rodzina wychowanie

Jak wychowywać chłopca?

Perspektywa nauki, społeczeństwa i mamy

Jak wychowywać chłopca?

Bycie rodzicem to wyzwanie, na wielu polach. Bycie rodzicem córki czy syna rodzi kolejne trudności i niepewności, wynikające przede wszystkim z kultury i szeroko pojętej tradycji. Jako mama chłopca zastanawiam się coraz częściej nad tym, jak kultura i społeczne oczekiwania krzywdzą chłopców i nie pozwalają im być po prostu sobą.

Pamiętam dokładnie, gdy dowiedziałam się, że będziemy mieć syna. Z perspektywy nie przypominam sobie, czy którejś opcji się bardziej spodziewałam, czy liczyłam na konkretny wynik na USG. Standardowo trzymałam kciuki za to, żeby dziecko było zdrowe. Jednak po potwierdzeniu płci i pierwszej fali entuzjazmu, dopadły mnie irracjonalne lęki. Trwało to jeden wieczór, ale nie byłam w stanie powstrzymać gonitwy myśli. Czy ja wiem, jak zajmować się chłopcem? Czego taki mały mężczyzna potrzebuje? Jak wychować chłopca? Co zrobić, by go nie „popsuć”? Co zrobić, by był szczęśliwym człowiekiem?

I zostałam z tą myślą. Ma być szczęśliwym człowiekiem. Kwestie praktyczne, przewijanie i higienę ogarniemy, przecież to nie jest fizyka kwantowa. A płeć nie musi (a może nawet nie powinna?) determinować wychowania i codziennego bycia z dzieckiem. Nie byłabym sobą, gdybym nie szukała potwierdzenia swoich intuicyjnych założeń w badaniach, opiniach ekspertów, jak i doświadczonych mam. I dwiema takimi rozmowami chciałabym podzielić się dziś. Na temat tego, jak wychowywać chłopców rozmawiam z Julią Izmałkową zajmującą się psychologią rodzicielstwa oraz pedagożką i aktywistką Asją Michnicką. Julia prowadzi badania oraz cykl wpisów na Instagramie pod hasłem MENTOO, poruszające kwestie równości z perspektywy obu płci. Asja dużą część swojej internetowej działalności poświęca aktywizmowi, nakreślając istotne społeczne kwestie z perspektywy feministki i absolwentki Gender Mainstreaming. Obie są mamami chłopców, ale przede wszystkim są ekspertkami w swoich dziedzinach, co daje im zdrowy dystans, badawcze spojrzenie i rzetelną wiedzę w tym temacie.

Ilustracjami do artykułu są kadry z filmu „Boyhood”. Z myślą, by patrzeć na to, jak dorastają nasi synowie z co najmniej takim zachwytem, uważnością i czułością, jak na historię przedstawioną w filmie Richarda Linklatera.

Powinniśmy zawsze widzieć drugą osobę i uwrażliwiać na to dzieci, nauczyć je widzieć człowieka. Nasza płeć nie determinuje przecież wszystkiego.

ROZMOWA Z PSYCHOLOG JULIĄ IZMAŁKOWĄ

Pytanie o płeć jest chyba pierwszym, z którym spotyka się kobieta w ciąży, obwieszczając radosną nowinę. Dlaczego tak to podkreślamy? Czy nadanie tożsamości płciowej to dla nas nadanie tożsamości w ogóle? Zastanawiam się nad tym, bo sama, będąc w ciąży, tak naprawdę poczułam, że „dzieje się”, gdy poznaliśmy płeć dziecka. 

Nasza płeć jest czymś, co nas definiuje i wyróżnia. Niezależnie od tego, czy uznamy, że te płcie są dwie, czy pięć, to jest coś, co nas określa. Więc o co jeszcze moglibyśmy zapytać, jak ktoś jest w ciąży? Pytamy, czy dziecko jest zdrowe i jakiej jest płci. Dla mnie płeć jest czymś podstawowym, jest to cecha definiująca to, kim jesteśmy, wkładająca nas do pewnej kategorii. W moim poczuciu nie jest to obrażające, oceniające, czy narzucające coś kulturowo. Jest to biologia.

W kontekście kulturowym – czy chodzi o to, że czekamy z informacją na płeć, żeby wystartować z kupowaniem ubranek w określonych kolorach? My, rodzice i osoby bliskie. 

