Piotr Półtorak o byciu ojcem

mój dream team

Piotrek Waleczny – tak powinien mieć na drugie imię. Odkąd pewien nieproszony gość sam wprosił się do ich życia, w pełne miłości i zachwytu tacierzyństwo Piotra wpleciona jest też walka. Dużo tu wspólnej wspinaczki pod górę, dużo trudu, ale też docenienia każdej wspólnej chwili. Tyle miłości i apetytu na życie w tym wywiadzie, czytajcie!

Piotra i Paulinę znam z kilku spotkań oraz wspólnych sesji. Zawsze razem, w rodzinnym komplecie, z sześcioletnim Jeremim i kilkumiesięcznym Stefkiem. Paulina, fotografka, której kadry pojawiają się u nas nie od dziś tworzy z Piotrem i chłopakami swoisty dream team. Tysiące wspólnych kadrów z pracy i z podróży, zawsze z dzieciakami – nawet nie umiem sobie ich wyobrazić solo. Razem w momentach dobrych i tych, które walą po głowie bez litości. Gdy zaczęli walkę z chorobą Piotrka (rak mózgu) włączyli piąty bieg, wierząc tylko i wyłącznie w happy end. Bo jak inaczej? Odczarowali chorobę z szeptów, łez i żalu, a Piotr paradoksalnie chorobę przekuł w motor napędowy do życia. Bo ono jest, toczy się i to coraz piękniej, bo już we czwórkę.

 

 

Sporo o tobie wiem z kadrów Pauliny. To opowieść pełna czułości, uważności. Wasze wspólne zdjęcia bardzo dużo mówią o tym, jakim jesteś ojcem. Cofnijmy się o 7 lat. Pamiętasz ten moment, gdy pojawił się w waszym życiu Jeremi?

Jesteśmy razem z Pauliną od 13 lat, gdy ją ujrzałem wiedziałem, że to właśnie ona będzie matką moich dzieci. Gdy dowiedziałem się, że na świat przyjdzie Jeremi dosłownie oszalałem. Wiedziałem, że przede wszystkim chcę spędzić z nim czas, pochodzę z domu gdzie ojca nie było. Wychowała nas mama, a tata co jakiś czas pojawiał się w domu, pływał na morzu, brakowało mi go… Pamiętam, że gdy narodził się Jeremi, był mega upał, a ja po całej nocy porodowej wracałem do domu pijany z szczęścia. Padał ciepły deszcz, usiadłem z winem na balkonie i czułem, że to będzie nasz czas. Gdy stałem się ojcem, poczułem, że życie się wcale nie kończy jak mówili niektórzy, tylko, że zyskuję największego przyjaciela. Chłopaka, któremu wszystko pokażę.

I bang… chwilę później dowiadujesz się, że masz raka. Jesteś typem fightera – czy to fakt, że stałeś się ojcem dał ci kopa by walczyć? 

Podejrzewałem, że coś jest nie tak kiedy Paulina była już w ciąży z Jeremim. Miałem krótkie napady deja vu, połączone z odczuwaniem brzydkiego zapachu. Nie chciałem niepokoić Pauliny, nic mnie nie bolało, a więc z objawami chodziłem kolejny rok. Gdy urodził się Jeremi, ataki były coraz częstsze, zgłosiłem się do lekarza bardziej z ciekawości niż strachu.

Lekarz kazał bardzo szybko zrobić mi rezonans. Pamietam, że pojechałem do Łodzi, bo tam mieszkają rodzice Pauliny i ich znajomy lekarz przyjął mnie do szpitala. Drugiego dnia wróciłem do domu. Wieczorem dostaliśmy telefon od lekarza, wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, skoro lekarz dzwoni do domu o tak późnej porze. To był najgorszy telefon w moim życiu.Dowiedziałem się, że w mojej głowie jest guz i to najgroźniejszy z możliwych: glejak. Poczułem panikę, nie mogłem normalnie myśleć, wtedy tak najbardziej się bałem.

Myślałeś: hej, ale czemu ja?

Paulina była ze mną od początku. Czuliśmy, że to jakiś żart, mamy tyle szczęścia 3-miesięczne dziecko, tyle planów, a tu coś takiego. Wtedy pytałem: dlaczego ja i za co? Dziś wiem po siedmiu latach, że może to być każdy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Co dalej?

Operacja była już po tygodniu, więc wszystko działo się bardzo szybko. Usunęli guza, bolała głowa, ale mogłem wracać po miesiącu do pracy. Wtedy coś się we mnie zmieniło. Zacząłem czytać o guzach mózgu, o innych jak przechodzili tą chorobę i wiedziałem, że nie jest dobrze. Lekarz powiedział wprost: to, że nie ma guza nie oznacza, że jestem zdrowy, bo guz prawdopodobnie wróci. Miałem małego cudownego Jeremiego, wiedziałem że muszę dla niego żyć.

Słucham cię i zastanawiam skąd człowiek czerpie siłę w takich sytuacjach. Samo zostanie rodzicem to mała rewolucja, a tu jeszcze paskudny rak, czyli rewolucja numer dwa. 

