rodzinny dom

Fachowcy pukali się w czoło, czyli rodzina w stuletnim domu

Rodzinny dom na Bielanach

Fachowcy pukali się w czoło, czyli rodzina w stuletnim domu
Maria Miklaszewska

Dom Alicji, Michała i ich trójki dzieci przez 10 lat stał pusty – do nich trafił przez przypadek. Piękny przypadek! Dziś tętni życiem, kolorami, sztuką i autorskimi projektami. I rośnie ze swoimi mieszkańcami.

W tej liczącej 100 lat willi na warszawskich Bielanach zdecydowana większość przedmiotów ma swoją historię. Część jest z drugiej (i kolejnej) ręki, część to realizacje według projektu Alicji Safarzyńskiej-Płatos – bohaterki kolejnego odcinka z cyklu Rodzinny dom. Lampy robione na szydełku przez rok dziergała jej koleżanka, według narysowanego przez Alicję wzoru, tapeta w holu też powstała na zamówienie – deseń to pomysł pani domu. Sami szyją zasłony, które będą ręcznie malowane przez artystkę, a lampę do kuchni zrobiła siostra Alicji. To rodzinne wnętrze to niepowtarzalny zbiór przedmiotów i autorskich konceptów. Jak mówi Alicja – Kiedy odchowam najmłodszą córkę, planuję zająć się wnętrzami i designem profesjonalnie”. Potwierdzamy, że jej dom będzie pierwszą perełką w portfolio!

Kto tu mieszka i na ilu metrach kwadratowych?

Mieszkamy na warszawskich Bielanach: ja, mój mąż Michał oraz Tosia (5 lat), Julek (3 lata) i Helenka (8 miesięcy), a także Choya, nasz pies. Ciężko policzyć, ile mamy metrów – to stary dom, który ma dużo zakamarków i schowków, ale mniej więcej jest tu 250 mkw.

Jak znaleźliście wasz dom?

Powiadomiła nas o nim nasza koleżanka, która przez przypadek spotkała znajomego, a on właśnie pośredniczył w sprzedaży domu. Zadzwoniła do nas z informacją, a my już po kilku godzinach jechaliśmy go obejrzeć. A kiedy go zobaczyliśmy… cóż, od razu wiedzieliśmy, że to nasze miejsce na ziemi.

Co było kluczowe w podziale i urządzaniu tej przestrzeni?

Bardzo nam zależało na tym, żeby zachować jak najwięcej tego, co tu zastaliśmy. Nie było to proste, bo dom przez 10 lat stał pusty – był regularnie zalewany, niszczał i wyglądał jak ruina. Jednak dostrzegliśmy w nim ogromny potencjał! To, co się uchowało, było nie do podrobienia – przepiękne parkiety taflowe, schody z lastryko, nawet drewniane parapety. Nasi fachowcy wielokrotnie pukali się w czoło, kiedy zamiast nowej podłogi prosiliśmy, by ułożyli kafelki znalezione w piwnicy. Ratowaliśmy przedwojenne drzwi, uzupełnialiśmy gorseciki warszawskie, zostawiliśmy nawet chropowate tynki. Jeśli chodzi o podział, to właściwie odtworzyliśmy ten, który był w pierwotnym planie. Dom wybudował znany przedwojenny warszawski architekt, używając znakomitych materiałów i bardzo funkcjonalnie rozplanowując przestrzeń, dlatego nie chcieliśmy w to ingerować.

Skąd czerpaliście inspiracje przy urządzaniu domu?

Kocham urządzać wnętrza – zwłaszcza te artystyczne i oryginalne. Inspirację czerpię zewsząd. Kiedy podróżujemy, zwracam uwagę na architekturę i detale wnętrzarskie, często je fotografuję i zachowuję w pamięci. Rządzi u nas eklektyzm. Wyszukuję przedmioty z duszą i wpasowuję je we wnętrze. Tak naprawdę traktujemy nasz dom jako niezależny byt, członka rodziny, który ma swój styl i serce. Kupiliśmy tylko to, co było niezbędne do życia, a teraz powoli uzupełniamy wnętrze tym, co akurat nam się spodoba.

Jestem zwolenniczką psychologicznego podejścia do wnętrza (jestem z wykształcenia psychologiem) – nie lubię projektów, gdzie od razu dobiera się kolor uchwytów do mebli, uważam, że tworzenie miejsca zamieszkania to proces. Dlatego wciąż nie mamy wielu lamp i mebli. Półki czekają na przywiezione z podróży pamiątki i książki, a ściany na wyszperane obrazy. Czasem znajduję mebel, w którym się zakochuję, i to do niego dopasowuję wnętrze – nie na odwrót. Chcę, aby dom miał duszę i niepowtarzalny klimat. A do tego kocham kolory więc jest ich u nas sporo.

