ciąża niepłodność

Historie niepłodnych kobiet, które zostały matkami. Część druga.

O poświęcaniu pracy i życia osobistego, braku nadziei i przeżywaniu straty

Historie niepłodnych kobiet, które zostały matkami. Część druga.
Archiwa prywatne, Anna Nowak, Wiktoria jakubowska

Przyglądamy się i słuchamy kolejnych opowieści mam, które bardzo długo czekały na potomstwo (część pierwsza do przeczytania tutaj). Z każdej historii możemy wziąć coś dla siebie: wskazówkę, jak myśleć o niepłodności, jak patrzeć na relacje z partnerem i rodziną, gdzie szukać pomocy. Posłuchajcie drugiej części opowieści z cyklu #niepłodne.

W poprzedniej części oddałyśmy głos Marysi, która zaszła w ciążę spontanicznie po tym, jak chorowała na anoreksję i lekarze ogłosili dla niej koniec, a także Ani i Joasi, którym pomogły medyczne procedury. Była także historia Agaty, której udało się zajść w ciążę po wielu latach zmagań dopiero wtedy, gdy zrezygnowała z leczenia.

Dziś słuchamy Edyty, która po wielu poronieniach zdecydowała się na adopcję, a dwa lata później odkryła, że jest w ciąży, Marysi, która próbowała różnych sposobów, a kluczem okazało się dobre diagnozowanie, oraz Marii, której religia determinuje wybory życiowe i której do dziś trudno pogodzić się z tym co przeżyła. Każda z tych historii jest opowieścią o zmaganiach, tych osobistych i społecznych, o poświęcaniu wszystkiego: pracy, pasji, radości, spontaniczności, pieniędzy, planów. Gdy marzysz o dziecku, nie liczy się nic innego, i jak powiedziała jedna z naszych bohaterek – w przypadku niepłodności nadzieja, choćby maleńka, i choćby wbrew wszystkiemu, co mówią lekarze – tli się zawsze.

Edyta, mama i twórczyni interentowa, mieszka w Szczecinie, na dzieci czekała 10 lat

Lata przed pojawieniem się naszej córki były bardzo długie, odmierzane z precyzją co do miesiąca. Początek tej drogi był taki sam jak z pewnością u większości par. Zakochaliśmy się w sobie, pobraliśmy się, chcieliśmy stworzyć rodzinę. Nie zakładaliśmy żadnego konkretnego scenariusza, czekaliśmy, co przyniesie nam życie. Pierwszy niepokój wkradł się po roku, może półtora. Cały czas nie byłam w ciąży. Zaczęły się badania, monitowanie cyklu, sprawdzanie drożności jajowodów. Na spokojnie. Chociaż wewnętrzny lęk narastał. Niczego nie udało się znaleźć. Byliśmy dwójką całkowicie zdrowych ludzi, którzy widocznie musieli trochę dłużej poczekać. Trzy lata. Te dwie kreski na teście, po takim czasie, to była niesamowita mieszanka szczęścia i ulgi. Unosiłam się nad ziemią, żeby po trzech miesiącach popaść w rozpacz, której do tej pory nie znałam. Straciliśmy tę ciąże. Tę i sześć następnych.

To są lata niesamowitej pustki, bólu, niezrozumienia. Kolejni lekarze. Kolejne badania, coraz bardziej szczegółowe. Genetyczne. Immunologiczne. Żadnego wyjaśnienia. Nic. A my marzyliśmy o tym, żeby coś znaleźli. Bo to przecież dałoby nadzieję, wskazało kierunek leczenia. Nic. Przyszedł dzień, kiedy doszliśmy do ściany. Nie mogliśmy już nic więcej zrobić. Nie mieliśmy też na to siły. W naszych sercach zaczęła się rodzić myśl, że być może szukamy nie tu, gdzie trzeba. Pragnęliśmy być rodzicami. Kochaliśmy tak bardzo. Trochę irracjonalnie. Tęskniąc za Istotą, której jeszcze nie znaliśmy. Z całkowitym spokojem serca zgłosiliśmy się do ośrodka adopcyjnego. Dwa lata później pierwszy raz zobaczyliśmy naszą córkę. Była maleńka, spała w koszu. Czekała na nas od czterech miesięcy, my na nią całe życie.

