Litwa, Łotwa, Estonia rodzinnie

Fotorelacja blogerów Vanilla Island

Wiemy, że rządzi zima lub prawie zima i ferie. Ale my z chęcią wybiegamy w przyszłość i snujemy plany wiosenne oraz letnie. Co powiecie na wakacyjną trasę przez Litwę do Estonii? Dziś wspomnienie wyjazdu bardzo unplugged – biwaki, ogniska, mycie się w jeziorze i leśne harce. Ta trasa zachwyca!

Ekipę Vanilla Island (Kasię, Piotrka, 6-letniego Krzysia i 3-letniego Olka) pewnie znacie i kojarzycie z egzotycznych wypraw. Sri Lanka, Malezja, Singapur, kokosy, piękne plaże. Zapomnieliśmy już, że egzotycznie niekoniecznie oznacza w dalekich tropikach. Dla nas, ludzi miasta, może być to namiot w lesie i 4 tysiące kilometrów samochodem. Tak, z dwójką dzieci. Tak, z wyprawy po Litwie, Łotwie i Estonii wrócili szczęśliwi i przekonani, że był to plan idealny. Oddaję Kasi głos i jeszcze bardziej tęsknię za latem.

 

*

Trzy tygodnie, jeden namiot i nas czworo. Taki właśnie plan mieliśmy na ostatnie wakacje. Marzyliśmy o zapachu lasu, porankach nad jeziorem, wieczornych ogniskach i nocach pod gwiazdami. O wakacjach, jakie sami pamiętaliśmy z dzieciństwa. Kto śledzi nas na Instagramie, ten wie, że nasze dzieciaki dobrze znają to, co egzotyczne – smak kokosa, szum oceanu, spacery wśród palm – ale tym razem chcieliśmy im dać coś zupełnie innego. Może z pozoru nie tak spektakularnego, ale jednak bardzo nam bliskiego.

Piotrek od dawna planował wyruszyć na Północ. Mieszkamy na południu Polski, w Beskidach, niedaleko granicy z Czechami. W Pradze bywamy częściej niż w Warszawie, a zamiast nad Bałtyk jeździmy nad Morze Śródziemne, bo jest od nas niewiele dalej. Gdy latem tłumy naszych rodaków jechały do Włoch, Grecji i Chorwacji, my zdecydowaliśmy się pojechać przez Polskę, Litwę i Łotwę do Estonii. Nie byłam przekonana, czy to taki świetny pomysł. Bałam się, że pokonamy niepotrzebnie szmat drogi i nic ciekawego nie odkryjemy, bo co właściwie interesującego może być w krajach bałtyckich, czego nie ma u nas? Jak bardzo się myliłam!

 

*

TRANSPORT

Roadtrip z dziećmi? Czemu nie. Naszym samochodem przemierzyliśmy ponad 4 tysiące kilometrów. Chłopcy są w końcu na tyle duzi, że robiąc na trasie jedną czy dwie przerwy, byliśmy w stanie pokonywać kilkugodzinne odcinki. Czas mijał nam na rozmowach na tematy ważne i zupełnie błahe, najróżniejszych grach (najczęściej słownych!) i śpiewaniu wakacyjnych piosenek. Towarzyszyły nam też oczywiście audiobooki: „Pippi Pończoszanka”, „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek” i najróżniejsze bajki czytane przez Piotra Fronczewskiego (którego kojący głos usypia małego Olka w nie dłużej niż 5 minut). Do tego torba owoców i innych przekąsek, bo wiadomo przecież, że dzieci nigdy nie są tak głodne, jak właśnie w aucie. Samochód dał nam ogromną elastyczność i pozwolił na wyjazd naprawdę w duchu slow – nigdzie nie musieliśmy się spieszyć, a gdy tylko mieliśmy na to ochotę, mogliśmy się zatrzymać i zrobić sobie piknik, czy po prostu pospacerować i poszukać leśnych skarbów.

