rozmowa o macierzyństwie

O sensie poświęcenia

Rozmowa z Janą Harbach

O sensie poświęcenia

Jana. Myślę o niej za każdym razem, gdy jestem zmęczona dniem spędzonym z dziećmi. Albo gdy dopada mnie cicha tęsknota za utraconą niezależnością. Ale najintensywniej myślę o niej, gdy łapię momenty zwątpienia w sens oddania się macierzyństwu.

Taką mamą chciałabym być – pamiętam tę myśl dokładnie. Kilka lat temu, jako bezdzietna jeszcze para, przez 2 miesiące towarzyszyliśmy Janie w jej codzienności, która skoncentrowana była wokół jej pierwszego dziecka, 1,5-rocznego Kuby. W oddalonych od zgiełku miasta australijskich górach obserwowaliśmy przemianę Jany w mamę i podziwialiśmy rozsądek, odwagę oraz radość, jakimi emanowała. To wtedy pomyślałam, że znalazłam swoją największą inspirację macierzyństwa, że to mój wzór do naśladowania, moja najlepsza pociecha. I zdania nie zmieniłam do dziś.

W ramach cyklu rozmów o macierzyństwie przedstawiam wam moją serdeczną przyjaciółkę, Janę Harbach, mamę Kuby, Bena, Adama i Ondreja.

*

Jesteś mamą czterech synów. Opowiedz o nich.

Jakub skończy w tym roku 9 lat. To silny i zaradny chłopiec, który ma wyjątkową umiejętność koncentracji. To najlepszy negocjator w rodzinie, który zawsze dopina swego, i kreatywny duch, który uwielbia rękodzieło.

Adam, czyli starszy bliźniak, to najmilsza osoba, jaką znam. W tym roku on i jego brat będą mieli 6 lat. Adam uwielbia pomagać, dzielić się z innymi i dawać prezenty. W podzięce dla sąsiadki, która upiekła dla nas ciasto, przygotował laurkę i włożył do jej skrzynki pocztowej.

Drugi z bliźniaków, Benji jest niewątpliwie największą postacią w rodzinie. Ma niezwykłą osobowość i zauważa to każdy, kto go spotyka. Nigdy nie zaśpiewa piosenki, której nauczy się w przedszkolu, bo woli wymyślić własną o wodospadach, górach, słońcu i tak dalej. Jest zawsze w drodze i szuka nowej przygody. Nieraz doprowadza mnie do szału, ponieważ wszystko, co posiadamy, musi przejść przez jego rekonstrukcję.

Najmłodszy Ondrej ma trzy i pół roku. Z natury nigdzie się nie spieszy i niczym nie stresuje. Jest bardzo skoncentrowany i dokładnie wie, czego chce. Dużo się śmieje i nie ma w sobie żadnego strachu. Uwielbia szybkość i próbuje robić wszystko, co jego starsi bracia.

A teraz cofnijmy się na chwilę w czasie. Opowiedz o tym, jak zmieniłaś się po przyjściu na świat pierwszego synka.

Kiedy urodził się Kuba, byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. Bardzo pragnęłam mieć dziecko i miałam pełną świadomość tego, jak moje życie się przez nie zmieni. Byłam całkowicie przygotowana na rezygnację z własnych potrzeb i nie budziło to we mnie specjalnych obaw. Miałam w sobie gotowość na macierzyństwo ze wszystkimi jego blaskami i cieniami. Dlatego też po przyjściu na świat Kuby nie czułam, żeby moje życie jakoś bardzo się zmieniło. Odkąd synek skończył 3 miesiące, robiłam z nim w zasadzie wszystko, co robiłam wcześniej. Po prostu wkładałam go do nosidła i ruszaliśmy. Rowery, narty, wspinaczka – robiłam to wszystko nadal, tyle że z dzieckiem. Mieszkaliśmy wtedy z moim mężem w Błękitnych Górach, 100 km od Sydney, gdzie nie mieszka zbyt wiele osób, a moja rodzina była daleko, na Słowacji. Byliśmy w trakcie budowy naszego domu, Jason bardzo dużo pracował, a ja nie zaangażowałam żadnej niani do pomocy. Postanowiłam oddać się macierzyństwu i było mi z tym bardzo dobrze. Dlatego decyzja o drugim dziecku była naturalna. Wyobrażałam sobie, że będzie tak, jak z Kubą. Że wsadzę dziecko w nosidło i będziemy robić to, co kochamy.

Ale sytuacja cię zaskoczyła.

