Tancerka tańca współczesnego, aktywistka, żona, mama. Tyle ról w jednej osobie, tyle zadań do wykonania, tyle wyzwań do podjęcia. Paulina Jaksim w swoim macierzyństwie kroczy z podniesioną przyłbicą i zaraźliwą pogodą ducha.
Która z nas nie chciałaby przysłowiowym tanecznym krokiem wejść w macierzyństwo? Mieć zaufanie do siebie, do dziecka, do świata? Mieć poczucie, że każda przeszkoda jest do pokonania, a każde zmartwienie – minie? Dzisiaj rozmawiamy z Pauliną Jaksim, w sieci znanej jako @Technoqueen, mamą rocznego już Cyryla, która w swojej rodzicielskiej przygodzie postanowiła zaufać sobie.
Jesteś tancerką, twoje ciało jest narzędziem pracy: jak zachować do niego zdrowy stosunek w takim zawodzie?
Właściwie się nie da…
Teraz jest ten trend, żeby patrzeć na siebie z czułością i akceptować siebie, nie oceniać. Jestem po szkole baletowej, więc od dziecka oglądałam się przez cały dzień w lustrze i wciąż słyszałam, że coś z moim ciałem jest nie tak – niektóre rzeczy można poprawić, ale inne wynikają np. z budowy i nic nie da się z tym zrobić. Ale ty słyszysz te komentarze codziennie i w twojej głowie twoje ciało jest wciąż nie takie, jakie powinno być. Kiedy jesteś małym dzieckiem, nie zdajesz sobie sprawy, ile kwestii jest poza twoją kontrolą i ile rzeczy tak naprawdę nie będzie miało znaczenia – jak słyszałam na przykład, że mam wystające żebra. I co możesz zrobić? Próbujesz korygować postawę tak, żeby tego nie było widać, możesz się obandażować, żeby te żebra się nie odznaczały, ale czy to ma jakikolwiek wpływ na to, jak tańczysz?
Przede wszystkim sprowadza cię do tego, jak wyglądasz, i pozbawia poczucia własnej wartości.
Tak, bo twoje ciało jest poddawane nieustannej ocenie, krytyce wręcz i z tym, że zostajesz z tym problemem sama. Choćby w kwestii żywienia: nauczycielki mówiły uczennicom, że przytyły, ale nie udzielały rad co do tego, jak powinna wyglądać nasza dieta. W szkole nie było dietetyka, który prowadziłby nas czy naszych rodziców (dopiero na studiach w Holandii uczyłam się o tym, co i jak jeść) – a to prosta droga do zaburzeń odżywiania. Koniec końców uczysz się z tym żyć, niektóre osoby radzą sobie z tym lepiej, a inne gorzej – ale chyba punktem wspólnym jest to, że traktujemy nasze ciała bardzo surowo i jesteśmy dla siebie wymagające. Ciało ma się nas słuchać, mamy mieć nad nim pełną kontrolę.
Myślę, że uratowały mnie dwie osoby: moja mama, psycholożka, która mówiła mi, że jestem świetna, niezależnie od tych żeber czy od tego, że raz czy drugi źle mi poszło, i mój brat, który z kolei bardzo sobie ze mnie żartował, wręcz szydził. Z jednej strony dostawałam więc komunikat, że mój wygląd jest OK i że ja sama jestem dobrą tancerką i fajną osobą, a z drugiej – odbierałam lekcję dystansu do samej siebie (co zresztą też oswoiłam za radą mamy). Dużym krokiem była jeszcze zmiana ze środowiska baletowego na grupy związane z tańcem współczesnym, gdzie oczywiście technika i sprawność są niezwykle istotne, ale już charakter czy indywidualne cechy można wykorzystać jako atut, wyróżnik.
Jak wyglądała twoja relacja z ciałem i jak się ona zmieniła po tym, kiedy zostałaś mamą?
Pamiętam, kiedy zorientowałam się, że jestem w ciąży – i najpierw, zanim potwierdziłam to u ginekologa, tańczyłam i trenowałam jak gdyby nigdy nic. Podczas jednej z prób zaczęłam krwawić i okazało się, że mam w macicy wielkiego krwiaka. Wszystko skończyło się dobrze, ale usłyszałam, że muszę iść na miesięczne zwolnienie. A w mojej głowie dzień bez treningu, tańca, jest dniem straconym, więc dla mnie to było szokujące. Jako aktywna, pracująca tancerka wyobrażałam sobie, że w tej ciąży potańczę do 4 miesiąca, a potem, już na zwolnieniu, będę we własnym zakresie biegać, pływać, chodzić na jogę.
Co się stało wtedy w twojej głowie?
