ciąża niepłodność

Historie niepłodnych kobiet, które zostały matkami

O tym, jak sobie radzą i jakiego wsparcia potrzebują

Historie niepłodnych kobiet, które zostały matkami
Archiwa prywatne

„Masz dziecko, więc wszystko jest okej”. Czy aby na pewno? Dla wielu kobiet już na zawsze myśl o potomstwie i ciąży będzie wiązała się ze wspomnieniem cierpienia, lęku, straty, czy porażki. Spróbujmy otworzyć się na to tabu, które zadaje cierpienie tysiącom dziewczyn marzących o własnej rodzinie. W tych historiach można odnaleźć wskazówkę dla siebie. O tym, jak myśleć o bezpłodności, jak o niej rozmawiać i jak wspierać osoby nią dotknięte.

Wyobraź sobie, że marzenie o szczęściu przeradza się w życie w lęku. W ciągłej niepewności, stałym napięciu. O to, czy się uda, czy przetrwasz bolesne procedury. Czy relacja z partnerem wytrzyma tę próbę, po sprowadzeniu wzajemnego uczucia na poziom biologii? Czy w ogóle jest sens brać ślub, skoro dzieci mogą nigdy się nie pojawić? Czy rodzina da ci wreszcie spokój? Czy koleżanki przestaną się bać, traktować cię jak chodzący pech? Lęk zostaje, nawet po wielu latach, choćby w trosce o  córki, o to, czy nie będą mierzyły się z tym samym cierpieniem, jak u naszej bohaterki Marysi. Niepłodność pogrąża w mroku życie wielu kobiet. Te, które się wciąż z nią mierzą, mają na sobie zbyt duży ciężar, nie chcą się dzielić tym co, w środku.

Dlatego zwróciłam się do tych, które po latach doczekały się dzieci. Są matkami, ale wciąż identyfikują się jako niepłodne. Co właściwie przeżyły? Czy ich życie to spełnione nadzieje? Tak, ale już na zawsze w cieniu tego, co było. To nie są typowe historie z happy endem, bo po drodze wydarzyły się wielkie osobiste dramaty. Gdy pragniesz dzieci, które się nie pojawiają, zawsze powstaje pustka, którą trudno potem zapełnić. Społeczeństwo nie pomaga. Rodzina i jej oczekiwania wobec siebie też nie. Każdego dnia myślisz, co by było, gdyby udało się urodzić wcześniej. Nasze bohaterki przez to przeszły i zgodziły się podzielić refleksjami. Powiedziały, co im pomogło. Za każdym razem była to wiara: w cud, w Boga, w medycynę, ale też w błąd lekarzy. W to, że adopcja jest odpowiedzią, a nawet w to, że życie bez dzieci ma sens. Posłuchajcie. Dziś pierwsza z dwóch części cyklu #niepłodność.

AGATA, menedżerka, mieszka w Warszawie – Z niepłodnością mierzy się od 14 lat

Mój przypadek jest trochę nietypowy. W pewnym sensie wciąż czekam na powiększenie rodziny, ta historia trwa już 14 lat, mimo że pierwsze dziecko urodziłam po 7 miesiącach starań. Ktoś mógłby powiedzieć: „To w czym problem? Urodziłaś, udało się wam!”. Tylko, że my chcieliśmy mieć dzieci od razu po ślubie i chcielibyśmy mieć ich co najmniej trójkę, czwórkę. Nie dawaliśmy sobie żadnego „czasu przed”, nie mieliśmy planów, żeby najpierw się wyszaleć, zrobić karierę czy podróżować. Po prostu marzyliśmy o dużej rodzinie i byliśmy na nią gotowi od razu. Do dziś nie mogę pogodzić się z tym, że nigdy tego marzenia nie zrealizuję. Pamiętam wszystkie imprezy rodzinne, urodziny u znajomych, gdzie było dużo dzieci, dużo rodzin wielodzietnych. Bywały to dla mnie momenty rozpaczy. To są zadawane sobie samej setki razy pytania: dlaczego? Czy coś zrobiłam nie tak? Czy nie dbałam wystarczająco o zdrowie? Sama sobie zadawałam tę krzywdę, drążeniem i pytaniem, dlaczego ja nie mogę…

