trójgłos

Niesione nadzieją. Matki aktywistki

Trójgłos, czyli trzy rozmowy na jeden temat

Niesione nadzieją. Matki aktywistki
ARCHIWUM PRYWATNE

Działalność społeczna i polityczna nie odbywa się w próżni. Czasem aktywizm dzieje się kosztem czasu spędzonego z dziećmi, rodzinnych weekendów, kolejnych wspólnych „pierwszych razów”. Ale czy starania o lepszy świat nie są elementem macierzyństwa, a nawet jego fundamentem?

Na wiele zmian w świecie mamy bezpośredni wpływ, w co mocno wierzą bohaterki dzisiejszego trójgłosu. Aktywizm to ich sposób na życie, cecha osobowości, często podstawa tożsamości. Sylwia Chutnik, pisarka, felietonistka, działaczka społeczna, jest mamą nastolatka. Dla Kasi Wągrowskiej, mamy dwójki, idea zero waste stała się pasją i sposobem na życie. Agnieszka Żądło łączy wychowywanie syna z pracą dziennikarki i reporterki. Czy czują się szczególnie odpowiedzialne za zmianę i lepszą przyszłość kolejnych pokoleń? Czy macierzyństwo zmieniło ich aktywizm, a aktywizm – ich macierzyństwo?

*

Najsłynniejsza właścicielka różowej grzywki w Polsce, Sylwia Chutnik, wierzy w to, że świat będzie jeszcze kolorowym i bezpiecznym dla wszystkich miejscem. Nie tylko w to wierzy, ale też aktywnie walczy o prawa dyskryminowanych grup – kobiet, matek, osób LGBT. Na poważnie, ale też z szerokim uśmiechem. Odpowiedzialność za młodych ludzi, pokolenie swojego syna i kolejne, jest motywacją silniejszą niż własny komfort i prywatność.

„Outuję się publicznie, by was wspierać”. Co jeszcze dorośli mogą zrobić na co dzień, w najbliższym otoczeniu, by pomóc dzieciakom nieheteronormatywnym?

Nie mieć wobec dzieci oczekiwań co do tego, kim zostaną w przyszłości. Pozwolić im szukać w spokoju swojej tożsamości psychoseksualnej. Co to znaczy wspierać? Brzmi to banalnie, jak bardzo proste zadanie, w praktyce jest jednak różnie. Osoby z doświadczeniem rodzicielstwa czy pracy opiekuńczej doskonale wiedzą, jak czasami jest trudno się wzajemnie zrozumieć i po prostu dotrzeć do dzieci. Ale to, co możemy zrobić zawsze, to kochać i być obok, gdy jesteśmy potrzebni. Grupa „My, rodzice” pokazuje, jak ważne jest wspieranie i sojusznictwo wobec dzieciaków oraz jak fantastycznie można to robić jako rodzic czy inny bliski dorosły.

Działasz społecznie od 15. roku życia, na wielu różnych polach. W międzyczasie wychowałaś człowieka! Macierzyństwo było inspiracją dla twojego aktywizmu?

Poniekąd tak. To właśnie z mojego doświadczenia macierzyństwa w 2006 r. urodziła się Fundacja MaMa, którą prowadziłyśmy 11 lat. To noszenie wszędzie wózka, bo wożenie nie było możliwe, było inspiracją naszej pierwszej kampanii „O Mamma Mia! Tu wózkiem nie wjadę”. W dużej mierze bycie matką dało mi też inną perspektywę, nie tylko opieki nad drugim człowiekiem, ale też pracy emocjonalnej. Pracy polegającej na niemalże 24-godzinnym dyżurze nieustannego i angażującego dbania o inną osobę. W tym sensie macierzyństwo uwrażliwiło mnie też bardzo na nowe obszary i działania. Pozwoliło na poznanie środowisk różniących się ode mnie w wielu sferach osób, ale w kwestii macierzyństwa czy rodzicielstwa zaskakująco bliskich. To mi pokazało, jak bardzo wspólne doświadczenia rzeczywiście łączą. Natomiast wcześniejsze moje działania społeczne zawsze były związane z feminizmem i prawami kobiet, tak jest też teraz. Wpisywanie praw matek w prawa człowieka, prawa kobiet było dla mnie bardzo ważną lekcją tego, jak często różne grupy społeczne mają podobne oczekiwania czy potrzeby. Wspomniałam o kampanii „O Mamma Mia. Tu wózkiem nie wjadę” – przy tej okazji warto zaznaczyć, że wspólnie z Fundacją MaMa prowadziłyśmy Federację Kółeczkową, gdzie poza matkami były osoby z niepełnosprawnościami poruszające się na wózkach czy rowerzyści. Działalność Federacji pokazywała, że czasami wojna o podjazd czy w temacie wysokich krawężników jest wspólną sprawą bardzo różnych osób i grup.