Tak, bo okazało się, że spodziewamy się bliźniaków. O ile wizja drugiego dziecka była dla mnie naturalna, o tyle perspektywa wychowywania bliźniąt bez pomocy bliskich – już nie. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Nagle cały mój świat się zmienił, bo zostałam mamą trójki dzieci: Kuby, Bena i Adama.

Co się zmieniło? 

Dwójka małych dzieci oznaczała superogromny wózek, który musieliśmy ze sobą wszędzie wozić. To był koniec moich codziennych wycieczek z Kubą do lasu, które tak kochaliśmy. Karmiłam bliźniaki piersią i za każdym razem, gdy w końcu udało nam się wydostać z domu, jeden z nich zaczynał płakać i wszystko zaczynało się od nowa: karmienie, przewijanie, karmienie, zasypianie. Nie ukrywam – byłam wyczerpana. Na dodatek zmienił się charakter pracy Jasona i wyjeżdżał na całe dwa tygodnie, czasem na miesiąc. Więc byłam sama z trójką dzieci. Wspomnienia pierwszych miesięcy są zamazane. Nie mogę sobie przypomnieć, jak ja to zrobiłam… Nie sądzę, żebym wtedy w ogóle spała. Na pewno karmiłam bliźnięta jednocześnie, aby zaoszczędzić trochę czasu. Gdy jeden z bliźniaków budził się na karmienie, zawsze budziłam tego drugiego i karmiłam ich w tym samym czasie. Kiedy chłopcy zaczęli przyjmować stałe pokarmy, postanowiłam, że nie będę karmić ich łyżeczką, że będą żywić się sami. Gotowałam dużo warzyw i kładłam na talerzu, a oni po prostu wybierali to, co lubili, i zjadali.

Jak na tę gwałtowną zmianę reagował Kuba? Do tej pory miał cię na wyłączność.

Mały Jakub w ogóle nie lubił swoich braci. Walczył. Czuł, że zajęli cały mój czas i niewiele pozostało dla niego. Miał tylko 3 lata, gdy urodzili się chłopcy i wciąż wymagał wiele uwagi. Nie rozumiał, dlaczego bliźnięta tak bardzo mnie potrzebują. Dlaczego nie możemy po prostu wybrać się na spacer lub przejażdżkę i zostawić ich w domu. Już po pierwszym dniu Kuba chciał oddać braci do szpitala. Dlatego każdą wolną chwilę, każdą drzemkę chłopców wykorzystywałam, nie żeby odpocząć, ale żeby choć trochę zaspokoić potrzeby Kuby.

Jak dałaś temu wszystkiemu radę? 

To, co mi pomagało, to rutyna. Byłam maksymalnie zorganizowana. Miałam precyzyjnie wyznaczony czas posiłków, snu i kąpieli. Dzięki przyjętemu systemowi udało mi się doprowadzić do jednoczesnej popołudniowej drzemki całej trójki. I to był mój jedyny moment wytchnienia w ciągu dnia, śpiewałam wtedy kołysankę i błyskawicznie sama zasypiałam. Zanim pojawili się Ben i Adam, gotowanie z Kubą było naszą ulubioną aktywnością. Uczyniłam go więc swoim wielkim pomocnikiem. Dzięki temu gotowanie stało się jednocześnie zabawą i naszym wyjątkowym czasem we dwoje. Pozwalałam Kubie używać prawdziwych noży podczas krojenia warzyw i próbować wielu innych rzeczy. Zaufałam mu, że będzie potrafił wykonać tę pracę, i tak właśnie było. Często myliśmy potem razem naczynia. A czasami Kuba robił to sam – przypomnę, że miał tylko trzy latka. Był tak podekscytowany i dumny z siebie, że udawałam, że nie widzę wielkiej kałuży na podłodze. To był czas, kiedy całkowicie przestałem istnieć jako Jana i zacząłem być w 100% tylko mamą, niestety bardzo wyczerpaną mamą.

Wtedy właśnie podjęliście jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu.