Mniej więcej w czasie, gdy wzięliśmy z mężem ślub, ożenił się też mój brat, siostra urodziła pierwsze, a potem drugie dziecko. Dookoła mnie bliscy zachodzili w ciążę niemal natychmiast po tym, jak podejmowali decyzję „chcemy”. A my, mimo kilku miesięcy starań, nie mogliśmy. Dziś wiem, że te 7 miesięcy oczekiwania na pierwsze dziecko to wcale nie tak dużo, ale wtedy, na początku małżeństwa wydawało mi się to niepokojąco długim czasem. Miałam dużo lęku i obaw – czy coś jest nie tak? Syn urodził się naturalnie, zdrowo. Minęły pierwsze miesiące macierzyństwa i okrzepliśmy, poczułam, że jestem gotowa na następne dzieci. Ale drugie dziecko się nie pojawiało, nie pojawiało, nie pojawiało…

Minął rok. Potem dwa lata. Poszłam na rutynową kontrolę do ginekologa i napomknęłam, że chyba coś jest nie tak – nie stosujemy z mężem żadnej antykoncepcji, a drugiej ciąży nie ma. Zapytałam – czy jest OK? Czy nie przesadzam? Lekarka mnie zbyła: „Skoro urodziłaś już jedno dziecko, to jesteś płodna, nie ma problemu. Może musicie po prostu trochę dłużej poczekać”. I tymi słowami moje budzące się obawy uśpiła. Później, już po różnych trudnych doświadczeniach, dowiedziałam się, że płodność u kobiety to nie jest żaden constans. Widać, nie dla wszystkich lekarzy to takie oczywiste. Mam wrażenie, że jeśli kobieta u ginekologa zgłasza problem z zajściem w ciążę, to w pierwszym momencie zainteresowanie kieruje się na nią. Ja też po tym, co usłyszałam, skupiałam się na sobie. Dziś myślę, że to było bardzo, bardzo obciążające.

Ponieważ mijały kolejne miesiące, zaczęłam szukać odpowiedzi, sprawdzać, dlaczego nie mogę mieć więcej dzieci. Trafiłam do lekarki, o której usłyszałam w radiu. Spodobało mi się jej podejście, nie zbagatelizowała moich obaw, zaczęła diagnozowanie, terapię hormonalna. Wysłała mnie na badanie drożności jajowodów, bardzo trudne i bolesne. Musiałam położyć się do szpitala. To było straszne doświadczenie, nie wiem, gdzie wtedy podziała się godność pacjentki. Ciężko o tym mówić, ale polegało to na założeniu pewnego aparatu… I potem przewiezieniu do sali zabiegowej, gdzie trwały kolejne bolesne procedury. Niby nic takiego, ale jechanie windą po szpitalnych korytarzach było dla mnie straszne. Co z tego, że przykryli mnie jakimś kocem? Czy całe badanie nie mogło być wykonane w jednym gabinecie? A potem ten ból samego badania, bez znieczulenia. W ten sposób, w przededniu swoich urodzin, dowiedziałam się, że mam niedrożny jajowód.

