To nie tylko hormony. O terapii w ciąży.

Rozmowa z psycholog Anną Zarzycką

Jesteś w ciąży albo właśnie urodziłaś i cały świat wokół oczekuje twojej radości i spokoju, a w tobie dzieje się burza. Przyglądasz się sobie, zadajesz pytania i dotykasz lęków. Może potrzebujesz wsparcia?

– Ciąża to czas, w którym reaktywują się dawne trudne doświadczenia. Traumy i utraty stają się bardziej dostępne świadomości. Niektórzy nazywają to okresem przejrzystości psychicznej – mówi moja rozmówczyni, Anna Zarzycka, psycholog zaangażowana w terapię okołoporodową w Laboratorium Psychoedukacji. Program ten stworzony został z myślą o kobietach spodziewających się dziecka i tych, które właśnie urodziły. Jeśli mierzysz się z tematami, które są dla ciebie trudne, jeśli chciałabyś porozmawiać o tym, co cię dręczy, bo czujesz się z tym sama i nie znajdujesz rozwiązań, może warto spotkać się na konsultację. Po takim spotkaniu sama zdecydujesz, czy terapia okołoporodowa jest formą wsparcia dla ciebie. Więcej dowiesz się z naszej rozmowy.

*

Terapia kobiet w ciąży wywołuje kontrowersje nawet w środowisku psychologów, dlaczego?

Dlatego, że jest takie przeświadczenie – i myślę, że jest ono obecne nie tylko w środowisku psychologów, ale też w społeczeństwie – że ciąża to jest czas przeznaczony na rozwijanie roli macierzyństwa, na rośnięcie nowego życia, na spokój. Wpływa na to też lęk, że intensywne uczucia mogą zaszkodzić matce, mogą być zagrożeniem dla dobrostanu dziecka, tej diady, która powstaje.

Pomyślałam o rozwoju, a tu o dekonstrukcji.

To są obawy o to, że taka praca może dodatkowo jakoś destabilizować przyszłą mamę. Jest już obciążona gospodarką hormonalną, a terapia to jest zbyt duży i nie do końca uzasadniony, akurat w tym czasie, wysiłek. Myślę, że z jednej strony towarzyszy temu takie przekonanie, a z drugiej strony wiedza o tym, że to wymagający, nieprzewidywalny czas, czyli np. trudno jest się umówić z taką dużą pewnością na termin zakończenia terapii. Dodatkowo jest to okres obciążony sporym ładunkiem niepokoju, o przebieg ciąży, dobrostan dziecka, stan relacji z partnerem, zasoby wsparcia przyszłej mamy. Czasem są to sprawy, które nagle ujawniają się w procesie terapeutycznym, powodując intensywny przypływ lęku. Albo np. dzieje się coś takiego, że kobieta musi leżeć i terapia zostaje przerwana nie z powodu jej decyzji, i trzeba jakoś mierzyć się z wyzwaniem zakończenia procesu w takich warunkach.

Tak na to patrząc, można powiedzieć, że jest to terapia obciążona ryzykiem.

Tak, natomiast prowadząc terapie z kobietami w ciąży, rzadko trafiam na nieprzewidziane sytuacje. Można powiedzieć, że porównywalnie często jak w terapiach osób niebędących w ciąży. Z kolei dane naukowe, pokazały, że kobiety, które otrzymują wsparcie terapeutyczne w ciąży, są mniej narażone na wystąpienie depresji poporodowej, a nawet jeśli ona wystąpi, to terapia zmniejszy nasilenie objawów. Paradoksalnie to, że kobieta w ciąży jest bardziej wrażliwa, zwiększa prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu w pracy terapeutycznej.

Jak Pani pracuje z kobietami w ciąży? Czym różni się ta terapia od terapii osoby, która w ciąży nie jest?