Piszesz, tworzysz, śledzisz bieżące wydarzenia i komentujesz rzeczywistość. Żyjesz milionem tematów, te emocje i zaangażowanie widać mocno w twoich tekstach. Umiesz się odciąć, wyciszyć? Wyłączyć tryb „aktywistka”?

Jest mi bardzo trudno to zrobić. Zajmuję się wieloma tematami, mam różne role społeczne i prywatne. Rzeczywiście wyłączenie się – szczególnie teraz, w dobie takiej „bieżączki”, bombardowania newsami, czyli przebodźcowania doniesieniami medialnymi –  jest bardzo trudne. Staram się oczywiście wprowadzać coś w rodzaju higieny korzystania z mediów czy odnoszenia się do kolejnych wiadomości, ale taka zdaje się już moja rola – by słuchać i komentować. Być może kiedyś rzucę wszystko i wyjadę w Bieszczady, ale póki co – aktywistką jestem i wykorzystuję moją funkcję w życiu publicznym jako pisarki i felietonistki. Staram się nagłaśniać i komentować te wszystkie tematy, które są mi bliskie. To jest właśnie mój aktywizm.

„Nie chciałabym wyemigrować z mojej matczyzny i wierzę, że kiedyś ściernisko zamieni się w piękną łąkę” – to twoje słowa z wpisu na IG przy okazji tematu Parady Równości w zeszłym roku. Czy wciąż w to wierzysz? Co pomaga ci trzymać się tej myśli?

Pesymizm łączy się jednak czasami ze światełkiem w tunelu. Mimo że nieustannie dostaję kolejne powody do komentowania kuriozalnych nieraz decyzji dotyczących tego, co się dzieje w Polsce, to póki co w niej zostaję. Również dlatego, że jestem po prostu zawzięta i nie mam ochoty oddawać pola (śmiech). Natomiast jest to bardzo trudna sytuacja na wielu frontach. Szczególnie gdy pracuje się na swojej tożsamości, wykorzystuje własne doświadczenia i to, kim się jest, aby mówić o pewnych problemach. Jest to szalenie obciążające. Moja relacja z Polską jest trudna. Uważam, że działania społeczne, aktywizm jest działaniem na rzecz swojej wspólnoty, społeczności. Z drugiej strony rzeczywiście czasem pojawia się pytanie „jak długo można znosić te baty?”. Czy wciąż wierzę, że ściernisko zmieni się w piękną łąkę? No cóż, gdybym nie wierzyła, to pewnie nie zajmowałabym się pewnymi problemami i nie próbowała zmienić tego świata.

Twój syn jest już prawie dorosły. Czy dyskutujecie o tematach, które cię zajmują? Czy ścieracie się o kwestie światopoglądowe?

On jest dość zamkniętą w sobie osobą, ale oczywiście wiele rozmawiamy i chyba się jakoś specjalnie nie kłócimy o te tematy. Ja raczej z zainteresowaniem patrzę, jak on się rozwija, jak się zmienia, jak szuka siebie. Daję mu dużo swobody do tego, by robił to na własną rękę. Myślę, że to doświadczenie jest też bardzo edukacyjne dla mnie. Niemal codziennie uczę się przy nim bycia spokojną osobą, ale też akceptującą to, że dziecko nie jest przedłużeniem nas, że jest oddzielnym bytem – ze swoimi celami, zainteresowaniami, spojrzeniem na świat. Czasami jest to naprawdę trudne.

Jak się żyje kolorowej, tęczowej mamie?

