ładne bebe x vienna house współpraca reklamowa

Mama z nastolatką w Warszawie

Vienna House Warszawa Mokotów gości Kingę Hołub z córką Tolą.

Mama z nastolatką w Warszawie
Kinga Hołub

O tym, że liczy się jakość, a nie ilość, każdy wie. Ale o jakość trzeba dbać! Także jeżeli chodzi o jakość relacji z dziećmi, szczególnie kiedy wchodzą w nastoletni wiek i kontakt z nimi czasem bywa utrudniony. Dlatego wybrałam się z moją jedenastoletnią Tolą na dziewczyński wypad do Warszawy. Uwiłyśmy sobie gniazdko do pielęgnowania naszej więzi w designerskim hotelu Vienna House by Wyndham Mokotow Warsaw. Z dala od zgiełku centrum, w otoczeniu pięknego designu i zieleni.

Odkąd Tola jest nastolatką i mierzy się z typowymi dla tego wieku problemami, staramy się regularnie uciekać z domu tylko we dwie. Najfajniej, kiedy udaje nam się to raz na miesiąc. Zawsze szukamy też jakiegoś pretekstu, atrakcji, wokół której budujemy nasz wspólny czas. Często jest to teatr, a konkretnie musicale. Tola sama uczy się śpiewu i lubi występować. Często też wychodzimy po prostu „na miasto”. Łączymy je z dobrym jedzeniem w restauracji, spacerem po miejskich parkach albo przesiadywaniem w kawiarniach. Obgadujemy wtedy wszystkie bieżące sprawy, ale też milczymy razem, bo w dobrej relacji jest też miejsce na przyjazne, odprężające milczenie. Jednak do tej pory nigdy nie wybrałyśmy się na tzw. staycation, czyli miniwyjazd z noclegiem niedaleko od domu. Na co dzień żyjemy w Milanówku, więc propozycja pobytu w Vienna House by Wyndham Mokotow Warsaw początkowo wydawała się dziwna, ale potem pomyślałyśmy, że to super sprawa – nie będziemy tracić czasu na podróż i będziemy mieć go więcej dla siebie.

Co więcej Mokotów to była dla nas destynacja budząca dreszczyk emocji, bo hotel jest oddalony od turystycznych traktów i wręcz stworzony do odpoczynku od tego, co tak dobrze znane. No i do tego dobra kuchnia i przemiła obsługa? Tak, taka przygoda też się mieści w naszym katalogu rzeczy, które lubimy robić tylko we dwie!

Zaczęłyśmy od szybkiego rozejrzenia się po hotelu przy ulicy Postępu 4, w warszawskiej dzielnicy biurowców zwanej potocznie Mordorem. Architektura budynku przywołuje wspomnienie brutalistycznych perełek, co koresponduje z industrialnym charakterem i historią tej części Mokotowa. Projekt został nagrodzony Nagrodą Architektoniczną Prezydenta M. St. Warszawy jako najlepszy budynek komercyjny stolicy w 2019 r. i rzeczywiście wyróżnia się w dzielnicy. Tę surowość i postindustrialność widać również wewnątrz, ale aranżacja i wystrój tworzą przytulną, inspirującą atmosferę. Widać, że meble i dodatki zostały starannie dobrane i tworzą styl, który nazwałabym powściągliwym eklektyzmem.

W hotelowym lobby można złapać chwilę oddechu czy popracować – a w roku szkolnym na pewno i odrobić lekcje (nawet online, bo WiFi jest naprawdę dobre!). Wygodne kanapy wręcz zapraszają do rozgoszczenia się na dłuższy moment.

Po szybkim zameldowaniu – biegiem do pokoju! Uwielbiam tę ekscytację nowym miejscem, czuję wtedy, że Tolę i mnie dzieli dużo mniejsza różnica wieku niż na co dzień. Zaglądamy do szafek i szuflad, wydajemy okrzyki zachwytu (widok!, łazienka!!), rzucamy się na łóżka, sprawdzając miękkość materacy. Widać, że warszawski Vienna House by Wyndham przeznaczony jest głównie dla osób podróżujących w sprawach zawodowych – przypominał o tym kącik do pracy z niewielkim biurkiem. Ale fajne jest to, że stanowi on oddzielną całość, dzięki czemu strefa relaksu pozostaje niezaburzona.Podoba nam się powściągliwość wystroju, ten przytulny minimalizm, który widać w hotelu na każdym kroku. Można się tu poczuć jak w domu, jednocześnie odpoczywając od… domowego chaosu. Mamy, wiecie, o czym mówię!