Postanowiliśmy wrócić na Słowację. Bliźnięta miały wtedy 8 miesięcy. Mieszkałam w Australii przez 10 lat, zbudowaliśmy tam dom, założyliśmy rodzinę. Ale ja zawsze chciałam wrócić. Przyjście na świat dzieci tylko pomogło mi w podjęciu tej decyzji. Zależało mi, żeby wychować je w górach, miejscu, z którego pochodziłam. I to był najlepszy czas. Po przeprowadzce poczułam, że jestem tu, gdzie być powinnam. Że życie odzyskało sens i smak. Znalazłam spokój. Miałam wokół swoich bliskich. Ojca, który był wtedy bardzo chory, ale mógł spędzać dużo czasu z chłopcami. Siostrę, na którą zawsze mogłam liczyć. Ivona była z nami w każdy weekend i była pierwszą osobą, która pojawiała się w domu zawsze, gdy chłopcy chorowali, a ja potrzebowałam pomocy. Wtedy nie miała jeszcze swojej rodziny i nie raz ratowała mnie z opresji. Kuba zaczął chodzić do przedszkola i bardzo mu się to podobało. Poznał wielu nowych przyjaciół i w końcu spędzał czas z rówieśnikami, a nie maluchami. Bliźnięta powoli wyrastały z okresu niemowlęctwa i były coraz bardziej samodzielne. Odzyskałam równowagę.

Wasze życie ustabilizowało się. 

No, ale nie na długo (śmiech). Ponownie zaszłam w ciążę. O ile pierwsza i druga były zaplanowane, tak trzecia ciąża nie. To był dla mnie szok. Byłam wycieńczona intensywną opieką nad bliźniętami i nawet przez moment nie przyszło mi do głowy, że miałabym mieć kiedyś kolejne dziecko. Ale tym razem życie zdecydowało za mnie. Dużo wtedy płakałam. Byłam przygnębiona i zatroskana. Martwiłam się, że zabraknie mi sił. Ale najbardziej dręczyło mnie, że to najmniejsze dziecko nie dostanie tyle uwagi, co jego bracia. Bliźniacy byli już przyzwyczajeni do dzielenia się moją miłością, ale myślałam też o Jakubie, który kolejny raz miał walczyć o moją uwagę.

A wiesz co się okazało? Chłopcy byli bardzo podekscytowani tym, że w rodzinie będzie kolejne dziecko. I to oni zarazili nas swoją radością. Ich postawa całkowicie zmieniła moją perspektywę. Ostatecznie Ondrej przyniósł chyba najwięcej miłości naszej rodzinie. Był taki słodki, że chłopcy zakochali się w nim od pierwszego wejrzenia. Dodatkowo to najlepsze dziecko w historii: wciąż uśmiechnięte.

To pytanie mogę zadać chyba tylko tobie: czy czwarte dziecko robi różnicę, kiedy ma się już trójkę?

Tak szczerze, to nie (śmiech). Przejście od jednego do trzech było ogromnym szokiem, przyznaję. Być może czwarty synek wywołałby więcej emocji, gdyby nie fakt, że wcześniej mieliśmy bliźnięta. Więc w ostateczności ten nasz czwarty chłopak nie zrobił mi większej różnicy. Zwłaszcza, że wszyscy czekali na jego przybycie i chłopcy pokochali go od samego początku. Dziś, kiedy myślę o czasie, gdy mieliśmy tylko Kubę, wydaje mi się, że to były wakacje (śmiech).

 

Jesteś typem mamy totalnej. Takiej, która lubi dużo i często robić coś z dziećmi. Nie męczy cię to czasem? Nigdy nie miałaś pomysłu, żeby zaangażować nianię?

Tak jak mówiłam na początku, postanowiłam oddać się macierzyństwu w pełni. Zawsze wiedziałam, że to tylko ułamek mojego życia, coś przejściowego, co jednak zaważy na życiu chłopców i tym, kim będą. Miałam świadomość, że dzieci szybko rosną i moje zmęczenie minie. Wierzyłam, że im więcej czasu i uwagi im poświęcę, kiedy są malutcy, tym więcej otrzymam, gdy będą starsi. Kto zrobiłby to lepiej niż mama? Naprawdę uwielbiałam zabierać ich na wycieczki, spacery, wspinać się z nimi, jeździć na nartach, pływać w jeziorze, zabierać w góry. Pewnego razu wybrałam się nawet sama z trójką maluchów na basen. Staram się codziennie wymyślić nam jakąś aktywność poza domem. Uwierz mi, że chłopcy naprawdę to doceniają.

Chłopcy są niezwykle samodzielni. Przy tym wiedzą, jak szanować drugą osobę, lubią się też przytulać i są wrażliwi. Jak ci się to udało?

