7 doświadczeń, o które warto zadbać tego lata

dzieci rosną właśnie latem

7 doświadczeń, o które warto zadbać tego lata
100CAMERAS

Lato to „rozwojowy samograj” – ilość przygód, sensorycznych doznań, wrażeń zmysłowych karmi dzieci intensywniej niż jakiekolwiek zajęcia edukacyjne czy domowe zabawy. Czas swobody i smakowania kontaktów z przyrodą i kaprysami lipcowej pogody gwarantują dzieciom rozwojowy skok.

A najlepsze jest to, że wszystko się zadziewa naturalnie, zgodnie z indywidualnymi potrzebami konkretnego dziecka. Przykład? Nauka raczkowania, chodzenia i skakania po plażowym piasku to wspaniałe ćwiczenie dla mięśni, stawów i zmysłu równowagi. Naturalnie ukształtowana, zmienna powierzchnia zachęca do prób, eksperymentów z czuciem ciała i odległości. A każde dziecko będzie to badać po swojemu, w innej pozycji, w innych ruchach. I inaczej będzie się bawić w lesie – jedno będzie długo grzebać patykiem w igliwiu, drugie wejdzie na gałąź, a trzecie – najchętniej od razu zaśnie rodzicowi na rękach czy w wózku.

Zebrałam tu kilka pomysłów na lipcowe doświadczenia, które mają istotne znaczenie przy odkrywaniu smaku lata i uczeniu się świata. Letnie doświadczenia mają charakter otwierający. O ile zima to czas ćwiczenia skupienia, odkrywania siebie i praw rządzących bliskim otoczeniem, o tyle lato oswaja dzieci z byciem w otwartej przestrzeni, z różnorodnością, a nawet z konfrontowaniem się z tym, co niewygodne, niemiłe (na przykład z bzyczącą koło naszego jedzenia osą, drzazgami w stópkach, itp.) i z tym, na co nie mamy wpływu.

Jestem przekonana, że część opisanych doświadczeń to w wielu rodzinach normalka i codzienność. Mam nadzieję, że uda się wam znaleźć wśród propozycji coś dla was nowego i posmakować nieznanego oblicza lata.

Tym razem do ilustrowania tekstu wybrałam zdjęcia zrobione przez dzieci. W ramach projektu nowojorskiego NGOsu 100CAMERAS to dzieci w różnych krajach dostają aparaty do rąk. Możemy zobaczyć, jak wygląda świat z ich perspektywy, co przyciąga ich spojrzenie i jak opowiadają swoje historie. Zdjęcia można kupić, aby wesprzeć misję organizacji.

SŁUCHANIE OPOWIEŚCI

Uwielbiamy piękne książki. Odwracanie stron, podziwianie ilustracji, czytanie aż do zaśnięcia – to bezcenne elementy codzienności w relacji rodzic-dziecko. Latem czas na opowiadanie. Opowieść rządzi się zupełnie innymi prawami niż czytanie – opowiadający może patrzeć wtedy na dziecko, ale częściej przymyka oczy lub patrzy w okno. Bo historia czytana bierze się z zapisanych słów, a ta opowiadana – mieszka w obrazach, które stoją przed opowiadającym w jego wnętrzu. Na pozór Czerwony Kapturek opowiedziany czy przeczytany to ta sama historia. A jednak – jest olbrzymia różnica jakościowa. Kiedy opowiadam, dziecko odkrywa potężną prawdę, że źródłem opowieści są ludzie, ich wyobraźnia, wspomnienia, tradycje, przekazy ustne.

Być może wymyślanie czy opowiadanie baśniowych klasyków to u was standard. Jeśli nie, to super, macie właśnie okazję do nowego, ważnego doświadczenia. Jak to zrobić? Można odwiedzić leciwego członka rodziny i poprosić zwyczajnie: opowiedz, jak to kiedyś było. Taka opowieść może być dla dziecka za długa, za trudna, ale posłuchanie choćby przez chwilę jest jak podróż w nieznane. Przy okazji można zapytać o dawne kołysanki i skłonić naszego opowiadacza do pośpiewania.

Możemy sobie też zrobić – o zgrozo – wakacje od książki. Książki dla dzieci wydają się nam dobrem najwyższym, a jednak tydzień czy dwa bez nich (przy założeniu, że nie zastępujemy ich elektroniką, oczywiście) może rozwinąć w naszym wspólnym czasie coś zupełnie nowego. Niektórzy rodzice potrafią co wieczór wymyślać nowe historie. Inni sięgają po jedną jedyną zapamiętaną baśń. Będziesz opowiadać w kółko tę samą? Nie szkodzi, może nawet lepiej. Tak właśnie buduje się między rodzicem a dzieckiem coś tylko ich, znanego, co tworzy nasz intymny kod.