Nie zawsze bywa różowo. Sytuacja, w której teraz jesteśmy jako społeczeństwo, kolejne doniesienia o samobójstwach dzieci, o szykanach, to powoduje we mnie wielki strach i lęk o własne dziecko. Czuję się współodpowiedzialna, dużo myślę o młodych ludziach, którzy potrzebują pomocy. Po moim oucie pisało do mnie dużo osób nieheteronormatywnych, rodziców i dzieci, poznałam dużo historii, w tym bardzo ciężkich. Ta świadomość, ile osób wokół jest dyskryminowanych, sprawia, że moje życie jest przepełnione ogromnym bólem i niezgodą na łamanie praw człowieka. Staram się szukać równowagi, żeby nie pogrążyć się w tych złych emocjach. A że lubię się wygłupiać, to mam poczucie, że jakoś radzę sobie z tą sytuacją. Czasem jest to oczywiście śmiech przez łzy, jak moja Elgiebete TV na Instagramie, a czasem po prostu zajmuję się pracą. Moja ostatnia książka „Miasto z gruzów wstało” o Warszawie i jej codzienności w latach 50. pokazuje, że czasami jestem w stanie wybić się na zupełnie inne rejestry.

*

Rodziców dzieci LGBT i inne osoby chcące włączyć się w pomoc tym środowiskom zachęcamy do kontaktu i wspierania działań m.in. organizacji My, rodzice czy Kampania Przeciw Homofobii.

*

W świecie nadmiernej konsumpcji, ton odpadów, zakupów bez zastanowienia postanowiła zmienić życie swojej rodziny i podjąć wyzwanie zero waste. Poszła jeszcze krok dalej – rzuciła etat, by zająć się edukacją na temat ograniczania śmieci i odpowiedzialnej konsumpcji. Jak wygląda jej codzienna praca i dlaczego temat ochrony środowiska powinen być szczególnie ważny dla rodziców, opowiada Kasia Wągrowska, autorka bloga Ograniczam Się, dziennikarka i wykładowczyni.

Z trwogą patrzę na licznik na twoim blogu z tonami śmieci wytworzonymi przez ludzkość w tym roku. Co pomaga ci wierzyć w to, że twoje działania powodują realną zmianę?

Współcześnie widzę dwa różne kierunki. Z jednej strony ta tendencja, która dominuje – wszechobecna konsumpcja, mnożenie produktów, ale też opakowań. Jestem niezmiennie bardzo zaskoczona tym, że produkt, który do niedawna można było kupić w samym kartonie, albo po prostu luzem, teraz jest zapakowany w karton, folię i na tacce. To mnie załamuje i denerwuje. Przecież to działanie na niekorzyść wszystkich, nie tylko stanu środowiska. Te opakowania też kosztują, ktoś to musi wytworzyć, więc finalny produkt jest coraz droższy. I to jest właśnie ten kierunek – jednorazowy plastik, niepotrzebne opakowania, tania moda, nieetyczne warunki produkcji. To się dzieje i nie chce się zatrzymać. Ale nie da się nie dostrzec, że współcześnie dzieje się bardzo dużo dobrego, mnóstwo pozytywnych zmian. Dzieją się one dzięki jednostkom, które te tematy nagłaśniają, markom, które otwarcie mówią o swojej produkcji, są transparentne i etyczne, oraz konsumentom. Coraz więcej osób podchodzi refleksyjnie do zakupów, sprawdza pochodzenie produktów, zastanawia się, w jakich warunkach powstały, z jakiego materiału, czy ten produkt i opakowanie nadają się do recyklingu itd. To jest ten nowy typ konsumenta, coraz bardziej widoczny. Zaczynamy zwracać uwagę nie tylko na daną rzecz – i to coraz mniej na to, czy jest modna, ale też na to, czy jest dla nas zdrowa, dobra, potrzebna. Co ważne, patrzymy w ten sposób też na opakowanie, warunki produkcji, całą otoczkę, a nie samą esencję produktu.

Czyli są duże zmiany, ale na małą skalę?

