Dziecko niegrzeczne, a matka niekompetentna

Rozmowa o macierzyństwie z Leną Piękniewską-Bem

Na czym polega otwieranie dzieci na świat, lub może – otwieranie świata przed dziećmi? Jak razem smakować życie ze wszystkimi jego odcieniami i czuć się w nim bezpiecznie? W ramach naszego cyklu rozmów o macierzyństwie spotkałam się z Leną Piękniewską-Bem, pieśniarką, aktorką, podróżniczką i mamą dwojga dzieci – prawie dwuletniego Frycka i 13-letniej Mani.

Lenę poznałam wiele lat temu, kiedy przeprowadziła się z Poznania do Warszawy. Nasze córki chodziły razem do przedszkola, a mnie fascynowały muzyczne poszukiwania Leny i jej magnetyczne kreacje aktorskie w Pożaru w Burdelu, który się wtedy dopiero rodził. Z podziwem patrzę także, jak Lena po swojemu wytycza swoje rodzicielskie szlaki. I dziś ją o to wypytuję.

*

Na zakończeniu roku w szkole mogłam posłuchać, jak śpiewa twoja córka Mania. Malutka dziewczynka zamieniła się w szukającą swojej drogi nastolatkę. I śpiewa. Tak jak Ty.

Mała Mania trafiła na taki czas w moim życiu, kiedy byłam w dużym rozwoju, kiedy odkrywałam swoje korzenie. Jeździłam do Indii, latałam po świecie. No i Mania się rozwijała razem ze mną. Byłyśmy w nieustającej podróży.

Od początku tak było?

Zaczęłam krążyć po świecie, kiedy Mania miała mniej więcej rok. Przez kilka lat wiodłyśmy na wpół koczownicze życie. Z sześć lat życia była ze mną na próbach, widziała wszystkie spektakle Pożaru w Burdelu, jeździła ze mną na koncerty. Czasem, kiedy była bardzo mała, spała w pudle na kontrabas.

Życie jak w taborze.

Ha, zabawne, bo Mania rzeczywiście wystąpiła w cyrku. I wyobraź sobie, że moja córka – która była na wakacjach na Karaibach, była w Indiach, w Kenii, we Francji, na Sardynii, w wielu miejscach na świecie – na pytanie, który wyjazd był najlepszy, odpowiada: kiedy pojechałam z cyrkiem.

To był rajd po Polsce.

Po biednych, małych miasteczkach. Ostatnio spotkałam osobę, która mówi: przestaję inwestować w szkoły, będę podróżować z dziećmi. Pomyślałam sobie, że podróże do pewnego momentu dziecko kształcą, a od pewnego momentu – psują. Pokazywanie świata jest bardzo rozwijające i kuszące, ale po przekroczeniu kolejnej granicy już po prostu nie ma o czym marzyć.

A czy śpiewająca Mania potwierdza powiedzenie o skorupce za młodu? Wcześniej Mania nie chciała śpiewać.

Zaledwie pól roku temu grałam koncert w Trójce i ktoś zapytał tam Manię, czy będzie śpiewać tak, jak mama. Odpowiedziała:  –Nie, ja chyba nie mam takiego talentu. Zdałam sprawę, że nigdy (oprócz jej występów w cyrku) nie słyszałam, jak śpiewa. Słyszałam, jak coś nuciła, ale to nie było na serio. Teraz słyszę, jak jej głos się otwiera razem z nią, jak nabiera mocy i pamiętam dawną siebie. To jest bardzo inspirujące i miłe dla serca. Zawsze mi się wydawało, że Mania jest bardziej podobna do taty i bardziej do niego przynależy. A tutaj jest ten mocny kawałek muzyki i głosu. Mania robi filmy, animacje, fotografuje, rysuje. I z tego wszystkiego wybiera coś, co jest w zasadzie najtrudniejsze. Mogłaby na koniec roku puścić prezentację, przynieść rysunki, a ona wybiera, że stanie i będzie śpiewać.

Wie dokładnie, czym śpiewanie jest, bo widziała Ciebie.

I okazuje się, po latach, że zakwita ta roślina wymarzona. I że jednak targanie jej po teatrach, niezamierzone raczej, a bardziej z przymusu, przyniosło w niej owoce.

Mania się nigdy nie buntowała, nie powiedziała: zostańmy w domu?

Ma wrodzony stan zen. Siedziała na scenie godzinami, słuchała, przypatrywała się. Miałam wrażenie, że nie robi to na niej wrażenia. Mania w ogóle bardzo mnie zaskakuje i strasznie mnie intryguje, co ona mi jeszcze pokaże.

Teraz przyszedł czas, kiedy może wyjść w świat, który jej pokazałaś.

Jest w fazie odchodzenia, w naturalnej fazie zrywania więzi ze mną i zaprzeczaniu. A jednak coś bierze ode mnie: bo to jest część mnie, to jest też mój kawałek. I tyle. Ty mi graj, ty mi nie śpiewaj, masz być moją akompaniatorką. Moja córka jasno mi wyznacza rolę.

