koronawirus niezwykłe życie poród

Bliskość w samotności

Rozmowa o porodzie w czasach izolacji

Bliskość w samotności

Szykując się na narodziny dziecka, mamy wobec tego wydarzenia pewien plan. Wybrany szpital, nawet położną, zapewnioną bliskość partnera i wsparcie rodziny na pierwsze tygodnie w domu. Dziewczynom, które rodzą dzisiaj, możliwość planowania wymknęła się z rąk.

Z Marysią Bulikowską, moją ulubioną artystką, a przy tym – jak się okazało – całkiem niedaleką sąsiadką, porozmawiać chciałam od dawna. Chciałam rozmawiać o jej rysunkach, które nieraz w punkt oddawały stan ducha jej obserwatorów (w tym mojego), i o książkach, które napisała i zilustrowała. Ta dziwna wiosna sprawiła, że oto siedzimy razem, ale nie w żoliborskiej kawiarni, lecz po dwóch stronach swoich ekranów i rozmawiamy online – o tym, jak to jest rodzić w czasach zagrożenia pandemią. Scenariusz, którego nie wymyśliłybyśmy sobie, napisał się sam. Marysia urodziła miesiąc temu córeczkę Jankę.

Izolacja w Polsce zaczęła się w dniu terminu twojego porodu.

A na dzień przed moim terminem zamknęli na Żelaznej porody rodzinne. Miałam rodzić z mężem i moją wieloletnią przyjaciółką, która jest doulą. Zawsze chciałam rodzić właśnie z nią i ten poród miał być takim siostrzeńskim przeżyciem. Ale byłam już tak blisko końca, że nie miałam czasu na rozpaczanie za utraconą wizją. Hormony działały… Teść próbował mnie straszyć półżartem: „Nie boisz się bólu?”, a ja na to: „Nie, przeżyję, moje ciało jest do tego stworzone, proszę mnie nie straszyć”.

I jak poszło?

W pierwszy wtorek izolacji graliśmy ze znajomymi w Scrabble’a, przez internet, oczywiście. Skurcze były co 10 minut, więc grałam dalej. Potem zrobiły się meganieregularne. Siedziałam w wannie 3 godziny i wyłam. Przez 8 lat ćwiczyłam capoeirę, tam jest dużo takich szamańskich, otwierających miednicę pieśni. Więc śpiewałam i siedziałam z doulą na telefonie. Kiedy zadzwoniliśmy do szpitala, zasugerowali, żeby wziąć No-Spę i może za godzinę się zgłosić. Skończyło się na tym, że trafiłam do szpitala dopiero, kiedy miałam skurcze prawie non stop. Mąż odprowadził mnie pod drzwi.

Zostałaś sama?

Spodziewałam, że poród to będzie piękne i trudne doświadczenie, a okazał się trudny i piękny na zupełnie innych, zaskakujących płaszczyznach. Spodziewałam się, że to scali moją przyjaźń z Martą i związek z Dominikiem, a okazało się, że było to najbardziej siostrzeńskie, pełne empatii wydarzenie, jakiego doświadczyłam, i to wśród obcych osób. W ogóle cała ta izolacja to okazja do doświadczania empatii od ludzi, których nie znam.

Personel zastąpił bliskich ci ludzi?

Do tej pory pamiętam, jak położne pochylały się nade mną i mówiły: A pani miała rodzić w domu narodzin. Ja na to: Olejmy dom narodzin, nie dam rady. Proszę o znieczulenie. A one do mnie, że pięknie śpiewam. Bo oczywiście dalej wyłam tę capoeirę, leżąc na podłodze. To, że byłam sama na sali – bo była jedna położna na dwie czy trzy rodzące – dało mi możliwość skupienia się na sobie, na ciele i na wyciszeniu się. Gdyby Dominik był przy mnie, martwiłabym się tym, że może on źle się czuje z bezsilnością, kiedy mnie boli. Bałam się trochę tego, że będzie za bardzo empatyzował i nie będzie potrafił w żaden sposób mi pomóc. Leżałam więc sama i przywoływałam słowa mojej douli, żeby ten ból przez siebie przesiać i się na nim unieść. Wyobrażałam sobie, że ból jest wodą, a ja unoszę się na niej jak na fali. Było to kurewsko ciężkie, ale jakoś w środku się wyciszyłam.