Jesteśmy jako ludzkość w tym ślepym pędzie, ale coraz więcej z nas, również w polskim społeczeństwie, zwraca uwagę na kwestie środowiska, recyklingu, sprawiedliwej produkcji. I ta nadzieja na zmianę jest tym, co mnie niesie. Skupiam się na małych krokach, edukacji i widzę każdego dnia, że moje działania mają sens. Akurat jestem w trakcie lektury książki Rebecki Solnit „Nadzieja w mroku” i ta książka bardzo podnosi mnie na duchu i utwierdza w tym, co robię. Autorka udowadnia, że mimo kryzysowej sytuacji na świecie związanej z różnymi aspektami – degradacji środowiska, kryzysów politycznych, nierówności, osoby niesione nadzieją codziennie, wykonując małe kroki w kierunku upowszechnienia bliskich im idei, zmieniają świat na lepsze. To oni są zmianą i oni tę zmianę realizują. Nie optymiści, którzy uważają, że nie jest tak źle i nie ma co zmieniać. I nie pesymiści, którzy nie wierzą w zmianę i boją się, że może być wtedy gorzej. To ludzie nadziei kształtują historię, w książce widać to na wielu przykładach i danych. Więc odpowiadając na pytanie – wierzyć w zmianę pozwala mi nadzieja i te codzienne drobne kroki, które udaje się wykonać.

Jakie refleksje towarzyszą ci przy myśleniu o przyszłości twoich dzieci? Czy masz w sobie obawy o ich przyszłość w kontekście stanu środowiska?

To jest dla mnie trudny temat, bo gdy myślę o przyszłych pokoleniach, robi mi się wyjątkowo smutno. My jako dorośli, rodzice, często tracimy z oczu tę kwestię. Podchodzimy do wychowania jako do „tu i teraz”. Dziecko ma być zaopiekowane, wykarmione, nauczone pewnych zasad, ale tak realnie nie myślimy o jego przyszłości i świecie, w jakim przyjdzie mu żyć. A ta wizja przyszłości żyjących już teraz pokoleń jest przytłaczająca. Według naukowców 2050 rok ma być rokiem granicznym, kiedy to temperatura na Ziemi skoczy tak, że mocno wpłynie to na nasze życie jako ludzkości. Ale staram się patrzeć na to nie jako katastrofę, tylko przyczynek do zwrotu w naszym podejściu. Uznamy w końcu jako gatunek, że nie mamy wyjścia, to już jest ostatni moment na drastyczną i radykalną zmianę. Zatrzyma się generowanie CO2, zaczniemy skutecznie neutralizować nasz wpływ na środowisko. Ja jestem niesiona nadzieją, że uda nam się zmienić świat na lepsze, zanim będzie za późno.

W kontekście dzieci martwi mnie jeszcze temat edukacji. Widzę to na przykładzie podręcznika mojego syna, ucznia drugiej klasy. Wiele kwestii przedstawia się w sposób zawoalowany, nie pokazując ciągu przyczynowo-skutkowego. Gdy w podręczniku tłumaczone jest pochodzenie prądu, nie wspomina się o węglu, a przecież 75-80% energii z niego pochodzi. Temat jest przemilczany, a na zdjęciu pokazana jest elektrownia wodna. To tuszowanie rzeczywistości. A ja uważam, że bardzo ważne są zmiany na poziomie jednostki, żeby mieć świadomość, rozumieć ciąg zdarzeń, rozumieć konsekwencje swoich wyborów, na co zachowanie obywatela ma wpływ i co robić, by było lepiej.

Oddolne działania w zakresie ekologii są głównym motorem zmian czy też równolegle walczysz o rozwiązania systemowe?

Od samego początku mojej działalności walczę małymi krokami o codzienne zmiany, ale wszystkie te aktywności mają też kontekst wspólnotowy. Angażuję lokalną społeczność, tak by idea zero waste zatoczyła szerszy krąg, by połączyła osoby, które w podobny sposób chcą zmieniać świat. Stąd też pomysł na Po-Dzielnię, blog i Instagram, bo na moich obserwatorów patrzę właśnie jako na szerszy krąg osób o podobnym spojrzeniu na świat. Ale równolegle napieram na zmiany systemowe tam, gdzie tylko mogę. Działania na poziomie Komisji Europejskiej, bezpośrednie rozmowy z politykami. Ostatnio wśród tematów Green Deal w UE i kontekst, w jakim on będzie prowadzony. Ten głos jest słyszalny, widzę jego realną siłę i wpływ. Szczerze mówiąc, teraz sama mniej nacisku kładę na działania jednostkowe, bo doszłam do „zielonego szklanego sufitu” – zobaczyłam, że dalej nie dam rady pójść. To efekt mojego eksperymentu, w którym chciałam przekonać się, jak daleko mogę zajść z ideą zero waste, w którym momencie stanie się to dla mnie trudne. Bo oczywiście można poświęcić całe swoje życie temu, by nie generować w ogóle śmieci. No ale co to za życie? Mi zależy na tym, by te dobre dla środowiska wybory były naturalne i proste. A będzie to możliwe, gdy zostaną wprowadzone mądre rozwiązania systemowe ułatwiające funkcjonowanie jednostki.