 

*

POGODA

Postanowiliśmy pomóc szczęściu i podróżowaliśmy bez sztywnego planu. W ten sposób mieliśmy prawie same słoneczne dni, a do tego trafialiśmy w miejsca spoza głównego szlaku. Temperatury były idealne (podczas gdy przez nasz kraj przetaczały się fale rekordowych upałów). W ciągu dnia na tyle wysokie, że mogłam nosić letnie sukienki, ale też nie takie, żeby nie można było usiąść na plaży w pełnym słońcu. Wieczory niestety bywały już dość chłodne i po zachodzie przydawała się grubsza bluza czy nawet kurtka. Myślę sobie, że w najbliższym czasie, właśnie ze względu na zmieniający się klimat, Litwa, Łotwa, a przede wszystkim Estonia, bardzo zyskają na popularności, bo gorąc, który panuje w czasie wakacyjnych miesięcy na południu Europy, staje się powoli nie do wytrzymania. 

 

*

MIESZKANIE

Nasz hotel tysiąca gwiazd, czyli ukochany namiot, był dla dzieciaków jedną z największych atrakcji całego wyjazdu. Chłopcy pomagali go rozkładać, uwielbiali w nim spać i świetnie się w nim bawili. Największym plusem było to, że zaraz po przebudzeniu mogli wyjść na trawę, bawić się w lesie, zbierać jagody czy obserwować mrówki, podczas gdy my ogarnialiśmy obozowisko. Nie zawsze było łatwo, bo czasem dopadały nas kempingowe dramaty, takie jak: pęknięty materac, zalany mlekiem palnik czy rozlany w kosmetyczce szampon. I chociaż taki sposób podróżowania wymagał od nas pewnego wysiłku, nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli zrobić naszym synom większą frajdę. Swoją drogą Estonia jest stworzona do takich właśnie podróży. Znajdziecie tam sieć darmowych kempingów, na których zawsze czeka drewno przygotowane na ognisko, czasem jakaś wiata czy stół i ławy. Najłatwiej szukać ich poprzez aplikację ze strony RMK, która jest świetnie przygotowana dla turystów. Zresztą jak cała Estonia, która zaskoczyła nas bogactwem materiałów informacyjnych i edukacyjnych – spotykaliśmy je na każdym kroku.

W miastach korzystaliśmy z niezawodnego booking.com. A naszą najlepszą miejscówkę – przepiękny drewniany dom w leśnej głuszy – znaleźliśmy zupełnie przypadkowo i śmiejemy się nawet, że to on znalazł nas, bo zostaliśmy tam skierowani przez ludzi z malutkiej wyspy, gdy pewnego wieczoru, z powodu naszej pomyłki, zostaliśmy nagle bez noclegu.

 

*

NASZE ZACHWYTY

Wyspa Saareema. Wiedziałam, że jeżeli pojedziemy do Estonii, to musimy tam dotrzeć. Dla mnie w tym miejscu jest już skandynawski duch. Ludzie żyją w drewnianych domkach pośrodku lasu, oddaleni od sąsiadów często o kilka czy nawet kilkadziesiąt kilometrów. Otoczeni przez morze, prowadzą spokojne życie, łowią, polują, zajmują się rolnictwem. To tam odwiedziliśmy przepiękną, najwyższą w Estonii latarnię morską, poznaliśmy historię estońskich wiatraków, spacerowaliśmy po czarującym mieście Kuressaare. Dla mnie numer jeden tego wyjazdu.

 

Tallin. Przepiękne miasto, którego urok sprawia, że chce się tam wrócić jak najszybciej. Zachwyciły nas małe uliczki, piękne kamienice, wielokulturowość i bogactwo smaków, którym ciężko się oprzeć. Ogromym zaskoczeniem było muzeum morskie! Spędziliśmy tam z dziećmi długie godziny, nie nudząc się ani chwili. Estończycy naprawdę wiedzą, jak zorganizować muzea, a ich pomysłowość i różnorodność eksponatów rozkłada na łopatki.

