Książki dla dzieci recenzja współpraca

Mała Księżniczka o stalowych skrzydłach

Nowość wydawnictwa W.A.B.

Mała Księżniczka o stalowych skrzydłach
Lidka Dzwolak

Wyobraźcie sobie niezwykłe spotkanie między zaginioną pilotką Amelią Earhart a dziewczynką w koronie, wpatrzoną w swojego ukochanego tulipana i przemierzającą kosmos, by go zrozumieć, a przy okazji zawładnąć naszą imaginacją. Jeśli macie przed oczami wspomnienie jasnowłosego chłopca, cierpliwego opiekuna róży – to dobry trop. I początek ciekawej dyskusji!

Mały Książę Exupéry’ego to książka, którą znajdę chyby na każdej domowej półce. Nie kurzy się, bo to powiastka, do której wracamy nie tylko przy okazji szkolnej listy lektur szkolnych. Jak to się stało, że choć od kilkudziesięciu lat inspiruje kolejne pokolenia, nikt nie nawiązał z nią dialogu, nie pokusił się o własną interpretację? Oto eteryczna Mała Księżniczka, która chętnie zasiadłaby z Księciem do jednego stołu – jestem bardzo ciekawa ich rozmowy.

Z chęcią zagłębiam się w świat i podróż tej dziewczynki na kartkach najnowszej książki autorstwa Karoliny Lewestam, wydanej przez wydawnictwo W.A.B. Odkrywam analogie, dialog, polemikę. Wracam do książki Exupéry’ego – jakże inaczej się ją czyta, gdy już zaprzyjaźnimy się z dziewczynką, która ma odwagę porzucić narcystycznego i niewdzięcznego tulipana! Kwiat, który domaga się troski i czułości, a nie oferuje wiele w zamian, podcina skrzydła i wpędza w poczucie winy.

Czy rzeczywiście najważniejsze musi być dla oczu niewidoczne? A ja lubię widzieć niektóre rzeczy – mówi Księżniczka i wyrusza na inne planety, zostawiając nadąsanego tulipana za sobą. Nie zdradzę całej galerii osobliwości, jakie napotka w swojej podróży, ale poczułam, jakby co chwilę ktoś podtykał mi lustro, w którym możemy się przejrzeć ja i nasz współczesny świat. Żyjąca w strachu perfekcjonistka, która przyznaje, że jej jedynym szaleństwem są „nierówno pokrojone ziemniaki”, samotna mewa, która w obawie przed odrzuceniem grupy na wszelki wypadek… odrzuca siebie samą, modelka, która zarzuca wszechświat selfie, kryjąc się za tarczą sztucznej peruki. Mała Księżniczka uczy się, że ma prawo przyjrzeć się własnej złości, która rośnie w niej jak czarna kula. Nie, nie musi jak Książę zamartwiać się różą i powrotem na planetę. Bo przyjaciółka daje jej stalowe skrzydła i odwagę, by lecieć dalej, w nieznane.

Ciekawi mnie, jak to jest, gdy interpretuje się na nowo takiego kalibru klasykę? Skąd pomysł na to wyzwanie? Przy okazji pojawienia się w księgarni tej wyjątkowej książki dla dorosłych i dzieci, mam przyjemność porozmawiać z Karoliną Lewestam, autorką, filozofką i etyczką, oraz mamą. Czy wiecie, że pomysł na tę książkę się jej przyśnił?

Jak dotąd nikt nie podjął się zadania, by wejść z dziełem Exupéry’ego w polemikę, by zinterpretować je współcześnie. Skąd u ciebie pomysł, by to zrobić?

To zabrzmi trochę nieprawdopodobnie, ale ta książka mi się przyśniła. Mieszkałam wtedy w Londynie – pamiętam, że odprowadzałam moją córkę do szkoły i chłopiec z jej klasy miał torebkę na lunch z Małym Księciem. To chyba uruchomiło w mojej głowie jakiś proces, jakieś wspomnienia z dzieciństwa, z czasu gdy czytałam książkę Saint Exupéry’ego. I kiedy zasnęłam, zobaczyłam dziewczynkę w koronie, podróżującą po planetach. Mówiła „Czy narysujesz mi jednorożca?”. Moja córka wtedy uwielbiała jednorożce. Obudziłam się nad ranem, zupełnie trzeźwa, i zaczęłam tę dziewczynkę rysować, próbując ten sen jakoś złapać, zanim odpłynie. Wiedziałam, że muszę to zrobić, bo było w tym coś uwalniającego, coś dla mnie bardzo ważnego.

Czułaś presję jako autorka? Były głosy, że dotykasz trochę literackiego „sacrum”?