Nie uważam, by tak było teraz. Oczywiście niektórzy kupują różowe czy niebieskie ubranka i czekają na ten moment. Jednak mocno widoczny jest trend, także w ofertach marek dla dzieci, na ubranka i akcesoria neutralne płciowo. Teraz jest coraz więcej rodziców otwartych na to, że np. ich syn nie będzie chciał grać w piłkę, a córka będzie interesowała się samochodami. Niemniej to jest oczywiste, że z płcią wiążą się jakieś nasze oczekiwania co do tego, jakie będzie dziecko i jak z nim będzie. Jak będziemy spędzać razem czas, co nas czeka. Myślę, że informacja o płci nas nastawia i materializuje dziecko do konkretnej istoty. To, co się dzieje i co nas czeka, staje się bardziej namacalne. Nie czuję, by pytania o płeć i skupianie się na tej kwestii było narzucające się czy szkodliwe. Jesteśmy kobietami lub mężczyznami lub kimś pośrednio. To, co pośrednio, możemy określić później. A pierwotne cechy biologiczne są od razu widoczne.

Odwieczny spór: natura czy kultura, geny czy wychowanie. Jakie różnice między chłopcami a dziewczynkami są rezultatem odmiennej budowy struktur mózgu? Jakie różnice w budowie są wynikiem wychowania?

Myślę, że dużo lepiej i bardziej szczegółowo o tym opowie lekarz czy biolog. Natomiast takie są fakty, że rodzimy się różni. Jesteśmy różni od samego początku, od momentu kształtowania się zarodka. Inaczej zachowują się zarodki kobiece, inaczej męskie. Zarodki męskie mają dużo większe szanse na wady genetyczne i na to, że obumrą. Chłopcy rodzą się dużo bardziej wrażliwi niż dziewczynki i dlatego też umieralność ich jest większa. I od samego początku inaczej kształtowany jest też ich mózg. Mózg chłopczyka, można powiedzieć, tonie w testosteronie i zaprzeczanie temu jest zaprzeczaniem naturze i temu, kim jesteśmy. Jesteśmy też osobami biologicznymi. Geny mają znaczenie. Nawet z psychologicznego punktu widzenia – temperament rodzi się, zanim rodzi się dziecko. Można zmienić charakter, ale nie temperament. Temperament można ujarzmić, podkreślić, ale nie zmienić.

Mózg chłopczyka tonie w testosteronie – jakie mogą być tego efekty?

Ostatnio pisałam o tym, że mózg chłopca ukształtowany jest tak, że już po 6. miesiącu życia zaczyna być bardziej odporny na emocje innej osoby. Widzi te emocje, odczytuje je, ale z łatwością ignoruje, jeżeli chce coś osiągnąć, np. zdobyć zabawkę. Ma większą skłonność, żeby podejmować ryzyko, pomimo tego że widzi i rozpoznaje emocje rodzica: „nie wolno, to niebezpieczne”. On nie ma problemu z czytaniem emocji. On podejmuje decyzję, że chcę coś osiągnąć, mimo że to może być dla niego ryzykowne. Czy to znaczy, że wszyscy chłopcy tacy są? Nie. Że żadna dziewczynka nie podejmuje ryzyka? Też nie. Ale biologia nam pokazuje pewne wzory, kierunkowskazy, predyspozycje – że najczęściej tak występuje, ale oczywiste jest, że może być też zupełnie inaczej. Więc musimy mieć szacunek do tych biologicznych uwarunkowań.

Kultura i to, w jakim społeczeństwie żyjemy, ma gigantyczne znaczenie. Do jakiego przedszkola będzie chodzić dziecko, do jakiej szkoły, w jakim środowisku przebywa. To ma znaczenie, bo dziecko jest jak gąbka – chłonie, uczy się przez obserwację. Ważne jest, żeby zaakceptować fakt, że nie można wyodrębnić jednego czynnika. Nie jest tak, że tylko społeczeństwo, tylko geny, tylko kultura wpływa na to, jak kształtowane są nasze preferencje jako przedstawicieli danej płci.

Wróćmy jeszcze do biologii.

Chłopcy jako niemowlaki mają nieco inaczej funkcjonujący system nerwowy, są bardziej wrażliwi. Zauważają to szczególnie rodzice, którzy mają i syna, i córkę, zwłaszcza gdy dziewczynka jest starsza i mają już pewne doświadczenie z dziećmi. Można te zachowania chłopców nazwać wrażliwością, inni mówią o tych dzieciach „marudni”, „wymagający”. I albo nazwiesz swoje dziecko drażliwym i trudnym i tak będziesz je traktować, albo zrozumiesz, że chłopcy tak często mają, jest to biologia, ich natura, i mają do tego prawo – i znajdziesz w sobie więcej wyrozumiałości i miłości. Wszystkie badania psychologiczne wskazują, że etykiety przypisywane dzieciom sprawiają, że dzieci z czasem przyjmują pewne cechy. Jest to ważne, żebyśmy nie używali etykiet w ogóle, ani względem chłopców, ani względem dziewczynek.

