Żyrardów: miasto lnem tkane

Pomysł na rodzinny weekend

Pomysł na sobotnią wycieczkę za miasto? Proszę bardzo! Niegdyś największy ośrodek wyrobów lnianych w Europie, dziś miasto, które industrialną scenerią może zachwycić nas na nowo. Jeśli myślicie, że tylko Łódź słynie z postfabrycznych ceglanych zabudowań, wybierzcie się na rodzinną wycieczkę do podwarszawskiego Żyrardowa. 

Do Żyrardowa? Ale dlaczego? Tak usłyszałam, gdy moim pomysłem na weekendowy wyjazd podzieliłam się ze znajomą. Spacer i wizja zjedzenia przepysznej bezy i wypicia kawy w klimatycznym Telegraf Bistro mogłaby wystarczyć jako odpowiedź, zwłaszcza, że trafiliśmy na ostatnie tchnienie ciepłej jesieni. A może chciałam pospacerować między starymi opuszczonymi fabrykami, trochę jak bohater kultowego Peaky Blinders? Okazało się, że odkryliśmy kilka perełek tuż pod nosem Warszawy i spędziliśmy tu cudowny dzień. A przy okazji porozmawiałam z Ewą (kto nie zna @mintyhouse na Instagramie?), czyli kolejną kreatywną i przedsiębiorczą mamą, która pięknie mieszka i pysznie karmi w samym centrum osady fabrycznej. Oto nasza trasa po mieście czerwonym od cegły, ruszacie?

 

TARGOWISKO MIEJSKIE

Towarzyszymy Ewie w szybkich zakupach na Żyrardowskim Targowisku. „Wiele moich wspomnień jest z nim związanych” – wspomina Ewa. – „Moi rodzice sprzedawali na nim spódnice, które projektowała i w większości sama szyła moja mama. Pomagałam im co sobota, a za zarobione zaskórniaki mogłam kupić kiełbaskę smażoną z okienka niewiadowskiej przyczepy. Teraz uwielbiam to miejsce za niepowtarzalną atmosferę, za lokalnych sprzedawców, za świeże i piękne warzywa i owoce, za cudowne pogaduchy w trakcie zakupów, za każde Dzień Dobry! Za kwiaty od babinki, grzybki, jajka od szczęśliwych kur. Często robię tam zakupy do Telegrafu, od zawsze te domowe: twaróg, jabłka, pomidory, kiszone ogórki.

 

PARK A.DITTRICHA

Położony na terenie osady fabrycznej krajobrazowy park w stylu angielskim, z pałacem i świetnym drewnianym placem zabaw. Pustym, a był to przecież piękny słoneczny weekend! Zanim dotrzemy na obiad, w programie ganianie się między pomnikami przyrody, czyli wiązami, platanami czy kilkusetletnimi olchami, wypatrywanie kaczek i gra w chowanego wśród liści. Z parku zerkamy na budynek z pięknym, oldskulowym neonem Stella – to opuszczony budynek Zakładów Pończoszniczych. Kiedyś sława, dziś cień i ruina, która być może zyska nowe życie w postaci mieszkalnych loftów. Przy okazji zerknijcie na te niesamowite zdjęcia, jak ów budynek wygląda w środku. Stranger Things może się schować!

 

MUZEUM LNIARSTWA

Kolejna perełka na naszym żyrardowskim szlaku, dziś się będzie działo, bo trafiliśmy na rocznicę wybuchu słynnego strajku szpularek, a więc załapiemy się na coroczną inscenizację historyczną. Krótki spacer i trafiamy do monumentalnych pofabrycznych przestrzeni Muzuem Lniarstwa im. Filipa de Girarda. To tu pod koniec XIX wieku działała najpotężniejsza w Europie fabryka lnu. Przepastne sale, ciąg produkcyjny, kilkadziesiąt zabytkowych maszyn, pełno starych zakurzonych eksponatów i zakamarków, w których chowają mi się dzieciaki. Znów czuję się jak na planie jakiegoś filmu. Dziś to miejsce przenosi nas w czasie, szpularki w strojach z epoki, panowie przygrywają na akordeonach, a co poniektórzy spacerowicze rozpoczynają dancing. Na zewnątrz wojacy już czyszczą strzelby, czy my na pewno jesteśmy dwadzieścia minut od Warszawy?

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

TELEGRAF BISTRO

Miejsce szczególne, bo tworzą je ludzie z pasją, wkładając w nie całe serce. Tu zatrzymamy się na dłużej. Zabiegana Ewa znalazła chwilę, żeby ze mną porozmawiać o tym mieście i jej prywatnej oazie. Jak Ewę przedstawić? Mama trójki, kiedyś właścicielka sklepu z duńskimi dodatkami do wnętrz, autorka bloga Minty House, fotografka, redaktorka. Dziś prowadzi Telegraf Bistro, z rodzinną atmosferą i dobrą kuchnią, w samym centrum zabytkowej osady fabrycznej. – „Teraz jestem cukiernikiem na pół etatu, zaopatrzeniowcem, logistykiem, specjalistą do spraw marketingu i reklamy. Menagerem, baristą na pół gwizdka, barmanką, pomocnikiem w kuchni, administratorką social mediów wszelkich, napędem do zmian wnętrzarskich. Na drugie imię mam Zmiana” – śmieje się.

