dzień matki trójgłos

Reset i kolonie dla dorosłych, czyli mama na wyjeździe

Trójgłos na Dzień Matki

Reset i kolonie dla dorosłych, czyli mama na wyjeździe

Wydłużony weekend albo chociaż jeden dzień – ale tylko dla siebie. Z jogą, winem, rękodziełem, a nawet… ze strzelbą. Ze śmiechem i z czułością. I przede wszystkim – z innymi kobietami. Mamo, też tak możesz!

Matką się nie bywa, matką się jest. Zawsze – ale jest się nią mniej, kiedy głodne buzie ciągle-czegoś-chcących małych stworów są bezpieczne, ale hen, daleko. Na tyle oddalone, by ciało odpuściło napięcie, a w głowie zakwitła myśl: „jestem tu dla siebie, jestem, bo mogę”. Z okazji Dnia Matki chcemy wam podarować pewność, że każdej z was należy się taki czas. Potwierdzają to bohaterki naszego trójgłosu – mamy, które współorganizują wyjazdy w kobiecym gronie. Julita Olszewska opowie o weekendowym miksie jogi i wina, Maria Boczar o czułych warsztatach tkackich, a Marta Majchrzak o spotkaniach zielarskich i tych z tantrą w tle. Czego na tych spotkaniach szukają mamy, a co dostają? Czemu miks amatorskiej terapii grupowej i stand-upu jest skuteczny? Czym jest kobieca energia i czy może mieć różne wcielenia? Posłuchajcie i uwierzcie, że po tej lekturze zaczniecie się rozglądać za dziewczyńskimi wyjazdami w waszej okolicy albo same zechcecie takie zorganizować. Niech hasło, że „Dzień Matki jest codziennie”, przestanie być truizmem. Mamo, chodź!

JULITA OLSZEWSKA, SCENARZYSTKA, COPYWRITERKA, MODELKA, AUTORKA NA BLOGACH ŁADNE BEBE, MAMA WIERY I IGNACEGO

„Taki wyjazd to reset, nie tylko przez jogę i winko, ale przecież nie trzeba gotować, sprzątać, nikt niczego od ciebie nie chce. Kolonie dla dorosłych. Ładowanie baterii”.

Na czym polegają wasze weekendowe babskie wyjazdy?

Jest joga i jest wino. Wyjazd nazwałyśmy „winiasana”: łączymy te dwa wspaniałe aspekty kultury, ale to nie wszystko, bo trzecim filarem jest kreatywne pisanie. Każdy dzień rozpoczynamy od „porannych stron” – siedzimy w porannym świetle, z gorącym naparem czy kawą i wyrzucamy myśli na kartki, w ciszy. To odczarowywanie pustej kartki to furtka do wychodzenia poza swoje schematy myślowe, czyścimy się z pierwszych skojarzeń i przyciężkawch myśli. Ten zeszycik robi cuda, przez co potem rozmawiamy dużo głębiej niż dzieci, chata, praca czy dieta. Uzupełniając dzień o zwracanie uwagi na ciało i oddech w praktyce asan i praktykach oddechowych, zaczynamy na tych wyjazdach myśleć i gadać trochę głębiej. Nawet bez wina (śmiech).

Dobre! Czy winiasany są ekskluzywne? W sensie nie tylko dostępności uczestniczek, ale też finansowym. Kto je organizuje? 

Ekskluzywne są pierwszego wieczoru, jak jeszcze komuś został makeup z roboty czy piękne ciuchy, ale z każdą godziną jesteśmy coraz bardziej przytulnymi menelami. Organizujemy je razem z Nastką – Anastazją Korczak, moją przyjaciółką, nauczycielką jogi i współtwórczynią Poruszenie Joga. w październiku jedziemy na trzeci wyjazd, pierwszeństwo rezerwacji mają dziewczyny, które już z nami były, jeśli one nie zapełnią listy, to wtedy ogłosimy miejsca na swoich profilach w social mediach. Miejsca, które wybieramy są ładne i serwują pyszne wegetariańskie jedzenie, więc najtaniej być nie może, plus wino, ale nadal wyjazdy są przystępne cenowo.

Macie ulubione miejsca na wypady? Co się w nich liczy i dokąd lubicie wracać?