Chłopcy są bardziej wrażliwi już na etapie życia zarodkowego, a paradoksalnie kulturowo wymagamy od nich więcej siły, odwagi, braku tej wrażliwości. Rodzicom chłopców czasem ciężko jest zaakceptować to, że ich synowie są wymagający, płaczliwi, czy nawet delikatni. 

Dlatego na swoim Instagramie prowadzę cykl MENTOO – żeby zwrócić uwagę, że chłopcy, tak jak dziewczynki, są bardzo dyskryminowani od samego początku. To nie jest w porządku, że walczymy tylko o to, żeby wpoić dziewczynkom, że mogą być odważne, a nie dbamy o to, by chłopcy mogli otwarcie czegoś nie chcieć, być marudni, żeby mogli  popłakać i mieć humory. Emocje to emocje i każdy ma do nich takie samo prawo. Widzimy dyskryminację kobiet – fajnie, czas zobaczyć również to, że w pewnych obszarach dyskryminujemy mężczyzn. Moim zdaniem równość musi polegać też na tym, że mój syn może być wrażliwą artystyczną duszą i ma prawo być traktowany z szacunkiem dla swojej natury. W razie wojny może nie chcieć iść do armii, tak jak kobiety mają prawo nie iść. Musimy mieć szacunek do potencjału każdej jednostki, niezależnie od płci.

Mam wrażenie, że przez ostatnie dekady torowaliśmy drogę dziewczynkom, pozwalamy się im złościć, dajemy furtkę do wyjścia z tej tradycyjnie rozumianej kobiecości. A chłopcom właśnie nie dajemy przestrzeni na wrażliwość, delikatność, trudne emocje. 

To pokazują badania, również nasze w IZMALKOWA (agencja badawcza założona przez Julię – przyp. red.) na temat kryzysu męskości. Dziewczynka może być kimkolwiek chce. Może nosić spodnie, jeździć śmieciarką albo chcieć być strażakiem. Może iść na pielęgniarstwo, może iść na fizykę. Ona nadal jest dziewczynką, nie odejmuje to jej dziewczęcości. Natomiast chłopcy nadal nie mają takiego przyzwolenia. Mężczyzna wykonujący prace pomocnicze, opiekuńcze oceniany jest negatywnie. Badania IZMALKOWA nad męskością i kobiecością wyraźnie pokazały, że mężczyzna z wózkiem oceniany jest jako niezaradny życiowo, gorzej zarabiający od żony etc. Oceniającym nie przychodzi do głowy, że mężczyzna ma prawo tak wybrać i zostać z dzieckiem. A to jest ważne też dla kobiet, bo to uznanie prawa mężczyzn do zostania w domu jest związane z uznaniem naszego prawa do powrotu do pracy tak szybko, jak chcemy. Mówienie, że kobieta jest ważniejsza dla dziecka, jest niekorzystne dla kobiety, bo nie można jej sprowadzać do roli inkubatora i karmicielki. Jestem zdania, że walka o równe zatrudnienie płci wśród pielęgniarzy i nauczycieli jest równie ważna, co walka dla kobiet o równe możliwości zatrudniania na wysokich stanowiskach. Uważam też, że krzywdzące jest obrzydliwe prawo w niektórych liniach lotniczych wskazujące, że samotnie podróżujące dziecko nie może być posadzone obok mężczyzny. To jest dyskryminujące. Nie ma we mnie zgody na to, że zakładamy, że mężczyźni są agresywni, są pedofilami, że mogą kogoś skrzywdzić. Takie założenia nas kształtują. Dlatego tak ważne jest pilnować swoich założeń i dbać o równość od początku wychowania. Powinniśmy wzmacniać chłopców w ich decyzjach, planach, również w obszarach związanych z opiekuńczością, bazujących na współpracy z ludźmi. To wymaga takiej samej troski jak dbanie o to, by dziewczyny miały równe szanse w pracy. Dziewczynki szturmują możliwości zarezerwowane dotąd dla mężczyzn. Chłopcy są na te obszary kobiece wciąż jeszcze zablokowani kulturowo.

