeby i tryb życia. My wiemy, że miasto jest przestrzenią do naszej codzienności, ze względu na pracę, placówki. Ale potrzebujemy też przyrody. Doszliśmy więc do wniosku, że niekoniecznie musimy mieć działkę na własność. Posiadanie działki wymaga wielu zasobów – czasowych, finansowych i energetycznych. Taka inwestycja odbiera w jakimś sensie swobodę, bo generuje kolejne obowiązki. Gdy się natomiast odwiedza działkę członka rodziny, tak jak my – jest po prostu wygodniej, przynajmniej na tym etapie, na którym jesteśmy, mając małe dzieci i mało czasu na relaks. Poza tym w przestrzeni miejskiej też można czerpać radość z ogrodnictwa, udzielać się w ogrodzie społecznym. Oczywiście mieliśmy pokusy, by pomyśleć o czymś swoim, bo należymy do ludzi, którzy lubią przekształcać przestrzeń, urządzać. Ale doszliśmy do wniosku, że skoro i tak odwiedzamy babcię praktycznie co tydzień, możemy czerpać radość z jej miejsca. Nasza babcia jest również miłośniczką przyrody, jeździ z nami często na mikrowyprawy. Mimo swoich 73 lat, jeszcze całkiem niedawno wybierała się na wycieczki po górach, interesuje się ptakami i opowiada o nich dzieciom.

Eryka Sokólska: własna działka na wsi

Eryka to uznana na polskim rynku mody makijażystka, od wielu lat ambasadorka marki Max Factor, na co dzień jest zapracowaną fashion girl. Ale wiedzie także drugie życie, związane z malowniczą działką na północnym Mazowszu, gdzie szumi las, rzeka jest pełna raków, a w warzywniku dojrzewają pachnące pomidory. Właśnie tam celebruje swoje życie rodzinne z partnerem życiowym, fotografem i producentem Jackiem, oraz czteroletnią córeczką Maliną.

Jak to się stało, że dziewczyna z wielkiego miasta, pracująca na co dzień w świecie mody, pokochała wypoczynek na działce na wsi?

Jako dziecko często spędzałam wakacje u babć. Jedna była miastową damą w futrze i z czerwoną szminką, druga mieszkała na wsi. Ta druga babcia, oprócz tego, że była wiejską gospodynią, była też artystyczną duszą. Tworzyła rękodzieło, tkała dywany, haftowała, układała niesamowite kompozycje z kwiatów. Dzięki wakacjom u niej zasmakowałam wiejskiego piękna w prostocie i zwyczajności. Piekła chleb, robiła własne sery, dziadek miał swoje pszczoły. Życie na wsi kojarzy mi się do dzisiaj ze szczęśliwym dzieciństwem, pysznym, prostym jedzeniem, byciem na łonie natury, malowniczymi plenerami. We wsi mojej babci był wodospad i rzeka, w której się kąpałam. Gdy zaczęłam intensywniej żyć zawodowo, a branża kosmetyczna i modowa funkcjonuje na bardzo wysokich obrotach, zaczęło mi trochę brakować tego slow life. Mieszkam od ponad dwudziestu lat w Warszawie i lubię ją, ale chyba nie potrafię w dużym mieście wypoczywać. No, chyba, że w jakimś mieście we Włoszech (śmiech).

I tak zaczęłaś szukać działki za miastem?

Tak, postanowiłam, że chcę mieć swoją odskocznię, gdzie będę mogła odetchnąć od intensywnej pracy. Udało nam się i dziewięć lat temu stworzyliśmy wymarzone miejsce, które jest naszym „przecinkiem” w intensywnej rzeczywistości, gdzie nastawiam się na kontakt z naturą, odpoczynek i rodzinę. I gdzie mogę wracać do cudownych wspomnień z dzieciństwa. W czasie pandemii doceniłam działkę jeszcze bardziej. Okazało się, że miasto bez restauracji, otwartych muzeów, galerii, tętniącego życia na ulicach, staje się jakby na wpół martwe. Wirtualny spacer po muzeum to nie to samo, więc gdy to, co zazwyczaj mnie w mieście przyciąga, jest niedostępne, zmienia się wibracja miasta. Natura natomiast jest niezmienna, wciąż cieszy tak samo.

„Na wsi panuje większy spokój, nie słyszy się karetek, nie widzi się tylu osób w maseczkach, więc łatwiej jest znosić pandemiczną rzeczywistość”.

Bardzo to doceniłam w czasie lockdownu – wtedy też część moich znajomych, którzy dotąd dziwili się moim działkowym zainteresowaniom, zrozumiało, o co w nich chodzi.

W jaki sposób szukaliście działki?

