przedszkole wychowanie

Dzieciństwo jak dziki ogród, czyli przedszkole po duńsku

Wielki duński eksperyment

Dzieciństwo jak dziki ogród, czyli przedszkole po duńsku
Agata Komosa-Styczeń

Duńskie dzieciństwo jest tematem wiralowym na całym świecie. Przedszkolaki umorusane w błocie i kąpiące się w kałużach, maluchy ostrzące patyki nożem, wózki ze śpiącymi niemowlakami stojące bez nadzoru przed restauracjami. Niewiele osób jednak wie, że to podejście jest wielkim duńskim eksperymentem. I wszystko wskazuje na to, że udanym.

W mojej przedszkolnej aplikacji Aula wyskakuje powiadomienie. Dostaję je codziennie, czasem to sucha informacja, co dzieci robiły w ciągu dnia, czasem okraszona kilkoma zdjęciami. Dzisiaj dowiaduję się, że Henrik, dyrektor przedszkola, do którego chodzi moja córka, znalazł po drodze do pracy martwego zająca i przywiózł go do placówki. Razem z dziećmi włożyli go do specjalnej skrzynki i zostawili w ogrodzie. Będą oglądać, co natura z nim zrobi.

Nauka przez stłuczone kolana

Od dwóch lat mieszkam w Danii, a moje dziecko uczęszcza tu do przedszkola. Nasza placówka stawia na naturę, a dzieci prawie cały czas spędzają na dworze. W Danii nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. Pamiętam, że kiedy przygotowywałam córkę do polskiego żłobka, moim głównym zmartwieniem wyposażeniowym były kapcie. Tu nikt się o to nie martwi. Dzieci biegają boso – prawdziwą wagę przykłada się do kaloszy i ubrań outdoorowych. Wodery, kurtki przeciwdeszczowe, ubrania termiczne – to jest wyprawka przedszkolaka. Przedszkole ma ogromny teren, z lasem, pagórkami do wspinania, labiryntem z żywopłotu. Niejednokrotnie, kiedy przyjeżdżałam odebrać córkę, nie mogłam jej znaleźć, zresztą tak jak wychowawcy – przepadła gdzieś w terenie. I nikogo takie rzeczy nie dziwią!

Henrik Nielsen, dyrektor przedszkola w Møgeltønder, zaznacza, że jeszcze około 20 lat temu placówki opiekuńcze w Danii znacznie różniły się od tego, co jest dzisiaj. – Rezygnowano z placów zabaw, bo przecież dziecko może spaść i zrobić sobie krzywdę, wystawiano regały z sal, bo przecież można się na nie wspiąć i spaść albo, co gorsza, przewrócić mebel na siebie. Najlepiej by było, gdyby dzieci siedziały w pomieszczeniu wyłożonym poduszkami. Nieustanna kontrola była na porządku dziennym.

Co się zmieniło? – Te standardy okazały się niemożliwe do zrealizowania – odpowiada Henrik. – Przy takiej liczbie dzieci, którymi musimy się zajmować, nie było szans na to, by upilnować osobiście każdego z nich. Musieliśmy się zastanowić, jak podejść do tematu inaczej. Dzieci muszą być bezpieczne, nawet jeśli nie mamy na nie oka.

Place zabaw wróciły do placówek, dzieciom dano większą swobodę i postawiono na naukę samodzielności. – I przede wszystkim na budowę relacji między najmłodszymi – podkreśla Henrik. – Oczywiście, jako pedagodzy staramy się mieć wszystkich na oku, ale jeśli wydarzy się coś pod naszą nieobecność, inne dzieci od razu są na posterunku. To taka przedszkolna pierwsza pomoc.

Nie jest to czcze życzenie. Duńskie dzieci są niesamowicie empatyczne i wielokrotnie widziałam, jak biegną do młodszego kolegi czy młodszej koleżanki, którzy właśnie przewrócili się na chodniku. Pocieszają, podnoszą, przytulają – wiedzą, gdzie szukać pomocy. Gdy w Tivoli moja córka próbowała się wspiąć na karuzelę, jeszcze zanim do niej dobiegłam, już była w rękach odrobinę starszej dziewczynki, która usadowiła ją na krześle, a potem przez całą jazdę trzymała za rękę.