Przede wszystkim tym, że mamy ograniczony czas. I to ograniczony nie w wyniku naszego planu, tylko terminem, pod który należy pracę zaplanować. I można powiedzieć, że jest to zarówno minus jak i plus takiej pracy. Trudność polega na tym, że czasem mamy do dyspozycji tylko kilka spotkań, a zgłaszająca się kobieta przychodzi w silnym lęku dotyczącym porodu, w niezgodzie na proponowane cesarskie cięcie lub ze świadomością trudnej relacji z matką i w związku z tym silną potrzebą wsparcia od innych bliskich. Natomiast zasób to zazwyczaj bardzo silna motywacja i zaangażowanie w pracę terapeutyczną.

Czyli z założenia jest to terapia krótkoterminowa?

Terapia rozpoczynająca się w ciąży tak. Oczywiście później jest możliwość drugiego etapu terapeutycznego, który jest innym procesem. To, co jeszcze wyróżnia tę terapię, to intensywność uczuć i świadomość tego, że z jednej strony są one związane z procesem terapeutycznym – jeśli o czymś intensywnie myślimy, rozmawiamy, a dodatkowo są to sprawy, które nas bolą, chcemy je zmienić, to zazwyczaj sprawia, że uczucia stają się intensywniejsze, natomiast w ciąży one już są intensywniejsze i bardziej przeżywane na wstępie. Ze względu na siłę ich doświadczania mogą też być takim czynnikiem bardzo destabilizującym równowagę psychiczną i czasem w sytuacjach skrajnych, a w takich też zgłaszają się kobiety, prowadzić do zachowań impulsywnych i niebezpiecznych. Dlatego monitorowanie uczuć i bezpieczeństwo jest priorytetem. Żeby o to zadbać, konieczna jest współpraca z psychiatrą, który w sytuacjach właśnie szczególnie trudnych – wyjątkowego lęku, czy depresji – może zalecić przyjmowanie leków i stanowić wsparcie diagnostyczne.

Na czym polega Pani rola w procesie terapeutycznym?

Moją rolą, między innymi, jest skupienie uwagi kobiety, która jest w terapii, na doświadczaniu i regulowaniu uczuć. Przeżywaniu ich i „puszczaniu”.  Szczególnie, że społecznie to jest taki czas, kiedy kobieta dostaje mnóstwo informacji, przestróg, rad, a czasem wręcz rozkazów: co koniecznie ma zrobić, jak powinna myśleć, co powinna czuć – co jest normalne i oczekiwane, a co złe i piętnowane. Czasem jest tym zaniepokojona, czasem pogubiona, wściekła z tego powodu, a niekiedy przerażona. Poza tym nie tylko ona sama jest w tym procesie bycia w ciąży, ale całe jej środowisko w tym uczestniczy. To oddziałuje i uruchamia w niej różne uczucia i myśli. A przecież inni niekoniecznie reagują tak, żeby regulować uczucia. Wręcz przeciwnie. Czasem bardzo je intensyfikują.

Nawet nieświadomie.

Tak, kobiety nieświadomie opowiadają sobie o porodach w taki sposób, np. podkreślając dramatyzm sytuacji, niebezpieczeństwo, dzieląc się bardzo intensywnymi obrazami, że nasilają poczucie olbrzymiego lęku, przerażenia. W dużej mierze początkową motywacją jest chęć podzielenia się  swoimi doświadczeniami, czasem uwypuklenia wartości momentu porodu, nadania wartości temu, co następuje po porodzie, chwili spotkania z nowo narodzonym dzieckiem, czasem ostrzeżenia przed trudnościami, czy zwrócenia uwagi na to, o co naprawdę należy zadbać. Ale czasem odreagowania.

To tak, jakby same siebie trochę terapeutyzowały taką rozmową.

Tak, potrzebują tego zwłaszcza te kobiety, które miały szczególnie trudne doświadczenia porodowe. Czasem poród jest traumatycznym wydarzeniem, który później powoduje nawet syndrom stresu pourazowego. Nie jest to częste, zdarza się w zaledwie kilku procentach przypadków, ale kobiety także tego doświadczają. Ważne jest, aby potem móc nie tylko opowiedzieć swoje doświadczenia, ale przepracować je terapeutycznie. Natomiast objawem, pośród innych, takich jak doświadczenie flashbacków, zaburzenia snu i nastroju czy napady paniki, są uporczywe wspomnienia dotyczące porodu. Mogą się one charakteryzować zarówno ciągłym wewnętrznym przeżywaniem porodu jak i wielokrotnością powtarzania swojej historii, w różnych kontekstach, tak jakby ludzie, którzy tego słuchają, nieszczególnie byli ważni w tym procesie. Głównie liczy się sama opowieść.