Po tych doświadczeniach nie wierzyłam, że mogę zostać biologiczną mamą, uwierzyłam lekarzom i uśpiłam zupełnie moją intuicję. Przestałam się gdzieś po drodze wsłuchiwać w samą siebie, bo byłam jedną wielką pustką. Każda kolejna strata to coraz większy ból. W pewnym momencie tego się już nie da wytrzymać. Wiadomość o ciąży staje się lękiem i strachem, zamiast radością. Adopcja nas uratowała, jako ludzi, jako rodziców. To, ile dała nam Hania, jest nie do opisania. Ona dopełniła nasz świat całkowicie, zmieniła nas, uspokoiła, pozwoliła nam wrócić do samych siebie. Przy niej znowu zaczęliśmy oddychać, cieszyć się każdym dniem. Zupełnie skupieni na budowaniu naszego nowego świata, nie zauważyliśmy, kiedy pojawił się On. Cichutko, delikatnie, żeby nie przestraszyć. Zamieszkał pod moim sercem i żył tam spokojnie przez 9 miesięcy. Chociaż dla mnie był to czas, kiedy wręcz bałam się oddychać. Długo nie mogłam uwierzyć. Nie chciałam się przywiązywać, żeby później aż tak nie bolało. Ale codziennie prosiłam, żeby został. Żeby mnie nie zostawiał. Żeby nas nie zostawiał.

Jeżeli decydujemy się na leczenie, bardzo ważne jest to, żeby komuś zaufać, żeby ktoś nas w tym prowadził, trzymał za rękę, tłumaczył. Mieliśmy ogromne szczęście do lekarzy, którzy bardzo mocno się angażowali, byli niesamowicie delikatni, empatyczni, pełni zrozumienia. To pozwoliło mi się w pewnym momencie uwolnić od ciągłego przeszukiwania Internetu na własną rękę i niekończącego się szukania przyczyn, możliwości, rozwiązań. Bardzo ważne jest też to, żeby bliscy rozumieli, jak niesamowicie trudne jest to, z czym przychodzi się zmierzyć takiej parze. I że tutaj nie ma jednego dobrego scenariusza na to, jak się zachować, dla żadnej ze stron. Mnie pomagały zwykłe spotkania i rozmowy o niczym. Zwyczajne życie: praca, podróże, zajmowanie głowy innymi tematami niż dzieci. Nie chciałam za bardzo rozmawiać o tym, co nas spotkało. Z nikim. Nie czułam takiej potrzeby i nie wierzyłam, że ktoś, kto nie przeszedł podobnej drogi, będzie w stanie mnie choć trochę zrozumieć. Dlatego też czasami się odsuwałam, kiedy czułam, że druga strona tego nie akceptuje i na siłę chce „pocieszać”, udzielać rad.

Nadzieja to jedyne, czego można się kurczowo trzymać w takiej sytuacji, nawet jeżeli jest jej już niewiele. To błogosławieństwo i jednocześnie przekleństwo. Sama, zupełnie nieproszona, zaczyna się tlić z każdym nowym cyklem. A potem na teście nie ma tych dwóch upragnionych kresek, nie ma nic. Znowu zaczyna brakować powietrza. Co miesiąc boli tak samo mocno. Nawet jeżeli trwa to latami. I tej pustki nie da się wyrazić słowami. Więc można tylko być. I to też tylko wtedy, kiedy ktoś tej obecności potrzebuje. Tu się nie da nic powiedzieć. Ja bym nic nie mówiła. Przytuliłabym tylko mocno i długo bym nie puszczała. To pragnienie bycia matką sprawia, że jesteśmy silniejsze niż nam się wydaje. Możemy znieść bardzo wiele, nawet przy odrobinie nadziei.