Co odrzuciła?

Wszystko inne! Jestem uczulona na konsumpcję, to kupowanie 17 par butów, kolejnych par spodni… Jestem tym zmęczona. Widzę wylewające się ciuchy z szafy i tłumaczę: Mania, nosisz na sobie czyjeś łzy, przecież to szyją dzieci hinduskie, bengalskie. Ten konsumpcjonizm zaprzecza wszystkim moim wartościom. I jest mi żal w sumie naszych dzieci, że są tak bardzo wciągnięte przez media. To jest tak przytłaczające, tak zabierające przestrzeń na…

Na duchowość?

Tak, choć określenie jest strasznie banalne. Zastanawiam się, jak Mania sobie poradzi. Żyje w dwóch światach, w dwóch kompletnie różnych domach. Leci z tatą do Kalifornii na dwa tygodnie, na biennale sztuki w Wenecji. A jednocześnie zabieram ją do babci nad jezioro.

 

A sama mieszkasz niemal pod miastem.

W ogóle jestem gdzie indziej, nie mam w sobie myśli, że cokolwiek powinnam. Mam centralnie w dupie wszystko, co się wiążę z jakąś karierą. Czytam doniesienia ze świata nauki, że zostało nam 10 lat, bo wpadniemy w erę zadżumienia. To mobilizuje mnie tylko do jedzenia pszennej bułki i kompletnej relaksacji. Ale segreguję śmieci i mam pół tarasu w kompoście. Zapłaciłam 57 zł za worki kompostowalne. Kupuję też biodegradowalne pieluchy…Wiesz, to jest świetne miejsce, że nic nie muszę.

 

A twój świat? Czy się nie skurczył?

Pobyt w Indiach bawi mnie tak samo jak siedzenie w piaskownicy na ulicy Bruzdowej, przysięgam. To wcześniejsze życie: praca w teatrze, dwie premiery w miesiącu, nieustające próby, odbiór dziecka ze szkoły, plus chciałoby się pierniczki zrobić, iść na jasełka, ale mam próbę – było pełne presji i pospiechu. Miałam parę razy taką myśl, że odwiozę się sama do psychiatryka. Teraz nadszedł czas uwolnienia, jestem spokojna i nie muszę gonić w piętkę. Czy on się skurczył, ten świat? Zależy, może ktoś powie: ja pierdolę, życie w piaskownicy. Dramat, nie?

Siedzimy w piaskownicy, ale marzymy o życiu w podróży, z dzieckiem w kamperze.

Mam takie momenty – nie ma co oszukiwać – że mam wrażenie, że umarłam. Idę na ten plac zabaw, ten mój synek malutki wyje, bo mu kolejny ząb przedziera się przez czeluści jamy ustnej. I naprawdę mam poczucie, że nie żyję, że gdzieś po prostu zostałam w kosmosie.

Przy drugim dziecku jest inaczej?

Przy drugim dziecku trochę więcej wiesz, nie tyle o zmienianiu pieluch, ile w ogóle o tym, kim jest to dziecko. Mania mówi mi: nie rozumiesz mnie!, a ja jej odpowiadam: jestem pierwszy raz w życiu mamą nastolatki, trochę wyrozumiałości! Musimy się obie nauczyć, jak przejść przez różne rzeczy. A z Fryckiem jest ten komfort, że już wiem.

Frycek inaczej niż Mania znosi podróżowanie.

Można się z nim umęczyć potwornie. Z Manią można było jechać wszędzie. Frycek musi być wolny. Ja już bym chętnie z tej wolności rezygnowała, chętnie zapakowałabym go do wózka na przykład.

I niech będzie tam z tobą tam, gdzie ty chcesz?

Dokładnie. Ale on w ogóle mi na to nie pozwala. Nie jest dzieckiem-walizką. I to właściwie on prowadzi mnie bardziej, niż ja prowadzę jego.

Przy twojej osobowości to trudne do wyobrażenia.

To jest bardzo trudne, ścieramy się. Ale mnie to zachwyca, jak już zrezygnuję ze swojego ego, no bo JA chciałam tam iść. Ale jak to przerobię w sobie, co chwilę trwa, to wewnętrznie się uśmiecham. Mam przyjemność, kiedy znajdujemy kompromis.

Frycek nie chce siedzieć w wózku, bo w wózku się śpi. Jak chce mi coś opowiedzieć, to musi wejść na ręce, żeby być blisko. Musi cały czas ze mną konwersować, opowiadać, że jest dźwig, że jedzie traktor. Doszło do tego, że idę sama, widzę dźwig i myślę sobie: woow, ale dźwig!

Między twoimi dziećmi jest prawie 11 lat różnicy.

Jestem zadowolona z tej różnicy wieku. Po drodze doświadczyłam rożnych żyć i miejsc, dość skrajnych, i według mnie to jest… właściwe. Mania chyba też tak ma. Tu zmieniające się partnerki, partnerzy, mieszkania. I ona to wszystko przyjmuje z zaciekawieniem. Co się teraz zadzieje? Cały świat się właśnie otwiera, wszystko się może zdarzyć. Może na dobre? Życie można zapisać jeszcze raz, czego jestem przykładem. Jeszcze raz możesz to wszystko przeżyć, dojrzalsza, mądrzejsza o swoje doświadczenia. Wiesz, czego chcesz, a czego nie chcesz. Przecież to jest fantastyczne.