Nie było żadnych głosów, bo książkę pisałam we względnej izolacji – z dala od wszystkich znajomych, w nowym miejscu, na początku pandemii. Jedyną osobą, z którą się dzieliłam codziennie tą historią, była moja przyjaciółka, z którą  los nas ponownie zetknął właśnie w Londynie, a jej nie przyszło do głowy przestrzegać mnie przed dotykaniem sacrum. Po prostu na miejscu nie znalazł się nikt, kto by mi powiedział, że zwariowałam, i żebym zajęła się czymś, co ma większe szanse powodzenia i większe prawo do istnienia. No i nie robiłam tego dla kogoś, nie miałam żadnego planu dla tej książki, naprawdę pisałam i malowałam dla siebie – więc nie czułam się w obowiązku szukać wytłumaczenia. Dopiero teraz, kiedy książka wychodzi, próbuję jakoś usprawiedliwiać swoją brawurę.

Dopiero po przeczytaniu twojej książki zdałam sobie sprawę, że mam ochotę z niektórymi radami z klasyki Exupéry’ego dyskutować lub patrzę dziś na nie inaczej. Najważniejsze nie jest widoczne dla oczu. Twoja Księżniczka nieśmiało przyznaje, że ona i owszem, chce czasem widzieć rzeczy! Nie domyślać się ich, dopraszać. A złość, która w nas rośnie, jest OK! Jakie złote myśli z Małego Księcia straciły przez te dekady na mocy?

Mały Książę to naprawdę świetna, niesamowita i dziwna książka. Ale zauważyłam, że coś mnie powstrzymuje przed czytaniem jej mojej córce. Po pierwsze, najważniejsza jest tam bezwzględna lojalność w miłości – róża jest próżna i złośliwa, nie ma z Małym Księciem dobrej relacji, a jednak czytelnik słyszy, że on musi do niej powrócić. Po drugie, tak jak wspomniałaś, drażni mnie tam trochę ten brak zaufania do zmysłów, ta idea, że lepiej dostać zamknięte pudełko z marzeniami, zamiast po prostu tego, o co prosiliśmy. Po trzecie, dorosłość w Małym Księciu jest straszna, ograniczona, bezsensowna i niewarta tego, by na nią czekać. Nawet, jeśli to prawda, to nie chcę tego jeszcze mówić dziecku. A po czwarte, oprócz róży, są tam sami faceci… To nie jest problem sam w sobie, literatura nie powinna się rządzić prawem parytetu, ale to akurat jest książka czytana głównie przez dziewczynki, więc może takie ćwiczenie w zmianie perspektywy nie jest jałowe.

Znam twoje teksty publicystyczne, ale ilustracja to chyba zupełny debiut? Czy Mała Księżniczka wyzwoliła, ośmieliła ciebie do tego zadania? Wyszło doskonale!

Zawsze rysowałam, lepiłam, robiłam kartki świąteczne, wycinałam, szyłam i generalnie uwielbiałam wszelkie kreatywne mieszanie łapskami w rzeczywistości. Problem jest taki, że żadnej z tych rzeczy nie umiem robić, bo nie mam formalnego, ani nawet nieformalnego wykształcenia artystycznego. Za każdym razem wszystkiego uczę się od podstaw – teraz na przykład namiętnie próbuję nauczyć się dekorować ciastka. Żeby zilustrować małą księżniczkę, wydałam 20 funtów na kurs online posługiwania się akwarelą. Potem okazało się, że był niestety po hiszpańsku, ale pilnie przeszłam przez wszystkie pięć lekcji po kolei. Obok mnie, przy londyńskiej stacji Finchley Road, był sklep artystyczny, w którym do momentu covidowego zamknięcia kupowałam farby, pędzle, kartki i inne cuda. Raz siedziałam tam dwie godziny, wybierając odcień czerwieni na płaszczyk Małej Księżniczki. Nie potrafię ci powiedzieć, jakie to niesamowite uczucie dla kogoś takiego jak ja, który zawsze tworzył w ukryciu i ze wstydem, zobaczyć swoją ilustrację w książce.

Czy jest jakaś inna książka dla dzieci, z półki klasyki, która inspirowałaby cię do napisania współczesnej odpowiedzi?

Mała Księżniczka powstała bez żadnego planu; nie powiedziałam sobie „Hej, czas napisać nowego Małego Księcia”, po prostu mi się przydarzyła. Dlatego nie mam takich planów ani takiej potrzeby. Za to mam w szufladzie i w głowie kilka niezależnych książek, które nie są dialogiem z mieszkańcami literackiego Olimpu. A w lutym, w wydawnictwie Czarne, wychodzi moja książka z tak zwanej zupełnie innej beczki: eseje o byciu rodzicem – i jest tam też esej o moich przygodach z literaturą dziecięcą. 

W takim razie czekamy!

*

Książka idealna na wspólną lekturę z córką czy synem, na podróż, podczas której zadacie sobie kilka ważnych pytań i odnajdziecie na nie odpowiedzi. Do rozmów o emocjach, wartościach i relacjach, które są w życiu najważniejsze. Na półkę, w duecie z Małym Księciem.

 

Dziękujemy lotnisku Olsztyn-Dajtki za pomoc w realizacji sesji oraz małej Marysi, która wcieliła się w dzielną pilotkę.

Materiał powstał we współpracy z wydawnictwem W.A.B.

Coś dla Ciebie

Przyjazny Olbrzym

Przyjazny Olbrzym

Dodaj komentarz