Świat byłby o wiele przyjaźniejszy, gdyby to była tylko kwestia indywidualnych wyborów, a nie kulturowej presji.

Niestety społeczeństwo wywiera na nas dużą presję. I przez to wszystkim jest trudniej. Kobiecie, gdy chce wrócić do pracy, bo wyjdzie na wyrodną matkę. Mężczyźnie – zostać z dzieckiem w domu, bo spotka się z ocenami i, jak wychodzi w badaniach, w jego przypadku przy pozostaniu w domu rośnie ryzyko zwolnienia z pracy. W tym świecie jest dużo dyskryminacji i podziału, że pewne rzeczy należą się kobiecie, pewne mężczyźnie. Powinniśmy mieć takie same prawa i takie same możliwości. I takie same wsparcie – bez oceny i pouczania.

Chciałabym wrócić jeszcze do tematu emocji. Różnie reagujemy na okazywanie ich przez dzieci. Dziewczynkom tradycyjnie zabraniamy się złościć, chłopcom nie pozwalamy na smutek, żal, rozdrażnienie. Kogo tym sposobem bardziej krzywdzimy?

Wyrządzamy krzywdę każdemu, komu nie pozwalamy realizować jego potencjału w pełni. To jest taka sama krzywda. Kobiety i mężczyźni mają prawo okazywać emocje i my, jako rodzice, mamy obowiązek nauczyć rozpoznawania emocji, bycia z nimi i prawidłowego radzenia sobie z nimi i odzyskiwaniu poczucia bezpieczeństwa. To jest nasza rola jako rodziców. Jeżeli tego nie nauczymy, to wyrządzamy krzywdę i chłopcom, i dziewczynkom.

Podobno część mężczyzn dotyka aleksytymia – niezdolność do nazywania uczuć, przypadłość typowa dla osób, które doświadczyły traumy. Zdarza się, że mężczyźni – niezależnie, jakie trudne emocje w nich buzują – jedyne, co okazują, to złość, jakby nie umieli nazwać i wyrazić innych. Jakie może mieć to konsekwencje w codziennym życiu takiego dorosłego mężczyzny i z takim mężczyzną?

Istotne jest, abyśmy uczyli dziewczynki i chłopców całej palety, tęczy emocji. Uczyli czuć swoje granice, bo to jest uniwersalne dla obu płci. To jest ważne, żeby okazywać złość, okazywać smutek. Bez tego nie mamy pełnej sprawności jako jednostki. Nie widzę różnicy między niepełnosprawnością emocjonalną a fizyczną. Tak samo masz ograniczenia – nie umiesz opisywać świata, tak samo nie umiesz dostrzec ważnych rzeczy. Gdy nie radzimy sobie z emocją, cierpimy. To jest cierpienie, gdy nie możesz wyrazić emocji w sposób bezpieczny dla siebie i dla innych, ruszyć dalej, posunąć spraw do przodu. Wszyscy tracimy na tym, że nie wychowujemy chłopców na wrażliwych ludzi i nie uczymy ich emocji. To jest później krzywda partnerki, która żyje z takim mężczyzną umiejącym okazać tylko złość, ale on też cierpi. Bo nikt go nie nauczył, że OK jest się smucić. Że można mieć żal.

I ten mężczyzna wychowuje kolejne pokolenie, i koło się kręci.

Może mieć takie szczęście, że trafi na dobrego partnera, który to zneutralizuje. A jak nie, to toczy się to dalej. Chłopcy biologicznie mają trudniej, dojrzewają emocjonalnie nieco później niż dziewczynki i powinni być wzmacniani w tym, jak okazywać emocje. Bo pojawia się frustracja, żal, smutek, a oni nie wiedzą, co z tym robić. Gdy nie umiesz zobaczyć w sobie innych emocji, nie umiesz ich przeżyć. Gdy nie umiesz przeżyć – nie będziesz umieć też sobie z nimi poradzić. To nieprawda, że chłopcy są niewrażliwi. Oni rodzą się nawet bardzo wrażliwi, a my jako społeczeństwo w nich zabijamy tę wrażliwość. Nie edukujemy dzieci na temat emocji, nie uznajemy, że muszą się na tym znać, szczególnie dotyczy to chłopców. Chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. W rozmowie, również o emocjach, potrzebne jest zrozumienie, jakie są różnice między płciami. A to obecnie jest bardzo trudne, bo mówienie o różnicy jest spotykane z atakiem. Nadal pokutuje przekonanie, moda na stwierdzenie, że jesteśmy tacy sami. Jesteśmy równi, ale nie tacy sami. Jesteśmy różni i dopóki nie zrozumiemy tych różnic, nie będziemy w stanie nimi mądrze zarządzać. Nie ma nic złego w tym, że się różnimy, to jest super. I powinniśmy o tym pamiętać już na wczesnych etapach. Na przykład nauczycielom brakuje wiedzy, że jesteśmy różni – chłopcy są skonstruowani tak, że dużo trudniej wysiedzieć im długo w jednym miejscu. Na całym świecie tak jest, że są gorzej oceniani za zachowanie, a przez to dostają gorsze stopnie, trudniej im iść na dobre uczelnie. Ważne jest, żebyśmy mieli tę świadomość różnic, żeby oceniać według prawdziwych atrybutów, a nie według rzeczy, które nie mają znaczenia lub które z powodu biologii są dla niektórych trudne.