Przekazujesz dzieciom, że świat jest bezpieczny.

Nie mówię im tego. Raczej świadczę sobą. Wiele lat temu pojechałam z Manią do Indii. Zamieszkałyśmy w tybetańskim klasztorze w Dolanji. To przedgórze Himalajów. Mnisi Bon prowadzą tam sierociniec i szkołę dla dzieci z Nepalu, Tybetu i Mustangu. Pewnego dnia ktoś wpadł na pomysł, że weźmiemy dzieciaki i odwiedzimy piękne miasteczko bardzo wysoko w górach. Jechaliśmy kolejką kolonialną, która prowadziła nas po zboczach gór. Za oknem latały orły. Tak, orły! Nie wróbelki. Mnisi ostrzegali: skoro u nas pada deszcz, tam będzie burza śnieżna. I rzeczywiście. Burza śnieżna w Himalajach to istny koniec świata. W ostatniej chwili nie zdecydowałam się na powrót do klasztoru. Zostałam z Manią sama w tym piekle. Płakałam ja, płakała ona. I wówczas ktoś wziął mnie za rękę. Poddałam się temu. Potem ten ktoś przekazał nas innej osobie, ta osoba kolejnej osobie i tak dotarłyśmy do hotelu z ciepłą wodą w kranie (w klasztorze była tylko lodowata woda i 5 stopni w pokoju). W grzmotach, w śnieżycy nie było o czym gadać. Zaufałam. Rano wyszło słońce, okazało się, że jest tam przepięknie. Zostałyśmy jeszcze dwa dni.

Mówisz czasem: nie rozmawiaj z obcymi, uważaj na tamtą osobę…?

Mówię: nie wchodź pod samochód na przejściu. Przeszłam wiele traum, różnych…

Mogłabyś się bać świata.

Ale się nie boję. Rozmawiam z Manią. Proszę, żeby szanowała swoje ciało. Chcę, żeby wiedziała, że nie musi iść do łóżka z każdym, kto jej powie: lubię cię, kocham cię. To są prawdziwe zagrożenia, a nie że zaciukają mnie w ciemnej bramie. Największe zagrożenie płynie z naszego braku granic.

A Frycek?

Jestem skupiona na tym, żeby nie wpadł pod samochód, jak się rozpędzi. Sąsiadka mówi: „Ale masz zaufanie do niego”. Nie jestem typem matki, która biegnie i o jeju, uważaj, uważaj! Może w jakąś brawurę popadliśmy z Pawłem jako rodzice? Frycek się uderzył i dopiero w pokoju hotelowym zauważyliśmy, że sobie rozbił głowę. Widzę, że on musi biec, wspinać się na wszystko, co jest obok. Dopóki nie zagraża to realnie jego życiu, nie hamuję go w tym.

Znasz krzywe spojrzenia innych mam w piaskownicy?

Mierzę się z tym na zajęciach. Frycek chce czasem wyjść, ja to respektuję. Sprawdzam chwilę: czy na pewno, może jednak potańczy jeszcze z dziećmi? Jeśli bardzo chce wyjść, wychodzimy. Wtedy słyszę, że mu ulegam, że jaki on jest niegrzeczny. Co to za słowo „niegrzeczny”? Grzeczny, niegrzeczny, co to zawiera, co to znaczy? Niegrzeczny, bo? Bo nie ma ochoty siedzieć i machać tyłkiem?

Dziecko niegrzeczne, a matka niekompetentna.

Może tak być, że ja jestem niekompetentna, absolutnie.

Oczywiście, że jesteś niekompetentna, wszystkie jesteśmy.

Frycek mówi: to chcę i tamto chcę, a ja myślę: a co stracę na tym, że mu dam? Co stracę na tym, że mu 500 razy te bańki puszczę? Przecież mam czas na to, to jest ten moment. Siedzę i będę puszczać te bańki, on nie chce, chce, nie chce… Paweł mówi: Pozwalasz mu na wszystko, zobaczysz, co to będzie. Myślę, że właśnie nie będzie. Nie musimy wychowywać dziecka przez wzajemne sobie stawianie oporu. To niepopularny pogląd. Jestem w jednej rzeczy bardzo konsekwentna, i to jest spanie. Jest cały rytuał. Zaczyna się wieczór, bajeczka, kołysaneczka, kąpiel – i arrivederci!

Frycek się drze?

Nie, nauczył się, że jest to nieprzeciągalne, po prostu. Koleżanki mówią: ej no, jest lato, posiedźmy sobie do 21. Na tarasie z winem posiedzieć, chętnie. Ale sama, we własnym, tudzież męża towarzystwie – na pewno nie z brykającym dzieckiem.

Życzę ci lata pełnego takich pięknych wieczorów. I dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.