Jakoś z Nastką niesie nas, żeby próbować nowych opcji, i kolejny wyjazd to kolejna nowa miejscówka i inny obszar Polski, tak by poznać lepiej tą zróżnicowaną krainę nad Wisłą. Był Dolny Śląsk, był Kazimierz, teraz czeka nas polskie wybrzeże. Planujemy wyjazd do Meksyku, ale musimy ogarnąć, jak finansowo zrobić to zgrabnie i bez wtopy.

Czy matki na winiasanach jakoś szczególnie traktują ten czas dla siebie, w kontekście „odpoczynku” od codziennych obowiązków?

Tak wyszło, że mamy są w większości. Są z nami mamy na pełen etat i te łączące pracę zawodową z macierzyństwem, wszystkie chcą odpocząć, poznać nowych ludzi, przeżyć coś ciekawego. Są mamy nastolatków, przedszkolaków, bliźniaków… Była mama, która pierwszy raz w życiu zostawiła dziecko, i starałyśmy się być wsparciem, jakiego potrzebowała. Taki wyjazd to reset, nie tylko przez jogę i winko, ale przecież nie trzeba gotować, sprzątać, nikt niczego od ciebie nie chce. Kolonie dla dorosłych. Ładowanie baterii.

Co te spotkania dają tobie, a co uczestniczkom – innym mamom?

Nie wiem, co dają innym dziewczynom, ale widzę, że się uśmiechają, wyjeżdżają roześmiane, z nowymi znajomościami i zapałem do jogi czy do pisania – i to jest fantastyczne. Po ostatnim wyjeździe pisałam do przyjaciół, że nasze wieczorki wyglądały jak skrzyżowanie terapii grupowej i standupu, bo dziewczyny, które do nas trafiają – nie wiem, czy to przypadek, czy jakiś magnes – mają niesamowite poczucie humoru i dostęp do niego taki, że nie boją się z niego korzystać. Dla mnie te spotkania to niesamowite źródło inspiracji – jako scenarzystkę nakręcają mnie szczere rozmowy, a przez te kilka dni mam ich w bród. Z dziewczynami dyskutujemy o ich życiorysach jako o materiale na film, i uwierz mi – niektóre z tych filmów powalają złożonością wątków czy heroiczną postawą bohaterek.

MARIA BOCZAR, założycielka studia tkackiego Czułe Tkanki, organizatorka warsztatów tkackich i współorganizatorka Weekendów w dobrych rękach, mama Staszka i Władka 

„Warsztaty są formą zadbania o siebie i zaopiekowania się sobą. Bo żeby móc dawać siebie innym, trzeba mieć czym się dzielić”

Marysiu, prowadzisz Czułe spotkania warsztatowe – opowiedz, na czym one polegają?

Czułe warsztaty to taki splot (dosłownie): spotkań z innymi dziewczynami, z samą sobą, przeplatający się z nauką wspaniałego rzemiosła, jakim jest tkanie. Czułe warsztaty organizuję w wyjątkowych przestrzeniach, w których sama lubię przebywać i w których odpoczywam. Ten aspekt relaksu jest dla mnie – mamy dwójki dzieci – niesamowicie ważny. Robię wszystko, by dziewczyny, które przychodzą na warsztaty, czuły się zaopiekowane i faktycznie przez te cztery godziny wypoczęły. Dbam o świeże kwiaty na stole, coś pysznego do jedzenia, ulubioną muzykę w tle. Detale, które wpływają na to, jak odbieramy bodźce zewnętrzne. Rozmawiamy, pijemy napary, śmiejemy się, tkamy nasze makatki. Dziewczyny bardzo szybko nawiązują ze sobą kontakt tak, jakby znały się od dawna. Jest naturalnie, swobodnie, jak na spotkaniu z przyjaciółkami. Nikt nic nie musi, każdy może, jeśli tylko chce.

Uczestniczkom wręczasz „czułe pudełeczko” – co się w nim kryje?

To tkacki starter kit, który zaprojektowałam trzy lata temu, kiedy rozpoczynałam prowadzić swoje warsztaty. Zawiera ono drewniany zestaw, pozwalający wytkać swoją pierwszą ( i kolejne) makatkę. Pudełeczko wzbogacone jest o zestaw naturalnych wełen w pięknych kolorach, które godzinami wyszukuję w internecie, i lniany sznurek, z którego powstanie osnowa. Początkowo pudełeczka tworzyłam z myślą o moich kursantkach, ale w niedługim czasie zaczęły je kupować dziewczyny, które chcą samodzielnie nauczyć się tkać lub podarować je bliskiej kobiecie, zachęcając ją do nauki czegoś nowego. Tym samym nie musisz tracić czasu na poszukiwania idealnych materiałów do tkania – masz je wszystkie zgromadzone w jednym miejscu. Pudełeczko jest na tyle kompaktowe, że często towarzyszy dziewczynom w podróży – zabierają je do pociągu, na plażę, na piknik. To zdecydowanie skraca dystans – tkać możesz absolutnie wszędzie i kiedy tylko zapragniesz!