Przeczytałam gdzieś opinię psychologa, który powiedział, że jeśli ktoś decyduje się na terapię w ciąży, to dobrze byłoby, żeby przychodzić z trudnościami, które faktycznie dotyczą tego stanu i tematu. Natomiast jeśli to są jakieś duże problemy wynikające z przeszłości, to lepiej jest je rozwiązywać zdecydowanie wcześniej.

Ja bym się z tym zgodziła, tylko, czy my mamy taką wiedzę… Rzeczywiście czasem jest tak, że ciąża wywołuje takie uczucie, że jeszcze jak jestem tu sama, załatwię różne rzeczy. Rozstrzygnę relację z moją mamą, uporządkuję różne emocje, poukładam relację z partnerem. Czasem jest to takie życzeniowe myślenie: posprzątam na pojawienie się mojego dziecka. Tutaj jest ta energia wicia gniazda. To też dzieje się w sferze psychicznej. Nazwanie czy zobaczenie tego jest wartością. To ważne, że ta energia może zaowocować konsultacją czy kilkoma spotkaniami z psychoterapeutą, czyli krótką pracą, która nie jest terapią, w pełnym tego słowa znaczeniu. Jest pewnym zauważeniem, nazwaniem czegoś, czasem zapoczątkowaniem pracy, którą kobieta kontynuuje sama, lub będzie kontynuować później terapeutycznie.

Znam takie doświadczenia, mówiące o tym, że my, kobiety, będąc w ciąży, mocno spotykamy się same ze sobą. Jakby ciąża dawała nam na to przestrzeń, by pogrzebać i przyjrzeć się doświadczeniom i relacjom, które nas zbudowały.

Ciąża to czas, w którym reaktywują się dawne trudne doświadczenia. Traumy i utraty stają się bardziej dostępne świadomości. Niektórzy nazywają to okresem przejrzystości psychicznej. Ten stan może oznaczać większą wrażliwość na interwencje terapeuty, ale daje też możliwość owocnej pracy. I w związku z tym czasem ta praca idzie dość szybko i jest bardzo wglądowa.

Z czym najczęściej przychodzą kobiety w ciąży? Co je niepokoi?

Z doświadczeniem poprzedniego porodu. Z niepokojem, jak on wpłynie albo jak mógłby wpłynąć na to nowe doświadczenie. Z pragnieniem przeżycia tego doświadczenia inaczej, często pragnieniem przeżycia go tak, jak planowało się za pierwszym razem, co niestety nie jest możliwe, i to ważne, aby w terapii opłakać tę stratę. To często ożywia żal, że czegoś nie było. Myślę o tym, że czasem kobieta z porodu wychodzi z poczuciem, że nie dała rady, zawiodła, że to nie było dobre doświadczenie, była słaba i poród w jakimś sensie ją pokonał. To, co jest ważne w terapii, to przeformułowanie czy zobaczenie tego doświadczenia w nowym świetle i sprawienie, żeby w to nowe kobieta weszła taka – i tu nie mam lepszego określenia niż angielskie empowerment – upodmiotowiona, z siłą, uprawniona, żeby w pełni mogła czuć, myśleć, decydować.

Uwolniona się od poczucia, które odbiera jej sprawczość.

Poprzedni poród bardzo często jest zamknięty w bierności, w takim poczuciu właśnie, że odmówiono mi możliwości i że bardzo często to, czego kobieta nie doświadczyła, to rzeczywistego zanurzenia się w swoją złość, gniew, rozżalenie, różne uczucia. Możliwe, że tak bardzo się wtedy bała albo wszyscy mówili: „Dobrze, już nie przesadzaj. Ważne, że już po wszystkim. Już nie ma co roztrząsać. Ważne, że masz zdrowe dziecko”. I to czasem jakoś działa, w takim sensie, że odwracamy się i nie patrzymy w tamtą stronę, ale gdy planujemy kolejną ciążę albo zbliżamy się do następngo porodu, to zaczyna to być problem.