Przychodzi moment, gdy dzieci zaczynają dostrzegać płcie i różnice między nimi. Jak przeprowadzić chłopców przez ten wątek, by nie budować podziałów, nie oceniać, wartościować? Żeby patrzyli na różnice z ciekawością, a nie pobłażliwością, niechęcią. 

Dzieje się to na etapie przedszkolnym. I zaznaczyć muszę, że ważne to jest zarówno pod kątem chłopców, jak też dziewczyn. Dla ciebie jako mamy chłopca równie istotne jest to, żeby mamy małych dziewczynek miały taki sam stosunek jak ty. To takie same zasady. Uczmy nasze dzieci, że oceniamy zachowania pod kątem tego, czy robią komuś krzywdę, czy wspierają, czy są przyjemne, a nie oceniajmy kategorii. Oczywiście opisujemy świat kategoriami i jest to dla nas duże ułatwienie, ale nie używajmy przy tym oceniającego języka wobec nich. Nie mówmy, że dziewczynki są delikatne i potrzebują obrońców, tylko: „kiedy człowiek jest delikatny, musisz go wspierać”, „kiedy komuś dzieje się krzywda, musisz mu pomóc”. I w drugą stronę – nie mówmy: „nie biegaj jak chłopak”. Tu bardzo ważny jest język, semantyka. Powinniśmy zawsze widzieć drugą osobę i uwrażliwiać na to dzieci, nauczyć je widzieć człowieka. Nasza płeć nie determinuje przecież wszystkiego. Mamy prawo mieć różne charaktery.

Widzę, że funkcjonuje takie podejście, że gdy dziewczynka bawi się zabawkami dla chłopców, to powoduje u bliskich jakiś rodzaj… dumy? Zadowolenia? Z kolei gdy chłopak chce się bawić lalką – zupełnie nie. Nieraz widziałam sceny na placu zabaw, gdy dzieci rzucały się na jedyny wózek dla lalek i rodzice skonsternowani tłumaczyli chłopcom, że to dla dziewczyn. Gdy tłumaczyłam mojemu synowi, dlaczego babcia ma kolorowe paznokcie, że niektórzy tak sobie malują i jak będzie kiedyś chciał, to też będzie mógł mieć czerwone paznokcie, to reakcja mojej mamy była bardzo gwałtowna: „Już nie bądź taka tolerancyjna”. Dlaczego dziewczyny mogą robić rzeczy dla chłopaków, a chłopaki nie mogą robić rzeczy dla dziewczyn?

To jest droga przed nami. Ty czy ja myślimy w taki sposób, chcemy pozwalać naszym synom na zabawy, które ich interesują, i przy tym punkcie ważne jest, żeby rodzice nauczyli się asertywności i reagowania na takie sytuacje. To kwestia naszej odwagi w tym, żeby powiedzieć: „Nie życzę sobie, żebyś tak mówił do mojego dziecka. To jego wybór, czym chce się bawić”. Tu pojawia się podstawowe pytanie: jaka jest twoja intencja wobec twojego dziecka? Moja intencja jest taka, żeby był szczęśliwym człowiekiem. Chcę go wspierać w tym, co go uszczęśliwia. I bardzo bym chciała, żeby rodzice widzieli w swoich dzieciach potencjał, który mają wspierać w rozwoju. W zabawie lalkami nie powinniśmy widzieć zagrożenia, tylko radość dziecka z zabawy, to, że się rozwija, że jest kreatywne, że ma wyobraźnię. To, czy ta wyobraźnia rozbudzana jest przez traktory, czy przez lakiery do paznokci, to nie ma znaczenia.