Po diagnozie czułam czarną rozpacz, jakby pozamykały mi się wszystkie drzwi. Wróciłam do mojej lekarki – rozłożyła ręce, zaproponowała sanatorium ginekologiczne. Zapachniało mi to XIX wiekiem i ziołolecznictwem, byłam załamana. Otaczało mnie dużo dzieci z rodziny i znajomych, i choć cierpiałam, to jednak radziłam sobie z tym jakoś, nie zazdrościłam. Widok każdej kobiety w ciąży to była ogromna radość, co dziś uważam za wielką łaskę. Dużo gorsze były pytania i tzw. dobre rady. O ile pytanie o dziecko można zadać delikatnie, to udzielanie rad, o które nie prosisz, jest już bardzo trudne do zniesienia. „No wiesz, bo czas leci…” albo „Starszy syn ma 4 lata, to rośnie różnica wieku!”, czy najgorsze: „Kiedy następne? Tymek powinien mieć rodzeństwo”. Kultura osobista czy dystans nie pozwoliły mi nigdy reagować na te komentarze, obronić się przed nimi. Ale w sercu czułam potworną złość i ból, które zatrzymałam w sobie. Chyba nie umiałam o tym mówić swobodnie, zwłaszcza dalszym znajomym. Łatwiej było mi zatuszować emocje, a wypłakać potem temat w domu. Pamiętam, że raz pękłam i powiedziałam siostrze: „My już nie będziemy mieć więcej dzieci, mam niedrożne jajowody”. To była rozpacz.

Pomyślałam jednak, że medycyna musi mieć jakieś nowoczesne rozwiązanie, jakieś metody. Poszłam do innego ginekologa-położnika. Metodę leczenia, na którą się zdecydowaliśmy, „kupiliśmy” właśnie dlatego, że obejmowała diagnozowanie pary kompleksowo. Pasowała do naszego spojrzenia na partnerstwo i małżeństwo jako całość, i na niepłodność jako problem obojga, nie jednej osoby. No i stosunek do mężczyzny w przypadku leczenia w tej metodzie jest dużo bardziej… godny. Naprotechnologia, bo o niej mówię, to przede wszystkim drobiazgowe badania skrojone na miarę i analizy cyklu. To też farmakologia, zastrzyki, bardzo częste badania USG i monitorowanie w ten sposób owulacji. Wiem, że napro ma opinię, że to jakieś „ziółka i różaniec”, przez to, że jest naturalną metodą. To nie jest prawda. Znaleźli mi insulinoodporność, dostałam dużo leków. Gorzko się śmiałam, że jestem jak emerytka, z pigułkami w pojemniczku na każdy dzień tygodnia. Próbowaliśmy tej metody przez lata. Nie obiecywano nam cudów, szanse powodzenia oceniono na 50% – ani nie przekreślono szans, ani też przesadnie nie rozbudzono nadziei.

Niestety, mimo leczenia szczęśliwego końca nie było widać. Zdecydowałam się na interwencję chirurgiczną u lekarza, który mnie prowadził. Operacja była trudna: skręcony jajowód, ogniska endometriozy. W międzyczasie zaproponowano nam psychologiczne wsparcie na terapii grupowej. Mąż nie był przekonany, nie czuł potrzeby dzielenia się intymnymi przeżyciami z innymi parami. To były poza tym pary bezdzietne, obawialiśmy się, jak potraktują nas, którzy już mamy dziecko i staramy się o kolejne. Czy osoby takie jak my nie mają prawa cierpieć? Ja sama sobie to robiłam, myślami: „Nie czepiaj się, ciesz się z tego, co masz! Spójrz na tych, co mają gorzej”. Ale to porównywanie się do kogoś innego jest bez sensu. Każdy ma swoją historię, nasza była taka, że chcieliśmy mieć trójkę czy czwórkę dzieci. Pragnęliśmy ich bardzo, mimo że zaznaliśmy już blasków i cieni rodzicielstwa. Wiedziałam co to jest zagrożona ciąża i leżenie plackiem, bezsenne noce, brodawki ponadrywane od karmienia dziecka. I chciałam przyjąć kolejne z otwartymi ramionami, mimo tych ciemnych stron.