Niestety to też częsta praktyka w szpitalach, że do trudnych sytuacji nikt nie wraca, nie omawia tego z pacjentką, nie ma miejsca na przyjęcie jej rozczarowania, złości, bólu. A wydaje się, że czasem to by wystarczyło, aby zamknąć to doświadczenie – to, że ktoś tłumaczy, bierze za to, co się zdarzyło, odpowiedzialność.

Tu jest też taka konfrontacja z samotnością doświadczania.

To też trudne doświadczenie samotności ze swoim organizmem. To ja czuję ból. I oczywiście to jest pomocne, żeby mieć wspierającego partnera i bliskie osoby, które mogą pomóc. Wszystkie te czynniki są stabilizujące i chroniące także przed depresją poporodową. Natomiast takim dość powszechnym odczuciem jest to, że na końcu moje ciało się zmienia. To ja doświadczam bólu, strachu i czasem niewyobrażalnego przytłoczenia odpowiedzialnością za to, jak się odżywiam, stresuję (przecież nie powinnam się stresować, bo to może wpływać na dziecko) i jakie decyzje podejmuję.

Dla jednych to będzie strach przed porodem, dla innych obawa, czy do tego porodu dotrwają. Ta samotność jest na wszystkich etapach.

To kolejna grupa kobiet, jeśli chodzi o powody zgłoszeń. Kobiety w ciąży zagrożonej, z wcześniejszym doświadczeniem poronienia lub obciążone współwystępującą chorobą. To wzbudza bardzo dużo lęku, niepokoju, czasem przerażenia. Tu faktycznie dojmujące jest to doświadczenie, że na końcu ja ze swoim ciałem zostaję sama, jeśli chodzi o podjęcie różnych decyzji. Partner mówi: „Będę Cię wspierał jakąkolwiek decyzję podejmiesz”.

On towarzyszy, ale to kobieta wszystko musi przeżyć. To doświadczenia niedające się porównać.

Towarzyszenie jest pomocne, nawet przy fizycznym przeżywaniu bólu. Jest dużo badań, mówiących o tym, że bliska osoba, z którą mamy dobrą relację, wpływa na obniżenie doświadczenia stresu i bólu. Realnie. Fizycznie. Natomiast to dalej jest tak, że mogę cię trzymać za rękę i czuć twoją obecność i to mi pomaga, ale dalej to wszystko przeżywam ja. Kobieta często czuje się osamotniona.

Osamotniona, a jednocześnie tak bardzo wystawiona na zewnątrz ze swoją intymnością. 

Zmieniające się ciało i taka niezgoda na to, że będę wyglądała inaczej, są częstym tematem. Żyjemy w kulturze, gdzie szczupłe ciało jest bardzo ważne. Poza tym nie tylko o szczupłość i wygląd tu chodzi. Często jest to związane z poczuciem niepokoju o akceptację w związku, lękiem, że to zmieni relację, w której kobieta czuje się niepewnie, pogorszy komfort życia. Czasem z niezgodą na to, że teraz to ciało będzie podlegało pewnym procesom służącym ciąży i dziecku.

Myślę właśnie o zmianie funkcji ciała, że za chwilę mam karmić piersią i czuję się z tym dziwnie, bo do tej pory piersi były moją intymnością, a teraz będą dla dziecka, czyli jakoś dla wszystkich.

