Moje dziecko nuci K-pop

To mój świat, chcesz tu zajrzeć?

Moje dziecko nuci K-pop
Kasia Karaim-Baranowska

안녕! Annjong, cześć. W słuchawkach koreańska piosenka o miłości, obok królik pluszak i poduszka z idolami K-popu. Rozlany lakier brokatowy na biurku, podręcznik do 5 klasy. Gumka w misie. O mojej podróży w krainę nastolatki.

Czyja córka już drugiego dnia marcowego lockdownu ufarbowała włosy na brudny róż? Chyba nie jestem w tym sama. Tak, ufarbowała też bratu, czasem młodsza latorośl nie ma nic do gadania. Czasem ja też nie wiem, co powiedzieć. 10+ to wiek zaskoczeń i zmian, przyjmuję je z zaciekawieniem, nie muszę ich zawsze rozumieć. Chcę im towarzyszyć.

Najpierw pojawiły się pałeczki, którymi niezdarnie wybierała makaron z babcinego rosołu, pakowała je do lanczówki. Potem ogłosiła, że wymarzony kierunek wakacji dla niej to Korea Południowa. Że jak? Ten kraj do tej pory kojarzyłam wyłącznie z Hyundai, kimchi i ponurą historią podziału. Od roku w naszym domu rozbrzmiewa falset Jungooka i Jimina, wtóruje im do rytmu rap J-Hope’a. K-pop, bo o nim mowa, to gatunek muzyczny zróżnicowany jak składniki dobrego koreańskiego bibimbapu. To subkultura, uniwersum. To 7 chłopaków z koreańskiego boysbandu, który wdarł się w domu milionów dzieciaków na świecie. Kolorowi, umalowani, o nienagannych manierach, w pełni zsynchronizowani w tańcu.

Ja widzę produkt marketingu, katorżnicze ćwiczenia, presję i niewyobrażalną samotność tych koreańskich bożyszczy. Ona widzi szczęśliwych chłopaków, którzy śpiewają i tańczą dla niej, w języku, który coraz bardziej chce poznać. Tak, zaczęła naukę koreańskiego online, bazgrze koślawe litery w notatniku.

Wkrótce sama nieśmiało tupię nogą pod stołem, gdy puszcza hity dziewczyn z Blackpink czy miłosne ballady farbowanego na blond dwudziestolatka z Seulu. Przestaje mnie dziwić, gdy nagle odrywa się od liczenia ułamków, by na środku pokoju wykonać bezbłędnie układ choreograficzny z teledysku. W lockdownie tym tańcem zaliczy pandemiczne szkolne lekcje WF-u. Na szóstkę.

Szuka książek, ja jej szukam książek. Poza zapiskami podróżników po Korei rynek wydawniczy posępnie milczy, sięga więc po książki o Wietnamie, Chinach i Japonii. Połyka je w mig jak ramen, a na półce obok maskotek zespołu (jednym tchem wymieni ich nazwy, ja pamiętam tylko żółtego Chimmy i królika Cooky) pojawiają się kot Totoro ze studio Ghibli i japońskie plakaty. Czy to juz inwazja, czy nieszkodliwa zajawka? Czy mam nadać tej fali jakiś kierunek, regulować rzekę, gdy już się wylała? Siedzę na jej brzegu i spoglądam. Z ciekawością.

Do lanczówki trafiają suszone glony, nic nie poradzę, że zaraz przy szkole jest sklep koreański, sto metrów od Centrum Kultury Korei na Powiślu. Okazuje się, że nie ona jedna jest tam stałym bywalcem, dziewczyny z klasy tańczą dla właścicielki przebój Sour Candy, czasem dostają w prezencie skarpetki lub azjatyckie słodycze.

W weekend w jej ulubionym Muzeum Etnograficznym jak zawsze zatrzymuje się przy azjatyckich eksponatach i robi za przewodnika, jednym tchem wyrzucając z siebie ciekawostki o zwyczajach w Japonii. Też te zasłyszane z YouTube’a. Włącza mi się lampka: czy powinnam jej pozwalać na oglądanie azjatyckich jutuberów i setki filmów o japońskich kotach? Pola, jeszcze pięć minut i oddajesz telefon! Mamoooo, juuuuż zaraz. Dźwięk zamykanych drzwi do jej królestwa.

W ciąży puszczałam jej Ninę Simone, chilloutowe kawałki z francuskiego Radio Nova. Czasem Mozarta, bo ktoś gdzieś powiedział, że wypada. Owszem, zakłada krzywo beret, sukienkę i płaszcz w kratę i wygląda jak mała paryżanka, gdy ręka w rękę spacerujemy po centrum, zmierzając do ulubionej kawiarni na lody matcha lub onigiri. Tylko, że nucimy nowy przebój z kraju kimchi, a nie Gainsbourga. Nie naśmiewam się, stopuję wewnętrznego krytyka stylizacji jej idoli (serio, on to założył?!), podsyłam z YT filmik o ciemnej stronie tego muzycznego przemysłu. Chcę by wiedziała, że każda kartka ma dwie różnie zapisane strony.

Gdy ogląda premierę filmu o dziewczynach z Blackpink na Netflixie, pytam ją o wrażenia. Nie wiem czemu spodziewam się tego, że nazajutrz przy śniadaniu zobaczę ją odmienioną, z różowa grzywką i w kusej spódnicy. – Świetny, bo pokazuje, jak muszą pracować, by dotrzeć tam, gdzie są. Aha, i dobrze zmontowany – dodaje, wciągając ulubione sztruksy i naciągając kaptur bluzy.

Myślisz, że masz jakiś większy wpływ? Podsuwasz książki, muzykę, filmy, ale to dziecko wyławia z tego tygla to, co chce. Wyrosła z niej wytrawna wędkarka, a ja mogę tylko zadbać, by miała zawsze zapas dobrych wędek. Mamo, pojedziesz kiedyś ze mną do Seulu i Tokio? Tak, dziecko, nawet jutro, tylko wiesz, ten covid…

Czy mnie ten azjatycki bakcyl męczy? Oczywiście, czasem tak. Gdy obijam się jak ping-pong miedzy komputerem a odgrzewaniem obiadu i przerabianiem najmniejszej wspólnej wielokrotności liczb (aaaa!), średnio chce mi się słuchać, że jej idol właśnie wydał nowy singiel i tańczy cały w brokatach. Ale czy to aż tak wielkie poświęcenie? Bilet wstępu do świata nastolatki jest tego wart, jak nie zdobędziesz go teraz, potem będzie o wiele trudniej.

Edit: powiedziałam jej, że napiszę o K-pop na Ładne Bebe. Zrobiła wielkie oczy i z dumą wyparowała: tylko nie szukaj nic o BTS w Googlu, on przekłamuje, najlepiej jak ja ci wszystko po kolei o nich opowiem. To będzie długi wieczór. O czym pogadamy za dwa lata?

Dodaj komentarz