Po dłuższej chwili w pokoju i planowaniu całego pobytu, postanowiłyśmy uderzyć na siłownię, bo pani na recepcji mówiła, że widok stąd jest zjawiskowy. Ogólnie to nam się rzadko zdarza trenować (Tola chyba była po raz pierwszy!), więc postanowiłyśmy spróbować wszystkiego! Wyposażenie sali treningowej zrobiło na nas spore wrażenie. Toli najbardziej odpowiadały bieżnia i orbitrek. Ja z kolei doceniłam widok – w takich warunkach ćwiczy się znacznie przyjemniej.  Stwierdziłyśmy, że mogłybyśmy to robić razem częściej – kto wie, może to kolejna wspólna aktywność, którą możemy dopisać do naszej listy?

Potem wróciłyśmy do pokoju, aby się odświeżyć. Jeszcze  chwilka na złapanie oddechu, czipsy w łóżku i… ruszyłyśmy dalej – na zasłużone uzupełnienie kalorii po wysiłku fizycznym. Nasz wybór padł na zagłębie niewielkich knajp przy Postępu 5 w Warszawie (naprzeciwko hotelu), gdzie wybrałyśmy jedzenie sprawdzone i ulubione, czyli sushi. Potem deser – obowiązkowe lody – i jeden z czołowych punktów naszego programu: zakupy i kino (wybrałyśmy się na „Spidermana” i polecamy, świetna rozrywka!).

Zwykle kupujemy ubrania z drugiego obiegu, ale tym razem chciałyśmy sobie pozwolić na jakiś kaprys. Wyobrażałyśmy sobie, że wrócimy do hotelu z naręczem toreb, jak Julia Roberts w „Pretty woman”, ale skończyło się na… torbie z Empiku. Ten obrót spraw jednak bardziej nas rozbawił, niż zasmucił – zwłaszcza że nasze łupy (komiksy i książki) mogłyśmy skonsumować niemal od razu, ponownie moszcząc się na ultrawygodnych łóżkach. Odpoczywałyśmy dłuższą chwilę – książki w końcu zamieniłyśmy na serial („Przyjaciele”) – a po obejrzeniu naszych ulubionych odcinków znowu zgłodniałyśmy.

Zaletą bycia w hotelu jest to, że czas płynie inaczej i – jeśli tylko masz ochotę – możesz wyjść o 23:00 na burgera. Tak właśnie zrobiłyśmy i zjadłyśmy kolację na powietrzu, korzystając z ciepłego letniego wieczoru.

Potem przyszedł czas na dłuuuuuugie spanie, a rano – powolne zbieranie się i rozkoszowanie elegancką łazienką oraz leniwe śniadanie w hotelowej restauracji Greenhouse. I mówię Wam, drodzy rodzice, nawet jeśli nie macie zaplanowanych atrakcji w stylu aquapark czy inne miejsca głośnej rozrywki, to szwedzki stół w miejscu, które przypomina szklarnię, jest pełne zieleni i pachnie pięknie, jest balsamem dla porannej duszy! Spróbowałyśmy z Tolą (chyba…) wszystkiego, a każdy nasz wybór był strzałem w dziesiątkę. Podobało mi się, że jest duży wybór dań, również wegetariańskich, a do kawy można dodać też mleko roślinne. Na śniadaniu można poprosić dodatkowo o dania gorące (takie jak omlet czy jajecznica), ale wybór był tak oszałamiający, że pozostałyśmy przy tym, co było wystawione na bufecie. Greenhouse nie tylko tonie w zieleni, ale dzięki wysokim oknom jest zalany światłem – to na pewno pomaga dobudzić się o poranku.

 

Muszę  przyznać, że wisienką na torcie naszego pobytu w Vienna House by Wyndham był… obiad w Greenhouse. Ja zjadłam pyszną sałatkę z krewetkami, a Tola – cheesburgera z dziecięcego menu. Połączenie smaków, jakość składników, podanie i wspaniały serwis sprawiły, że poczułyśmy się jak gościnie VIP.

Ten krótki pobyt w Vienna House by Wyndham Warszawa Mokotów utwierdził nas w przekonaniu, że takie krótsze bądź dłuższe „randki” we dwie bardzo dobrze nam robią. Nie zawsze potrzebujemy ułożonego planu, a dobrze jest mieć miłe i przytulne miejsce, w którym można wspólnie rozmawiać, czytać, śmiać się czy ćwiczyć – a nawet milczeć. Polecamy!

*

Materiał powstał we współpracy z siecią hotelową HR Group, do której należy Vienna House by Wyndham Warszawa Mokotów.

Dodaj komentarz