Nie czułaś się samotna?

Miałam przycisk w dłoni i jak było mi gorzej, to wołałam położną i zawsze ktoś od razu przybiegał. Jeśli prosiłam, żeby mnie przytulić, to mnie przytulano, jak prosiłam, żeby złapać mnie za rękę, to trzymano.

To mnie chwyta za gardło, płaczę.

Niesamowite było to, jak te kobiety się nade mną pochylały. Trafiłam na superpołożną, która wyczuła, że trzeba mówić do mnie po imieniu. Dzięki temu czułam się, jakby się mną opiekowała mama albo ciocia. To mi bardzo pomogło. Ostatnie granice zostały zniesione. I jak Janka się w końcu urodziła, zrozumiałam, dlaczego wszyscy łkają w momencie, kiedy dziecko układa się na piersi. To nie jest moment zakochania się w dziecku tylko ulga, że to koniec tego cholernego porodu. Ale to zostawmy między nami.

Z położną, obcą kobietą, połączyło cię szczególne poczucie intymności.

Stawała na rzęsach, żeby ten poród przebiegł zgodnie z moim planem porodu i kilkukrotnie, z delikatnością i wyczuciem, dopytywała, czy jestem pewna zmian, np. związanych ze znieczuleniem czy wyborem pozycji rodzenia. Spotkałam się z ogromnym poziomem wrażliwości ze strony personelu w trakcie porodu, ale mam też superwspomnienia z oddziału neonatologii. Trafiłam na czteroosobową salę z trzema laskami, co normalnie, przed porodem, by mnie przeraziło. Bardziej niż sam poród niepokoiła mnie wizja, że będę siedzieć z obcymi dziewczynami w tak intymnej sytuacji.

Czułyście ze sobą jakąś bliskość, której nie ma przy zwykłym funkcjonowaniu porodówek?

Przez to, że wszystkie byłyśmy w tej samej sytuacji, bez wstydu związanego z obecnością odwiedzających, że nagle obcy chłop wejdzie na salę, a także przez to, że wszystkie byłyśmy nieszczęśliwe, bo tych mężów nie ma, to rozmawiałyśmy dużo. Przyszłyśmy z innych środowisk, a zostałyśmy połączone siedzeniem w zamkniętym pokoju, w zamkniętym świecie. Kiedy w końcu usłyszałam gdzieś męski głos, to aż mną potrząsnęło – co się dzieje? A to był lekarz.

Jak to jest być tam tylko z kobietami?

Dla mnie okazało się niezwykle naturalne i piękne. To była nowa sytuacja, dopiero zamknęli te szpitale, i było tak, że jak tylko dziecko zaczynało płakać, położne od razu przybiegały, żeby pomagać. Nie wiem, czy nadal tak jest. Zadawałam najbardziej w moim mniemaniu kretyńskie pytania, w stylu gdzie odpukiwać? czy za każdym razem mam smarować? a ta pieluszka to tak czy siak? A one odpowiadały na każde z nich, miały anielską cierpliwość. To mnie do tej pory rusza.

Janka urodziła się malutka i nie do końca mnie ssała. Nie wiedziałam, jak długo mam ją karmić, i strasznie płakała. Dopiero później jedna położna się zorientowała, że Janka jest po prostu głodna. Nakarmiłyśmy ją mieszanką, żeby szybko jej pomóc. W życiu nie zapomnę, jak ta obca kobieta wzięła moje dziecko i je kołysała, jakby było jej. Z taką miłością… Światła były przygaszone i ta nieznajoma chodzi z moim płaczącym dzieckiem i je tuli, jakby była jego ciocią albo matką. Kiedy wychodziłyśmy ze szpitala, przyszła mi pomóc z noszeniem rzeczy, bo nikt nie mógł po mnie wejść. Wyściskała mnie. Pandemia, wszyscy się boją, a ona mnie wyściskała. Wiedziałam, że tej kobiety już nigdy nie zobaczę.

Stworzyłyście sobie mikrowspólnotę kobiet i weszłyście w relację niemalże pokrewieństwa.