To też ważny obszar pracy. Szczególnie z kobietami, które są w pierwszej ciąży, wtedy więcej jest niepokoju w tej sprawie. Może z tego względu, że kobiety, które urodziły, podjęły już jakąś decyzję. I czasem z tym przyjęciem ich decyzji także pracujemy, bo budzi ona ambiwalentne uczucia. Zazwyczaj więcej niepokoju jest wcześniej, w związku z tym, jak mam zdecydować. Natomiast doświadczanie mieszanych uczuć, w tej jak i wielu innych kwestiach, jest w tym czasie okołoporodowym stanem permanentnym. To, jak radzimy sobie z przeżywaniem uczuć przeciwstawnych, mieszanych, w tej samej chwili złości i radości – czy to nas destabilizuje, czy dajemy sobie do tego prawo i znosimy to względnie spokojnie, wpływa na jakość tego czasu, pojawia się napięcie i stres. To jest też często głównym zadaniem terapii – przyjmowanie ambiwalentnych uczuć i regulowanie napięcia, jakie powoduje to, że nie tylko kobieta się cieszy (czego np. chciałoby otoczenie – nawet jak deklaruje, że rozumie smutek), ale jest też wściekła. Właśnie takich mieszanych uczuć, że z jednej strony chciałaby dobrze dla dziecka, ale jakoś przeżywa też dużo złości na to, że  jej ciało ma wyglądać inaczej, że biust się zdeformuje i wszystko nie wiadomo jak, ale się zmieni.

Pierwsza ciąża, czyli duża niewiadoma, mnóstwo decyzji podejmowanych intuicyjnie albo w ciemno, to potężne tornado emocji. Niekoniecznie przyjemnych. O czym najczęściej są te historie?

Zgłasza się dużo kobiet, które mają takie poczucie, że coś jest nie tak. Wszyscy mówią, żeby one się cieszyły, jest taka presja, a one nie potrafią. Im większa presja, tym bardziej czują, że coś jest z nimi nie w porządku. To jest takie narastające uczucie powodujące lęk.

To taki strach o tym, czy dam radę? Czy będę dobrą matką? Czy pokocham dziecko?

Tak. Sama je pani wymieniła, bo one od razu przychodzą do głowy. To się wszystko na to przekłada. No, bo jak teraz tego nie czuję, a czuje to mój partner, mama, teściowa, cała rodzina, to co ze mną jest? Oni wybierają ubranka, akcesoria, meblują pokój, już się zastanawiają nad tym, jak to będzie, rozmawiają. I to poczucie wykluczenia, izolacji i też dziwności narasta. Czasem niezbyt dużo trzeba, żeby to właśnie obudziło te wszystkie lęki, które związane są z największymi pragnieniami. Czyli ja pragnę być dobrą matką, pragnę się sprawdzić, pragnę, żeby wszystko było dobrze, a tu się nagle okazuje, że się skrzywiłam i wszyscy pytają: „Dlaczego nie jesteś szczęśliwa?”. To nakłada się na wcześniejszą historię, doświadczenia w relacjach i oparcie lub brak oparcia, jakie w tym mamy. Czyli, na ile ta moja wcześniejsza historia i doświadczenia jest tym, co napawa mnie nadzieją, wiarą i siłą, tym, z czego będę czerpać, a na ile budzi we mnie niepokój, że nieświadomie powtórzę coś, czego bym za nic na świecie nie chciała, ale czego doświadczyłam.

Na to wszyscy mają gotową odpowiedź: to hormony tak na ciebie działają.

To czasem jest sygnał: „Nie możesz tego czuć”, a kobieta czuje to bardzo silnie. To trochę jest tak, jakby pani powiedziała, że czuje ból, a ja bym powiedziała: „Proszę się nie denerwować. Ja wiem, że to panią boli, ale tak naprawdę w pani organizmie nic złego się nie dzieje”. A właściwie to i tak byłby postęp w uznaniu i uprawomocnieniu pani uczuć, czyli należałoby się cofnąć jeszcze o krok i to byłaby taka sytuacja, gdybym powiedziała: „Pani czuje ból? Niemożliwe. To nie boli. To powoduje tylko poczucie miłego rozpierania, a świadomość, jak będzie potem, powinna to doświadczenie zamienić na miłe i przyjemne”.

Czyli proszę to zignorować.

Tak. Właściwie to jest nawet dobre dla pani. No ale dalej panią boli.