Spotkania z grupą nam pomogły – choć początkowo nie miałam odwagi spojrzeć w oczy innym parom. Myślę jednak, że usłyszeliśmy w ich ustach to, jak nazwano nasze własne obawy czy uczucia. Leczenie niepłodności jest wielkim obciążeniem dla związku. Co miesiąc nadzieja. Ludzie często komentują: „Wyluzuj, nie zachodzisz w ciążę, bo za bardzo o tym myślisz”. To nie jest tak, i te słowa bardzo bolą. Gdy jesteś w procesie leczenia, każdy dzień, każdy tydzień, każdy wyjazd na urlop są pod dyktando cyklu. Po operacji wręcz powiedziano mi: „próbujcie, póki nie minęło zbyt wiele czasu od zabiegu”. Każdy kolejny cykl oddala nas od szansy na powodzenie. Jak w takiej sytuacji wyluzować, gdy musisz „jechać na piątym biegu”?

Pewnego dnia powiedziałam, że już dłużej nie dam rady. 6 lat starań, nie zniosę kolejnego miesiąca leków, zastrzyków, które trzeba trzymać w lodówce, kolejnego USG monitorującego owulację, kolejnej presji czasu, obserwacji wydzielin, przymusu i gorliwości starania się o dziecko. Miałam dość intymności z kalendarzem i zegarkiem w ręku. Powiedziałam, że odstawiam leki, odpuszczam, że nie będzie kolejnego dzidziusia. Postanowiliśmy wyjechać nad morze. Przed wyjazdem poproszono mnie jeszcze o jedno USG, moja lekarka kończyła staż i potrzebowała zrobić jeszcze to badanie. Zgodziłam się, ale powiedziałam, że to już koniec, że nie interesuje mnie, co znajdzie, bo odstawiam leki i obserwację śluzu. Czułam obawę przed wyznaniem prawdy o swojej decyzji – czy lekarz zrozumie, że po tylu latach starań, po trudnej operacji, którą przeprowadził, rezygnuję? Zrozumiał. W czasie USG powiedziano mi tylko, że widać pęcherzyk, tym razem z prawej strony, czyli wyjątkowo tam, gdzie akurat jajowód miałam zdrowy. Pomyślałam wtedy, że to ironia, bo latami czekałam, by to się stało, a owulację miałam zawsze w tym drugim jajniku, tym z niedrożnością jajowodu. Wróciłam jednak do domu z poczuciem, że temat jest na zawsze zamknięty, a ja zostanę mamą jedynaka. Dwa miesiące później okazało się, że jestem w drugiej ciąży.

JOANNA, przedsiębiorczyni, mieszka w Warszawie – na dzieci czekała 10 lat

Jako dwudziestopięciolatka poszłam na rutynową kontrolę do ginekologa. Usłyszałam, że mam problem i konieczna jest operacja, która może mieć w przyszłości wpływ na moją płodność. Padło stwierdzenie, że operacji można uniknąć, a lekarstwem może być… zajście w ciążę teraz. Zupełnie nie myślałam wtedy o zakładaniu rodziny, nie miałam zresztą z kim, więc cała sytuacja wydawała mi się absurdalna i naprawdę trudna: jestem młodą dziewczyną, skupioną aktualnie na karierze, a słyszę, że albo urodzę dziecko, albo mnie zoperują i nie wiadomo, czy w przyszłości będę mogła te dzieci w ogóle mieć. Takie momenty w życiu zapisują się w pamięci na zawsze, jak stop-klatki.

Dopóki nie podejmiesz próby, nigdy nie wiesz, czy możesz zajść w ciążę. Żyłam więc z tym dziwnym uczuciem, że nie wiadomo, na czym stoję. Poznałam swojego przyszłego męża i gdy wspólne plany życiowe się zacieśniły, powiedziałam o sytuacji z płodnością. Mąż dopiero co odchował dwójkę dzieci – swoich młodszych braci, od których był dziesięć lat starszy i przy których pomagał – więc potomstwo nie było wtedy jego aktualną potrzebą czy priorytetem. Zaakceptował mnie z tą informacją, wzięliśmy ślub. Po pewnym czasie temat dzieci jednak powrócił, mieliśmy jakoś po 29 lat. W ciążę nie udało się zajść, co nie było dla nikogo niespodzianką. Zaczęły się badania i proces, który w sumie zajął nam 6 lat. Długa, ciężka mordęga.