To wyszło zupełnie naturalnie. Czułyśmy się jakoś głęboko, pradawnie ustawione, może kobiety tak właśnie mają. Poza tym bycie samą pomogło mi skupić się na córce i budować więź. Super jest, kiedy dziadkowie mogą przyjechać do szpitala, ale przez to, że byłyśmy same, byłyśmy taką wysepką, to myślę, że niezwykle buduje się ta początkowa więź. Nie było męża, który przyjdzie, potrzyma dziecko, a ty weźmiesz prysznic. Myślę, że ta sytuacja, która jest straszna, może być niezwykła i może zostawić wspaniałe wspomnienie.

Tęskniłaś za Dominikiem?

Przez 3 dni widzieliśmy się tylko w SMS-ach. Do nikogo nie dzwoniłam, bo nie chciałam zaburzyć sobie tego wytworzonego światka. Wiedziałam, że jak zadzwonię i usłyszę głos Dominika, od razu zacznę płakać za światem zewnętrznym. A tak czułam się opatulona mikroświatkiem dziewczyn i tych pań. To było niesamowite. Jakby miało się sto cioć. Za każdym razem, jak przychodziła nowa osoba z personelu, wkładała tyle samo serca w pracę.

Jest w tobie wiele wdzięczności.

Niezwykła jest solidarność pracujących w szpitalu kobiet, ich ciepło i empatia. Przecież zostawiają swoje dzieci w domach, żeby przychodzić do obcych kobiet, które pierwszy raz zderzają się z macierzyństwem, żeby im trochę tego ciepła dać. Teraz panika jest nakręcona i dochodzi do sytuacji, że chcemy wysmarować spirytusem bułki po przeniesieniu z piekarni. Przez chaos informacyjny wszyscy jesteśmy lekko albo mocno przerażeni, więc i poród jest być może trudniejszy niż miesiąc temu.

Powiedziałaś, że chciałaś rodzić w domu narodzin, który zakłada pogłębiony kontakt, bez znieczulenia, w otoczeniu bliskich. Nie jesteś rozżalona, że poszło inaczej?

To wszystko można też znaleźć pośród wenflonów, w samotności. Bo jest to dziecko. Po prostu. I tak działa biologia. Miałam jakieś marzenie, wyobrażenie o porodzie, ale to, że to marzenie zostało zmiecione, pozwoliło mi się skupić na fizycznym, najprostszym zadaniu, czyli na tym, by urodzić bezpiecznie dziecko. Wcześniej myślałam tak: chciałabym urodzić w wodzie, woda mnie tak koi. Kiedy dotarłam do szpitala, okazało się, że dziecko ma za wysokie tętno i tak czy siak nie mogę rodzić w domu narodzin, błagałam też o znieczulenie – wszystko poszło odwrotnie, niż planowałam. Nie potrzeba pandemii, by nasze wyobrażenie porodu, marzenie o nim, wzięło w łeb. Ja pomyślałam wtedy: rodzę dziecko. Koniec. Izolacja pomogła mi zebrać w sobie i dała mi nastawienie wojowniczki. I miałam poczucie, że w szpitalu mogę nauczyć się rzeczy od profesjonalistek, które przerzucały sobie to dziecko. Ja nigdy wcześniej nie trzymałam noworodka na rękach, dopiero jak go sobie urodziłam. Przecież to jest takie chuchro.

Jak jest teraz?

Jesteśmy w domu z Dominikiem, Janką i psem, i leżymy na kanapie w czwórkę. Wyobrażam sobie, że ta pandemia to są takie kanapy osobnych ludzi. Jakbyśmy wszyscy byli samotnymi wyspami i tylko mieli te latarnie, które się porozumiewają – nie fizycznie, tylko widzimy swoje światła. Te światła są cholernie ważne, ale w dalszym ciągu nie ma ludzi na twojej wyspie. Wydaje mi się, że pomogło nam to zbudować silną więź jako rodzina. Nie ma tutaj wymówek, że Dominik wyjdzie pograć z kolegą na gitarze albo przyjadą moi rodzice i trochę posiedzą z Janką, a ja sobie pójdę na spacer. Żyję teraz na samotnej wyspie i powiem ci, że mi tak dobrze. Może to nie jest do publikacji. Jestem uprzywilejowana, bo mój mąż nie straci pracy, pracuje w radio i ma pensję, siedzi ze mną w domu i pomaga mi przy dziecku. To tak, jakbym dostała podwójny urlop macierzyński. Wydaje mi się, że to jest doświadczenie, które nie jest nam normalnie dane, a jest niesamowicie cenne.

