Dziadkowie bardzo często odgrywają rolę „rycerza na białym koniu”. Dzięki nim rodzice mogą swobodnie pracować, mieć czas dla siebie, znacznie swobodniej planować wakacje, bo dzieci zwykle spędzają u dziadków trochę czasu. Zarazem dla rodziców często wyzwaniem jest to, że dzieci u dziadków są na zupełnie innych zasadach niż w domu, a prośby o modyfikację sposobu opieki często odbijają się niczym od ściany.
Skoro już przy słowie „ściana” jesteśmy – nie da się ukryć, że ściany w budownictwie są bardzo mocnym ustanowieniem granicy budynku, a właśnie o dziadkowych granicach tutaj będzie mowa. Relacje wnuki – rodzice – dziadkowie bywają trudne, bo granice każdej z tych trzech grup zazębiają się bardzo mocno.
Dzieci mają prawo do swoich granic, do swoich wyborów. Na przykład bardzo lubią przyjemności takie jak słodycze lub bajki, ale to decyzje rodziców (co dać, a czego nie) pomagają im pozostać w równowadze. Dziadkowie z kolei mają swoje granice i w ich ramach mówią, co chcą (a nie zawsze są to komunikaty zgodne z Porozumieniem bez Przemocy), opiekują się, jak chcą, i często jeszcze doprawią to sformułowaniem „rodzice są od wychowywania, a dziadkowie od rozpieszczania”. W ten oto sposób „rycerz na białym koniu” przestaje być dla rodziców wybawicielem z baśni. Tym bardziej, że łatwo zapominamy o jego granicach i mamy ogromne oczekiwania, w końcu to postać iście bajkowa.
Przyjrzyjmy się granicom – one podpowiadają nam kilka rozwiązań, choć niech nikt nie oczekuje zakończeń niczym z bajki, gdzie wszyscy byli zadowoleni. Może tutaj na bajkowych skojarzeniach poprzestańmy.
Dziadkowie są w swoim życiu na zupełnie innym etapie. Erika Erikson w teorii rozwoju psychospołecznego nazywa to etapem generatywności. Są bardzo mocno skoncentrowani na dawaniu, na owocowaniu i przekazywaniu światu swoich możliwości, mądrości i innych dóbr. W związku z tym są znacznie mniej otwarci na zmiany, wiedzę, zdanie innych. Oczywiście nie jest to „zero-jedynkowe”, ale brak akceptacji tej tendencji jest często przyczyną frustracji rodziców, którzy są na etapie budowania relacji ze sobą i swoimi dziećmi, a ich mózgi są bardziej gotowe do zmian.
Dodajmy, że prosząc o opiekę nad swoimi dziećmi – przekazujemy je dokładnie w samo centrum granic dziadków. Tam jest przestrzeń ich wyborów, ich myśli, często głośno wypowiadanych („mój ty łobuziaku!”, „moje ty szczęście!” itp.). Posługując się kategorią granic, wejście w samo centrum przestrzeni dziadków z nieznoszącą sprzeciwu sugestią „róbcie to inaczej” jest po prostu naruszeniem tych granic oraz oczekiwaniem trudnego dla nich procesu zmian. Skoro jesteśmy w gościach – jest to przestrzeń prośby, rozmowy, akceptacji wyborów. Dziadkowie ani nie muszą opiekować się naszymi dziećmi, ani nie muszą tego robić „po naszemu”.
My z kolei nie musimy ich o tę opiekę prosić.
To jest miejsce, w którym granice rodzica się kończą, a zaczynają granice dziadków. To nasza rodzicielska decyzja, komu powierzamy część naszej odpowiedzialności za dzieci – bo to my uzupełniamy granice dzieci tam, gdzie one tego nie potrafią – zapewniając im opiekę dorosłych, dopóki tego potrzebują. Nie musimy jednak korzystać z pomocy dziadków. Zapewne jest to wygodne, ale jeśli uznamy, że inne wartości są dla nas ważniejsze, będziemy szukać innych rozwiązań, na przykład zatrudnić kogoś do opieki albo wysłać dziecko do instytucji opiekuńczej.
To prawda, zatrudnienie kogoś wymaga pieniędzy. Kłopotliwe stają się częste choroby, opieka raczej nie obejmuje godzin nocnych lub tygodni wakacji. Zarazem daje nam większą szansę ingerencji w oczekiwania względem opieki. W przeciwieństwie do dziadków – opłacanych opiekunów dla dzieci możemy wybrać sami. Możemy też jednak uznać, że dobro płynące od dziadków jest tak duże, że (przykładowo) tymczasowy stan przecukrzenia jest czymś do przyjęcia. Może znajdziemy też inne rozwiązania? Każdy ma inną sytuację, inne możliwości i oczywiście innych dziadków.
Czasami jest też tak, że to dziadkowie chcieliby wtargnąć w nasze granice. Odwiedzać nas, kiedy chcą, a w naszej przestrzeni mówić i robić wobec dzieci, co im się żywnie podoba. W takim przypadku sprawa granic ma się jednak kompletnie inaczej. Nasz dom, nasze wychowanie, nasze zasady. Czymś innym jest powiedzieć „NIE”, kiedy jest się w domu rodziców, ba, a nawet w zasadzie nas tam nie ma, tylko są tam nasze dzieci. Na naszym terenie jednak obowiązują nasze zasady i mamy prawo pilnować ich przestrzegania oraz oczekiwać, że będą uszanowane.
W tym miejscu trzeba też mocno podkreślić, że jeśli są przekraczane granice dzieci i one nie mają jeszcze możliwości tego odpowiednio zakomunikować, to naszą rodzicielską odpowiedzialnością jest je w tym wspierać.
Kiedy jest trudno – pokazanie swoich wzajemnych granic może okazać się wyzwaniem, ale na szczęście zdarza się też, że jest początkiem dialogu, np. „Kochany tato, koniecznie nas odwiedź, ale w piątek po 16. Nie bierz ze sobą słodyczy”.
Albo: „Mamo, chciałabym ci powierzyć opiekę nad Zosią, ale nie chcę, by spędzała czas przed ekranem. Jeśli to niemożliwe, to nie chcę, by zostawała u ciebie sama”.
Te dialogi mogą prowadzić w bardzo różne miejsca, może wymagające więcej wysiłku, ale często dające więcej spokoju. Wszystko zależy od elastyczności dziadków, naszych możliwości i naszej relacji z naszymi rodzicami – co często jest osobną, dużą historią.
Krok po kroku:
- Rozeznaj, gdzie są granice dzieci, rodziców i dziadków.
- Poznaj zasady, jakie obowiązują w granicach innych. Zakomunikuj, jakie są twoje.
- Sprawdź, co można zmienić, a czego się nie da.
- Podejmij decyzję, czy i jak bardzo chcesz przyjąć zaproszenie w granice dziadków lub zaprosić do swoich.
O autorze:
Jarek Żyliński – psycholog wychowawczy. Autor książki „Granice dzieci i dorosłych” (2022). Prowadzi wykłady, warsztaty i audycje dla rodziców oraz edukatorów. Współpracuje jako ekspert z instytucjami zajmującymi się rodzicielstwem i edukacją, a także z mediami.