Małe miasto, inna mentalność, niełatwy grunt pod zakładanie biznesu. Wam się udaje ożywić stare mury, choć mówią, że to senne miasteczko, cień dawnej świetności. Czujesz się prekursorką zmian, oddolnych działań, które aktywizują społeczność lokalną?

Nie czuję się prekursorką, nie potrafię myśleć o sobie w ten sposób. Ale mam nadzieję, że stworzyliśmy ważne miejsce na mapie miasta, przełamaliśmy myślenie o żyrardowskich lokalach gastronomicznych, daliśmy ludziom coś, czego wcześniej nie było. I bardzo chcemy dawać więcej i więcej… Wymarzyliśmy sobie Telegraf w miejscu, które mimo iż jest w sercu miasta, było przez lata niedostrzegane. To spory, choć niełatwy do zaaranżowania lokal z widokiem na Starą Przędzalnię, w kamienicy z czerwonej żyrardowskiej cegły, ze starymi skrzynkowymi oknami. Niestety po wyprowadzce poprzedniego najemcy stał pusty i zmieniał się w ruinę. Fajnie było nadać mu nowy charakter, stworzyć dobry klimat, tchnąć życie. Należy mu się ten gwar i pozytywne emocje, zapracował na to będąc latami siedzibą Poczty. I tu jest ukryta geneza naszej nazwy.

 

Jak ci się mieszka w mieście, który jest trochę w cieniu innych podwarszawskich miasteczek? Co w nim lubisz? 

Żyrardów jest miastem z bardzo ciekawą historią, pod tym względem jest wyjątkowe. Miało też swój gorszy czas, po upadku zakładów lniarskich, kiedy opuszczone pofabryczne budynki, na długie lata były pozostawione same sobie, niszczały i straszyły, a ludzie byli sfrustrowani i nieszczęśliwi. W ogóle było tu trochę strasznie, byłam wtedy dzieckiem, ale w pamięci mam kilka mrocznych historii, nie do końca wiem, czy są prawdziwe. Przez większość mojego życia mieszkaliśmy z dziadkami i rodzicami na przedmieściach, mieliśmy nawet sad i ogród, pasiekę, kury, wszystko na niewielkiej działce. Miejskie troski omijały nas więc z daleka. Jestem bardzo związana z Żyrardowem, wszystko co dobre, stało się tu. Prócz rodzinnego domu scala nas z Żyrardowem też miejsce, które stworzyliśmy 3 lata temu, czyli Telegraf. Jesteśmy bardzo związani z ludźmi, którzy go z nami współtworzą, pracując w kuchni i za barem. Lubimy naszych gości, którzy są naszą nieustającą motywacją. Faktycznie jest coś w tym, że Żyrardów jest w świadomości ludzi, w cieniu miejsc takich jak Milanówek, Podkowa Leśna, czy Grodzisk Mazowiecki. Jestem jednak przekonana, że wizyta w naszym mieście, zwłaszcza taką piękną jesienią, jak tegoroczna, może bardzo pozytywnie zaskoczyć. Wiele się tu zmieniło na lepsze, stare, ceglane mury zaczęły oddychać i przyciągać dobre dusze.

A co cię wkurza? Bo mój zachwyt tym dniem jest jednak nadal nieobiektywnym zachwytem turystyki, która wpada i wypada…

Najbardziej boli mnie złe nastawienie ludzi. Buntuję się zawsze, jeśli ktoś źle traktuje innych (a to się zdarza również w Telegrafie) i nie liczę się wtedy z konsekwencjami. Brakuje mi też w mieście możliwości na dialog z osobami decyzyjnymi, a to często utrudnia nam funkcjonowanie (myślę tu o pracy, o działaniu mojej firmy).  Nie rozumiem zaniechań w ważnych sprawach, powszechnego niewidzenia problemów, które dotyczą wszystkich. Udręką jest m.in. smog w okresie jesieni, zimy i wczesnej wiosny, mam wrażenie, że nikt z tym nic nie robi, a bywają dni, że do domu z samochodu biegnę z zatkanym nosem. 

Jak widzisz waszą przyszłość? Podobno na ofertę „ekspansji”powiedziałaś, że zamierzacie się „kurczyć”. Pięknie kurczyć się to sztuka! No bardzo w duchu slow.

Kilka kilometrów od Żyrardowa powstaje ogromny wodny park, który już niebawem spowoduje sporo zamieszania w naszym mieście. Przyciągnie turystów, dla których będę potrzebne miejsca noclegowe i miejsca, w których można zjeść. Prawdziwi biznesmeni na pewno będą gotowi na tę okoliczność. My tymczasem nie chcemy powiększać Telegrafu, zresztą jego powiększenie musiałoby się wiązać z przeniesieniem, bo naszej kamienicy nie da się przecież rozciągnąć! Mamy małą kuchnię i ze wszystkich sił staramy się utrzymać dobry poziom we wszystkim, co robimy. Dlatego nie zdecydujemy się na przyjęcie większej ilości gości. Dupy z nas, nie biznesmeni (śmiech). Dla nas liczy się przed wszystkim pasja, choć bywa ona czasem całkiem nieekonomiczna!

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Nie znam się na ekonomii, znam się na kawie i deserach, a o tych ciastach krążą legendy i nie wyssane z palca. Kończymy wycieczkę i trasę utkaną pysznym jedzeniem, miłym spotkaniem i dużą dawką historii. I mówimy do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.