Henrik zauważa, że na początku było ciężko. – Zmiana podejścia nie była łatwa. Złamane nogi, stłuczone łokcie, chaos, dzieci, które do tej pory były pod kloszem, musiały się nauczyć, co jest bezpieczne, a co kończy się sinikami i guzami – śmieje się. – Z czasem wszystko się uspokoiło, a my poczuliśmy, że możemy ufać dzieciom, że wiedzą, co robią. Dzisiaj praktycznie nie zdarzają się nam wypadki.

Zabawa – śmiertelnie poważna sprawa!

Zaufanie jest kluczowym elementem duńskiego społeczeństwa – Duńczycy nie wyobrażają sobie bez tego życia. Spokój i bezpieczeństwo są możliwe pod warunkiem, że ufasz drugiemu człowiekowi. Dotyczy to relacji między dorosłymi – w Danii bardzo popularne są na przykład samoobsługowe warzywniaki, w których samemu wybiera się towar i płaci. Nikt nie kontroluje, czy zapłaciłeś i czy była to właściwa kwota – ufamy sobie. Moim ulubionym miejscem zakupów jest gospodarstwo, w którym sama zrywam kwiaty, pomidory i ogórki. Sama wszystko ważę i liczę, a potem płacę przez aplikację. Właściciela widziałam tylko raz, mignął mi gdzieś w szklarni. I to działa. Nauka odpowiedzialności, uczciwości, a przede wszystkim niedziałania na szkodę wspólnoty musi się więc zaczynać od najmłodszych lat. Ale zaufanie to przywilej i trzeba na nie zapracować. Dzieci wiedzą, że swoboda także jest przywilejem, dlatego muszą zachowywać się odpowiedzialnie, by nie został im on odebrany.

To wszystko brzmi bardzo poważnie, bo dzieciństwo to w Danii bardzo poważny temat. Serio podchodzi się do tego, by był to czas jak największej beztroski. – Dzieciństwo to jedyny taki moment w życiu, kiedy jesteśmy pozbawieni zmartwień i mamy czas na nieograniczoną swobodną zabawę. Ten czas już nie wróci i jako pedagogowie bardzo dbamy o to, by właśnie takie doświadczenie zapewnić naszym wychowankom – tłumaczy mi Henrik.

Nauka angielskiego? Przedwczesne próby nauki pisania i czytania? Nie tutaj. Bańki mydlane, hamaki, kuchnie błotne, a przede wszystkim przestrzeń do samodzielnej, nieskrępowanej zabawy – takie są główne założenia placówek wychowawczych. Zabawa to naczelne hasło wszystkich duńskich przedszkoli – ma być swobodna i najlepiej niezakłócana przez dorosłych.

W moim przedszkolu dowiaduję się o jakiejś wycieczce już po tym, jak się odbędzie. Nikt nie prosi rodziców o zgodę. Maluchy pakuje się do specjalnego busa albo na rowery cargo i jedzie do lasu albo na farmę, gdzie karmią owce i siadają za kierownicę traktora.

Równie istotne w podejściu do dzieci jest branie pod uwagę zdania maluchów. Na przykład ostatnia wycieczka do remizy strażackiej była wynikiem próśb najmłodszych. Decyzyjność dzieci jest kluczowa także w najprostszych codziennych sprawach. Chcesz spać? Proszę bardzo, połóż się na kanapie, w specjalnej chatce na dworze, gdziekolwiek. Nie chcesz? Nie ma sprawy. Jesteś głodny? Wiesz, gdzie leży twoje pudełko lunchowe – jedz, kiedy chcesz. Dzieci nie mają zapewnionego wyżywienia. Dostają prowiant od rodziców. Zwykle wszyscy siadają na dworze i jedzą swoje lunche – razem z opiekunami. A ponadto w przedszkolu rozpala się ogniska, na których dzieci gotują zupy, owsianki czy robią popcorn. Wszystko razem z wychowawcami – i okazuje się, że to wspólne robienie najprostszych rzeczy jest największą frajdą. Bo żeby zrobić ognisko, trzeba mieć drewno, a żeby mieć drewno, trzeba je porąbać i zanieść w specjalne miejsce, by wyschło – dzieci są w to wszystko zaangażowane. Dziś najczęstszym pytaniem, jakie zadaje mi córka, jest: czy mogę ci pomóc?