Poszukiwania trwały dwa lata. Zależało nam, by to miejsce było nie dalej niż godzinę jazdy od domu w Warszawie, żeby wyjazd nie zmieniał się w wielką wyprawę. Szukaliśmy długo, bo dość nieregularnie, głównie w weekendy, gdy oboje mieliśmy z Jackiem czas. Jeździliśmy po okolicach Warszawy od wsi do wsi, po prostu rozglądając się. W końcu dotarliśmy do działki, na którą nakierował nas nasz krewny. Stanęliśmy pod lasem, na skarpie przy rzece i od razu oboje poczuliśmy, że „to jest właśnie to miejsce”. Na początku nie było łatwo, miejsce było zaniedbane, ale potencjał widzieliśmy od razu. Regularne wylewy rzeki sprawiły, że trzeba było podnieść teren, więc dużo było prac ziemnych, koparka pracowała non stop przez dwa tygodnie. Po pewnym czasie zamówiliśmy domek, który potem rozbudowaliśmy. Dawniej przyjeżdżaliśmy tu tylko w sezonie – bo wiesz, zimą, jeśli nie mieszkasz i nie grzejesz w domu systematycznie, konieczne jest spuszczanie wody z rur, by nie popękały. Od czasu pandemii właściwie przenieśliśmy nasze życie na działkę i wyruszamy stąd do Warszawy na czas zleceń i zajęć córeczki.

To takie banalne pytanie, ale co ci daje działka? Nie wolałabyś zamiast niej inwestować czas i pieniądze w ogród i dom, pojeździć trochę po świecie?

Mamy znajomych, którzy przyjeżdżając do nas mówią: „No, pięknie tu macie. Ale co tu robić?” (śmiech). Radość z takiego miejsca najłatwiej pojąć, gdy się ma dobre wspomnienia z dzieciństwa na wsi, tak jak ja. Moim zdaniem tego miejsca nie da się przedawkować. Jeździmy tu już dziewięć lat i nie nudzi nam się. Oczywiście, nadal regularnie podróżujemy, przed pandemią byliśmy kilka razy za granicą na wakacjach. Działka ma natomiast inną funkcję – to miejsce blisko domu, do którego wpadamy, kiedy chcemy, w wolne od pracy dni, w weekendy. Nie pracujemy na etatach, więc zdarza nam się tu przebywać po kilka dni z rzędu. Paradoks polega na tym, że taki prawdziwy relaks mamy zazwyczaj dopiero, gdy pojawiają się goście. Mamy wtedy czas na biesiadowanie. Uwielbiamy gotować i szukamy dosyć wymyślnych smaków. Dziś jedliśmy karmazyna w pistacjowym pesto ze szparagami morskimi. Ale lubimy też proste smaki. Tak naprawdę najważniejsze są produkty, bo miejscowa kiełbasa z ogniska i sałatka z własnych warzyw też mogą być pysznym posiłkiem. Na wsi mamy takich świeżych, dobrych jakościowo produktów pod dostatkiem.

Skoro lubicie gotować, to na pewno macie własny warzywnik?

Tak, lubimy jeść i gotować i mamy warzywnik. W zeszłym roku posadziliśmy osiemdziesiąt krzaków pomidorów. Zrobiliśmy pod koniec lata wszystkie możliwe weki na cały rok, własne przeciery, sosy do spaghetti, zupy. Dużo tego było, ale pomagała też moja mama. Mamy szczęście, że mieszka zaledwie 20 km od działki i gdy my nie możemy przyjechać, ona się pojawia i podlewa. Należy więc powiedzieć, że w utrzymanie działki i warzywnika są stale zaangażowane trzy osoby – ja, mój Jacek i moja mama. Nie ma co się oszukiwać – warzywa wymagają stałego doglądania. Mimo że ziemia tutaj to głównie piach, nie używamy sztucznych nawozów, stosujemy jedynie naturalną „gnojówkę” i tę z ukiszonych pokrzyw. Bardzo ją polecam, świetnie nawozi i chroni przed szkodnikami. Mamy też kompostownik. Uprawiam głównie pomidory, ogórki, cukinie, dynie, dużo ziół. Sadzę te warzywa, których najwięcej zjadamy – cały rok mamy swoje ogórki kiszone, konserwowe, a wiesz, że nic nie zastąpi własnych przetworów. No i rosną także owocowe drzewka i krzewy: śliwki, jabłka, wiśnie, borówka amerykańska, maliny i agrest.

A macie tradycyjny ogród ozdobny?