To, o czym często myślę w kontekście leczenia niepłodności, to żeby w całym tym procesie nie przestawać żyć. Bo ja, niestety, tak bardzo poświęciłam się zabieganiu o dziecko, że o własnym życiu trochę zapomniałam. Wykluczono u mnie możliwość naturalnego zajścia w ciążę, lekarz zasugerował in vitro, poszłam za jego sugestią. Przez cały czas starań musiałam być zaangażowana w procedury, za każdym razem od nowa przechodzić przygotowanie do zapłodnienia, bo nie mogłam korzystać z zamrażania jajeczek. Nie było czego mrozić, bo przy każdej procedurze udawało się pobrać jedno, dwa jajeczka, ze względu na niską rezerwę jajnikową. To jest naprawdę ciężkie: badania, zastrzyki, leki. Ładują w ciebie hormony, to się odbija na twoim zdrowiu. Znosiłam to wszystko strasznie – nienawidzę kłucia, a tu nagle musiałam sama sobie codziennie coś wstrzykiwać… Do tego wykańczający psychicznie stres, męczące procedury. No i kwestia finansów. To było jak machina, w którą wchodzisz i ustawiasz pod nią swoje życie. Nie możesz normalnie planować wyjazdów, spotkań towarzyskich, ma to wpływ na aktywność zawodową. Dziś nie napiję się wina, bo leki, nie pojadę gdzieś, bo mam transfer. Zmieniasz się z kobiety w obiekt laboratoryjny – co w moim przypadku oznaczało lata bycia ćwiczonym w pokorze. Sama nie wiem, skąd wzięłam upór i siłę, by to wytrzymać.

Gdy patrzę wstecz, nie mam się czym chwalić, jeśli chodzi o emocje. Byłam potwornie zazdrosna o ciąże innych kobiet, czułam złość. Słyszałam o dziewczynach, które mają ten temat gdzieś: balują, imprezują, olewają swoje zdrowie, nie chcą tych ciąży, a w nie zachodzą. I mówiłam sobie: „Jak to? Ona nie chce, a ja chcę… O co tu chodzi?”. Myślę, że trudne było też poczucie „bycia poza systemem” i wyłamania się z zaliczania kolejnych etapów w życiu społecznym. Chcesz się przecież jakoś dopasować do stada. Zwłaszcza, że żyjemy w rzeczywistości, w której liczy się sprawczość. Wmawia się nam, że możemy wszystko. I kiedy się włącza taki życiowy hamulec – niepłodność – to bardzo frustrujące. Temat niechciany, słaby, nikt nie chce o nim słuchać. Zwierzasz się – i co? Cisza w słuchawce. Radziłam sobie tak, że nie robiłam ze swojego problemu tematu tabu. Mówiłam o nim znajomym, ludzie w pracy wiedzieli, to było dla mnie terapeutyczne. Choć tak jak wspomniałam – cóż możesz poradzić, że ktoś nie może mieć dzieci? Możesz tylko spuścić wzrok.

Po latach starań, za siódmym razem, udało się. Urodził się Staś. A później, już zupełnie naturalnie, poczęliśmy Franka. Jak to możliwe? Przecież mówiono mi, że spontaniczne poczęcie jest u mnie wykluczone. Dlatego powtarzam: nie wierzyć lekarzom w sposób ostateczny. To też są ludzie i mogą się mylić. Pierwotnie zaufałam medycynie, postawiłam na racjonalne podejście do życia. Przyjęłam za pewnik, że skoro lekarz mi mówi, że mam niską rezerwę jajnikową, zatkane jajowody, to że w ciążę sama nie zajdę. A jednak. Pamiętam, że przyszłam do kliniki, żeby podziękować, że mamy Stasia. Byłam wtedy w wysokiej ciąży z kolejnym synem. Zapytał: „Co to jest?!”. Odpowiedziałam: „No właśnie, Panie doktorze: co to jest?”. Był zaskoczony, że pacjentka, którą leczył 5 lat, ostatecznie zaszła w drugą ciążę bez pomocy laboratorium. Ale nie był to dla niego też jakiś ogromny szok. Zdarza się. Lekarze mawiają, że „ciąża rodzi ciążę”.