Duńczycy są praktyczni, czasem do bólu, ale ten pragmatyzm znacząco ułatwia życie. Dlatego dzieci powinny być jak najbardziej samodzielne – to oczywiście ma długoterminowe pozytywne skutki, a jednocześnie ułatwia sprawę, gdy wychowawca, zamiast ubierać po kolei wszystkie maluchy, tylko nadzoruje ten proces.

W zgodzie z naturą

Pytam Henrika o truchło zająca, które dzieci oglądały, dopóki całkowicie się nie rozłożyło. – Wiesz, dzieci miały w zwyczaju deptać po ślimakach. Bo one przecież nic dla nich nie znaczą. Ten martwy zając naprawdę zmienia podejście. Jednego dnia miał niebieskie oczka, po dwóch dniach oczu już nie było, potem zaczął cuchnąć i w jakiś sposób ożył na nowo, bo stał się pożywieniem dla innych istnień. Dziś już go nie ma, został sam szkielet. Dzieci wiedzą, że trzeba więc dbać o to, co jeszcze jest. Bo to nie jest wieczne. To nauka szacunku do przyrody. My tutaj znajdujemy masę martwych zwierząt. Ostatnio na przykład kosa. Dzieci się tym interesują. Zbieramy te kostki, szkielety, wkładamy je do specjalnych pudełek. Uczymy się, jak wygląda krąg życia i że nie można go zakłócać.

Rzeczywiście, przy wejściu do naszego przedszkola dumnie stoi szkielet szopa, ze zdjęciem żywego zwierzaka i opisem. – Pokolenie moich rodziców nie było tak blisko z naturą, ale ja mam jeszcze prababcię, która uczyła mnie szacunku do przyrody. Do dzisiaj zbiera w przedszkolu przekwitnięte kwiaty czy cebulki, by dać mi nasiona na następny sezon. Uważam, że należy czerpać z tej wiedzy, i staram się zaszczepić ją w dzieciach. To one będą tworzyć nasz świat. Pomyśl, jaki on będzie, jeśli zajmą się nim tacy dorośli, którzy zostaną wychowani w szacunku do natury, odpowiedzialni, samodzielni i wrażliwi na ludzi wokół.

Henrik tłumaczy mi, że dzisiaj zamiast nieustannej kontroli przycinania krzewów, grabienia grządek pozwalają roślinom rozwijać się bez nieustannej ogrodniczej ingerencji i patrzą na to, co wyrośnie. Roślinność wokół naszego przedszkola jest bujna i piękna. I takie podejście przekłada się na to, jak patrzy się tu na dzieci. Zamiast kontrolować, poprawiać i asekurować, życzliwie obserwuje się, jak rosną i rozwijają się w swoim tempie i kierunku. Zostawione sobie, obdarzone zaufaniem i nauczone empatii, zaskakują dojrzałością. Nawet jeśli czasem potrzeba kilku siniaków, by znalazły swoją drogę.

Agata Komosa-Styczeń – dziennikarka, pisarka i tłumaczka. Była redaktorką naczelną naTemat, działu Wiadomości w Wirtualnej Polsce i serwisu internetowego radia TokFm. Autorka książki Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie oraz książek dla dzieci z serii Annanasy i Gagatki, Bibi i Bąbel oraz tomów wierszy dla najmłodszych Smakorymki i Wieczorymki. Od dwóch lat mieszka w Południowej Jutlandii.

Dodaj komentarz