Nasza działka jest bardzo malowniczo położona, z dwóch stron las, w dole rzeka… więc założyliśmy sobie, że nie będziemy robić wielkich ogrodniczych projektów z kwiatami. Po pierwsze, by nie odwracać uwagi od piękna krajobrazu, po drugie, by nie dokładać sobie pracy. Zwłaszcza na początku, gdy bywaliśmy tu weekendowo latem i wszystko robiliśmy sami, trudno byłoby utrzymać ogród kwiatowy. Teraz, od kiedy pojawiła się mała Malina, czasem korzystamy z pomocy jednego pana, ale rzadko. Kupiliśmy natomiast traktorek do koszenia i ogarnięcie trawnika nie zajmuje już trzynastu godzin, tylko trzy (śmiech).

Czy doceniasz działkę bardziej, od kiedy zostałaś mamą? 

Zawsze doceniałam to miejsce, ale prawdą jest, że przed dzieckiem bardziej poświęcałam się pracy. Teraz mam jasny priorytet, nie pracuję w weekendy i bywam na działce częściej. Gdy urodziła się Malina, chciałam celebrować każdą chwilę mojego dość późnego macierzyństwa. Bycie na wsi z dzieckiem to dla mnie pełnia szczęścia. Mamy taką ogromną leżankę, przypominającą łóżko, na której odpoczywałam w ciąży – mówimy na nią „Calineczka”. Wspominam narodziny córki i wspólne chwile na działce jako błogie polegiwanie na niej i karmienie małej w słońcu albo na trawie. Pyszne jedzenie, szum lasu i wody. Czasami „Calineczka” była znoszona na naszą plażę i tam sobie odpoczywałyśmy. To były piękne chwile. Ale moja córeczka nadal uwielbia tu być, gdy ją pytam, co chce robić, często mówi, że chce jechać na działkę. Ciągle prosi, byśmy szli pokąpać się w rzece lub bawić się na własnym placu zabaw. Mamy tu też dużo zwierząt – wiewiórki, żurawie, bociany białe i czarne, czaple, dziki, łosie, bobry za ogrodzeniem… nawet raki. Atrakcji dla dzieci nie brakuje.

Co byś poradziła osobom z dużych miast, które marzą o kupnie ziemi i budowie własnego domku na działce?

Na pewno trzeba mierzyć siły na zamiary. Zadać sobie pytanie – ile mam czasu, by poświęcić się temu miejscu? Jeśli masz go niewiele, szukaj małej działki i nie kombinuj. Duży obszar to dużo nakładu systematycznej pracy. Jeżeli ktoś po prostu marzy o spędzaniu czasu na łonie natury, nie musi mieć wielkiego ogrodu, wystarczy trawnik i mała kosiareczka. Działka, żeby się nią cieszyć, powinna być funkcjonalna. Dla mnie też ważna była mała odległość od domu, by móc się tam wybrać w dowolnym momencie.

Marysia Bator: ogródek działkowy w mieście

Kobieta rakieta, wędrowna dusza, ceniona autorka naszego portalu, na co dzień profesjonalna przedszkolanka z zamiłowania. W Ładne Bebe Marysia pisze o rozwoju dziecka i przeprowadza rozmowy o macierzyństwie. Ma dwoje dzieci (14-letnią Milę i 12-letniego Tadzia), mieszka w Warszawie.

Jak to się stało, że zostałaś użytkowniczką ROD?

Działkuję od dzieciństwa. Moi rodzice kupili ogródek na Rakowcu (najbardziej poważanym ogródku działkowym w stolicy – przyp. red.), po zaprzyjaźnionym lekarzu pediatrze. Pierwsze lata to była rozbiórka starej altanki, okazało się, że w czasie Powstania przechowywano w niej broń. Uwielbiałam ten zapach butwiejącego drewna. Była tak pełna pajęczyn, że mogłaby stanowić scenografię horroru. Trzeba było wykarczować prastarą, nieowocującą już jabłoń i zbudować nowy domek. Rodzice ostro na działce pracowali, więc dla mnie bycie tam było czasem za karę. Z nudów lepiłam błotne kotlety. Mama próbowała mi działkę osłodzić, sadząc krzaczki poziomek. Dopiero kiedy poszłam do liceum, odkryłam potencjał ROD-u – ten imprezowy. Wyposażenie domku to małe muzeum dizajnu lat 60. i 70., więc z przyjaciółkami przychodziłyśmy przebrane w ubrania naszych babć, kładłyśmy sobie liście babki na nosy i zasiadałyśmy w retro leżakach (z nieistniejącym już piwem 10,5).

„Na działkę zabierałam też moich chłopaków i chodziłam się tam opalać. Moje nastawienie do tego miejsca jest czysto rekreacyjne, nigdy nie przekopałam tam choćby grządki”.

A jakie masz najmilsze skojarzenia z momentami na działce z dziećmi?