Czy myślę o mojej ciąży jako o cudzie? Nie czuję, abym wzięła los w swoje ręce. Może na początku faktycznie tak jest – wydaje ci się, że wszystko możesz, robisz tysiące badań, jeździsz po najlepszych lekarzach, wszystko skrupulatnie spisujesz. Masz teczkę na tą całą medyczną dokumentację. Potem segregator. Nagle już dwa, bo zaczynasz się nie mieścić. Przez moment, kiedy „działasz” jesteś pewna, że zaraz znajdziesz przyczynę, ktoś ci poda rozwiązanie, przecież mamy XXI wiek. Trzymasz los w swoich rękach, nie poddajesz się. Tylko, że z czasem lekarze zaczynają na ciebie patrzeć coraz bardziej bezradnie. Nie wiedzą, co jest przyczyną każdą kolejnego poronienia. Wszystkie badania wychodzą książkowo. Jesteś okazem zdrowia, nie ma już co sprawdzać. Dochodzisz do ściany. Uświadamiasz sobie, że nie masz na nic wpływu. Nic nie poprawisz, nie masz czego leczyć, nie będzie magicznej pigułki, zabiegu, obietnicy szczęśliwego końca.

Wtedy przychodzi odpuszczenie. Nie nagle. Po latach. I to odpuszczenie robi miejsce na cud. Pierwszym cudem była Hania. Staś jest drugim. To zadziwiające, ale dziś, gdy słyszę słowo „niepłodność”, nie czuję zupełnie nic. I uświadomiłam to sobie dopiero teraz, kiedy zadałaś mi to pytanie. Jakby temat mnie nie dotyczył. Dzieci tak bardzo, tak intensywnie wypełniły moje życie, że gdzieś zatarł się we mnie obraz tych wszystkich lat przed ich pojawieniem się. Albo to tylko taka samoobrona. Żeby nie rozpamiętywać, nie wracać, cieszyć się tym, co tu i teraz.

Marysia, menedżerka w branży medialnej, mieszka w Warszawie. Na dzieci czekała 8 lat.

„Staranie się o dziecko” dla każdego oznacza co innego – dla jednego to odstawienie antykoncepcji albo powiedzenie sobie po prostu, że teraz chcę mieć dziecko. Ale kiedy ten okres starań zaczyna się mocno wydłużać, wszystko się zmienia… Dla mnie to był bardzo intensywny czas, w którym całe moje życie było podporządkowane temu procesowi. Część wspomnień jest po prostu smutna i bardzo bolesna – rozczarowania, gdy kolejny raz się nie udawało, cierpienie, gdy przeżywałam straty kolejnych ciąż. Ale mam w pamięci też codzienny wysiłek, podporządkowanie się tematowi starań o zajście w ciążę. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wygląda leczenie niepłodności. Ja przechodziłam przez różne fazy. Najpierw były próby tzw. naturalne. Potem wiele lat stymulacja tabletkami i zastrzykami. Potem zabieg plastyki jajnika, in vitro… Przez cały ten czas były leki, monitoring owulacji, niezliczone wizyty u lekarza, badania. Próba zajścia w ciążę przerodziła się w codzienny obowiązek. Dlatego do dziś drażni mnie komentowanie, że ciąża się nie pojawia, bo zbytnio „fiksujemy się na niej”. To tak nie działa – jak masz konkretny problem medyczny, który starasz się zwalczyć, to nie ma innej możliwości, niż skoncentrować się na nim, a to powoduje, że ten temat jest wszechobecny. Poza tym wiele rzeczy dookoła stale o tym przypomina – znajomi z dziećmi, świąteczne spotkania – więc trudno od tej myśli się uwolnić.

W pewnym momencie miałam tak, że wszystko podporządkowywałam staraniom. Na przykład długo nie decydowałam się na zmianę pracy, bo wydawało mi się, że zaraz mogę zajść w ciążę. To się jednak wciąż nie działo, więc czułam wyrzuty – że niepotrzebnie z czegoś rezygnuję, coś zaprzepaszczam. Podjęłam decyzję, że nie będę tak robić, że spróbuję żyć własnym życiem, niezależnie od wszystkiego. Ostatecznie moje pierwotne obawy się potwierdziły, bo zmieniłam pracę i trzy miesiące później zaszłam w ciążę, już tę upragnioną – która skończyła się porodem. Ale nawet mimo tego myślę, że borykając się z niepłodnością, trzeba próbować żyć normalnie, na tyle, na ile jest to możliwe – właśnie po to, żeby sobie później czegoś nie wyrzucać. Nie czuć, że coś nas ominęło.