W tych zachowaniach widzimy przede wszystkim „to dla dziewczyn”. A tak naprawdę można spojrzeć na zabawę kilkulatka lalkami w ten sposób, że jest opiekuńczy i będzie kiedyś wspaniałym ojcem albo sprawdzi się jako pielęgniarz. To, że ekscytuje się kolorowymi paznokciami, można czytać jako wrażliwość na kolory.

Zauważmy też tutaj, że biznesowo kosmetyki kolorowe mocno rosną jako segment dla mężczyzn. Musimy jeszcze dużo pracować nad większą akceptacją, ale to się dzieje. Kobieta może lub nie musi się malować, tak samo mężczyzna ma prawo do tego, jeżeli chce. To nie świadczy o nim nic poza tym, że ma taki gust estetyczny. Musimy walczyć o różnorodność dla kobiet i o to samo dla mężczyzn. Nie widzę powodu, dla którego mówiąc, że kobieta może nie malować się na biznesowe spotkanie, nie przyznać, że prezes może mieć pomalowane na czarno paznokcie. To estetyka, to nie ma związku z jego kompetencjami. Różnorodność jest ważna, ale wciąż napotykamy w tym zakresie beton. Również po stronie kobiet. Wydaje mi się, że kobietom czasem trudno zrozumieć, że różnorodność wśród mężczyzn również wspiera ich różnorodność. Im bardziej my wszyscy akceptujemy różnorodność innych, tym łatwiej nam pokazać swoja inność i specyfikę. Uważam, że gdybyśmy jako społeczeństwo byli bardziej otwarci i skupiali się na rzeczach, które naprawdę mają znaczenie, byłoby nam wszystkim łatwiej.

To nie jest tak, że powiesz „różowy nie jest dla chłopców” i to tyle. To jest wierzchołek góry lodowej, a pod powierzchnią wody mamy ogrom krzywdzących kawałków.

ROZMOWA Z ASJĄ MICHNICKĄ, PEDAGOŻKĄ I AKTYWISTKĄ

Pamiętam małą burzę na twoim profilu na IG, gdy pokazałaś zdjęcia Kazika z wyprawy do lasu. Radosny obrazek z dzieciństwa, uśmiechy, las, błoto. Ale niektórzy widzieli głównie różowe kalosze. Czemu to wciąż tak elektryzuje?

No właśnie, czemu? Czytam po takich stories albo postach różne „strachy” i nieprawdziwe przekonania, więc myślę sobie, że to po prostu wynika z braku wiedzy i fajnie sobie wyjaśnić pewne kwestie. Że te różowe kalosze, te bluzki z cekinami w jednorożce, czarne koszulki, czy bluza z piłką do kosza nie zdecydują o tożsamości płciowej naszych dzieci, bo to jest po prostu niemożliwe. Znaczy, to byłoby niesamowite, gdyby tak się dało (śmiech). Tożsamość płciowa kształtuje się około 4. roku życia i nie wpływa na nią to, czy chłopiec skacze po kałużach w różowych kaloszach. Tożsamość płciowa to jest to, kim czujesz, że jesteś. Nie ubranie, nie fryzura, nie zachowanie. Dla dziecka, dla człowieka, kolor to kolor, jak każdy inny. Może mu się podobać albo nie podobać.

Sama historia kupienia tych kaloszy jest warta wspomnienia. Staram się niemal wszystko kupować z drugiej ręki, ale Kazek wyrósł z butów dosłownie z dnia na dzień, więc potrzebowaliśmy nowych na szybko. Poprosiłam w sklepie ekspedientkę o wszystkie kalosze w rozmiarze 26 do wyboru przez syna. Przyniosła nam niebieskie i żółte. Kazek pokręcił głową, to nie są jego ulubione kolory. Spytałam, czy już na pewno nic innego nie będzie w tym rozmiarze, bo na półkach jest jeszcze kilka innych par. Pani odpowiedziała mi, że niestety nie, „dla nas” już nic nie ma. Bo dla chłopców to tylko takie. Wiesz, że musiałam niemal interweniować u kierownika, żeby pani sprzedawczyni po prostu mi przyniosła wszystkie kalosze i żebyśmy sami podjęli decyzję o tym, czego nam potrzeba? To było totalnie dziwne przeżycie. Gdy ekspedientka przyniosła z magazynu różowe, miętowe i białe kalosze, mój syn od razu złapał te różowe i już nie chciał puścić. Jednocześnie tego samego dnia wybrał sobie z drugiej ręki kilka koszulek z dinozaurami, w dość ciemnych kolorach. Dla mnie to nie jest żadne pole do analizowania, mam wiedzę na ten temat, ale rozumiem, że to może wzbudzać emocje.