Ania, nauczycielka języka polskiego, mieszka na Podkarpaciu – Na dzieci czekała ponad 3 lata

Moja droga do macierzyństwa to skomplikowany, długi czas, pełen trudnych emocji i problemów zdrowotnych. Gdy po ślubie zaczęliśmy się starać o maleństwo, nie sądziłam, że będzie aż tak ciężko. Znajoma poleciła mi lekarza. Po kilku wizytach rzucił mi bez ogródek: „Pani nie będzie miała dzieci’”. To brzmiało jak wyrok, jakby ktoś powiedział, że to koniec mojego życia. Nie pomagał fakt, że ta znajoma, lecząca się u tego samego specjalisty, już dwa razy zaszła w ciążę. Jak się okazało – dzięki metodzie in vitro, którą ten lekarz jej polecił. Mnie zrobił jedynie kilka badań, nic więcej. Zadawałam sobie pytanie – czemu ją odesłał do kliniki, a mnie całkowicie odebrał nadzieję?

Znajomi wiedzieli, że próbujemy. Bardzo cierpiałam, gdy otoczenie dawało mi do zrozumienia, że mój stan, moje przygnębienie są dla nich jakimś ciężarem. Wiem, że nie tylko ja się tak czułam, bo rozmawiałam z kobietami, które traktowano w podobny czy nawet gorszy sposób. Jakby były jakimś kłopotem czy wręcz zagrożeniem dla innych rodzin. Jakby osoba, która nie może mieć dzieci, była wybrakowana, była czymś niewygodnym, czy zagrażała tym, którzy dzieci mają. To, że nie masz swojego dziecka, nie znaczy, że zazdrościsz innym, że szukasz cudzego nieszczęścia, że rozpacz przysłania ci radość z macierzyństwa innych osób. Cały czas mnie boli, że nie dość, że borykałam się ze swoim zmartwieniem, to jeszcze musiałam mierzyć się z jakimś kulturowym tabu, zakazanym tematem, który innych wprawiał w dyskomfort. Zadziwiające, jak bardzo zabobonnym jesteśmy społeczeństwem. Nawet teraz, gdy problem niepłodności stał się powszechny. W klinice, do której chodziłam, spotkałam kilka kobiet z tej samej wsi co moja.

Gdy słyszałam o kolejnym porodzie czy ciąży, robiło mi się naprawdę ciężko na sercu. W czasie, gdy sama marzyłam o dziecku, dookoła narodziło się aż 19 maleństw. Serce pękało. Postanowiłam zmienić lekarza, a właściwie wrócić do tego, u którego leczyłam się dawniej. Przeszłam ciężki zabieg udrażniania jajników, bez znieczulenia. Doktor powiedział po nim, że widzi już tylko jeden sposób. Odesłał mnie do swojego kolegi. Po wielu skomplikowanych badaniach podjęliśmy próby. Ciężko mi się o tym mówi… Zastosowaliśmy metodę inseminacji. To nie jest to samo co in vitro. Przez pewien czas obawiałam się, czy dobrze robię, jako osoba wierząca. Ale wiem, że inseminacja jest metodą za życiem, to tylko wsparcie naturalnego zapłodnienia, nie ma mowy o zapłodnieniu pozaustrojowym, które w kościele budzi tyle kontrowersji. Nastąpił przełom i udało się, dziś mam dwójkę cudownych szkrabów. Choć prawdę powiedziawszy, nie wiem, czy byłaby w stanie przejść przez cały ten proces jeszcze raz.