Od zawsze uczyłam ich niezależności. Zachęcałam do podejmowania własnych decyzji, oczywiście w kwestiach odpowiednich do ich wieku, jak na przykład wybór ubrania, które będą nosić następnego dnia czy rzeczy, które chcieliby robić po szkole. Często prowokuję pytania, aby zachęcić ich do myślenia i wyrażania siebie. Pozwalam im decydować, co zjedzą na śniadanie, angażuję w codzienne przygotowanie posiłków. Staram się im wpoić, że w domu zawsze lepiej jest robić wszystko razem. Że jesteśmy jedną drużyną i powinniśmy sobie pomagać. Że bez tego nic nie ma sensu.

Wszyscy mamy w domu wyznaczone obowiązki, takie jak odkładanie naczyń po posiłku, wkładanie brudnych ubrań do kosza na pranie czy sprzątanie domu po skończonym dniu, dotyczy to po równo każdego z synów. Chłopcy we wszystkim mi towarzyszą i doskonale wiedzą, że jeśli załatwią wszystko bez kłótni, będziemy mieć więcej czasu na grę lub czytanie. Im są starsi, tym sprawniej wszystko się odbywa. Razem z Jasonem bardzo często i dużo ich przytulamy. I ta czułość do nas wraca, bo pierwsze, co chłopcy robią po powrocie ze szkoły, to mocne przytulenie i wyznanie miłości.

Macierzyństwo obfituje jednak często też w trudne i dramatyczne momenty…

Zaliczyliśmy wiele dramatów, ale myślę sobie, że dzięki nim życie jest bardziej interesujące. Pamiętam, jak pewnego dnia poważnie rozcięłam sobie dłoń podczas krojenia arbuza i czekałam do nocy, aż moja siostra wróci z pracy i zostanie z maleńkimi dziećmi, żebym mogła pojechać do szpitala na założenie szwów. Najgorsze jednak były momenty, kiedy któryś z chłopców zachorował. Którejś nocy Ben miał trudności z oddychaniem, wszyscy sąsiedzi mieli wyłączone telefony, a ja nie mogłam zabrać go do szpitala, bo nie miałam z kim zostawić pozostałej trójki. Ale wiesz co, są i zabawne momenty. Nie zapomnę, gdy któregoś razu byłam z siebie bardzo dumna, bo udało mi się spakować niemowlę i pozostałą trójkę do samochodu. Chciałam ich zabrać na spacer po górach po tym, jak z powodu choroby utknęliśmy w domu na wieki. Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, Ondrej zaczął wymachiwać pięścią pełną wiesz czego, a ja zorientowałam, że zostawiłam w domu torbę z pieluchami i wszelkimi akcesoriami. (śmiech)

Zanim pojawili się chłopcy dużo podróżowałaś i pracowałaś. Miałaś mnóstwo szalonych pomysłów. Jak patrzysz na tamtą siebie z dzisiejszej perspektywy?

Faktycznie, byłam bardzo niezależna. Pracowałam jako agent biura podróży w Sydney. Mieliśmy razem z Jasonem firmę świadczącą usługi na wysokości. Pracowaliśmy również jako przewodnicy w Błękitnych Górach – zabieraliśmy grupy na wspinaczkę, canyoning czy narciarstwo pozatrasowe. Podróżowaliśmy po świecie, szukając przygód. Robiliśmy to przez 7 lat bycia razem i w pewnym momencie życie stało się dla mnie trochę puste. Zawsze chciałam mieć rodzinę, dzieci, które będę uczyć świata. Kiedy zdecydowaliśmy się założyć naszą rodzinę, mój świat zmienił się całkowicie. Ale nie żałuję niczego, co musiałam oddać dzieciom, zarówno jako człowiek, jak i kobieta. Nie żałuję niczego, z czego przyszło mi zrezygnować na ich rzecz. Wszystko, co z nimi robiłam, teraz do mnie wraca. Zmieniłam się, ale coraz częściej do głosu dochodzi też dawna Jana. Teraz, kiedy chłopcy są starsi, staram się znajdować czas tylko dla siebie. Regularnie chodzę na siłownię albo organizuję sobie dzień wolny, aby pojeździć samej na nartach. Jest wspaniale! Za mną najbardziej wyczerpujące lata, teraz czekają mnie już same przyjemności.

 

Niedawno wróciłaś do regularnej pracy. Zarządzasz firmą swojego taty, która zatrudnia 13 osób. Jak odczułaś tę zmianę i jak poradził sobie Jason? Bo to nagle on został w domu z czwórką chłopców.