Zawsze mocno wierzyłam, że mi się uda. Nie umiałam nawet na chwilę odpuścić. Jestem z lekarskiej rodziny i może to powoduje, że zawsze miałam wiarę w możliwości medycyny. Jako jedynaczka, wychowana samodzielnie przez mamę, zawsze marzyłam o dużej rodzinie. A tymczasem kolejne próby zawodziły, a ja podchodziłam do tego coraz bardziej zadaniowo. Choć oczywiście były momenty, gdy zastanawiałam się: co, jeśli przyjdzie nam spędzić życie tylko we dwoje, nie we trójkę? Bo o dwójce dzieci na pewnym etapie przestałam nawet marzyć…

Mamą zostałam, mając 33 lata. Z dzisiejszej perspektywy cieszę się, że tak się stało – uważam, że to był dobry dla mnie moment. Ale udało się to w tym czasie, ponieważ zaczęłam temat starania o dzieci dużo wcześniej, jako dwudziestopięciolatka. Kto wie, co byłoby, gdybym zainteresowała się ciążą po trzydziestce? Nie wiadomo, czy w ogóle by się udało, i na pewno byłoby bardziej nerwowo, bo miałabym poczucie, że czasu na urodzenie dziecka mam mniej. Moja dzisiejsza perspektywa jest inna, bo mam dwójkę dzieci urodzonych w idealnym dla mnie momencie, ale pamiętam, że gdy byłam w procesie leczenia i mijały kolejne lata, zastanawiałam się: a co, jeśli nie zdążę? Czy będę miała siłę? Nie oszukujmy się – jest też kwestia finansów. Leczenie niepłodności w Polsce wygląda tak, że większość trzeba sobie opłacać samemu. Miałam więc myśli: czy wytrzymamy to przez kolejne lata finansowo, czy będziemy mieć pieniądze na kolejne podejście do in vitro? Mój przypadek okazał się dość złożony, związany z insulinoodpornością i problemami z tarczycą, więc na szczęście skierowano mnie na diagnostykę do państwowego szpitala. I to właśnie tam znaleziono rozwiązania, które pozwoliło mi zostać mamą. Taka diagnostyka w Polsce niestety przysługuje dopiero po trzecim poronieniu. To, co powiedziałabym dzisiaj młodszej sobie na początku tego całego trudnego procesu – to żeby nie obwiniać się, nie oceniać tak surowo. I zatroszczyć się o siebie w tym wszystkim, a nie tylko od siebie wymagać.

Maria, doula i prezeska Fundacji Makatka, mieszka w Poznaniu. Na dzieci czekała ponad 5 lat.

Niepłodność jest bardzo specyficznym problemem, to nie jest coś, co można łatwo „przeżyć”, to znaczy pogodzić się z tym i iść dalej. Niepłodność co miesiąc się aktualizuje. Hormonalne zmiany w ciele cyklicznie przygotowują cię do macierzyństwa, i tym boleśniejszą czynią każdą porażkę. Niemal dekadę temu, gdy mierzyłam się z problemem zajścia w ciążę, niepłodność była ogromnym tabu, tematem, o którym się nie rozmawia. Ja nie rozmawiałam, bo nie wiedziałam z kim i jak.

Każde wspomnienie o tej sprawie było jak przyznanie się do czegoś żenującego. Brak wsparcia był niejako wtórny, bo ja nawet nie wiedziałam, jakiego wsparcia mogłabym potrzebować. Z drugiej strony społeczna nieumiejętność delikatnego mówienia o problemach, głupie żarty i uwagi, to powszechność. W przypadku niepłodności – wyjątkowo bolesna. Znajoma psycholożka powiedziała mi niedawno, że diagnoza niepłodności należy też do tych najbardziej stresujących. Osobę chorą onkologicznie niemal naturalnie otaczamy wyrozumiałością, empatią, staraniami o komfort. To wszystko potrzebne jest też parze borykającej się z niemożliwością poczęcia dziecka. W tym procesie muszą pojawiać się trudne emocje, często niezrozumiałe, czy ciężkie do zniesienia dla otoczenia. Tak po prostu jest i danie przestrzeni na te stany czy „dziwne” zachowania jest najlepszym, co można zrobić.