Jak twoje dzieci podchodzą do zasady „ograniczam się”? Czy pojawia się bunt, niezgoda, niezrozumienie? Jak sobie z tym radzisz?

Z tym bywa u nas bardzo różnie, a to głównie dlatego, że dzieci są różne i mają różne natury. Ośmioletni Jaś nie ma z tym trudności. Przychodzi mu to bardzo naturalnie, z łatwością. Ma świadomość ciągu przyczynowo-skutkowego przy zakupach, wie, skąd się biorą śmieci. Nie ma zupełnie problemu, by zbierać ze mną śmieci w miejscach publicznych. Często robimy to razem i on widzi, do jak absurdalnych sytuacji dochodzi przy generowaniu i składowaniu odpadów. Rozumie, że jest to szkodliwe dla środowiska, wie, że ma to wpływ na naszą, jego przyszłość. Nie ma swoich zachcianek szkodliwych środowiskowo.

Od początku staraliśmy się pokazywać dzieciom, że doświadczenie jest fajniejsze od przedmiotu. W naszej rodzinie prezenty to częściej np. wieczór na ściance wspinaczkowej niż nowa zabawka. I nasze dzieci autentycznie czerpią z tego przyjemność. Ale pięcioletnia Ada ma inną naturę niż Janek. Ma typowo „dziecięcy” gust i zachwyca się pewnymi przedmiotami na poziomie estetycznym. Lubi to, co pluszowe, błyszczące, generalnie lubi też gromadzić rzeczy. Radzimy sobie tak, że często odwiedzamy Po-Dzielnię. Oddajemy tam rzeczy, których mamy w nadmiarze i zawsze może zabrać dla siebie coś „nowego”. Plus co miesiąc chodzimy do biblioteki, staram się kupować tylko wybrane, wyjątkowo ważne czy wartościowe książki. Myślę, że dla Jasia i Ady to naturalne, że my wypożyczamy rzeczy, dzielimy się tym, co sami mamy. Bo poznawanie świata przez rzeczy jest fajne, ale nie musimy czegoś mieć, by z tego skorzystać. Ostatnio na wakacjach moja córka poznała nową koleżankę i zaproponowała jej zabawę w Po-Dzielnię, tłumaczyła, jak to działa i czemu to jest fajne. I to jest bardzo fajne!

Prowadzisz bloga, organizujesz warsztaty, webinary, piszesz książki i e-booki. Pracujesz z domu, w międzyczasie był lockdown i długi epizod nauczania zdalnego. Jesteś przykładem na to, że w macierzyństwie „wszystko jest kwestią organizacji”?

Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co można z siebie wykrzesać, mając dzieci. Kiedyś nie byłam w stanie zrozumieć, jak można i wychowywać, i chodzić do pracy, i jeszcze mieć czas dla siebie. Teraz widzę, że niezłej organizacji czasu nauczyły mnie właśnie moje dzieci. One porządkują mi dzień, bycie z nimi pokazuje, jak zorganizować czas, ile mam przy tym czasu dla siebie i jak fajnie można żyć. Dzięki dzieciom mam balans – umiem sama odciągnąć się od pracy, nie przekładam rzeczy na później, uczę się naprawdę efektywnie odpoczywać. Nie spędzam dużo czasu na Instagramie i nie wpadam w pracoholizm, bo dzieci przypominają mi, jak ważne są relacje i robienie rzeczy razem.

Po przeróżne sposoby na zmniejszenie naszego wpływu na środowisko odsyłam na twojego bloga i Instagram. Co polecasz na początek dla sceptyków?