W czasie izolacji zaczęłaś rysować dla ludzi pocztówki na zamówienie. To wysyłanie znaku przyjaźni i ciepła.

Napisała do mnie dziewczyna, która rozstała się z chłopakiem, że siedzi sama w kimonie z kotem i czuje się samotna. Nie miałam już przerobu, żeby coś jej narysować, bo mam dużo zamówień, ale wysłałam jej stare rysunki na tapetki. I ona odpisuje: „Ojej, jesteś obcą osobą, a wysyłasz mi rysunki”. Przecież to jest normalne. Czy potrzebujemy zamknięcia w domach, żeby przestać postować zasrane jedzenie z knajpy i zacząć pisać do siebie normalnie o rzeczach?

Często po porodzie czujemy się wykluczone ze zwykłego życia. Ale teraz już nie ma tego zwykłego życia. Nic nas nie omija.

Miałam bardzo wychodzące życie, aż do końca ciąży. Jeszcze w 9. miesiącu chodziłam na Impro Jamy i wychodziłam na scenę. Mimo że nie miałam żadnych śmiesznych żartów oprócz tego, że udaję, że rodzę. Nikogo to nie śmieszyło oprócz mnie. I nagle cały świat jest zamrożony. Wydawało się nam, że omija nas coś bardzo ważnego, a to były koncerty czy wyjścia do knajpy.

Jak ci mijają dni?

Ciągle mam coś do roboty, nie muszę robić kursów językowych i rozwijać się na webinarach, bo mam wszystko na żywo. Nie mam ciśnienia, żeby zrobić to i tamto, pójść z rodzicami do parku, co pewnie robiłabym normalnie, żeby wypełnić jakąś pustkę. Pustka stała się rzeczywistością i korzystam z niej tak, jakby to był urlop w domku w lesie, z paskudną pogodą. Staram się korzystać z tego czasu w najbardziej relaksujący dla mnie sposób, nie spinam się, że muszę robić ambitne projekty. Mam dziecko i muszę się nim opiekować, a przy okazji jestem z Dominikiem, jestem z psem, spędzamy razem dużo czasu i się przytulamy, oglądamy rzeczy i gramy w Scrabble, jeśli się da.

Czego życzy się mamie i dziecku, które się rodzi w takich czasach?

Ta nowa rzeczywistość jest soczewką na to, co jest cholernie ważne. Nie masz wyjścia, dostrzegasz, jakie piękne jest intymne życie domowe, i masz całą przestrzeń, żeby być z tą małą istotą, bo nie masz alternatyw i tęsknot za alternatywami. Nowo narodzonym dzieciom życzyłabym, żeby mogły wychodzić na zewnątrz i widzieć, że przyroda jest piękna, i tego, żeby ktoś był przy nich blisko. Zaskoczyło mnie w macierzyństwie to, że mała istota ma takie fizyczne potrzeby jak bycie blisko, a nie tylko jedzenie czy wydalanie. Więc tym małym istotom życzyłabym, żeby były jak najbliżej z mamami i ojcami, bez rozpraszaczy. I żeby tych rozpraszaczy w zdrowym środowisku pozbawionym pandemii nadal było jak najmniej. Żebyśmy potrafili oddzielić ziarna od plew i to, co jest może modne i Instagramowe, godne zazdroszczenia rozdzielali od tego, co jest wartościowe i godne zapamiętania.

*

Maria Bulikowska (Mroux) – ilustratorka, autorka książek dla dzieci o gwarze warszawskiej. Współpracuje m.in. z wydawnictwem Czarne, Teatrem Wielkim Operą Narodową, Muzeum Powstania Warszawskiego i Muzeum Narodowym. Na Instagramie prowadzi rysunkowy profil mroux.jpg.

Dodaj komentarz