Niepłodność to sprawa nawet trudna do ubrania w słowa, zwłaszcza gdy się w niej tkwi. Obecnie nazwałabym ją właśnie poczuciem porażki, wybrakowania, wstydem, hańbą. Nawet mniej winą – bo choć niedomagania ciała były czymś niesamowicie frustrującym, to przynajmniej składały się na jakiś ciąg wydarzeń, tok, który można przeanalizować. Brak dzieci natomiast jest po prostu absurdalny i prowadzi wprost do kwestionowania swojej wartości i kobiecości. To potworna pustka, która pojawia się w życiu. Byliśmy nowożeńcami gotowymi całym sercem do powiększania rodziny. To, co nas spotkało, było po prostu niemożliwe do pojęcia. Wciąż wracaliśmy do pytania „dlaczego”, do poczucia niesprawiedliwości. I ta pustka wciąż w nas jest. Bo mogłabym mieć już dzieci w wieku szkolnym. Bo nie zdążę mieć ich tyle, ile bym chciała. Bo nie jestem już taka młoda i ciąże są przez to trudniejsze. Bo macierzyństwo jest dla mnie pełnią i wciąż nie mogę się pogodzić z tym, że tak długo musiałam na nie czekać.

Nie znoszę określenia „starania o dziecko”. Nakłada ono ogromny ciężar i odpowiedzialność na kobietę, na parę. Jeśli się staram, to można przyjąć, że zawsze mogę postarać się bardziej! Mogę lepiej obserwować cykl, lepiej się odżywiać, pójść do jeszcze jednego specjalisty. Taka perspektywa czyni z „nieudanych starań” winę. A niepłodność nie jest winą. Kiedyś nie umiałam na to tak spojrzeć, czułam tylko podskórnie, że coś mi nie pasuje w takiej terminologii. Obecnie razi mnie nawet żartobliwe mówienie o „staraniach”. Uważam, że dzieci nie można sobie wystarać. Dzieci daje Pan Bóg. Dzieci można tylko przyjąć.

Mój mąż tak samo doświadczał bólu braku rodzicielstwa, ale jest to taki rodzaj cierpienia, w którym koniec końców jest się zawsze samemu. Można się wspierać, przeżywać to razem, zmagać z trudnościami – ale pustka w sercu zawsze będzie osobista. Doświadczenia kobiety i mężczyzny są zresztą skrajnie odmienne; sama idea cykliczności i noszenia dziecka pod sercem jest po prostu niedostępna dla ojca.

Nigdy tak naprawdę nie dostałam diagnozy wprost: „bezpłodność”, nie wykluczono, że będziemy mieć dzieci. Ale zawsze towarzyszyła mi duża niepewność, niedookreślenie. Słyszałam, że „przy endometriozie nigdy nic nie wiadomo”. I w pewnym sensie ten brak konkretu był szczególnie trudny do zniesienia. Tylko jeden lekarz, przyjmujący mnie do szpitala na zabieg, rzucił dość grubiańsko, że zostało mi już tylko in vitro. Odpowiedziałam, że u mnie nie wchodzi to w grę. Jego reakcja była wulgarna, co było w sumie gorsze od braku wiary w sensowność leczenia. Na szczęście po latach okazało się, że nie miał racji. Te trudne emocje są we mnie coraz słabsze, każdego dnia jest mi łatwiej, gdy patrzę na moich cudownych chłopców. Ale rany w sercu istnieją i nie mam pewności, czy kiedykolwiek miną. Nawet trzecie życie, które noszę teraz pod sercem, nie łagodzi do końca tego ćmienia bólu w tle. Może to się zdarzy, gdy przyjdzie na świat. Może następnym razem. A może nigdy.

Autorka dziękuje bohaterkom: Marysi T., Marysi P., Marysi G., Joasi, Edycie, Ani i Agacie za możliwość wysłuchania, otwartość i zaufanie.

Dodaj komentarz