Boli i chcę ten ból zobaczyć, a nie chować go, bo przeszkadza innym. Na końcu zostanę z dzieckiem i z bólem. Myślę, że to ważne, by wiedzieć, że nie wszystkie stajemy w pełnej gotowości do bycia matką, niektóre z nas potrzebują znaleźć to w sobie. To proces i nie ma w tym nic złego, czy nienaturalnego. Rozmawia pani o tym z kobietami?

Moją rolą jako terapeuty jest koncentracja na tym, co tu i teraz, na regulowaniu uczuć, a nie prognozowaniu ich i przewidywaniu przyszłości. Ale to prawda, że jest to proces i oczekiwanie, że różne uczucia pojawiające się od razu także przyczyniają się do nasilenia niepokoju. Jednak przekazywanie takiego przekonania, że to się dzieje w procesie, potrafi też być przeżywane jako paternalistyczne, bo – szczególnie na początku terapii – przekaz, że uczucia potrzebują czasu i podlegają rozwojowi, może zostać odebrany jako brak akceptacji, niechęć do wysłuchania wypełniającego kobietę lęku.

Taka informacja, że pewne rzeczy mogą dziać się w procesie, nie byłaby uspokajająca?

Na jedną kobietę to zadziała uspokajająco, a na drugą zadziała jakoś tak: „O rany! Ja to teraz czuję (lęk, niepokój, zagubienie, przeciążenie) i jeszcze będę czuła to później?! To to się zaraz nie skończy?”. To może być przestraszające. Więc moim zadaniem jest badanie tego w relacji. Moją rolą jest unormalnienie tego, co dzieje się teraz. Zazwyczaj działa to też tak, że jest to unormalniające w stosunku do tego, co się będzie działo później. Czyli, że to jest naturalne, że ciąża to rozwijające i zmieniające się ciało nie powoduje jedynie radości. Albo nawet nie powoduje radości, która się wybija na pierwszy plan, tylko powoduje mnóstwo innych uczuć. I to, że jesteśmy tego świadomi, sprawia, że oswajamy taką myśl. Przestaje nas to przerażać i lepiej radzimy sobie z reakcjami otoczenia. Paradoksalnie uprawomocnienie uczucia niepokoju, zagubienia i oswojenie ich sprawia, że kobieta doświadcza więcej radości, przyjemności. Już nie musi się tak pilnować, w napięciu przeżywać każdego doświadczenia niepokoju, zagubienia, niewiedzy jako zwiastuna nieadekwatności. Pojawia się więcej przestrzeni na ciekawość, ekscytację.

Jakbyśmy pomyślały teraz o czytelniczce, która będzie sobie czytać naszą rozmowę – jest w ciąży i nie jest pewna, czy taka terapia jest dla niej, ale myśli już o tym, to co by jej Pani chciała powiedzieć?

Jeśli ktoś myśli o tym albo z jakiegoś powodu zastanawia się nad tym, to zachęcam do tego, by przyjść na konsultację. Konsultacja nie jest początkiem terapii. Może być jednorazowym spotkaniem, czasem rozmywającym jakieś niepokoje, czasem pozwalającym wybrzmieć czemuś, co jest nienazwane. Jest niezobowiązująca. Natomiast jest taką możliwością przyjrzenia się temu, co mnie niepokoi, czy to jest dobry czas, aby nad tym pracować. W terapii ważny jest ten drugi umysł, który może posłużyć jako lustro albo jakieś inne widzenie.

 Dziękuję za rozmowę. 

*

Anna Zarzycka – absolwentka Wydziału Psychologii UW. Od 2002 r., po zakończeniu szkolenia psychoterapeutycznego, związana z Laboratorium Psychoedukacji. Większą część aktywności zawodowej poświęca prowadzeniu terapii indywidualnej. Od 2015 r. intensywnie zaangażowana w terapię okołoporodową i terapię diady. Zainteresowana badaniem i wspieraniem więzi tworzącej się pomiędzy matką a niemowlęciem. Pracuje w nurcie psychodynamicznym.

 

Wywiad ilustrują zdjęcia Irminy Walczak z projektu „From inside”. Rozmowę z fotografką znajdziecie tu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.