Na początek powiem, od czego nie zaczynać. Nie dajmy się gadżetomanii. Kupując kolejne produkty oznaczone jako less waste, żeby tylko zacząć tę zmianę, można zrobić krzywdę i sobie, i planecie. Większość z tych rzeczy, o danej funkcji, pewnie mamy już w domu. A to, od czego warto zacząć, to prześwietlenie swoich śmietników – ile i jakie odpady tworzymy? Czy nadają się do recyklingu? Czy i jak możemy je wyeliminować? Działajmy małymi krokami. Zamiast wody w plastikowych butelkach – dzbanek z filtrem lub po prostu wodę z kranu. Zamiast torebek foliowych – materiałowe, które można kupić lub uszyć samemu. Kurzący się stary lunchbox można wziąć do sklepu i zrobić zakupy na wagę. I najważniejsza rzecz: gdy chcemy kupić coś nowego, zastanówmy się – czy naprawdę tego potrzebujemy?

*

Agnieszka Żądło – mama 9-letniego Franka, reporterka i dziennikarka magazynu „Newsweek”. W swojej pracy dotyka wielu trudnych tematów, bolesnych historii, traumatycznych przeżyć. Zarówno na poziomie jednostki, jak i w kontekście toczących się na naszych oczach wielkich zmian politycznych. Być mamą i zaangażowaną społecznie dziennikarką – czy te role na siebie wpływają, czy są dla siebie wsparciem?

Niedawno wróciłaś z Białorusi, byłaś obecna na protestach, masz kontakt z białoruskimi kobietami, matkami na miejscu. Opis faktów, chronologię zdarzeń przedstawiasz jako reporterka w swoich tekstach. „Robimy to dla naszych dzieci. Takie są białoruskie kobiety. Wierzymy w lepszą przyszłość” – to fragment z twojego reportażu na temat protestów białoruskich kobiet. Jak to widzisz jako Agnieszka – matka, kobieta? Jak odbierasz tę walkę, determinację wśród Białorusinek z tej perspektywy?

Białorusini i Białorusinki są coraz bardziej świadomi swoich praw, coraz lepiej wykształceni. Uczą się, studiują w innych krajach, podróżują, korzystają z Internetu. Chcą swobody wyrażania swojego zdania, cieszyć się wolnością mediów, zgromadzeń, tak jak w demokratycznych krajach na całym świecie. Chcą, niezależnie od płci, żyć w miejscu, w którym ich głos się liczy, a wybory są przeprowadzane uczciwie. Po drugiej stronie stoi aparat władzy – cyniczny, bezwzględny, całkowicie podporządkowany jednemu człowiekowi. Ten aparat jest mężczyzną. Przeciwko niemu w ostatnich dniach protestowały białoruskie kobiety, pokazujące swoje pokojowe nastawienie. Ubrane na biało, z kwiatami w ręku stanowiły kontrast wobec brutalnego zachowania OMON-u. Ich zamierzeniem było przeciwstawić się torturom, które przeprowadzano na protestujących po wyborach prezydenckich 9 sierpnia. Podziwiałam je. Do tej pory w głowie mam obraz kobiety w zaawansowanej ciąży, może w ósmym albo dziewiątym miesiącu, która odważyła się wystąpić w pierwszym szeregu protestu na Rynku Komarowskim. Nie wiem, czy ja bym umiała tak zaryzykować.

Czujesz, że to, co robisz, robisz dla swojego syna?

Zależy, o co pytasz. Jeśli mowa o słuchaniu na temat zasad Robloxa albo Minecrafta, to tak. Jeśli o robieniu tostów albo spaghetti, to też często dla niego, bo mnie o to prosi. Ale zawodowo pracuję dla siebie. Na Białoruś pchał mnie wewnętrzny imperatyw, wedle którego czułam, że warto być tam, gdzie dzieje się historia. Potrzebuję swojej przestrzeni i nie czuję, że ona stoi w kolizji z byciem matką. Już teraz nie. Dzięki terapiom scaliłam się ze sobą jakiś czas temu, czuję się spójna we wszystkich sferach mojego życia. Jestem jedną Agnieszką Żądło. Nie oddzielnie matką, kobietą, dziennikarką. Mój syn jest piękną i bardzo chcianą częścią każdej z tych sfer, bo w każdej z nich uwzględniam jego obecność. Inaczej bym się chyba rozpadła. Ale nie przesadzajmy z tak wielkimi słowami. Mam swoje życie i chcę, żeby on to widział. Nie zawsze jest jednak różowo i nie czuję się wzorcem z Sevres pokazującym, jak godzić macierzyństwo z pracą. Wiem jednak, że jestem najlepszą mamą, jaką potrafię być.