W ramach Czułych tkanek współorganizujesz też z Olą Uruszczak, nauczycielką jogi, dziewczyńskie wyjazdy. Czy wasze Weekendy w dobrych rękach mają stałą formułę?

To dość podchwytliwe pytanie. Organizowane przeze mnie i Olę wyjazdy mają pewien wspólny mianownik, który się nie zmienia, a są nim spotkania na macie, czyli poranne i wieczorne jogowanie, praca z oddechem, moje warsztaty tkania makatek, leśne spacery. Każdy nasz wyjazd wzbogacamy o dodatkowy warsztat, np. tworzenia własnych eliksirów zapachowych czy naturalnych kosmetyków. W jesiennej edycji Weekendu w dobrych rękach przygotowałyśmy dla dziewczyn spotkanie z gliną i odwiedziny w pracowni Joasi, twórczyni marki Myśl Ceramika. Staramy się, by za każdym razem pojawiało się coś nowego i interesującego również dla nas, ponieważ same jesteśmy głodne nowych wrażeń i doświadczeń.

Na miejsce organizacji tych weekendów ulubiłaś sobie wegetariański dom gościnny Pokrzywnik 11 – co sprawia, że lubisz tam wracać?

Pewnie znasz to uczucie, kiedy poznajesz nową osobę, doświadczasz czegoś po raz pierwszy i całe twoje ciało podpowiada ci, że jesteś we właściwym miejscu. Tak się poczułam, kiedy dwa lata temu przekroczyłam próg domu Anety i Stefana. Z otwartymi ramionami przywitali mnie serdeczni, otwarci ludzie, którzy kochają to, co robią. Pokrzywnik 11 to miejsce marzeń: każdy najmniejszy element domu jest przemyślany i spójny z resztą aranżacji poszczególnych pokoi – letnia kuchnia, w której uwielbiamy warsztatować, zielona przestrzeń dookoła domu, aż po lnianą pościel i poduszki wypełnione łuską gryki. Na stole czeka na nas najlepsza wegetariańska kuchnia, jaką znam: domowe pasty, chleb, warzywa z ogródka, sernik z kwiatami bławatka. Na wyjazd z nami dobrze jest zabrać wygodne spodnie – najlepiej na gumkę!

Ostatnio napisałaś, że hasło waszych wyjazdów to „na mięciutko” – piękne! O czym to jest?

Nasze ciało jest systemem naczyń połączonych – jeden układ współdziała i zależy od drugiego. Napięcia gromadzone w jednym obszarze oddziałują na kolejne. „Na mięciutko”, oznacza pozwolenie sobie na odpuszczenie, uwolnienie tego, co uwiera, nie wciąganie brzucha, przyzwolenie na miękkość i lekkość w ciele. Odbywa się to na macie, podczas ćwiczeń oddechowych, wspólnych spacerów, warsztatów. To praca z ciałem, ale też naszą głową. To również stworzenie takiej przestrzeni, w której każda z nas czuje się bezpiecznie i niczego nie musi udawać. To niezwykle wyzwalające!

Zarówno w twoich warsztatach, jak i w Weekendach w dobrych rękach biorą udział mamy – co z nich wynoszą? A co te spotkania dają Tobie?

Dla niektórych mam takie spotkanie to możliwość zrobienia czegoś dla samej siebie po długich miesiącach ciąży czy wczesnego macierzyństwa. Dla wielu to okazja do spędzenia czasu poza domem, spotkania się z innymi kobietami, nawiązania nowych, wartościowych relacji. Warsztaty są formą zadbania o siebie i zaopiekowania się sobą. Bo żeby móc dawać siebie innym, trzeba mieć czym się dzielić. Moje warsztaty nie rozwiążą niczyich problemów. Ale mogą się stać (i wiem, że często stają) początkiem ważnych zmian.