Z drugiej strony, kopiąc głębiej, taka postawa, gdy nadzorujemy to, w jaki sposób ubierają się chłopcy, jest homofobiczna, queerfobiczna, transfobiczna. To poważny problem, szczególnie teraz ma to mocny wydźwięk. Walka o prawa osób LGBTQ+ trwa, dzieją się takie rzeczy, jak wygrana w sądzie pozwalająca na nazywanie osób homoseksualnych zboczeńcami. To nie jest tak, że powiesz „różowy nie jest dla chłopców” i to tyle. To jest wierzchołek góry lodowej, a pod powierzchnią wody mamy ogrom krzywdzących kawałków.

Z jakimi reakcjami się spotykasz w takich sytuacjach? Jak Kazik reaguje, kiedy o tym rozmawiacie?

Poza sytuacją w sklepie obuwniczym nie spotkałam się z czymś podobnym na żywo, przy dzieciach. Ale my sobie tu żyjemy na warszawskim osiedlu, pod lasem, Kazek chodzi do bliskościowego przedszkola, a naszych znajomych nie przeraża „potwór dżender”. Środowisko mamy mocno wspierające, świadome, nieszukające w potrzebach dzieci sensacji, „widzimisia”, czy wchodzenia na głowę. Wiem natomiast, że raczej nadal pokutuje to przekonanie, że są kolory, kroje, gadżety, zabawki dla chłopców i dla dziewczynek. Ostatnio Kazek usłyszał od koleżanki, że chłopcy nie noszą rajstop. Opowiadał mi potem, że tłumaczył jej: „Noszą, ja noszę. A jestem chłopcem, to noszą przecież”. Jakie to ładne, takie czyste.

Wspomniałaś, że dzieci zaczynają dostrzegać różnice między płciami w wieku przedszkolnym. Jak myślisz, dlaczego jako społeczeństwo tak mocno akcentujemy je o wiele wcześniej? 

Z niewiedzy i strachu. Z tego, że nawet jeśli coś tam wiemy, coś tam przeczytaliśmy, to narracja „ideologii gender” zasiała ziarno niepewności. A co, jeśli mój trzylatek założy sukienkę i… No właśnie, co? Jaki związek ma kolor różowy, szerokie spodnie sportowe, sukienka, czy print z koparką z decydowaniem o płci, z tożsamością płciową? Dziecko, dorosły zresztą też, kiedy decyduje, że zakłada różowe kalosze, to… decyduje, że zakłada różowe kalosze. Nic tam nie ma pomiędzy słowami. Nic się tam nie czai. Dziecko (albo dorosły) podejmuje decyzję odnośnie ubrania. Ubrania nie mają płci, nie mają kontekstu, szczególnie dla najmłodszych dzieci. Nie mają, dopóki my im go nie nadamy.

Czy to, że masz dwóch synów, pozwala ci z pewnym dystansem spojrzeć na stereotypy płciowe, widząc, jak oni się różnią jako dwaj chłopcy?

Bardziej o sobie myślę jako o mamie dwójki dzieci. Gdzie się da, staram się na nich patrzeć jak na ludzi, po prostu. Jasne, takie sytuacje, jak to, że Kazek chce mieć różowe kalosze czy spodobała mu się sukienka u koleżanki i chciał ją przymierzyć, to są te chwile, gdy o tym rozmawiamy. Bo na przykład pojawiają się pytania albo stwierdzenia „chłopcy nie noszą sukienek”, ale jak w całym moim macierzyństwie – najprostsze i najprawdziwsze (dostosowane do wieku) wyjaśnienia są najlepsze. Być może nie widzisz często chłopców, którzy noszą sukienki na ulicach, ale ubrania są dla ludzi i każdy/każda może ich używać tak, jak ma potrzebę. Jest wiele kultur, są zawody, w których mężczyźni noszą spódnice i sukienki. To tylko ubranie. Wyszło to zupełnie przypadkiem, ale ja mam w sobie mocną potrzebę normalizacji. Tego, że podział na kolory, rzeczy, kroje i zabawki dla chłopców i dziewczynek jest na maksa sztuczny i wytworzony przez nas samych, nie wiadomo po co. Że co kultura, to inne podejście. A jeszcze nie tak dawno chłopcy rzeczywiście nosili sukienki. Że kolor to tylko kolor, może ci się podobać albo nie. Droga do tolerancji to danie dzieciom swobody w tym temacie. To nie jest żadna fanaberia, żadne „wchodzenie na głowę”. Przecież w czymś dziecko musi chodzić ubrane, więc dla mnie jest ważne, że ma kurtkę zimową, a czy ona będzie czarna, żółta czy różowa – nie ma totalnie znaczenia. No, może rozmawiałabym przy białej, patrząc na umiłowanie do błota (śmiech).