A po letnim doświadczeniu opowiadania będzie można jesienią (oby!) pójść na Festiwal Opowiadania Studni O.

OBSERWACJA DESZCZU

Kiedy zostałam mamą, odkryłam, że płaszcz i kalosze są mi zupełnie niezbędne. Spacery w deszczu, pluskanie się w kałużach – wiadomo. W lipcu wykorzystajmy tarasy, balkony i werandy, by z deszczem spotkać się inaczej. Kiedy zaczyna padać, zamiast sięgać po specjalne ubranie, skryjmy się pod zadaszeniem. Posłuchajmy deszczu. Zobaczmy, jak lecą krople – pionowo, z ukosa? Czy wieje wiatr? Czy deszcz jest głośny czy cichy? Jednostajny czy pulsujący? To nie musi być od razu gwałtowna letnia burza czy ulewa. Cicho szemrzący deszczyk ma swoją melodię. Można doświadczyć także zmian zapachów, spadku temperatury, tego, że samo powietrze zmienia smak. Niezłe ćwiczenie sensoryczne? No to idziemy dalej.

ZMOKNIĘCIE

Aha, ale chodzenie po deszczu w płaszczu to nie zmoknięcie. Czy jesteśmy gotowi zobaczyć, jak to jest, kiedy krople spływają nie po kapturze, a po głowie, kiedy deszcz moczy oczy, kiedy koszulka robi się chłodna i zaczyna przylegać do ciała? Wystawienie się na zmoknięcie to bardzo intensywne doświadczenie i nie dla każdego. W upalny dzień może być przyjemne (mój syn stanął ostatnio pod rynną), ale często odczuwamy je jako dziwne i staramy się go uniknąć. Najlepiej jest zostawić dziecku pełną swobodę w eksperymentowaniu.

Można siedzieć na werandzie i wystawić na deszcz tylko rękę. Niektórym dzieciom to wystarczy, innych nie da się upilnować i będą z radością i piskiem wybiegać spod dachu na trawę, moczyć się, kłaść w kałuży. Dotyk kropelek i odczuwanie, jak odzież robi się coraz bardziej mokra, ciężka, przylegająca, to bardzo mocne doznania sensoryczne i warto mieć na uwadze, że potem dziecko może potrzebować wyciszenia. Wysuszenie się i chwila odpoczynku są po zmoknięciu niezbędne, inaczej grozi nam dziecięca histeria. A jeśli akurat tego lata lipiec będzie suchy? Zabawa wężem ogrodowym i zmiennymi trybami pryskania mogą nas wtedy poratować.

DAĆ BŁOTKU WYSCHNĄĆ NA SKÓRZE

Deszcz ustał, a w niecce na trawniku zrobiło się błotko. Czas na założenie błociarni – wystarczy łopatka (albo kijek) i garnek czy wiaderko. Do błociarni idzie się w lipcu boso. Przygotowane zostaną klasyki – błotne kotlety, błotne tunele i tamy, a nawet – ślizgawka. I to często od ślizgawki właśnie zaczyna się lipcowe doświadczenie. Mało które dziecko zacznie się samo z siebie obkładać maseczką z błotka. Ale poślizgnięcie się na błocie właśnie na tym może się skończyć. Ubłocone są stopy, łydki, dłonie, a także pupa. Błoto jest zazwyczaj gładkie, niezbyt chłodne i większość dzieci je lubi. Ale błoto także zagipsowuje ciało. Jeśli świeci słońce, zamieni się na skórze w skorupkę. Cudownym doświadczeniem jest dla dziecka patrzeć, jak powoli się wykrusza i odpada, a także – jak rozpuszcza się, kiedy zaczynamy je zmywać. Koniec końców zmycie błota z ciała w odpowiednim momencie jest zawsze happy endem, uwolnieniem.