Kiedy urodziły się moje dzieci, na działce pojawił się dmuchany basenik, wiaderka, wywrotki itd. Własny kątek ziemi jest bezcenny, kiedy jest się rodzicem. Tu dzieci mogły zrywać porzeczki i jeżyny prosto z krzaka, wywozić z dziadkiem suche liście, wycinać zeschłe badyle. Jednak nadal jest to dla nas przede wszystkim przestrzeń towarzyska. Ławeczka, czajnik, jednopalnikowa kuchenka – to wystarczyło, żeby po mistrzowsku spędzać weekendowe dni ze znajomymi lub świętować kolejne urodziny dzieci. Jednak – ponieważ działka nie była przez moich rodziców projektowana pod rodzinę z małymi dziećmi – zawsze były też straty w postaci podeptanych rabatek.

Czy wspólne działkowanie zbliżyło was jako rodzinę do natury?

Tata moich dzieci i ja jesteśmy oboje dosyć leśni, więc i dzieci to w sobie mają. Od początku były kołysane szumem sosen nad namiotem czy bujaniem fal na jeziorze. Działka jest naszym sposobem na przetrwanie w mieście, kiedy mamy mniej czasu, kiedy nie możemy wyrwać się dalej na weekend. Ale i tak wolimy las i przyrodę nierabatkową, niesekatorową.

Czy twoim zdaniem działka ROD to dobre rozwiązanie dla ludzi z dużych miast?

Miejska działka jest cudowna na pierwsze lata życia dziecka. Tu można się zadekować z książką, termosem i niemowlęciem w wózku. Tu można mieć własną błociarnię, piaskownicę, basen… Teren nieduży, ogrodzony siatką, bezpieczny, ale z drzewkami do wspinania, kawałkiem ziemi do wysiewania, sadzenia i zbierania płodów ziemi. Na działce można na chwilę spuścić dzieci z oczu i odsapnąć, ale też je zanurzyć w przyrodzie. Mogą patrzeć na pszczoły, zbierać dżdżownice i kowale, naśladować nas w grabieniu liści, pomagać. Moja mama jest dosyć sceptycznie nastawiona do sadzenia warzyw w mieście – ze względu na skażenie ziemi, więc poza pomidorkami cherry i owocami, nasza działka ma charakter czysto rekreacyjny.

Co się twoim zdaniem składa na subkulturę działkową?

Uwielbiam zasadę, że działki ROD powinny być otwarte dla spacerowiczów. Nie można stawiać wysokich ogrodzeń, ani zasłaniać się żywopłotami. Działki są oddawane pod prywatny użytek, ale mogą cieszyć oczy wszystkich. To nie szlacheckie dworki, to wspólne troszczenie się o ziemię i o piękno. Podoba mi się to niegrodzenie i to, że jest wspólna toaleta przy budynku zarządu. Podoba mi się także idea prac społecznych. Jestem też fanką architektury altankowej. Te okiennice, tarasiki, pergole, daszki – wszystko stawiane w czasach, kiedy brakowało materiałów, zwyciężał pragmatyzm i kreatywność. I co? Potworki są rzadkością, większość domeczków ma bardzo sympatyczne bryły. Zaradność tamtych pierwszych pokoleń działkowców mi imponuje. A zastanawia ich troska o rośliny połączona z krwiożerczością. Kochają rododendrony, tępią podagrycznik. Troskliwie otulają arystokratyczne krzaczki róż i sypią truciznę na ślimaki. Działkowiec wiecznie walczy, z przędziorkiem, zarazą ziemniaczaną, z suszą, czasem z sąsiadami (bo zbyt głośno słuchają radiowej Jedynki, nie trzymają swojego perzu w ryzach, koszą w ciche dni, grillują). Dla równowagi – nowe, napływowe pokolenie działkowców niesie także nowe obyczaje. Zostawia kupki liści dla jeży, sadzi rośliny miododajne.

Masz już duże dzieci. Czy dołączyły do młodego pokolenia działkowców?

Moje dzieci od kilku lat nie mieszczą się już w baseniku, ale mam nadzieję, ze same zaraz zaczną organizować działkowe party. Działka stała się dla nich za mała. Ale wiem, że wkrótce tu wrócą. Ja też zmieniam swoje nastawienie, z wiekiem mam bardziej otwarte oczy, widzę piękno ognika, starej azalii, podziwiam szeregi mrówek wspinające się do kwiatu piwonii. Lubię czasem przyjść i popatrzeć. I może nawet ostatecznie chwycić za grabie lub za taczkę.

*

A wy, jakimi działkowcami jesteście? A może marzycie o własnej działce? Dajcie znać w komentarzach.

Dodaj komentarz