Za jedną z podstawowych potrzeb uznaje się potrzebę przynależności. Czy martwi cię to w kontekście chłopców? Do kogo mają przynależeć, gdy tradycyjny wzorzec męskości się tak rozmywa?

Tylko czym jest ten „wzorzec męskości”? Jeśli jakiś istnieje, a możemy założyć, że stereotypowo „jest jakiś zbiór cech, które mają mężczyźni”, to ja jak najbardziej chcę się wypisać z takiego podziału, również w pokazywaniu dzieciom świata. Żyjemy w patriarchacie, niestety, co między innymi sprawia, że cechy, które są kojarzone z mężczyznami, są inaczej cenione, oceniane, czy postrzegane, niż cechy kojarzone z kobietami. Inaczej, czyli wyżej cenione, są odwaga, siła, logiczne myślenie, niż „kobiece” wrażliwość, opiekuńczość, intuicja. Potem mamy te wszystkie „chłopaki nie płaczą”. Nie ma mojej zgody na to i będąc z dziećmi, widzę i czuję mocno tę naszą rolę w kształtowaniu dla nich świata bardziej przyjaznego, tolerancyjnego, równego.

*

Badacze (i duża część z nas, rodziców) zauważają, że współcześnie rodzice dziewczynek częściej próbują przełamywać stereotypy, zachęcając córki do aktywności uznawanych za „chłopięce”. Kilkulatka bawiąca się autami lub wspinająca się na drzewa jest OK. Jednak wciąż chłopiec z lalą w wózku wzbudza konsternację. Obserwuję to na co dzień, czasem celowo prowokując zderzenie ze stereotypem i odhaczając w głowie kolejne reakcje innych – od niemego zaskoczenia po ostentacyjne przewracanie oczami. Wybieram skarpetki z działu dziewczęcego, obok toru dla aut u nas na półce leżą misie i lalki. Wydaje mi się, że takie powierzchowne z pozoru decyzje dają pretekst do myślenia o wychowaniu dziecka na głębszym poziomie. Tak jak nie oczekuję od syna, by uznawał wyższość pojazdów budowlanych nad kolorowankami, tak nie wymagam od niego, by był „dużym chłopcem”, który nie płacze, jest zawsze silny i dzielny. Chcę, by wiedział, że może też być wrażliwy, empatyczny, otwarty na innych. Może być mu smutno, może chcieć się przytulić. Chcę, by był szczęśliwym, dobrym, spełnionym mężczyzną, ale przede wszystkim – człowiekiem. Myślę też o tym, że nie żyjemy w próżni – będzie spotykał na swojej drodze innych ludzi. Będzie dla kogoś przyjacielem, partnerem, być może ojcem. Czy my jako kobiety potrzebujemy twardych facetów? Pewnie część z nas tak. I to jest OK. Ale nie musi się to wykluczać z wrażliwością, czułością, opiekuńczością.

Czy umiem odpowiedzieć na tytułowe pytanie? Z pewnością nie, mam zaledwie 2,5 roku doświadczenia i kolejne dziesiątki pytań pojawiające się właściwie każdego dnia. I myślę sobie – dobrze, że pytam, a z tego kwestionowania zastanej rzeczywistości może wyjść dużo dobrego. I dla chłopców, i dla dziewczyn.

*

Julia Izmałkowa – założycielka Izmalkowa Consulting, agencji zajmującej się badaniami etnograficznymi w marketingu, psycholog. Mama rocznego Wilde. Prowadzi społeczność na Instagramie Psychomama_julia, która skupia się wokół psychologii rodzicielstwa. Promuje wiedzę psychologiczną popartą badaniami i dowodami naukowymi.

Asja Michnicka – pedagożka, aktywistka, trenerka grup wsparcia, absolwentka Gender mainstreaming w PAN. Mama trzyletniego Kazika i rocznego Kajtka. Autorka bloga Mama na roślinach i książki pod tym samym tytułem.

*

Mamy chłopców, jak wy się czujecie z tym tematem? Co sądzicie o poruszonych w rozmowach wątkach – czy jest to dla was bliskie, czy gdzieś was uwiera?

Dodaj komentarz