Dla mnie to niezmiennie ogromna satysfakcja, że udało mi się stworzyć wspaniałą, organiczną społeczność dziewczyn, które po skończonych warsztatach spotykają się razem, mają ze sobą kontakt. To największa wartość – umożliwienie kobietom nawiązywania nowych, ważnych relacji, które zostaną z nimi na dłużej. Czerpię ogromną radość, obserwując, jak dziewczyny rozwijają się, nabierają pewności siebie w tym, co robią, a nawet odkrywają w tkaniu swoje nowe pasje. Myślę, że skutki uboczne moich warsztatów to: więcej luzu w głowie, porzucenie myślenia o sobie w kategoriach osoby, która ma „dwie lewe ręce”, doświadczenie zanurzenia się w tym, co tu i teraz, i głęboka praktyka uważności. Czy już mówiłam, że tkanie to taka joga dłoni?

MARTA MAJCHRZAK – BADACZKA SPOŁECZNA, MAMA JURKA

Marta, jesteś zaprawiona w organizacji kobiecych wyjazdów – jak to się zaczęło? I co wam dają te wypady teraz, kiedy jesteście matkami?

Kobiece wyjazdy kocham i praktykuję co najmniej od 20 kilku lat. Początkowo tylko z przyjaciółkami, zresztą z tą samą ekipą do dzisiaj staramy się co najmniej raz w roku zrobić wspólnie jakiś wypad. Wyjazdy z kobietami, które znam i lubię, służą relaksowi, pogłębianiu więzi, a od kiedy mamy dzieci i widujemy się rzadziej, stanowią sposobność do pobycia razem bez pośpiechu i nadrobienia wiadomości o tym, co u każdej z nas słychać. Kulminacją babskich spotkań w tej grupie są nasze wieczory panieńskie, które w mojej pamięci zapisują się niczym kolorowe filmy Almodovara. Zawsze wyjazdowe, zawsze z przebieraniem się i tańczeniem, z motywem negliżu pojawiającym się od początku naszej znajomości. Każdy z tych wieczorów panieńskich miał swój motyw przewodni, z jednego zapamiętałam taniec synchroniczny w pustym dmuchanym basenie, z innego mycie się w deszczu, z kolejnego mam pamiątkę w postaci tatuażu. Podczas innego poszłyśmy po lody do wiejskiego sklepiku w ażurowych sukienkach założonych na gołe ciało, a na moim własnym panieńskim biegałam na golasa po lesie pokryta złotą farbą niczym dziki zwierz. Kocham te kobiety całym sercem i nie byłabym sobą bez nich. Jest nas 13 i większość z nas ma dzieci. Można powiedzieć, że macierzyństwo trochę nas podzieliło, bo część z nas rozmnożyła się parę lat przed trzydziestką, a reszta bliżej 35 roku życia. Dzieci z taką różnicą wieku to nie tylko inny rytm dnia, ale też inny mindset i priorytety. Tym bardziej jestem z nas dumna, że mimo dzielących nas różnic udaje się nam zachować tę przyjaźń.

Ładne! Jeździsz też na warsztaty rozwojowe, w tym tantryczne. Opowiedz o nich, bo brzmią bardzo intrygująco.

Znacznie lepiej uczę się poprzez doświadczenie, dlatego jestem zapaloną warsztatowiczką. Lubię w nich uczestniczyć, lubię je organizować. Nie ma nic tak służącego zmianie i rozwojowi, jak dobry kilkudniowy warsztat. Najmocniej pracuje we mnie tantra i zielarstwo. Przed pandemią zrobiłam pełen cykl warsztatów Tantry dla kobiet prowadzony przez hiszpankę Santoshi. W babskim gronie uczyłyśmy się praktykowania siostrzeństwa, dzielenia się w kręgu, no i oczywiście tantrycznych medytacji i praktyk służących temu, żeby wykorzenić z siebie opresyjny patriarchat, umieć słuchać własnego ciała i żyć pełnią życia. Pierwszy tygodniowy warsztat spędziłam, płacząc jak bóbr podczas każdego ze spotkań w kręgu. Patrzenie w oczy dwudziestu paru kobietom, słuchanie ich historii, nauka rozumienia, jak bardzo jesteśmy wszystkie skrzywdzone seksizmem i ageizmem zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Na tych warsztatach dzieje się prawdziwa magia. Przyjeżdża na nie wiele matek, które chcą poczuć pełnię swojej kobiecej mocy, a jest im trudno zintegrować siebie sprzed ciąży i nową siebie-matkę. Doświadczanie takich przemian w sobie i obserwowanie ich u innych daje ogromną wiarę w pracę nad sobą.