Często wracam do tego, co ludzie mówili o nas, gdy przechodziliśmy ten ciężki czas. Wiem, jakie były oceny innych i jak wpływały na moją samoocenę. Euforia przeplatała się łzami, obwiniałam się nawet za niedoczynność tarczycy. W najczarniejszych momentach myślałam o sobie, że jestem potworem. Ale przepracowałam to, nauczyłam się, że nie mogę przejmować się tym, co myśli o mnie i moich wyborach ktoś inny. Wiem też, że nie ma lekarza, który nie byłby omylny. Po urodzeniu córki zawiozłam ją do tego pierwszego, który wydał na mnie „wyrok”, i powiedziałam mu słowa, z których dziś nie jestem dumna. Ale wiem też, że są lekarze z powołania. Na pewno warto szukać specjalisty, z którym nam po drodze, nie poddawać się i sięgać wysoko, aż w chmury. Upór może zdziałać cuda. W przypadku starania o dzieci – naprawdę warto.

Marysia, pracuje w służbie zdrowia, mieszka w Warszawie – na pierwsze dziecko czekała 4 lata

Po raz pierwszy usłyszałam, że nie będę mogła mieć dzieci, gdy miałam szesnaście czy siedemnaście lat. Mój problem z płodnością nie wziął się znikąd – był konsekwencją anoreksji. Teoretycznie chorowałam krótko, ale to taka choroba, która zostaje na zawsze w człowieku. Niby tylko pół roku zaburzeń odżywiania, ale niezwykle trudne i burzliwe. Opanowałam sytuację od strony medycznej, po dwumiesięcznym pobycie w szpitalu moi rodzice uznali, że problem jest rozwiązany. Ledwie kilka spotkań z psychologiem, które odbyłam, to było zdecydowanie za mało. Potrzebna była psychoterapia, dla mnie i dla całej rodziny. Niestety, tego zabrakło. Nie wszystko udało mi się wyprostować psychicznie i fizycznie, komplikacje hormonalne pozostały. W wieku osiemnastu lat byłam już na poważnej hormonalnej terapii zastępczej, jak pani w klimakterium. Przez wiele lat jeździłam do różnych specjalistów, którzy bezskutecznie próbowali mi pomóc. Nie potrafili, i mówili tylko: „trzeba czekać”.

Przez kolejne lata nie miałam partnera, z którym myślałabym o zakładaniu rodziny. Temat niepłodności więc trochę omijałam, skupiając się na studiach, pracy zawodowej, realizowaniu swoich pasji. W końcu skończyłam 25, 26 lat… uruchomiła się we mnie potrzeba macierzyństwa. Myśli o rodzinie wróciły, więc i ja wróciłam do leczenia. Parę razy zmieniałam lekarzy. Bywało, że nowy lekarz podchodził do mojego przypadku z entuzjazmem, wierząc, że dobierze jakieś leki. Ale po czasie rozkładał ręce. Nadszedł moment, że pojawił się w moim życiu Piotrek, mój obecny mąż.

Na początku nie mówiliśmy o tym, żeby zakładać rodzinę. Sytuacja była dla nas nawet wygodna: oboje zajęci rozwijaniem kariery, bez zobowiązań, mieliśmy łatwo i przyjemnie, wiedząc, że nie zaskoczy nas ciąża. Nasz związek od zawsze opierał się na przeciwieństwach, które się dopełniają. Jeśli takiemu układowi towarzyszy intensywna praca zawodowa, to bywa, że zostaje mało czasu na to, co jest wspólne, co łączy partnerów. Choć połączyło nas prawdziwe uczucie, zaczęłam się niepokoić, czy to wystarczy, by przetrwać każdą próbę. Rodzice już delikatnie się niecierpliwili – „Nie macie już dwudziestu lat, trzeba pomyśleć o rodzinie”. Mama Piotra przyglądała się nam. Po wielu latach wyznała mi, że miała obawy, czy nasz związek przetrwa, jeżeli okaże się, że dziecka naprawdę nie będzie. Żartowała, że powinnam „postawić Piotra przed faktem dokonanym”. Łatwo powiedzieć – ale jak osoba niepłodna ma postawić partnera przed faktem dokonanym? Moi rodzice z kolei w ogóle nie wiedzieli o problemie z zajściem w ciążę.