Nie masz wyjścia, każdy przy zdrowym rozumie chce żyć. Ja mam dla kogo. Paulina jest ze mną od początku i to dzięki niej wiem o wielu możliwościach walki z chorobą. Ona ma często pomysły i gotowe rozwiązania, gdyby nie ona, było by mi bardzo trudno. Choroba onkologiczna to choroba całej rodziny. Jeżeli masz kogoś przy sobie, kto tak bardzo cię kocha i wspiera, jest po prostu dużo łatwiej.

Obejrzałam wiele waszych zdjęć kiedy pracowałam nad różnymi artykułami, relacjami z podróży. Jeremi towarzyszy wam wszędzie. Zmieniłeś pracę, by zawsze być razem.

Tak. Pracowałem jako grafik w agencji reklamowej. Paulina już fotografowała, miała wolny zawód, a ja zawsze jej pomagałem. Już wcześniej mieliśmy plany aby pracować razem, ale baliśmy się, że nie damy rady z płynnością finansową. Gdy wróciłem po operacji do pracy postanowiłem, że to jest właściwy czas na zmiany. Chciałem być z moją rodziną. Tak szczerze, to nie wiedziałem ile czasu mi zostało…

I tu w tym miejscu muszę podziękować mojej chorobie, bo dała to ona mi odwagę, by zmienić życie. Zaczęliśmy razem pracować, zwiedzać świat. Czułem, że żyję i że tak powinno wyglądać nasze życie. To głupie ale dopiero gdy jesteś chory zaczynasz doceniać życie, proste rzeczy, naturę, dosłownie pierdoły, spotkania z znajomymi, pyszne jedzenie  i zabawę ze swoim synem. Nawet jazda tramwajem może być fajnaPrzestałem się denerwować i cały czas uczę tego Paulinę, bo ona wszystko bierze sobie tak bardzo do serca. Nie płakałem już wtedy, dziś wiem, że przeżyłem w chorobie piękne chwilę, zwiedziłem fajne miejsca i bardziej poznałem samego siebie. Walczę dla siebie i dla mojej rodziny, bo moje życie jest piękne.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Fajnie patrzeć na wasz wspólny, męski czas z chłopakami.

Jeremi jest moim najlepszym przyjacielem. Stefan zaczyna być nim także! Jeremi uwielbia spędzać z nami czas. Słuchamy go, ale wyznaczymy też granice. Często jest z nami w pracy, przy nas, ale tak naprawdę 100 procent nas ma dopiero na rodzinnych wyjazdach. Lubi z nami zasypiać, a każdego wieczoru czytam mu stos książek na dobranoc.

Macie swoje rytuały?

Ja i Jeremi godzinami potrafimy układać klocki Lego, to taka nasza strefa. Każdy z nas siedzi w pokoju i wystarczy, że jesteśmy obok siebie i budujemy. Obecnie nie mam sprawnej ręki, ale kiedyś uczyłem synka grać na gitarze, dla mnie jako muzyka, było ważne aby Jeremi grał na instrumencie. Brakuje mi tego, lecz dziś widzę, że Jeremi ma inny talent muzyczny, jest nim śpiewanie, ma świetny głos i doskonałe wyczucie rytmu.

Jeremi to bystry chłopak, zaskakuje mnie pytaniami o kosmos i emocje, lubię z nim spacery sam na sam i jazdę na rowerze. Każdego dnia zaprowadzałem go do przedszkola, a teraz do szkoły. Wtedy sobie gadamy i wymyślamy różne historie. Mamy to szczęście, że Paulina rejestruje nasze chwile na zdjęciach.

Wróćmy do tego momentu, gdy dowiadujesz się o nawrocie. Jakby życie chciało powtórzyć ten zły scenariusz. Paulina jest w drugiej ciąży ze Stefkiem, szczęśliwy news przeplatany tym złym.

To był kolejny cios w mordę i teraz wiedzieliśmy, że nie jest dobrze. Miesiąc wcześniej spędziliśmy w trójkę piękne wakacje w Portugalii, wróciliśmy i nagle przyszedł atak, wtedy wiedziałem, że znowu się zaczyna. Pojechaliśmy szybko do kliniki w Bydgoszczy, od lekarza dowiedziałem, się że jest ryzyko utraty mowy, oraz niedowład prawej części ciała. Zgodziłem się na operację, w takich chwilach myślisz tylko o przeżyciu i nieważne w jakiej formie. Kilka tygodni przed operacją dowiedzieliśmy się, że Paulina jest w ciąży. Byłem załamany, teraz znowu się bałem, zastanawiałem się jak damy radę, myślałem o nich, o moich dzieciach.

 

I znowu kop i motywacja, by walczyć. Opowiedz o waszej akcji Chcę dalej Żyć, bo to takie momenty, które przywracają wiarę w ludzi i w przyjaźń.