Mega trudne to było. Rozsypało się całe moje wyobrażenie na temat tego, jak się w ogóle funkcjonuje w ciąży. Nie mieściło mi się w głowie, że ja – zdrowa, aktywna osoba – muszę się położyć i wolno mi wstać do toalety albo żeby zrobić sobie herbatę. Przyszedł jednak moment, kiedy zaczęłam słuchać mojego ciała i… odpoczęłam! Pierwszy raz w dorosłym, świadomym życiu nic nie musiałam…
Co było najtrudniejsze?
Co i rusz wracały do mnie myśli, że coś jednak powinnam – rozciągać się, ćwiczyć jogę – ale po każdej aktywności czułam się tak słaba, że odpuściłam. Ciało powiedziało „nie”, a ja naprawdę poczułam, że muszę go słuchać. Dużo spałam, dużo leżałam – co nie umknęło uwadze mojego męża, bo spędzałam cały dzień na kanapie, w tym samym miejscu. Na pytanie, czy w ogóle się ruszyłam w ciągu ostatnich dni, zupełnie naturalnie odpowiadałam, że nie, bo nie miałam siły…! To było nowe dla mnie, trudne, dziwne, ale bardzo ciekawe. Za to zmiany fizyczne wcale mnie nie martwiły – nie przejmowałam się tym, że ciała zrobiło się więcej.
Wyzwaniem też była samotność – bo moje środowisko zawodowe to osoby queerowe i singielki.
Stałaś się kosmitką.
Dokładnie! I mimo ogromu wsparcia, jaki otrzymałam od zespołu, miałam jednak świadomość, że nikt nie rozumie, przez co teraz przechodzę. Nie miałam z kim o ciąży, porodzie, zmianach w ciele rozmawiać, na takim ludzkim, koleżeńskim poziomie.
Jak w takim razie wygląda twój powrót do formy?
Mój syn, Cyryl, ma 13 miesięcy, a ja jeszcze nie wróciłam do pracy na pełnych obrotach. Ja tak naprawdę nic takiego nie robiłam…! Mam to szczęście, że mogę robić to w moim tempie – stopniowo się „rozgrzewam”, wracam do regularnych ćwiczeń. Bardzo mnie to ekscytuje, bo ciało się zmieniło – jest po prostu inne, poza tym, że np. straciłam masę mięśniową, nie mam nad nim pełnej kontroli. Mam teraz na przykład wcięcie w talii, którego wcześniej nie miałam!
Przede wszystkim jednak dobrze się w tym moim ciele czuję – nie ma w nim napięć, każdy mój mięsień jest rozluźniony, wypoczęty. Czuję się bardzo rozciągnięta – pierwsze zajęcia jogi po ciąży napełniły mnie ogromną radością, bo wszystko przychodziło mi z lekkością i łatwością. Bardzo dużym walorem mojej sytuacji jest to, że dałam sobie przyzwolenie na to, żeby odpocząć, odpuścić. Jestem przekonana, że to zaprocentuje w następnym etapie.
Lubię teraz swoje ciało, lubię na nie patrzeć. Nie mogę się doczekać, by więcej zacząć z nim pracować.
Miałam podobne odczucia, gdy po urodzeniu pierwszego dziecka wróciłam na jogę – byłam rozciągnięta i zaskoczona tym, co moje ciało pamięta. Czy coś jeszcze cię zaskoczyło?
Nie bardzo sobie radzę z czasem, który spędzam w domu. Życie w zespole tanecznym to tryb niemal koczowniczy, dużo się przemieszczasz, dużo przebywasz w sporej grupie osób, z którymi pracujesz i jesteś bardzo blisko na co dzień, także fizycznie. Ja dużo wychodziłam, prowadziłam bardzo aktywne życie – po urodzeniu Cyryla musiałam to ograniczyć. Nie mogę już wyjść w dwie minuty, każde wyjście to godzina przygotowań. Uważam, że totalnie niesprawiedliwe jest to, że to matka dostaje tyle czasu z dzieckiem, podczas gdy ojcowie – tylko dwa tygodnie urlopu po narodzinach dziecka…! Pojechałabym już gdzieś, scena mnie woła. (śmiech)
To co cię teraz czeka?
Dostałam możliwość poprowadzenia projektu finansowanego przez Unię Europejską – kilka krajów unijnych i Serbia zorganizuje festiwale tańca współczesnego w porozumieniu z lokalną społecznością. Te festiwale mają się odbywać w miejscach, w których prowadzone są wykopaliska archeologiczne. Jednocześnie w teatrze jeszcze jestem na urlopie, mogę więc mój zawodowy fokus skierować na to przedsięwzięcie. Mam tutaj w planach trochę wyjazdów i na razie odbywam je z Cyrylem, czasem mój mąż też jeździ z nami. Mam ogromne wsparcie osób z projektu, to niezwykłe, ile siły mi to daje. Tym niemniej, moją największą inspiracją są teraz matki, które dają sobie radę z dziećmi – to jest bardzo trudne!