Jak sądzisz, czy doświadczenie macierzyństwa wpłynęło na twoją ścieżkę zawodową? 

Dziennikarką chciałam zostać, zanim mój syn się urodził. Decyzję podjęłam w klasie maturalnej, miałam 19 lat. Matką chciałam zostać, zanim zapragnęłam być dziennikarką. Te ścieżki przeplatają się, ale macierzyństwo nie zmieniło mojego podejścia do zawodu. Co najwyżej zmieniło organizację mojej pracy, tak jak zmienia każdej matce. Trzeba uwzględniać w swoich działaniach tego małego człowieka, który znajduje się pod twoją opieką. Nie mogę wyjechać w dowolnym momencie. Muszę myśleć o tym, kto przypomni mojemu synowi o treningu piłki nożnej, kto zostanie z nim na noc, kto przypilnuje go, żeby nie siedział długo na telefonie. Poza tym nie pojadę wszędzie. Wyjazdy w teren konfliktów zbrojnych nie wchodzą w rachubę na ten moment, choć nieraz wydaje mi się to kuszącą perspektywą. Na kilkumiesięczny wyjazd mogę się udać, ale tylko z dzieckiem, a to z kolei bardzo trudne organizacyjnie. Mój syn ma w Warszawie szkołę, przyjaciół, swoje podwórko, dom, który stanowi bezpieczną bazę. Gdy był mały, dość często się przeprowadzaliśmy i on nawet nie chce słyszeć o kolejnej zmianie mieszkania. Czyli to są sprawy, które mają wpływ na moje życie zawodowe. Jeśli chodzi o dobór tematów, mediów, dla których pracuję, to kieruję się tym, co ja chcę robić.

Poruszasz wiele trudnych, bolesnych tematów. Czy i jak potrafisz się od tego odciąć emocjonalnie, by nie przenosić tego do domu? 

Zasadniczo nie potrafię. Nie wyodrębniam czasu wolnego od czasu zawodowego. Nawet jeśli w danej chwili nie stukam w klawiaturę, to i tak myślę o tym, co zrobiłam i co zrobię w pracy. Pamiętam, jak kierownik specjalizacji na studiach powtarzał nam jak mantrę, że dziennikarstwo to nie zawód, a styl życia, i po dziesięciu latach w zawodzie w pełni się z tym zgadzam. Bywa, że mam tego dość. Myślę sobie: poszłabym do roboty na osiem godzin i potem miałabym czas dla siebie, dla rodziny. Po czym znów znajduję jakiś ciekawy temu i w niego wsiąkam. Pracuję nad tym, żeby chociaż w czasie urlopu mieć fajrant. To jeden z celów mojej terapii. Na razie słabo mi to idzie. W tym momencie jestem na dwutygodniowym urlopie w słowackich Tatrach. Przed chwilą wysłałam mojej rozmówczyni przypomnienie o autoryzacji tekstu, dostałam materiały od mojego informatora i pewnie nie wytrzymam i przed wieczorem do nich zajrzę. Dumna jestem jednak, że przez ostatnie dwa dni nie zajrzałam do laptopa. Chodziłam po górach, nabywałam zakwasy, podziwiałam widoki. Udało się! Każdy dzień urlopu bez pracy poczytuję sobie za sukces (śmiech).

Jaka jest Agnieszka-reporterka, a jaka Agnieszka-mama? Jakie swoje cechy uważasz za szczególnie ważne w obu tych rolach?

Potrzebuję rozmawiać i gadulstwo staram się „uprawiać” we wszystkich życiowych sytuacjach. Lubię mieć jasne sytuacje, nie znoszę niedomówień, niezamkniętych spraw, choć czasem boję się konfrontacji – czy to w kontakcie z moim synem, czy bohaterem – gdy trzeba podjąć jakiś trudny temat. Często odwlekam, unikam, przeważnie potem okazuje się, że nie taki diabeł straszny, ale najpierw trzeba wykonać ten pierwszy krok, pierwszy telefon, pierwszy e-mail. W obu rolach towarzyszy mi jakiś rodzaj beztroski, choć z wiekiem coraz mniejszy. Myślę sobie: jakoś to będzie, niech się dzieje, co ma się stać, i płynę z nurtem wydarzeń. Albo dociera do mnie dopiero po fakcie, co mogło się wydarzyć. Może to i lepiej? Bo nie ma we mnie tego hamulca, który powstrzymuje innych ludzi przed pewnymi decyzjami. Dotyczy to również niehamowania dziecka, któremu pozwalam na bardzo dużo. Nie jest dla mnie łatwe bycie konsekwentną, stawianie granic. A miłość nie na tym polega, że się komuś pozwala na wszystko lub prawie wszystko.