Czasem zdarza mi się przekazywać wiedzę, którą tam zdobyłam, na małych wydarzeniach kobiecych, które pewnie powrócą po pandemii. Na pewno doświadczenie Tantry dla kobiet pomogło mi w tworzeniu @SistersofEuropePolska razem z Marianną Grzywaczewską i Natalią Sosin-Krosnowską, a teraz w kuratorowaniu 4 paneli z cyklu SISTERHOOD-SIOSTRZEŃSTWO na Jewish Culture Festival w Krakowie na przełomie czerwca i lipca tego roku. Bardzo na to wydarzenie zapraszam, bo będziemy rozmawiać między innymi o kobiecym wkurwie, słusznym gniewie i mocy aktywizmu, który obserwujemy nie tylko na ulicach, ale też na uczelniach, gdzie kobiety przerwały milczenie i mamy do czynienia z polskim #meetoo.

To jeszcze poproszę o słówko w temacie kobiecych wyjazdów związanych z zielarstwem – co się podczas nich dzieje?

Spotkania zielarskie zapoczątkowała moja przyjaciółka z YUME – sen marzenie. Prowadzone przez królową @badylologia, z uczestniczkami skupionymi między innymi wokół Freak Market są dla mnie bardzo intymną wycieczką do świata natury, który od czasu zajęć LOP w podstawówce odczuwam jako mój własny, a którego na co dzień często mi brakuje. To nie są komercyjne wydarzenia, raczej dość spontaniczna samoorganizacja, a dla mnie święto kobiecej różnorodności i siostrzeństwa, na które czekam z wytęsknieniem. Niektóre z nas po tych spotkaniach mocno weszły na ścieżkę zielarskiego samorozwoju i praktykują z sukcesem tworzenie własnych mydeł i kosmetyków (Bakaliko Moko). Ja na razie pozostaję w pewnej niesamodzielności, a może raczej zielarskiej towarzyskości – z dziewczynami dużo mi wychodzi, nawet skomplikowane kremy i olejki, a sama robię proste hydrolaty i octy, na razie nie mam tyle czasu, ile bym potrzebowała na samodzielne produkowanie. Zielarstwo to mój pomysł na twórczą emeryturę, moje wnuki będą zapewne tonąć w prezentach DIY ode mnie. Na razie jednak mój synek ma 7 lat i zielarstwo praktykowane full time musi trochę poczekać.

Ostatnio odkryłaś jeszcze jeden rodzaj babskich wyjazdów. Bardzo wystrzałowych, bo na… strzelnicę!

Wymyśliła to jedna z bliskich mi kobiet, która ma męża komandosa. Zaproponowała wspólne spędzenie czasu w kobiecym gronie i naukę strzelania z ostrej amunicji. Serio, w życiu bym na to nie wpadła. Okazało się, że trzymanie w dłoniach naładowanego pistoletu jest silnie emocjonujące i są to emocje z całego dostępnego spektrum: od ekscytacji, zachwytu, do pewnego wstrętu, ale też lęku i niepewności. Ciekawie było pracować z tymi emocjami, żeby potem przekonać się, że jestem świetną strzelczynią. Interesujące też było obserwowanie i omawianie z dziewczynami ich emocji. Kropką nad i była dla mnie rozmowa z babcią, która okazała się być utalentowana zarówno w strzelaniu z broni krótkiej, jak i ze strzelby. Część z nas ma synów i warto dodać, że strzelająca mama bardzo zyskuje w oczach zarówno 7-latka, jak i nastolatków. Wygląda na to, że powstanie kobieca sekcja strzelecka organizowana przez Targets Creators, więc zapraszamy wszystkie chętne!

Mamy, a wam jaki kobiecy wyjazd się marzy? A może organizujecie spotkania w babskim gronie i chcecie zaprosić na nie inne mamy? Dajcie znać w komentarzach!

*

Kochane mamy, dziś i codziennie życzymy wam, byście były silne i jednocześnie pozwalały sobie na chwile słabości – bo jesteście wystarczająco dobre. Czerpcie radość i inspiracje z trywialnych, powtarzalnych codziennych spraw z waszymi dziećmi – niech was karmią i umacniają, bo przecież z nich składa się (nie)zwykłe życie. I wreszcie: kochajcie i bądźcie kochane, bo przecież miłość jest najważniejsza, tak po prostu. Miejcie jej pod dostatkiem!

Dodaj komentarz