Mówiłyśmy już o ciele, pogadajmy o ubraniach – czy miałaś potrzebę wyrażania siebie poprzez ubiór i wygląd?
W szkole baletowej byłam dość zbuntowana i cierpiałam, że nie mogę być taka, jaka chcę, wyglądać jak chcę – często słyszałam, że jestem nie tak uczesana czy ubrana. Ale ostatnimi czasy to wygląd był ważniejszy – na przykład przez 15 lat nosiłam bardzo długie włosy, bo to duży walor estetyczny w tańcu współczesnym. Miałam nawet kontrakt, który obligował mnie do informowania o zmianach w wyglądzie. Więc kiedy poszłam na to zwolnienie, ścięłam włosy i noszę je krótkie – powiem ci, że czuję się zupełnie inaczej!
Mam też potrzebę bycia teraz elegancką osobą – i poczułam ją mniej więcej wtedy, kiedy zostałam mamą. Do tej pory moje ubrania były przede wszystkim wygodne, choć zwykle też kolorowe i odjechane, ale teraz mam na przykład fantazję o białej koszuli.
Ha, ja o białym płaszczu! I co z tą koszulą?
Mam ich już z pięć, ale wiszą w szafie, bo Cyryl aktualnie zaczyna jeść samodzielnie, w dodatku dużo się rusza i często przytula, więc resztki jedzenie w kształcie małych rączek mam w zasadzie wszędzie. Szkoda mi tych koszul. Nie tak dawno mogłam się ubrać trochę „poważniej” na spotkanie w pracy, Cyryl był zaopiekowany, a ja założyłam białą sukienkę… Tego uczucia nie umiem do niczego porównać, zwłaszcza że reszta zespołu to zauważyła. Zebrałam dużo komplementów. Na szczęście mam trochę takich okazji, podczas których mogę ubrać się „lepiej”, jak premiery, bo na co dzień cenię sobie przede wszystkim wygodę.
Ubrania Yellow Meadow, które założyłaś do sesji, łączą efekt „wow” z wygodą. Jak ci się je nosi?
Przyznam ci się, że początkowo nie byłam do nich przekonana – a w rezultacie najbardziej podobam się sobie w tych pięknych, mocnych kolorach i printach. Myślałam, że nie będę się rozstawać z bluzą, ale to komplet z niebieskim printem skradł moje serce, podobnie jak kopertowa sukienka. Kompletnie się tego nie spodziewałam! Natomiast wygoda to rzeczywiście wielki atut tych ubrań – te tkaniny są przemiłe w dotyku, bardzo przyjemnie się je nosi i nie ograniczają ruchów. Za to bielizna jest też dodatkowo genialna do karmienia.
Na co teraz czekasz? Czego się obawiasz w związku z rolą mamy?
Najbardziej chyba czekam na powrót do pracy – w takim pozytywnym sensie. Idę swoim rytmem, w zgodzie z intuicją i szalenie to jest ekscytujące. Bardzo chciałabym wrócić na scenę, choć może trochę się obawiam, jak to połączę z rolą matki. Dla mnie scena jest jak maraton – przygotowuję się do każdego występu tak, żeby był jak najlepszy.
A moje stresy są codzienne, bardzo w tu i teraz. Stresuje mnie dwugodzinny lot samolotem z dzieckiem, bez męża, ale ogólnie to odsuwam od siebie te nerwy, te lęki. Wiem, że mogę przeczytać za dużo, bać się za bardzo – wiedza jest ważna, ale ja staram się mieć dystans do świata i jego niebezpieczeństw. Zajmuje mnie to, jak dziecku w takim wieku coś wytłumaczyć… Uczę się na bieżąco, a ten luz, który złapałam dzięki odpuszczeniu w pracy, bardzo mi służy też w rodzinnym życiu. Już sporo wiem i umiem się na wiele przygotować.
Bardzo ci dziękuję za rozmowę!
Materiał powstał we współpracy z marką Yellow Meadow.
Paulina w sesji miała na sobie: zestaw czarnej bielizny z tkaniny bambusowej, kopertową sukienkę z wiskozy z printem w słoneczniki, stanik do jogi i szerokie spodnie oraz bluzę.
