Praca reporterki to częste wyjazdy, bycie poza domem. Jak sobie radzicie z synem z rozstaniami?

Nie wyjeżdżam co chwilę, obecnie praca dziennikarza pozwala na prowadzenie wielu tematów zza biurka. Jeśli jednak muszę lub chcę, proszę o pomoc moich rodziców lub partnera, albo wyjeżdżam, gdy Franio jest na wakacjach. Raczej nie zabieram go ze sobą, ale to też zależy od tematu, który robię, i możliwości w zorganizowaniu mu opieki. Pamiętam jedną majówkę, podczas której jeździliśmy z nim i fotografem „Krainy Bugu” i robiliśmy dokumentację do reportażu o dziewczynach z ochotniczych straży pożarnych. Albo wyjazd do Białegostoku, gdzie spotkaliśmy się z twórcą inteligentnego robota, Petrosem Psyllosem. Bycie z dzieckiem zmienia jednak optykę. Trzeba zapewnić lepsze warunki noclegowe, transport, bo mój syn bardzo by marudził, gdyby miał do przejścia 10 kilometrów piechotą. Jak jadę sama, mogę spać gdziekolwiek i nie jest to dla mnie problem, gdy nie zawsze jest wygodnie.

Twój syn ma już 9 lat. Czy rozmawiacie o tematach, które opisujesz zawodowo? Jakie pytania o świat ci zadaje? Czy starasz się go chronić przed pewnymi zagadnieniami?


Czasem Franio dopytuje o to, co robię. Podsłuchuje moje wywiady, które robię w domu, szczególnie odkąd przeszłam na tryb zdalny. Ale jego – bardziej niż reportaże o prawach człowieka, uchodźcach, mniejszościach – interesują youtuberzy i raperzy. Najbardziej był zafascynowany, jak mu powiedziałam, że chciałabym zaprosić do studia w Halo Radiu, w którym przez jakiś czas prowadziłam audycję, najpopularniejszego youtubera Stuu Bartona. Od razu zadzwonił do swojej przyrodniej siostry i kolegów, żeby się pochwalić. Sporadycznie ma fazy zaciekawienia tym, co się dzieje w polityce, na przykład przed wyborami. Wtedy wypytuje o to, jaki program ma jakiś polityk. Próbuję mu wytłumaczyć, a on to jakoś przetwarza po swojemu.

O wyjeździe na Białoruś mu nie opowiadałam szczegółowo. On miał akurat wakacje z tatą, był w innym świecie. Nie chciałam go dodatkowo zamartwiać. Rozmawialiśmy przez Messenger, ale bardziej o tym, co u niego, niż co u mnie. Dopiero jak przyjechałam i zobaczył wielkiego siniaka na mojej nodze, pytał, gdzie to się stało. Odpowiedziałam, może zbyt lekkomyślnie i pospiesznie, że jak uciekałam przed granatami. Cieszył się, że nie słyszał o tym wcześniej. Jest bardzo mądry. Gdy zastanawiałam się nad powrotem na Białoruś, powiedział mi, że zrobię jak uważam, choć on by nie jechał. Na razie z różnych powodów wstrzymałam się z wyjazdem.

*

Sytuacja na Białorusi wciąż jest niepewna, trwają protesty i prześladowania. Chcących wesprzeć działania demokratycznej opozycji zachęcamy do wpłat na organizowane w tym celu zbiórki ogłaszane na BY_help, np. tę na rzecz wolnych mediów.

*

Czy wśród was są mamy działające społecznie? Czym się zajmujecie, jak wygląda wasza codzienność? Dajcie znać w komentarzach, jak widzicie łączenie aktywizmu z rolą mamy.

Dodaj komentarz