„Tak naprawdę traktujemy nasz dom jako niezależny byt, członka rodziny, który ma swój styl i serce. Kupiliśmy tylko to, co było niezbędne do życia, a teraz powoli uzupełniamy wnętrze tym, co akurat nam się spodoba”

Ulubione miejsce w domu?

Standardowo kuchnia (śmiech). Uwielbiam gotować, a z trójką dzieci gotowanie i jedzenie trwa cały dzień. Meble robiliśmy na zamówienie ze starego, stuletniego drewna porozbiórkowego, wyspa kuchenna jest dosyć niska tak, aby dzieci mogły się na nią wdrapywać i uczestniczyć w gotowaniu. Zachowaliśmy też kuchnię kaflową, która jest sercem domu. Kuchnia jest przytulna i ciepła i przede wszystkim wszyscy dobrze się w niej czują. Ostatnio wpadła do mnie koleżanka, która była u nas pierwszy raz – usiadłyśmy w kuchni, a ona automatycznie położyła nogi na krześle. Kiedy się zorientowała i zaczęła przepraszać, poczułam, że to największy komplement, jaki mnie spotkał – czuła się swobodnie i jak u siebie, o to mi chodziło.

Bez którego mebla nie wyobrażacie sobie waszego domu?

Wyspa kuchenna! Zaprojektowałam ją sama i po wielu poszukiwaniach znalazłam stolarza, który wykonuje meble ze starego, porozbiórkowego drewna. Wyspa jest bardzo ciężka – musiało ją wnosić sześciu facetów i była groźba, że nie zmieści się w drzwiach (śmiech). Nie ukrywam też, że nie jest szczytem praktyczności – szuflady nie śmigają jak w w meblach z mdf-u, a blat, mimo licznego olejowania, plami się i przebarwia. Ale to ona tworzy klimat kuchni. To tu siadają dzieci w piżamach w oczekiwaniu na śniadanie, tu wspólnie gotujemy i nawet najmłodsza Helenka pod moim okiem leżakuje tu na brzuchu, kiedy gotuję.

Do których przedmiotów macie szczególny sentyment? Może któryś z nich ma ciekawą historię?

Zdecydowana większość przedmiotów ma u nas swoją historię. Większość wyszperałam na pchlich targach, po niektóre mąż jeździł do innych miast. Uwielbiam stół z rzeźbionymi nogami, po który jechaliśmy do Radomia, półokrągłą meksykańską szafę, którą wciągaliśmy na linach, bo nie zmieściła się na schodach. Różowe kafelki w łazience na dole, które są ręcznie wypalane i kosztowały majątek, i kafelki w holu, które nie kosztowały nic, bo znaleźliśmy je w piwnicy pod węglem. Jednak najbardziej burzliwą historię mają drzwi z namalowaną żyrafą. Najpierw żyrafa powstała na złej stronie drzwi i stała na głowie. Potem podczas przewożenia drzwi spadły z dachu samochodu w trakcie jazdy i trzeba je było oddać do naprawy. Teraz żyrafa namalowana jest już po dobrej stronie, ale drzwi wypiły tyle farby, że się wypaczyły i nie da się ich zamknąć. Staramy się je wyprostować, ale na razie opornie to idzie (śmiech).

Co znajduje się w pokoju dzieci?

Tosia i Julek wybierali zwierzę, które jest namalowane na drzwiach do ich pokoju – padło na wspomnianą żyrafę. Wszystkie rzeczy przewieźliśmy ze starego mieszkania, nie chciały się z nimi rozstawać, a my nie chcieliśmy, żeby przeprowadzka była dla nich drastyczną zmianą, więc zabraliśmy zabawki i meble, aby ciągle czuły się jak u siebie. Dopiero teraz powoli zmieniamy ich przestrzeń. Ostatnio doszła tapeta, ale wciąż zamiast łóżek mają materace na ziemi.

Co lubicie w swojej okolicy?

Kochamy Bielany. Ja pochodzę z Żoliborza, więc te okolice zawsze były mi bliskie. Uwielbiamy okolice Placu Konfederacji, kawiarnie i brukowane uliczki sprawiają, że można się poczuć jak w innym kraju. Mamy obok lasek Bielański i Kępę Potocką – wszędzie jest zielono i pięknie.

Dokończ zdanie —> Nasz dom jest…

… naszym przyjacielem, który dzieli z nami radości i smutki. Czujemy się w nim bezpiecznie, a jednocześnie pobudza naszą wyobraźnię, podsuwa niesztampowe pomysły, pozwala snuć plany i marzenia.

Uwielbiamy wnętrza z historią, która zresztą wciąż się pisze! Też tak macie? Co spodobało wam się w domu Alicji? Po więcej inspiracji w temacie wnętrz zapraszamy was do cyklu Rodzinny dom.

Dodaj komentarz