Początkowo byłam przerażona. Spędziłam w domu z chłopcami 7 lat i nagle, z dnia na dzień, kiedy zmarł mój tata, zaczęłam pracować jako menedżer dużej firmy. Ale powiem ci, że kocham swoją pracę i prawdę mówiąc, w pracy odpoczywam. Nikt nie krzyczy mi nad głową, mogę spokojnie usiąść i skoncentrować się na zadaniu. Mam naprawdę miły i kompetentny zespół, a zarządzanie firmą to bułka z masłem po zarządzaniu domem z czwórką dzieci. Wielką nagrodą dla mnie była nieprzerwana obecność Jasona w domu przez ponad rok. Nie musiałam ciągle pilnować zegarka, zastanawiać się, kogo i gdzie mam podrzucić, odebrać czy zawieźć, co ugotować, kupić, załatwić…

Dla Jasona to na pewno było szokujące i wierzę mu na słowo – mocno wykańczające (śmiech). Do tej pory był przyzwyczajony, że za swoją pracę jest w konkretny sposób wynagradzany, zarabia, ma szefa, który go chwali. A teraz cała jego praca przechodziła bez echa, bez jakiejkolwiek „prawdziwej” nagrody. No, może poza serią cienkich lepkich paluszków na jego szyi… A tak poważnie, to było dla niego trudne i wyczerpujące. Ale prawda jest taka, że Jason bardzo dobrze sobie z tą sytuacją poradził, a chłopcy go wprost ubóstwiali. Myślę, że wspólne misje w ogrodzie, prace remontowe czy około domowe i ekscytujące wycieczki, które sobie urządzali, bardzo dobrze wpłynęły na ich męską relację.

Chłopcy są coraz starsi, ograniczenia powoli znikają. Skończyliście budowę pięknego dużego domu. Jest w nim miejsce na pracownię produkcji mydła, którą od kilku lat prowadzisz z siostrą – LIPA. O czym jeszcze marzysz, jakie masz plany?

Chciałabym rozwinąć działalność związaną z produkcją mydła i naturalnych produktów do pielęgnacji skóry. Może któregoś dnia otworzymy mały sklep z kawą i domowymi ciastami na tyłach naszego domu… Jeśli chodzi o chłopców, na pewno wybierzemy się z nimi na przejażdżkę rowerową po Europie. Przed nami też wiele wspólnych podróży po świecie. Z bieżących spraw skupiam się na naszym ogródku warzywnym. Kolejnym krokiem będzie stworzenie takiego ogródka w lokalnym przedszkolu i zainspirowanie dzieci do uprawy warzyw.

Co dało ci macierzyństwo i czego pozbawiło?

W jakimś sensie odebrało mi intymność. Nigdy nie jestem sama w łazience i nigdy nie mam jedzenia ani picia tylko dla siebie. A łóżko dzielę z kilkoma minizapaśnikami, którzy swoim wiecznym: mamo, mama, mama, mama, czasem doprowadzają mnie do szału! Ale macierzyństwo to także lepkie, galaretowate palce, które dają mi uściski, to też najsłodsze pocałunki, jakie kiedykolwiek poznałam, anielskie uśmiechy i uczucie kochania kogoś bardziej niż kiedykolwiek mogłam to sobie wyobrazić. Dzieci nauczyły mnie postrzegać świat w zupełnie nowy sposób i doceniać każdą małą chwilę. Dla mnie macierzyństwo to najdoskonalszy wymiar egzystencji, jaki można sobie wyobrazić.

Jesteś niesamowita. Dziękuję za rozmowę!

 

Rozmawiała: Bożena Kowalkowska

Zdjęcia: archiwum Jany Harbach

*

Jana Harbach

Rocznik ’78. Wychowała się w małej słowackiej wsi, Prybilinie. Studiowała zarządzanie i marketing na Uniwersytecie w Bańskiej Bystrzycy. W międzyczasie uczyła dzieci angielskiego w miejscowej szkole. Na ostatnim roku studiów wyjechała do Australii, gdzie poznała swojego męża Jasona. Po otrzymaniu australijskiej wizy zamieszkała na stałe w Błękitnych Górach, gdzie wspólnie z Jasonem wybudowali dom, ukończyli specjalistyczny kurs przewodników górskskich i prowadzili własną firmę świadczącą usługi na wysokości. Po 10 latach życia w Australii wróciła z całą rodziną do swojego miejsca urodzenia. Obecnie Jana jest prezesem Stacji Kontroli Pojazdów i dodatkowo zajmuje się z siostrą produkcją naturalnego mydła LIPA. Jest mamą 9-letniego Jakuba, 6-letnich bliźniąt Adama i Bena oraz 4-letniego Ondreja.