 

Park Narodowy Lahemaa. Przepiękny Park Narodowy, w którym znajdziecie doskonale przygotowane i opisane trasy. Są tu śliczne maleńkie jeziora, mokradła, wrzosowiska, ogromne głazy oraz bajkowe (i jestem pewna, że pełne trolli) lasy. Ponieważ park położony jest nad Bałtykiem, można wybrać się na którąś z dzikich plaż i zanurzyć się w morskich falach, ale ostrzegam – woda jest jeszcze zimniejsza niż u nas!

 

Jurmała i Park Narodowy Kemeri na Łotwie. Jurmała to trochę taki nasz Sopot. To, co w niej urzeka przede wszystkim, to fantastyczna, szeroka plaża i niezwykła architektura. Przepięknie zdobione secesyjne budynki ciągną się wzdłuż ulic, niezakryte żadnymi banerami czy reklamami. Świetną opcją jest wypożyczenie rowerów i poznawanie miejscowości z ich perspektywy. Jazda po plaży była dla nas niezłą frajdą. Choć łatwo zakopać się w piachu, to i tak cieszyliśmy się jak dzieci, że w przeciwieństwie do wypadów w naszych okolicach, w końcu nie mamy pod górkę!

Będąc w Jurmale, odwiedziliśmy też oddalony o niecałe 15 minut drogi samochodem Park Narodowy Kemeri. Park obejmuje przepięknie porośnięte torfowiska, które poprzecinane drewnianymi kładkami ciągną się po horyzont. Tylko nie idźcie za szybko, bo przegapicie krwiożercze rosiczki!

 

Troki na Litwie. Do tego niewielkiego miasta wybraliśmy się, żeby zobaczyć słynny zamek, bo bardzo zależało na tym naszym małym rycerzom. Zamek okazał się być rzeczywiście ciekawy, ale mnie bardziej zachwyciło samo miasteczko i jeziorko, które zamek otacza. Pojechaliśmy na kilka godzin, a spędziliśmy tam cały dzień, większość czasu włócząc się bez celu. Odradzam jedynie wybierać się tam w weekend, bo to mocno turystyczne miejsce.

 

Brodnicki Park Krajobrazowy w Polsce. Tak, w Polsce – nieopodal Grudziądza. Jeden z największych zachwytów tej podróży. Trafiliśmy do niego po drodze, zupełnie przypadkowo, kierując się prognozą pogody. Można powiedzieć, że nie ma tam właściwie nic ciekawego, jedynie sosnowe lasy, błękitna, czysta woda i cisza. Jest tak spokojnie, że dla niektórych pewnie aż nudno, ale nam czas w takim właśnie otoczeniu był niesamowicie potrzebny. Nie miałam pojęcia, że takie miejsca są jeszcze w naszym kraju. Wrócimy na pewno!

*

CZEGO SIĘ NAUCZYLIŚMY

Wspólnie biwakować! Ten wyjazd był fantastyczny pod tym względem, że mieliśmy ogromną swobodę, dzięki czemu wszystko odbywało się na luzie. I w końcu na wszystko znalazł się czas – na długie rozmowy w samochodzie, na kąpiele w jeziorze, kajaki, na wspólne zasypianie pod namiotem, na wieczory przy ognisku, obserwowanie gwiazd, niekończące się spacery, patyczki, kamyczki, piaskowe budowle, brudzenie się do woli i wszystko to, co powinno być na prawdziwych wakacjach. 

 

*

To sztuka dzisiejszych rozpędzonych czasów – odnaleźć czas. Nawet na wakacjach bywa to trudne, gdy chcemy zaliczyć jak najwięcej atrakcji, stanąć w szpagacie między lenistwem plażowym a zwiedzaniem muzeów, starówek i zabytków. Egzotyką przestaje być lot na Karaiby, a staje się nią przygoda pod namiotem i tajemnice lasu. Inspirujcie się.

1 komentarz

  • miki:

    Kochamy wakacje na Litwie i Łotwie, z trójką Dzieci 🙂 Do Estonii jeszcze nie dojechaliśmy..:) Piękne zdjęcia:)
    Miłe wspomnienia 🙂 !

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.