Myślałam o tym wszystkim, słuchałam lekarki, która wspomniała o procedurach, o in vitro… Ja bardziej skłaniałabym się ku adopcji, ale nie rozmawiałam o tym jeszcze z Piotrem. Do moich trudnych emocji związanych z przeżywaniem samej niepłodności, kwestii samoakceptacji i niskiego poczucia własnej wartości, doszły obawy o związek. Nie miałam osoby, z którą mogłam o tym porozmawiać. Radziłam sobie sama, raz lepiej, raz gorzej. Niekiedy myślałam, że jestem z sytuacją pogodzona, innym razem czułam się niepełnowartościowa, jakby brakowało mi tego, co dla kobiety jest najważniejsze. Pytałam siebie: „Po co jestem na tym świecie? Co ja tu mam do roboty? Jeśli nie rodzina, to co?”. Miałam pracę, ale to nie było zajęcie, które jest pasją. Ot, techniczne stanowisko w dużej medycznej korporacji, w której panuje instrumentalne traktowanie i pracowników, i pacjentów. Jak w fabryce śrubek. Przyszło mi do głowy, że może oddam się jakiejś służbie, pracy na rzecz dzieci. Pojawiła się też ta straszna wizja, że jednak mój związek z Piotrem się rozpadnie. Mieszkaliśmy już razem, zdążyłam zapomnieć, jak to jest żyć w pojedynkę… i zaczęłam wyobrażać sobie, że zostanę całkiem sama. Nie braliśmy pod uwagę rozwodu po ślubie, a to był moment, gdy zastanawiałam się, czy w ogóle nasze małżeństwo ma sens. Naprawdę się wtedy bałam.

Ponieważ wszystkie dotychczasowe metody leczenia były nieskuteczne, za radą lekarki, w bezradności odstawiłam leki. Piotr zaplanował dość długą wyprawę do Karelii na kajaki. Przed wyjazdem zaczęłam się jednak dziwnie czuć. Pewnego dnia zrozumiałam, że w moim ciele coś się zmieniło. Poczułam rodzaj bólu, który znałam z opowieści koleżanek. Pasował do opisu odczucia pojawiającego się przy jajeczkowaniu. Intuicyjnie uznałam, że to jest ten jedyny moment, który muszę wykorzystać.

No i zaszłam w ciążę. Lekarka nie mogła uwierzyć! Ja zresztą też. To był cud, którego nikt nie umie wytłumaczyć racjonalnie. Tuż przed wyjazdem na kajaki powiedziałam o wszystkim Piotrowi, musiał pojechać beze mnie. Czułam się w tej ciąży jak w filmie. Urodziła się moja najstarsza córka. Potem były jeszcze dwie ciąże, też naturalne. Po pierwszym porodzie organizm jakby sam się wyregulował. Oczywiście ciąża była wielkim szczęściem, ale nie była bezproblemowa. Musiałam leżeć, oszczędzać się, kilka razy leżałam w szpitalu. Lekarce nie podobało się, że jestem taka chuda… Od czasu anoreksji już nigdy nie odzyskałam normalnej figury. Z tego powodu dziś, jako mama trójki dziewczynek, zwracam uwagę, że warto łączyć te tematy: zdrowego odżywiania kobiet i ich płodności. Nie warto bagatelizować tego tematu.

Dziękuję moim rozmówczyniom za zaufanie. Już niebawem opublikujemy drugą część rozmów. Napiszcie nam, jakie są wasze doświadczenia.

Dodaj komentarz