Do klasy mojej córki dołączyło troje dzieci. Marianka bardzo się cieszy, bo wśród nich są dwie dziewczynki, których jej zdaniem brakowało. Ja zastanawiam się, jaką trzeba mieć w sobie siłę, żeby kilka dni po ucieczce z domu, pogrążonego wojną, zorganizować dziecku szkołę. Jest coś takiego w miłości, co pozwala dawać nadzieję, nawet jeśli utraciło się wiarę.
– Czy na tej wojnie zabijają też zwykłych ludzi? – pyta mnie moja pierwszoklasistka. Odpowiedź znajduję w jej oczach i kłamię, patrząc prosto w nie, bo to jedyne rozwiązanie. Bo miłość daje nadzieję, kiedy bardzo potrzebuje się wierzyć.
Męczą mnie te wszystkie słowa, które mam w sobie, o tym, co się dzieje, ale ta wojna opowiada się sama. W relacji na żywo. W tysiącach zdjęć. W raportach z negocjacji. W nagraniach ze schronów. W budzących strach komentarzach. W druzgocących zapiskach. W kłamstwach. W żartach. W memach. Ta wojna jest naga. Wystawiona dla nas tak bardzo, a jednak nadal tak bardzo dla nas schowana.
Znajoma Ukrainka kilka dni temu wydostała się z Kijowa. Oglądam jej relację, w której pokazuje opustoszałe piwnice w miasteczku, do którego trafiła, szuka schronu. Czytam o jedenastoletnim chłopcu, który z zapisanym na ręce numerem telefonu wydostał się z Ukrainy. Sam, bo jego mama nie potrafiła zostawić swojej unieruchomionej chorobą matki. Oglądam zdjęcie żegnających się z dzieckiem rodziców w mundurach. Zdjęcie chłopców w ochraniaczach na deskę, bo nie maja nic, co pasowałoby lepiej do karabinów. Te historie nie potrzebują komentarza. O nich jest ta wojna.
W mojej kuchni trwa organizowanie kamizelek kuloodpornych i hełmów. Szok po ostrzale szpitala położniczego miesza się z radością, bo zorganizowana zbiórka leków trafiła do seniorów w Charkowie. Wcześniej, w pokoju obok, na online, dramatopisarka robi korektę tekstu położnej, który ma pomóc urodzić dziecko w warunkach pozaszpitalnych. Przyjaciółka przychodzi z będącymi w jej domu Ukrainkami i ich dziećmi, ale dzieci się boją i tylko przytulamy się do siebie w przedpokoju. – Dzieci to dzieci – mówi jedna z nich, wszystkie czujemy się zakłopotane własnymi emocjami.
W redakcji krótki moment dezorientacji. Co wolno nam teraz publikować? Wszystko wydaje się nieadekwatne. Czy portal parentingowy jest przestrzenią na mówienie o wojnie? Jest, zwłaszcza kiedy mówią o niej mamy. Dlatego będziemy rozmawiać i słuchać historii ukraińskich matek, które znalazły tu schronienie, jeśli tylko będą chciały nam o tym opowiadać. Ta wojna jest nasza, nie da się od niej uciec.
Ulice, sklepy, autobusy, całe miasto brzmi obcym językiem. Po fali działania na najwyższym poziomie adrenaliny wniosek jest oczywisty: wolontariat to za mało. Wiele już zostało powiedziane w tym temacie, a to dopiero początek. Chcemy o tym z wami rozmawiać, o waszych domach, do których przyjęliście przerażonych ludzi. O waszych rozwiązaniach, bo mogą podpowiedzieć coś innym. O waszych problemach, żeby szukać wsparcia. O waszym zaangażowaniu, bo dobro jest jedyną słuszną odpowiedzią na to, co się dzieje. Będziemy to powtarzać, żeby zobojętnienie nie dodawało złu sił.
Jeśli pomyślicie, że to nie moment, by publikować artykuły z lokowaniem produktów, to spójrzcie proszę na te zdjęcia poniżej. To odpowiedź współpracujących z nami klientów na prośbę o wsparcie dwudziestu niemowląt, sierot, które trafiły do Polski. W tych pudłach jest wszystko to, co powinny mieć dzieci. Czujemy wdzięczność i motywację, by działać dalej.
Za chwilę na stronie zawiesimy informacje dla ukraińskich mam o tym, co dzieje się tu dla nich i ich dzieciaków. Ani tłumaczka, ani ilustratorka nie przyjęły honorarium, pieniądze trafią do potrzebujących.
Chcemy być z wami i dla was w tym ciężkim czasie, tak jak umiemy najlepiej. W tematach nam bliskich i w tematach aktualnie najważniejszych. Chcemy pisać dla was o tym, co zawsze. I o tym, o czym nigdy nie chciałyśmy. Wiemy, że przed wszystkim jest wojna. Taka, jakiej miało już tu nie być. I jest też miłość, która pozwala dalej żyć.
autorka grafiki tytułowej: Joanna Bartosik