Nasz drugi syn Stefan był planowanym dzieckiem, pojawił się w ciężkiej życiowej chwili, aby pomóc mi walczyć znowu z rakiem. Najgorsze przyszło jednak po operacji, obudziłem się na sali wybudzeń i wiedziałem, że będzie boleć wszystko, ale tym razem nie mogłem mówić ani się ruszać, byłem sparaliżowany.

Operacja trwała 13 godzin, guz został usunięty częściowo, a ja uszkodzony. Paulina była wtedy przy mnie dniem i nocą. Pamiętam jak do mnie mówiła, a ja tylko kiwałem głową. Wiedziałem, że muszę się starać, każdego dnia powolutku odzyskiwałem siłę. Zacząłem na nowo uczyć się mówić i chodzić. Po miesiącu wyszedłem do domu, noga działała, ale ręka nic a nic. Byłem chory, a guz nadal w głowie.

Co było potem?

Wtedy zjawiła się Marta, kobieta, która przyszła do nas do studia na sesję ze swoją córką, to ona powiedziała nam o możliwości terapii protonowej w Pradze, która usunie mi guza wiązkami protonu.To wszystko brzmiało kosmicznie i kosmiczna była sama suma zabiegu. Wiedziałem, że radioterapia, na którą byłem skierowany nie przyniesie efektu. Miałem kilkanaście dni aby podjąć decyzje. Wtedy moi przyjaciele stanęli na głowie, to wszystko stało się tak szybko. Fundacja, film, akcja Chcę dalej Żyć, licytacje i zbiórka. Widziałem ich zaangażowanie i wiarę w to, że się uda. Najtrudniejszy był dla mnie film, musiałem pokazać swoją historię, aby zebrać pieniądze na zabieg, chodziło o mój dalszy los. To, co się stało tego dnia było magiczne. Pamiętam pierwsze wpłaty, zielony pasek zaczął się ruszać, patrzyłem na niego i nie wierzyłem, dzwoniła cała rodzina, przyjaciele, wszyscy, którzy nas znają. Nie mogłem z emocji rozmawiać, stać i mówić, śmiałem się i szlochałem.

Nie wierzyłem, że zaczynają pojawić się aukcje na moją zbiórkę. Pasek zaczynał się coraz bardziej zazieleniać, to była moc wszystkich ludzi. Prawie pół miliona złotych zebrało się w 13 godzin. Czułem szczęście, moc i wiarę, że musi się udać. 14 tysięcy ludzi pomogło mi abym walczył z chorobą, jestem wdzięczny za każdą złotówkę i w tym miejscu raz jeszcze chciałbym wszystkim podziękować za pomoc i wiarę!

Zacząłeś leczenie.

Tak. Jechałem do Pragi dalej się leczyć, dziś jestem po kolejnym rezonansie i komórki rakowe znikają, ręka jeszcze nie ruszyła, ale nie tracę nadziei. Ten ostatni rok był dla mnie bardzo trudny, ale też i piękny. Przyszedł na świat mój syn Stefan, który daje mi codzienną moc do walki, wiem ile super dni spędziłem z Jeremim i powtarzam sobie, że ze Stefanem muszę spędzić je także.

 

Jak Jeremi odnajduje się w twojej, a właściwie waszej walce z chorobą?

Gdy byłem chory, bardzo brakowało nam siebie. Gdy po kilku miesiącach wróciłem ze szpitala Jeremi nie opuszczał mnie na krok. Dzieci bardzo dużo wyczuwają. Jeremi wie, że miałem operację głowy i paraliż ciała, pomagał i bardzo mi pomaga. Motywuje mnie do codziennych ćwiczeń, mówi tata dasz radę, dawaj

Czujesz się szczęśliwym człowiekiem?

Jestem szczęśliwym ojcem. Choć po operacji nie potrafię sprawnie się poruszać i robić wszystkiego z moimi dziećmi, ale guz mózgu nie zabrał mojej miłości do nich i ich do mnie. Mnie wybrała akurat ta choroba, innych spotka co innego. Jestem szczęśliwy, bo w swojej chorobie przeżyłem najpiękniejsze chwile życia. Mam swoją wielką miłość, która jest przy mnie. Trudne chwile nadały naszemu związkowi innego wymiaru, mam dzieci, które akceptują mnie z moją niepełnosprawnością, mam przyjaciół, którzy zrobią dla mnie wiele.

Mam świadomość co w życiu jest dla mnie dobre, a co złe. Oczywiście, że chciałbym być zdrowym i będę o to zawsze walczyć.

Co jest największą nagrodą, a co nadal największym wyzwaniem w byciu tatą?

Patrząc na synów widzę w nich siebie, przetrwam w nich i to jest piękne. Wyzwania? Oni są dla mnie idealni, dzieci to ktoś kogo nie chcesz zmieniać, wszystko w nich pasuje. Mam to szczęście, że zostałem ich ojcem – to jest moja największa nagroda.

Dziękuję ci za te słowa, zostawiam was i ślę całusy dla Pauliny, twojej prywatnej superwoman.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.