MIEĆ W DOMU PAJĄKA

Natura to piękno, kwiaty, wiewiórki, słodkie małe jeżyki, i takie tam. Ale natura to także zagrożenie. Wiele dzieci boi się burzy, ukąszeń, kleszczy… Ugoszczenie w domu pająka to znowu coś, co dla jednych jest całkiem zwyczajne, ze strony innych będzie wymagało przełamania w sobie oporów. Domowy pająk jest jak łącznik między bezpieczną przestrzenią domu a dziką, nieokiełznaną przyrodą. Oswaja lęk przed owadami, które z natury mają w sobie coś niepokojącego w wyglądzie. Pokazuje jak dziwne, niekoniecznie ładne, jest dla nas pożyteczne (pająk wyłapuje muchy, a przy tym – nikomu przecież nie wadzi). Mieć w domu pająka, to trochę się posunąć, zrobić tej małej istotce u siebie miejsce. Taki drobny gest, jak powiedzenie – Zobacz, pająk. Zostawimy go tutaj, może z nami zamieszka i będzie łapać komary – uczy szacunku do przyrody w jej wielu różnych obliczach. Uczy, czym jest sąsiedztwo ludzi i zwierząt. To skuteczniejsze niż późniejsze szkolne lekcje ekologii.

NOC NAMIOTOWA

Namiot jest nie dla każdego, wiadomo. Jeśli u was to nowość, spróbujcie chociaż raz, na jedną noc. Pod namiotem nie ma prądu, nie ma światła, poza latarką. Kiedy zapada zmierzch, a my szykujemy się do snu, widzimy, jak powoli granatowieje niebo. Oczy stopniowo przyzwyczają się do ciemności i często po latarkę nie ma po co sięgać. Nie mrugają tu żadne kontrolki – od ładowarki, komputera, modemu… Nie szumi lodówka. Wieczór przynosi chłód, rześkie powietrze.

Kiedy zasypiamy w śpiworach, od tajemnic i dźwięków nocy oddziela nas tylko tkanina. Ale i nasza bliskość jest inna. Śpimy obok siebie, blisko, choć każdy w swoim śpiworze. Do snu kołysze nas szum drzew (wygolone do samej trawy pola namiotowe niestety nie dają tej przyjemności), a czasem deszcz pada tuż, tuż, przy nosie, a jednak my jesteśmy w środku, a on – na zewnątrz. Rano budzą nas ptaki i promienie słońca. Pod namiotem doświadcza się tego wszystkiego inaczej, niż w najbardziej lichym wakacyjnym domku. Namiot to także spotkanie z pewnym dyskomfortem – odczuwanym głównie przez dorosłych. Dla dzieci jest nim choćby wieczorne pójście na siku, które wiąże się z założeniem bluzy i ze spacerem.

ZAŚNIĘCIE PRZY OGNISKU

Zwyczajowy grill nie załatwia sprawy. Tu zabawa zaczyna się od nazbierania szyszek i patyczków, i zrobienia najpierw ogniska malutkiego (takiego, którego średnica nie przekracza średnicy przeciętnego talerza). Po co nam takie maleństwo? Ano po to, aby móc przez nie poskakać, jak to się dawniej robiło o świętojańskiej porze. Najpierw skaczą dorośli, a dzieci – tylko wtedy, jeśli chcą. Można z rodzicem za rękę, chociaż sześcio- czy siedmiolatki mogą chcieć skakać same i to bez umiaru. No to chwilę skaczemy, a potem ognisko powiększamy do zwykłych rozmiarów. Jest czas na przygotowanie siedzisk (pieńków drzew, starych kocy czy karimat), struganie kijów do kiełbasek, jabłek i chleba, upchanie ziemniaków w żarze. Dorośli rozmawiają (może nawet śpiewają piosenki, o których się myślało, że się ich nie pamięta), dzieciarnia biega.

W końcu powoli i dzieci się schodzą do ognia, zaczyna się marudzenie, zmęczenie. Dobrze mieć wtedy dodatkowy koc i poduszkę, które pozwolą zwinąć się dziecku w kłębek blisko nas i powoli zasypiać. Czuje się wtedy ciepło ognia, a od zewnątrz – nadciągający chłód i ciemność. Zaśnięcie przy ognisku – nie ważne czy na pół godziny, czy na pól nocy – jest doświadczeniem pierwotnym. Choć i na co dzień często spędzamy czas ze znajomymi, lubimy spotkania towarzyskie, to skupiony wokół ognia krąg jest całkiem inną formą spotkania z innymi, bycia razem i przeżywania istoty grupy.

A czego wy doświadczacie z dziećmi na wakacjach? Jestem ciekawa waszych pomysłów i wskazówek.

*

Maria Bator – stała autorka na Ładne Bebe, pasjonatka pedagogiki i – od całkiem niedawna – nauczycielka przedszkolna. Mama dwójki nastoletnich dzieci. Inne jej teksty o rozwoju dzieci i związanych z nimi wyzwaniach rodzicielskich czekają tu.

Dodaj komentarz